czy mozna sie jakos przygotowac....?

07.11.08, 20:11
Moj tato ciągle jeszcze wierzy,ze uda mu sie z tego wyjsc, ze pokona
chorobe... Ja wiem, ze zostal mu rok, moze 2, a moze nawet mniej
(drobnokomórkowy rak pluca).
Zastanawiam sie czy mozna sie jakos do tego wszystkiego przygotowac?
Czy Wy tez o tym myslicie?
Czy myslicie co powiedziec bliskiej osobie kiedy sie dowie, ze nie
ma dla niej ratunku?
Czy mozna sie przygotowac na smierc ojca/matki? Jak to zrobic? Czy
lepiej o tym nie myslec, tak dlugo jak to tylko mozliwe?
Cherrie
    • deria1 Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 07.11.08, 21:52
      Cherrie...Ponieważ mój tato odszedł 31.07.08 (rak drobnokomórkowy
      płuc) mogę poradzić tobie nigdy nie odbieraj choremu nadziei, nawet
      jeśli znasz wyrok... Na początku lekarz prowadzący poinformował mnie
      że tata ma jeszcze ok. 6 m-cy, żył 13. Więc nie wierz w statystyki,
      bo każdy znosi chorobę inaczej. Owszem jest to okropna diagnoza i
      prędzej czy później wiemy, czym się kończy. Mój tato wierzył do
      samego końca, nawet jak był już przykuty do łóżka - w ostatnich 3
      tygodniach...Nigdy nie mówił o śmierci, a i my bliscy nie
      podejmowaliśmy tematu. Ale wiem, że każdy chory swoje myśli - czasem
      wydawało mi się, że tata jest myślami zupełnie gdzie indziej...
      Przez cały okres choroby dbałam o to, aby tacie nikt nie mówił
      wprost o diagnozie, rokowaniach. Zawsze mówiłam mu że dobrze
      wygląda, lepiej niż poprzedniego dnia, a on wówczas bardzo się
      cieszył i to go podbudowywało. Bardzo dzielnie znosił chorobę - nie
      wiem, czy sama bym tak potrafiła...Ale wiedz, że jest to cholernie
      trudne, wiedzieć, że ktoś tak bliski odchodzi i mówić, że będzie
      lepiej, że potrzebuje czasu, że coraz lepiej wygląda.
      Gdybym mogła cofnąć czas - tak samo bym postąpiła! Jak można
      przygotować się na śmierć rodzica? Myślę, że do końca odsuwa się od
      siebie taką myśl...i liczy się na jakiś mały cud. Trzeba być blisko,
      okazać miłość, pomóc we wszystkich czynnościach, rozmawiać o
      wszystkim, ciepło i serdecznie - ale nigdy nie mówić że umiera...
      Cały okres choroby starałam się być jak najwięcej z tatą, sprawiać,
      aby się uśmiechał, pomagać mu, zająć go aby nie miał okazji do
      niepotrzebnych rozmyślań.
      Byłam bardzo związana z tatą. Miał zaledwie 61 lat...
    • madrek76 Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 07.11.08, 22:45
      Podpisuje się pod wszystkim co napisała Deri !!! Najwazniejsze to
      nie dac umrzec nadziei, mój Tata (nieoperacyjny rak żoładka) w myśl
      operującego go lekarza i statystyk przy tak wysokim zaawansowaniu
      miał życ ok. 3 m-cy, a jednak chemia i jego upór by walczyć dało nam
      20 m-cy, w czasie którego spedzałam z Tatusiem jak najwiecej czasu
      bo pozostawała ta świadomość, że... no własnie,że nastapi progresja
      i tak sie stało potem wszystko szło ekspresowo.Mój Tatus tez nigdy
      nie rozmawiał o śmierci bo On tak bardzo chciał żyć, do końca, do
      ostanich oddechów walczył. A czy da sie na to przygotować...ja
      twierdzę,że NIE, ponieważ dopóki jest nadzieja nie dopuszczmy do
      siebie takiej mysli, a poza tym inaczej przezywamy cos myślac a
      inaczej gdy nas to bezpośrednio dotyka. Przez te 20 m-cy pobytu na
      forum odchodzili bliscy wielu osób, nie raz czytajac wpisy płakałam
      wiedząc,ze to samo może spotkać nas i nie wiemy kiedy, bolało...ale
      prawdziwe emocje i ból przyszły gdy Tatus odszedł wtedy dopiero
      zrozumiałam co przezywały te wszystkie osoby pisząc o smierci swoich
