nie ma miejsc na chemioterapii

26.02.08, 22:52
witam się z wami, mojego tatę też dotknął nowotwór płuc,
wielkokomórkowy i drobnokomórkowy z przerzutem do wątroby,
Mam takie pytanie, ponieważ tata był zdiagnozowany 2 tyg temu, a
wczoraj i dziś odesłano go ze szpitala mówiąc, że nie ma miejsc na
chemioterapii, to czy powinnam poszukać gdzieś w innym mieście? Nie
wiem jak długo można z tym czekać????? Czterech lekarzy badało już
tam tatę twierdząc, że sprawa jest bardzo poważna i nie mozna
zwlekać, więc o co chodzi???? Moze oni czekają na jakąś zachetę???
Już nie wiem co robić, błagam podpowiedzcie coś
    • aron68 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 26.02.08, 23:36
      Witaj
      Poszukaj na oddziałach pulmonologii, nie koniecznie muszą to być szpitale
      onkologiczne. Jaki podali termin, na przyjęcie. Im wczesniej podana chemia tym
      lepsze wyniki nawet jak mówimy już tylko o leczeniu paliatywnym.

      Artur
    • zuzka1976 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 09:00
      jedynym sposobem na lekarzy i na brak miejsc jest maksymalna
      upierdliwosc; jak mnie na onkologii powiedzieli, ze traktuja moja
      mame standardowo, to zrobilam taka awanture, ze lekarz sam do mnie
      dzwonil z przypomnieniem o kolejnej wizycie a do mamy z pytaniem,
      jak sie czuje. trzeba postraszyc zaniechaniem leczenia - za to mozna
      wyleciec ze szpitala a jak to nie da skutkow, to poprosic o
      wskazanie innego miejsca. gdzie odmowili ze wzgledu na brak miejsc?
      • ajkaa2 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 09:18
        Podpisuje się pod Zuzką 1976 obiema rękami.Upierdliwość
        przekraczająca granice przyzwoitości.Każą Ci wyjść jednymi
        drzwiami,wchodzisz następnymi,zamknięte, idziesz do innych.Ja
        musiałam nauczyć się tego szybko ,nie należałam do osób , które
        potrafią walczyc o swoje sprawy, ale tu chodziło przecież o
        życie ,cierpienie, dobre maniery czasem się zostawia.
        Brak miejsc? Niech wskażą inny szpital.
        trzymaj się mocno,dużo siły .
        • zuzaeb Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 09:49
          dziękuję, mówię o pulmunologii na jaczewskiego w lublinie, ale mam
          dobre wieści, po rozmowie z profesorem, tata jutro zostanie rano
          przyjęty; muszę się tego nauczyć, chodzi o upierdliwość, o siebie
          może trudniej walczyć, ale o bliskiego łatwiej.
          • aron68 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 11:31
            Witaj.

            W razie podobnych problemów próbuj na pulmonologi na Biernackiego.
            Chemię dostanie taką sama jak na Jaczewskiego. To naprawdę dobry szpital i
            dobrzy lekarze a sprawy onkologiczne i tak prowadzą lek. z Jaczewskeigo.

            Powodzenia.

