agaiares1
23.06.08, 12:07
moja mama ma raka piersi, jest już po drugiej chemii i fizycznie znosi to
dobrze, lekarz jest zadowolony z wyników, ale i tak sie nie obędzie bez
operacji. do tej pory mama łudziła się że może jednak nie zrobią zabiegu skoro
chemia sprawiła że guz się rozszedł, teraz lekarz odebrał jej tą nadzieję ale
nie wiem dlaczego tak jest. nie rozumiem czemu operacja i tak jest konieczna a
mama jest osobą, która wstydzi się ludzi, a do tego nie chce wiedzieć
niektórych rzeczy przez co ciężko się z nią rozmawia w ogóle a już teraz gdy
jest rozdrażniona chorobą to już max. dostała strasznego psychicznego dołka,
mówi że nie ma chyba sensu się godzić na tą operację bo i tak to nic nie da.
jej życie nie ma sensu, bo nie ma oparcia w moim ojcu a ja przeprowadziłam się
200km od niej i nie będę mogła być przy niej po operacji, bo mam małą córkę,
której nie mam z kim zostawić żeby samemu jechać do mamy. a córeczka bardzo
kocha babcię i na niej wisi i włazi na nią więc zabierać ją ze sobą do mamy
zmęczonej operacją z unieruchomioną ręką, to zły pomysł. nie wiem co robić...
mój tata rzeczywiście zachowuje się dziwnie. siedzi całymi dniami przy
komputerze i gra w gry a ona sama w drugim pokoju zmaga się z myślami. żali
się że nie ma do kogo buzi otworzyć. nie dobrali się moi rodzice i to było
widać od zawsze, ale wydawało mi się że się kochają i oczekiwałam że ojciec
wszystko rzuci skoro ona jest chora. a on zachowuje się jakby ważniejsze było
to że on ma problem bo ma chorą żonę i w ogóle jak z nim gadam to mówi że ona
odrzuca jego pomoc, że mu powiedziała, że źle pyta o różne rzeczy, że się nie
interesuje jak przestał pytać a w końcu, że to że za niego wyszła to duży błąd
i że zmarnowała sobie życie. do mnie to z resztą też ciągle powtarza. ja
rozumiem że jemu nie jest lekko jak żona tak mu mówi ale przecież to ona jest
teraz ważniejsza, tak myślę... powinien przeskoczyć to gadanie i się poświęcić
dla niej, nawet jeśli ona lubi oglądać drzyzgę a jemu się flaki wtedy
przewracają. tragedia jest jak ludzie nie mają wspólnych zainteresowań i nie
potrafią do tego się choć odrobinę nagiąć dla drugiej strony. moja mama też by
mogła gdyby chciała iść do niego do pokoju i chociaż siedzieć w jednym
pomieszczeniu, albo jak on ogląda na drugim telewizorze dicovery to iść
pooglądać z nim. nie wiem już co robić... jestem zrozpaczona, bezsilna,
bezradna. chciałabym żeby mama czuła oparcie, żeby miała nadzieję i chęć do
walki z chorobą a nie wiem co zrobić, bo ja nie przeskoczę tego że mieszkam
gdzie indziej ani tego że nie jestem jej mężem a wiadomo że o to też chodzi, o
tą niespełnioną miłość o bliskość ukochanego a dziecko (czyli ja) to inna
sprawa, inna miłość. boję się jak moja mama mówi że musi to rozwiązać i się na
coś zdecydować, albo życie albo śmierć i jak płacze mi w słuchawkę że
chciałaby już tak zasnąć raz... nie umiem jej nawet pocieszać bo każda moja
próba kończy się tym, że ona mówi że ja sobie nie zdaję sprawy z tego jak to
wygląda, że to nie tylko operacja i rekonwalescencja, że się z wyrokiem żyje
już do końca. trzeba być pod stałą kontrolą bo są przerzuty itp. ona nie chce
w ogóle dopuścić myśli, że akurat ona będzie w tej grupie kobiet, które po
prostu wyzdrowiały i cieszą się teraz odzyskanym życiem. ma charakter
fatalistki i dla niej to już koniec. nawet ukochana wnuczka nie jest bodźcem
do pokonania choroby, choć mama mówi ciągle że tak chciałaby pomóc ją
wychowywać. co ja mam robić??? rozmowy z ojcem nie przynoszą skutku, to
człowiek, który nawet jeśli ją kocha nie umie jej tego okazać. a ona też już
nie chce docenić jakichkolwiek starań z jego strony... jestem taka zdołowana
tą bezsilnością...nie wyobrażam sobie życia bez mamy... jestem z resztą tak
uzależniona od rodziców emocjonalnie, że nie umiem funkcjonować ze własnej
najbliższej rodzinie kiedy u nich jest coś nie tak. a tam wieczna huśtawka,
raz jest ok a raz się nie odzywają i mama płacze całymi dniami a ojciec popija
ukratkiem - ilości niewielkie i nie up[ijając się, ale ją to dodatkowo drażni.
a jak mu mówi, że się boi że coś się stanie a on akurat będzie na rauszu to on
odpowiada, że są przecież taksówki, pogotowie i w ogóle. czy ten człowiek nie
rozumie, że tu chodzi o niego?? że o innego jest pojechać samemu z obcymi
ludźmi do szpitala czy lekarza w momencie gdy czujesz się fatalnie i nie wiesz
co teraz skoro organizm fiksuje, a co innego jest pojechać z najbliższą osobą
wspierając się na jej dłoni??? ja już nie wiem.... płakać mi się chce i
siedziałabym tylko patrząc w jeden punkt albo spała... nic mi się nie chce...
jak rozmawiać z mamą??? jak pomóc komuś kto nie chce uwierzyć że będzie
dobrze?? dla kogo nie będzie dobrze, bo się zawiódł na mężu i nie czuje ważny
dla kogoś kogo przez całe życie kochał wielką miłością a teraz został sam z
chorobą??? mój ojciec to baran.....