      bliskich.Teraz jedno wiem,gdy żyjemy z wyrokiem nalezy dbac by kazdy
      dzien był "wyjątkowy" pełen miłości, wsparcia, nadziei tylko tak
      potrafimy przejśc i walczyć!!! Co do myslenia o śmierci...jak
      powiedział ksiądz w czasie pogrzebu Tatusia "każde życie kiedyś
      gaśnie", ale sądzę że na wszystko w zyciu jest czas - dopoki bliska
      osoba żyje cieszcie się sobą - wiem,że to czasami bardzo
      trudne...nie zapomnę jak nawet dzien przed śmiercią zapewniałam
      Tatusia,ze będzie dobrze a wiedziałam,że jest coraz mniej stabilny a
      przerzuty i guz w zoładku rośnie w zawrotnym tempie :-( Ale w ten
      sposób kilkanaście godzin przed Tatusia śmiercią mogłam zobaczyć
      jeszcze jego uśmiech i spokój gdy zasypiał, a na smutek przyjedzie
      czas...gdy człowiek czuje olbrzymią pustkę po odejściu bliskiej
      osoby. Takie jest moje zdanie. Trzymajcie sie dzielnie i walczcie!!!
    • cherrie Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 08.11.08, 10:07
      Dziekuje za Wasze wspisy. Tak, wiem ze macie racje.
      Dziekuje Bogu, ze tata jest optymista, w przeciwienstwie do mnie. On
      naprawde wierzy i ja sie z tego ciesze, boje sie tylko jak go
      jakis "madry" poinformuje, ze tak wlasciewie to nie ma szans, ze
      wszystko to tylko kwestia miesiecy.
      Ja niestety nie moge tak bardzo tego pilnowac, ani spedzac z tata
      duzo czasu, bo mieszkam za granica. Fakt, ze rozmawiam z nim
      codziennie, ale to nie to samo.
      Nie wiem tylko co zrobic kiedy on sie dowie, ze sa przerzuty, ze nie
      ma ratunku... Pisze na forum, bo moze ktos z Was ma doswiadczenia,
      rowniez i w takich sytuacjach.

      Mi jest ciezko, bo w przeciwienstwie do reszty rodziny, nie mam
      nadziei. Nawet ksiadz, ktoremu nigdy tego nie zapomne w przeddzien
      mojego slubu, kiedy poszlismy podpisywac dokumenty powiedzial: "...o
      rak pluca, to juz nie ma nadziei! Pewnie dostanie krwotoku i szybko
      umrze. No ale po co mialby sie dlugo meczyc." Rozumiecie to, ksiadz
      dzien przed moim slubem!

      Nie wiem, skad Wy czerpaliscie swoja nadzieje?
      Caly czas sie pocieszam, ze kiedy ta walka, ktorej najgorsza czzesc
      dopiero przed nami, kiedy ona sie skonczy to bedzie lepiej, bedzie
      juz po wszystkim.Nie zrozumcie mie zle, tylko wydaje mi sie, ze
      ostatni etap tej walki jest bardzo ciezki dla chorego i dla rodziny.
      Wtedy smierc (i wiara w zycie wieczne) chyba jest jakims ukojeniem?
      Nie wiem, nie mam o tym szczerze mowiac zadnego pojecia. Oprocz
      dziadkow, nik bliski nigdy mi nie umarl.Nie wiem czy jest ciezej
      patrzec na cierpienie, cierpiec czy gorsza jest pustka i smutek po
      odejsciu ukochanej osoby? Co myslicie?

      Narazie staram sie jeszcze cieszyc kazda chwila, bo moj tata ciagle
      zyje, leczy sie i ma nadzieje. Szkoda tylko, ze nie moge mu
      powiedziec zeby on bardziej korzystal z zycia. On caly czas stara
      sie bardzo uwazac, zeby nic nie zazkodzilo w terapii.
      • yago997 Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 18.11.08, 09:50
        nawet nie wiesz jak bardzo zazdroszczę możliwości toczenia tej
        walki, nawet jesli wiemy że będzie przegrana
        Ja na śmierc mojej mamy mogłam przygotowywac się właściwie od
        poczatku, od diagnozy w czerwcu 2007 roku,
        ale na to nie da się przygotować! nawet jesli w ostatnich dniach
        było juz bardzo źle, ja tego nie zauważałam, wciąż myslałam że lada
        dzień masmie się lekko poprawi i zabiorę ją do domu
        Nawet w dzień jej smierci jechałam do szpitala raniutko aby
        porozmawiać z lekarzami i zabrac ją do domu..