            Artur
        • jedruch Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 10:19
          I niestety przez takich "upierdliwych" przesuwa się w kolejce tych bardziej
          cierpliwych, a niejednokrotnie bardziej cierpiących.
          Pozdrawiam.
          • zuzka1976 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 10:29
            zycie kazdego czlowieka jest wazne i cenne, ale trudno chyba
            wymagac, zeby nie stawac na glowie w walce o zycie najblizszych. tzw
            bycie upierdliwym tzn skutecznym uczy tez lekarzy, ze nie mozna
            nikogo traktowac standardowo. nikt sie przez to w kolejce nie
            przesuwa
            • ewelka1308 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 11:06
              może i upierdliwość jest jakimś sposobem na "walkę" z lekarzem, ale
              jednak odbija się to na innych pacjentach. Jeden z pacjentów przez
              swą niecierpliwość został przyjęty na oddział raka jelita grubego,
              choć miał raka żołądka i powinien trafić gdzie indziej. Lekarz miał
              święty spokój, pacjent miał szybciej operację, ale za to inny
              pacjent z rakiem jelita grubego musiał czekać na miejsce. Wiem co to
              walka z chorobą. Moja mama ją przegrała. Ale w takiej sytuacji nie
              ma lepszych i gorszych. Każdy walczy, każdy jest poważnie chory.
              Wiem, że w takiej sytuacji liczy się tylko nasz bliski. Okazuje
              się,że chorzy okazują sobie nawzajem więcej szacunku i zrozumienia
              niż my-ich córki, synowie, wnuki, itd. Lekarze może traktują
              pacjentów standardowo, bo dla nich wszyscy są równi.Zawód onkologa
              jest wg mnie bardzo trudny-nie wiem, ile mogłabym wytrzymać widząc
              tylu umierających pacjentów albo tylu, którym nie można pomóc.
              Przecież można zwariować. Myślę, że w takiej sytuacji trudno
              zachować spokój komuś, kogo bliski jest chory. Ja też mam bardzo
              dobre i bardzo złe doświadczenia z onkologami. A czy w kolejce nikt
              się nie przesuwa-pewności nie mam, ale prawda jest taka,że tego nie
              widać. Widzi to ten, kto tworzy kalendarz i umawia wizyty.
              • zuzka1976 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 11:25
                jako ze ja wywolalam dyskusje, uzywajac brzydkiego
                slowa 'upierdliwosc', czuje sie w obowiazku wytlumaczyc, o co mi
                chodzilo. wychowana w mysl calkowitej empatii i walki o innych,
                czesto zapominajac o sobie i bedac osoba, ktora nigdy w kolejce sie
                nie wepchala, w zyciu nie pozwolilabym sobie stawiac swoja rodzine
                ponad innych chorych. dowodem na to moze byc, ze majac mame chora na
                raka walcze rownoczesnie o leczenie dla innych osob. Nie chodzilo mi
                wiec o zabieranie czasu lekarzy kosztem innych. Chodzilo mi raczej o
                edukacje lekarzy, ze dobrze jest czasem zatrzymac sie i pomyslec. Mi
                nie zalezy na tym, zeby zabierac miejsce innym pacjentom, ale
                chcialabym, zeby nie traktowano mnie tasmowo, jak na poczcie. chce,
                zeby lekarz, jesli nie moze mi pomoc w ramach publicznej sluzby
                zdrowia, poswiecil mi sekunde wiecej, zeby podpowiedziec, gdzie moge
                szukac pomocy. nie wiem, czy w tym moze byc cos zlego. ja tez nie
                raz juz slyszalam, ze mama nie zakwalifikuje sie do jakiegos
                leczenia i nie chcialam jej na sile upchnac, ale chcialam wiedziec,
                co mozna zrobic. 'Tasmowosc' nauczyla mnie, ze sama sie musze
                doksztalcac i potem sugerowac lekarzom, czy czasem nie mozna by
                zrobic jeszzce tego czy innego. Gdybym tego nie robila, mialabym
                wrazenie, ze marnuje szanse na wyleczenie albo zaleczenie mamy i z
                tym nie potrafilabym zyc. I tylko to chcialam powiedziec
                mowiac 'upierdliwosc'.i jestem pelna podziwu dla lekarzy, ktorzy
                pracuja na oddzialach onkologicznych, bo ja nie mialabym sily
                psychicznej, podchodzac do kazdego przypadku emocjonalnie.
                • ewelka1308 Re: nie ma miejsc na chemioterapii 27.02.08, 11:59
                  Zuzka. Rozumiem, o co Ci chodzi. Czasam trzeba być nachalnym. My w
                  czasie 3,5 miesięcznej walki spotkaliśmy lekarzy, którzy cierpliwie
                  odpowiadali na nasze pytania, radzili, mówili prawdę ale
                  jednocześnie kazali się nie poddawać i mówili "Przykro mi z powodu
                  mamy". Ale był też taki, dla którego powiedzenie "dla pani nie ma
                  ratunku, proszę tu więcej nie przychodzić" nie sprawiło żadnego
                  problemu. Dopiero po chwili zaczął mówić, że może coś nowego się
                  pojawi i kazał szukać ratunku w CO na Ursynowie.Młodzi lekarze byli
                  wspaniali, Ci sporo starsi-doświadczeni, ale za to z minimalnym
                  poziomem empatii. Z perspektywy czasu myślę czasem, że może jednak
                  zaprzepaściłam jakąś szansę, że może nie byłam nachalna, nie
                  walczyłam zbyt mocno. Bo przecież cały czas coś się działo-a to
                  jakieś badania, zabiegi. A stawianie swojej rodziny ponad inne-to
                  normalne w takiej sytuacji. Ja musiałam kiedyś głośno na korytarzu
                  powiedzieć "Mamusi, poczekaj, może ktoś zaraz ustąpi Ci miejsce".
                  Dopiero wówczas ktoś wstał-bo oczywiście obok chorych na poczekalni
                  było mnóstwo zdrowych osób towarzyszących. A moja mama ledwie stała
                  na nogach; kiedy ją prowadziłam, inni się na nas patrzyli ale co z
                  tego... Nikt sam się nie domyślił, żeby zwolnić dla niej krzesło.
                  Życzę Ci dużo siły do walki o życie.
                  Ewelina
    • jedruch Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 12:54
      Sugerowanie lekarzom zawalonym robotą, żeby się "zatrzymali" szczególnie nad
      jakimś pacjentem, który ma bardziej przebojową rodzinę jest - moim zdaniem, nie
      wykluczam, że się mylę - DORABIANIEM IDEOLOGII do własnego postępowania. Jest to
      bardzo znany mechanizm psychologiczny RACJONALIZACJI.

      Ja, pracując w Zakładzie Radioterapii i raz na tydzień w ambulatorium Zakładu od
      stycznia jestem zwolennikiem ASERTYWNOŚCI, tzn. wyznaczania terminów leczenia "z
      kalendarza", czyli tak, jak wypada, nawet jeśli jest to termin odległy.
      Poprzednio wciskałem chorych "na piątego, szóstego", co skutkowało tym, że byłem
      okropnie zawalony pracą. Nie żałowałem, cieszyłem się tym, że mogę pomóc.
      Specjalistów radioterapii jest niewielu, a pacjentów wymagających radioterapii
      strasznie dużo, więc czułem, że dzięki ludziom takim jak ja skraca się czas
      oczekiwania.
      Zimny prysznic przyszedł wtedy, gdy na spokojnie przeglądałem historie choroby
      moich pacjentów i u co 15-20 okazywało się, że przy odrobinie spokoju i czasu
      można byłoby wykombinować lepszy plan leczenia, lepszy rozkład dawki w zdrowych
      narządach, co bezpośrednio przekłada się na zdecydowanie mniejsze ryzyko powikłań.
      Nie były to błędy, ale niewykluczone, że w natłoku pacjentów jakieś błędy się
      zdarzyły.
      To, co zdecydowałem się robić od stycznia, jest w moim przekonaniu lepsze dla
      pacjentów, niż nie dawanie sobie szansy na lepszą pracę.

      Niemal każdy Polak ma w domu encyklopedię zdrowia, każdy czyta ulotki leków - z
      jednej strony to dobrze. ALE!!! Mam w tej chwili pacjentkę, która nie daje sobie
      przetłumaczyć, że hormonoterapia zdecydowanie obniża ryzyko nawrotu raka piersi,
      przy jej czynnikach ryzyka. Ona skupia się na efektach ubocznych. Nie da sobie
      powiedzieć, że bierzemy pod uwagę wszystkie za i przeciw, bo ona wie lepiej.
      Skoro wie lepiej...
      Podobnie jest z tym, co ktoś pisze w którymś z postów poniżej. Sugerowanie
      lekarzowi jakiegoś konkretnego postępowania, bo są programy badawcze, triale,
      badania kliniczne, jest nonsensem, bo lekarz wie, czy chory się do trialu
      kwalifikuje, czy nie?

      Czy np. ktoś z tu obecnych na forum zna wszystkie kryteria włączenia i
      wyłączenia do programu lekowego z herceptyną? Chyba nie, ale można tu wyczytać,
      że "tobie się należy", "próbuj, molestuj, bo lekarze nie chcą kwalifikować" itp.
      Dobre rady, mity o kolorowych kroplówkach, przekazują sobie chorzy w kolejkach -
      a każdy z nich choruje inaczej, ma inny zestaw czynników rokowniczych itd. itp.
      Lekarz jest strażnikiem apteczki i trzeba go przechytrzyć - takie mam często
      wrażenie czytając niektóre posty.
      LEKARZ MUSI MIEĆ ODROBINĘ SPOKOJU PODEJMUJĄC DECYZJĘ O RODZAJU LECZENIA a
      pacjent i rodzina powinna zdać się na lekarza - nie zawsze w badaniu klinicznym
      nowy schemat jest lepszy od starego. Czy karboplatyna okazała się lepsza od
      starej, poczciwej cisplatyny? NIE, ma tylko mniej powikłań, ale i mniejszą
      skuteczność.