        Nigdy nie powiedziałam przy niej słowa śmierć
        choć teraz żałuję że się nie pożegnałam, że nie powiedziałam
        wszystkiego, że udawałam że będzie zdrowa!!!
    • kakoka Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 18.11.08, 10:30
      Też się nad tym zastanawiam bo ten moment przede mną. Racjonalnie
      sobie tłumaczę, że już od momentu diagnozy mamy choroby wiedziałam
      co to znaczy. Lekarze też nie kryli, że drobnokomórkowy rak płuca
      się nie wyleczy. Dużo wiem,zapewne Ty też, ale rozum i uczucia to
      oddzielna sprawa. Jestem zdania, że jeżeli osoba chora sama nie
      zaczyna rozmowy o smierci to napewno nie należy wywoływać tego
      tematu. Co innego jak sama zaczyna mówić. Wydaje mi się również, że
      tak jak tu było już napisane na tym forum: jeżeli lekarze stwierdzą,
      ze nie ma podstaw aby męczyć chorego następnymi naświetlaniami lub
      chemią bo to pogorszy tylko stan a nic nie wniesie, to należy dać mu
      spokój i to, co starać się zrobić, to właśnie dać mu odejść w
      spokoju. Potem można wyć i krzyczeć z bólu ale dopóki chora osoba
      żyje trzeba zapewnić jej spokój. To jest bardzo trudne. A nadzieja
      zawsze umiera ostatnia.
      • pipiblond Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 18.11.08, 20:19
        O śmierci powinniśmy rozmawiać będąc zdrowym, to nie uniknione. Raz nadchodzi
        wcześniej, raz póżniej lub za wcześnie. Ale byłam na takim pogrzebie gdzie
        ksiądz mówił, że nie uczymy się i nie umiemy kochać duszy. Kochamy ciało i
        dlatego jest nam ciężko po jego śmierci. Ciała nie ma, ale dusza istnieje i jest
        z nami.
        • yago997 Re: czy mozna sie jakos przygotowac....? 19.11.08, 08:39
          Masz pipiblond rację!!!
          Mi choć nigdy nigdy nie wierzyłam, dane było być przy smierci Mamy i
          zauwazyć moment opuszczania ciała
          Gdy było juz po wszystkim na łózku pozostała dosłownie tylko jakaś
          powłoka, zwykłe ciało, opakowanie, PUSTE
          a ja czułam mamę dookoła...w sercu...w powietrzu...misterne
          przezycie, wielkie i wzruszające.....
          Jestem bardzo wdzięczna, ogromnie wdzięczna że dane mi było tego
          doświadczyć!!!!
          i teraz choć tęsknota i ból sa naprawdę ogromne, to nie myślę o
          mamie jako o ciele, tylko własnie jako o duszy!
          Niestety mało kto jest mnie wstanie zrozumiec...
    • cherrie temat tabu? 19.11.08, 10:13
      Tak sie jeszcze zastanawiam nad emocjami jakie nam towarzysza.
      Zauwazylam, ze ludzie bezposrednio lub posrednio dotknieci choroba
      nowotworowa w ogole nie chca rozmawiac o swoich myslach i emocjach.
      Tak jakby one nie isnialy. Owszczem padaja tu i owdzie slowa tj.
      zal, smutek i pustka, ale to ciagle nie o to mi chodzi...
      Ja uwazam (i bardzo bym chciala aby to byla prawda), ze idzie sie
      jakos przygotowac na odejscie bliskiej osoby.
      Osobiscie zawsze wszystko starannie przygotowywalam, mialam plan,
      pozniej pozostawala tylko jego realizacja. Bedac dobrze przygotowana
      wiedzialam, ze sobie poradze.
      Dlatego rowniez teraz wydaje mi sie, ze jezeli sie przygotuje, bede
      wiedziala co mnie czeka itd. latwiej przez to przejde. Moze sie myle?
      Nie wiem, nie jestem psychologiem, chociaz przyznam, ze bardzo mnie
      interesuje co powiedzieli by na to specjalisci.