      Dajcie lekarzom spokojnie pracować, bo w ten sposób dajecie nam szansę na nie
      popełnianie błędów.
      Tyle. Dyskutujcie dalej, ja od czasu do czasu się pewnie wtrącę.
      • zuzka1976 Re: Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 15:29
        wydaje mi sie, ze tyle opinii ile osob. moje sumienie kaze mi stawac
        na glowie, zeby walczyc o zdrowie osob bliskich; wiem ze lekarze
        musza miec spokoj, zeby wykonywac swoja prace tak dobrze, jak trzeba
        i ja nie chce byc madrzejsza od lekarzy ale czy mam tez bezczynnie
        patrzec na to, ze moja mame prowadzi stazysta bo nie ma lekarza i
        asystentka lekarza podpowiada mu, co ma zrobic i na co zwrocic uwage
        i czlowiek zapomina o podstawowych badaniach kontrolnych? nie chce
        sie klocic - kazdy z nas na tym forum pojawia sie, bo szuka pomocy,
        porady a chyba wiara i nadzieje w poprawe stanowi duza czescia
        sukcesu. za wszystkich, ktorzy walcza o swoje zdrowie czy o zdrowie
        bliskich trzymam mocno kciuki
        • jedruch Re: Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 16:45
          Gdyby nie stażyści, ten system już dawno by - za przeproszeniem - pieprznął. Oni wykonują co prawda najmniej odpowiedzialną część roboty, ale wielokrotnie pozwala to na odciążenie przeładowanych specjalistów.
          No chyba, że mylisz lekarza nie-specjalistę (rezydenta, lekarza w trakcie specjalizacji) z lekarzem w trakcie stażu podyplomowego - wtedy różnica jest ogromna. Lekarz w trakcie specjalizacji jest ukierunkowany na onkologię, a to jest zasadnicza sprawa, bo on trzyma merytoryczną pieczę nad pacjentem. Jeśli ten lekarz nie wie jakie badania zlecić, to jest to dramat i lepiej z takiego szpitala uciekać. A podpowiedzi pielęgniarki? Myślę, że to nic zdrożnego - stażysta i tak nie decyduje o leczeniu...
          Poza tym w wielu chorobach nowotworowych badania kontrolne nie są aż tak bardzo skomplikowane, niż się pacjentom wydaje. W raku piersi wystarczy - według BMJ - wykonywać raz na rok mammografię, raz na trzy miesiące badanie lekarskie a raz na miesiąc samobadanie. Wykonywanie innych badań według tego periodyku, w dużym badaniu brytyjskim, nie wykazało wcale korzyści. A sam z ambulatorium znam sytuacje, kiedy pacjentki molestują nas o scyntygrafię, rentgen płuc, USG brzucha, markery - kiedy nie mają objawów.
          Zresztą, w większości krajów kontrole po leczeniu onkologicznym prowadzą lekarze rodzinni. Sęk w tym, że tam lekarze rodzinni mają nieograniczony dostęp do diagnostyki, a u nas pacjent onkologiczny w POZ to jak trędowaty w starożytnych czasach.

          Co do wiary i nadziei, to się zgadzam i sam to moim pacjentom mówię, bo hipochondryk potrafi umrzeć i bez choroby jak ją sobie wmówi.

          Natomiast jeśli Twoje sumienie jest nastawione na walkę o swoich bliskich po trupach innych, to jest to temat do własnych przemyśleń.
          Ja na przykład widziałem zachowanie mojej mamy w trakcie ostatniego pobytu w szpitalu mojej babci (zakończyło się śmiercią). To było zaufanie do lekarzy w podrzędnym powiatowym szpitaliku. "Oni wiedzą lepiej, uczyli się o tym." I tyle. Oprócz nadziei i wiary w relacji lekarz-pacjent istotniejsze znaczenie ma ZAUFANIE... Model paternalistyczny w medycynie już nie wróci, a kto wie, czy nie szkoda.