      Wiem, ze mozna o tym myslec/mowic/wyrazac swoje emocje itd., a mozna
      tez odpychac od siebie to wszystko i tymczasowo nie myslec o tym, bo
      jeszcze i na to przyjdzie czas. Co jest lepsze?
      Jak Wy do tego podchodzicie/podchodziliscie? Czy stosowaliscie
      technike przygotownia sie czy odkladania na pozniej?

      Poza tym, czy korzystaliscie z pomocy psychologa? Czy probowaliscie
      roznych form samo-pomocy typu ksiazki z dziedziny psychologii i
      psychoonkologii? Czy rozmawialiscie duzo z bliskimi - jezeli tak to
      o czym- o tym co czujecie czy czego sie boicie?

      Pisalam na tym forum z mysla, ze ludzie tak samo dotknieci choroba
      beda chcieli powymieniac sie doswiadczeniami jak sobie z tym radzic,
      co robic?
      Jednak caly czas mam wrazenie, ze jest to temat tabu...
      • pipiblond Re: temat tabu? 19.11.08, 13:38
        Naturalne jest to, że odchodzimy, ale nie możemy pogodzić się z tym jak
        odchodzimy. I tak do końca nikt z nas nie wie, czy śmierć z powodu wypadku to
        tak miało być. Moja koleżanka mawia, że pali się świeczka, tom oczywiście
        wiadomo,że przenośnia. Ale zastanawiamy się dlaczego na przykład cierpimy, nie
        wiemy. Czy to jest właśnie pokuta. Powiedzenie, że odpokutujesz swoje grzechy ma
        może jakieś głębsze znaczenie. Samo umieranie jest dla nas przykre, aż w końcu
        mówimy, tak miało być. Mówimy czasami, dobrze, że umarł, tak się męczył. Ksiądz
        powiedział na jednym z pogrzebów, "umieramy po to, żeby żyć".
      • cyma2704 Re: temat tabu? 19.11.08, 20:25
        Zdecydowanie się zgadzam z cherrie. Do odejścia bliskich można się przygotować.
        Należy tylko przestać myśleć że człowiek to samo ciało. Jeśli myślimy, że ma
        duszę lub że pozostanie po nim myśl,wspomnienia, a nawet rzeczy materialne to
        nie umiera cały. Banalne powiedzenie, że osoba żyje dopóki inni o niej pamiętają
        najlepiej oddaje sens takiego myślenia.
        To, że śmierć jest w naszym kręgu kulturowym tematem tabu jest niestety prawdą.
        A jeszcze kilkadziesiąt lat temu człowiek umierał otoczony bliskimi we własnym
        łóżku. Jestem osobą, która to tabu łamie. Jest to jednak bardzo trudne.
        Większość nie rozumie mojego podejścia do śmierci, dlatego ujawniam swoje
        poglądy tylko w gronie osób zaufanych. Sama od lat przygotowuję swoje dzieci do
        tego, że mogę w każdej chwili umrzeć. Rozmawiam z nimi co jest dla mnie ważne.
        Jak chciałabym przeżyć ostatnie miesiące życia, a także mój pogrzeb i inne
        sprawy. Dzieci rozmawiają o śmierci bez problemów. Często sobie nawet na ten
        temat żartujemy. Niestety z mężem pochodzącym z rodziny w której nie rozmawia
        się na żadne ważne tematy, już nie da się porozmawiać o śmierci naturalnie. Na
        koniec zaznaczę, że czuję się doskonale i na razie nie zamierzam umierać.
        Oswajam siebie i bliskich z myślą o śmierci. Z pewnością będzie im trochę łatwiej.
        • estelka1 Re: temat tabu? 19.11.08, 21:23
          Nie sama śmierć jest straszna, tylko tęsknota która po niej
          następuje. Nie przeskoczymy tego, że jesteśmy ludźmi i to co
          materialne, jest dla nas bardzo ważne, tak ważne że potrafi nam
          przesłonić duchową sferę życia. I tak naprawdę do śmierci (myślę tu
          o śmierci bliskiej osoby) nie da się przygotować. Oswajamy ją
          dopiero wówczas, kiedy się stanie. Ale świadomość, że jest gdzieś
          blisko i niebawem nas dotknie, pojawia się przed śmiercią bliskiej
          osoby. Ta świadomość boli, buntujemy się przeciwko niej, staramy się
          odgonić (te nasze zabiegi, zeby za wszelką cenę spróbować wszystkich
          dostępnych terapii i do tego nasza wiara w cuda), aż w końcu dociera
          do nas, że nic się nie da zrobić, że trzeba czekać i się modlić...
          być może to jest u większości nas przygotowanie na śmierć bliskiego
          człowieka.