          Pozwoliłem sobie przejrzeć wątki z Twoim udziałem na tym forum.
          Co do poszukiwania konsultacji profesorskich dla chrzestnego, to w jego sytuacji uważam, że lepiej go niczym przesadnie nie męczyć, bo z własnego doświadczenia (w CO i hospicjum) wiem, że szanse na powstrzymanie czerniaka w tym stadium zaawansowania są mikre. To jest już choroba uogólniona.
          Obyście nie przespali momentu, w którym bardziej będzie potrzebował Waszej obecności niż daremnych starań. Jedyne leczenie - o ile jest w stanie wystarczająco dobrym by się mu poddać - to paliatywne napromienianie najbardziej bolesnych miejsc w kręgosłupie.
          Pozdrawiam.
          • zielony_listek szcunek do pacjenta 02.03.08, 11:43
            jedruch napisał:

            > Co do wiary i nadziei, to się zgadzam i sam to moim pacjentom
            mówię, bo hipocho
            > ndryk potrafi umrzeć i bez choroby jak ją sobie wmówi.

            Jędruch, ale dla tej wiary i nadziei duże znaczenie ma podejście
            lekarza. Ja nie oczekuje od lekarza cudu, ani wielkiego współczucia
            czy pocieszania. Ale chyba pacjent, nawet ten umierajacy, ma prawo
            do szacunku? I że jak czeka kilka godzin pod gabinetem i wreszcie
            wejdzie, to chciałby usłyszec jakies wyjaśnienia co do terapii o
            której nie ma bladego pojęcia bo wieść o raku spadła na niego jak
            grom z jasnego nieba, cos więcej o przebiegu, zagrożeniach, za i
            przeciw. A nie byc traktowanym jak natręt. No bo skoro i tak ma
            wyrok...


            • jedruch Re: szcunek do pacjenta 02.03.08, 16:53
              My radioterapeuci w porównaniu z naszymi chemioterapeutami mamy w ambulatorium
              słodkie życie.
              50 pacjentów dziennie w porównaniu z ponad 80-ma to lajcik. 6-7 godzin w
              przychodni na 50 osób to ile minut wypada na jednego? A gdy jest 80? Podyktuj
              sekretarce wpis do historii choroby, to ile realnego czasu zostaje na chorego?
              OK, jeszcze trzeba chorego zbadać, to mam z nim rozmawiać, kiedy go osłuchuję?
              Przecież mi będzie wtedy swoim mówieniem przeszkadzał, a ja sam gadając się nie
              skupię!
              Szacunek do chorych mam zawsze, ale oczekuję tego samego od pacjenta.

              W naszym systemie opieki onkologicznej, kiedy lekarze POZ nie mają dostępu do
              pełnej diagnostyki i generalnie szkodują na badania, spychają cały ciężar tzw.
              "follow-up" po leczeniu na Instytuty Onkologii. Nie jest możliwy do
              przeforsowania system chociażby brytyjski, gdzie podstawowa opieka zdrowotna
              zajmuje się kontrolami pacjentów po leczeniu onkologicznym i w razie
              konieczności wdrożenia drugiego rzutu leczenia konsultuje się w ośrodku o
              wyższej referencyjności. U nas nie ma na to kasy (oczywiście każdy minister
              będzie bredził o uszczelnianiu systemu - ale ilość środków i tak będzie o
              kilkaset procent za mała).

              W piątek trafił do mnie na konsultację z innego szpitala chory na raka płuca z
              przerzutami m.in. do kręgosłupa. Porażony od pasa w dół. Zdiagnozowany. NIE
              WIEDZIAŁ NIC! Oczywiście go poinformowałem i wysłałem na weryfikację
              histologiczną guza, żeby była podstawa do wdrożenia leczenia. Taka rozmowa z
              chorym jest za długa na ambulatorium i uważam za karygodne wysyłanie pacjenta
              bez słowa na konsultacje do IO. W piątek miałem takich dwóch chorych i zajęło mi
              to godzinę mojej pracy. A ile to mam średnio na chorego? Coś o tym wyżej
              pisałem. Oczywiście pod drzwiami gdy wracałem czekał warczący tłum, który
              myślał, że gdzieś tam sobie wyszedłem i łaziłem bez celu... Ci ludzie też byli w
              takiej sytuacji jakiś czas wcześniej, ale gdy chodzi o kogo innego, to nie są w
              stanie zrozumieć potrzeby rozmowy, bo "potrzebne na już zaświadczenie!"...

              To przykłady. Nie generalizowanie.

              Natomiast wrócę do głównego wątku. Lekarz nie powinien uginać się przed walczącą
              w imieniu chorego rodziną. On moim zdaniem ma stać murem za tym, za którego nikt
              nie walczy, albo ma za mało przebojowości, by walczyć.
            • jedruch Re: szcunek do pacjenta - postscriptum 02.03.08, 16:55
              >A nie byc traktowanym jak natręt. No bo skoro i tak ma
              > wyrok...

              Nie bądź ignorantem. Rak to nie wyrok, tak jak nadciśnienie to nie wyrok. Przy
              niewłaściwym podejściu do leczenia i jedno i drugie może skończyć się fatalnie.
              • ferg_666 Re: szcunek do pacjenta - postscriptum 02.03.08, 17:43
                jedruch napisał:

                > Rak to nie wyrok, tak jak nadciśnienie to nie wyrok.


                to bardzo optymistyczne podejscie.
                • jedruch Re: szcunek do pacjenta - postscriptum 02.03.08, 23:29
                  A bo ja generalnie jestem optymistą.
      • ferg_666 Re: Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 16:31
        u nas to było tak: sam lekarz chciał zapisać tatę na jak
        najwcześniejszy termin, a pani "Zapisywaczka", ktorej lekarz
        patrzył w kalendarz mowiła "nie ma", lekarz: "nie ma?? a tu", "nie
        ma, nie ma!!".

        no jak nie ma to nie ma, tylko zeby potem nikt nie powiedział ze o
        ten miesiac za pózno i tata sie na nic juz nie zakwalifikuje....
        • jedruch Re: Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 16:50
          U nas też tak jest.
          Ostatnio w kalendarzu odkreśliliśmy terminy i maksymalnie na dzień wpisujemy
          trzy, z ewentualnym czwartym paliatywnym.
          Po prostu nie wyrabiamy na zakrętach i istnieje zbyt duże ryzyko, że będziemy
          leczyć wtedy źle. Nikt nie będzie pytał w sądzie, czy rodzina pacjenta stała nam
          nad głową w ambulatorium, no nie?
          Idźmy zgodnie ze światowym trendem. Tam gdzie jest coraz więcej pozwów o błędy w
          sztuce i głosy, aby to lekarze ponosili odpowiedzialność finansową, należy
          stworzyć właściwe warunki pracy i dostęp do pełnej diagnostyki i metod leczenia
          zgodnie ze standardami - a to się zakończy na szczęście właściwym finansowaniem.
          Dla pacjentów to lepiej dołożyć do ubezpieczenia i mieć pewność, że będzie
          leczony przez wypoczętego lekarza, który ma czas odpowiedzieć na każde jego pytanie.
          • zuzaeb Re: Jak to funkcjonuje? 27.02.08, 22:08
            dziękuję, jedruch, za tak szerokie wyjaśnienie problemu, występujesz
            tu w charakterze równowagi do naszych oczekiwań, żądań i nadziei;
            czasem trudno jest po prostu uwierzyć, że coś nam nie będzie dane,
            bo nie ma, bo nie pomoże itd, cieszę się, że mogę poznać także tę
            drugą lekarską perspektywę, to zmienia trochę mój punkt widzenia;
            czasy są takie, że lekarzom się przestaje ufać, bo wciąż słychać o
            zaniechaniach i niedbałości lekarzy, więc strach trochę przysłania
            rozsądek;
            wiem, że my dopiero zaczynamy walkę i nie wiem jak ja się zachowam
            (tata raczej nie umie walczyć o swoje), ale będąc bogatszą o Twoje
            jedruch spojrzenie, na pewno postaram się zdać się na wiedzę
            lekarzy, mam tylko nadzięję, ze trafimy na prawdziwych specjalistów,
            pozdrawiam was serdecznie
            zuza
    • maretina zadzwon do rzecznika praw pacjenta/nt 07.03.08, 07:55

      • pam_71 Re: zadzwon do rzecznika praw pacjenta/nt 26.06.08, 09:52
        Bardzo interesująca dyskusja ;-) Dlatego wyciągam ...
        Wczoraj mój Tścio kochany(od miesiąca niestety również pacjent
        onkologii) opowiadał jak stażysta z Onkologii pytał Go czy może
        polecać chirurgię w tutejszym szpitalu( wcześneij tam był
        operowany) ... Odpowiedź Taty bardzo mi się spodobała ;-) "Panie,
        jak ktoś był w wojsku - to sobie poradzi."
        To tak mniej więcej jak z akcją "rodzić po ludzku" ... artykuły
        sobie,a rzeczywistość naszych porodówek sobie ...
        Ale czy tak powinno być ?!
        Pozdrawiam Pam
        ps: ja nie byłam w wojsku ... a TY Jaruch ;-)
Pełna wersja