          A czy możemy przygotować bliską osobę na śmierć? Osobiście mam
          wrażenie, że umierająca osoba wie o tym, ale stara się odeprzeć
          takie myśli, żeby nie ranić najbliższych. Ci znowu często okłamują
          umierającego, żeby go oszczędzić i to jest błędne koło. W jedynym
          przypadku śmierci, z którą zetknełam się bezpośrednio (to była
          śmierć ukochanej mamy niespełna rok temu), wiedziałam o tym, że mama
          umiera dużo wcześniej niż ktokolwiek inny. Mama sama dawała mi
          sygnały, tylko że ja starałam się je odepchnąć od siebie. Nie mniej,
          tak jak obiecałam mamie, nie starałam się na siłę jej ratować. Mama
          poprosiła mnie, o to że kiedy powie dość, że nie ma siły dalej
          walczyć, ja to uszanuję. Obiecałam jej to. I choć byliśmy przy mamie
          w dniu śmierci i tata i siostra i ja, mama odeszła w momencie, jak
          na chwilę zostałyśmy tylko we dwie. Choć wyć mi się chciało z bólu,
          powiedziałam mamie tylko, że ją kocham i dziękuję za szczęśliwy dom,
          jaki nam stworzyła.
          Wiem, ze mama w tej chorobie ufała mi bardziej niż komuś innemu. Ale
          między innymi dlatego że nie okłamywałam jej. Kiedy chciała
          wiedzieć, co jej jest, jakie są szanse, mówiłam prawdę. Ale
          właśnie... kiedy chciała wiedzieć. Na siłę jej nie uświadamiałam.
          Gdy spytała, czy ma szansę... powiedziałam prawdę, ze statystycznie
          kiepsko to wygląda, ale każdy człowiek jest inny i ta szansa u
          każdego inaczej wygląda. Nie obiecywałam cudów, ale to że będę z nią
          i stanę na głowie, żeby ją leczyć... o ile bedzie chciała.
          Mama do śmierci była przygotowana. Powtarzała ze gdyby dostała
          drugie życie, przeżyłaby je tak samo. Że jest szczęśliwa z tatą,
          dumna z córek i wnuczek. Jedyne, co ją martwiło, to czy tata da
          sobie radę bez niej. \
        • madrek76 Re: temat tabu? 19.11.08, 21:36
          cyma2704 napisała:
          > Oswajam siebie i bliskich z myślą o śmierci. Z pewnością będzie im
          trochę łatwiej.

          Też tak kiedyś myslałam,do czasu jak nie przezyłam śmierci Taty i
          dzis wiem już jedno - nie ma sposobu by sie do tego przygotować,
          dlaczego? Ano z jednego powodu - bo rozmowy o śmierci a uczucia
          jakie sie czuje gdy bliska osoba wydaje ostatni oddechy,gdy zamykasz
          jej oczy, to coś na co nikt i zadnym sposobem nas nie przygotuje.
          Poprostu rozmawiajac o smierci nie ma uczuc, to rozsadek sprawia ze
          o śmierci mówimy, my tylko oswajamy swoje myśli, ale nie uczucia!!!
          A gdy odchodzi bliska osoba przede wszystkim uczucia odgrywaja
          pierwszoplanową rolę i dziś to szczegolnie mocno do mnie dociera.
          Mój Tata o smierci rozmawiał ze mna raz, po nieudanej drugiej
          operacji, kiedy dowiedział się,że znów nie udało sie wyciać zoładka,
          wtedy faktycznie mówił o tym co czuje, ze sie boi i mówił o smierci,
          ale kolejne 11 m-cy były m-cami walki o zycie i dla niego motywacja
          było słowo "ZYCIE", słowo "śmierć" byłoby tu demotywujące,
          zabierające wolę walki i nadzieje, która naszym bliskim dawała siły
          do walki, czesto bardzo nierównej walki. My nie przygotujemy sie na
          śmierc bliskich, ale powinnismy sie nauczyc inaczej myslec o
          smierci,dla osoby wierzącej to bedzie przejście do innego życia, to
          będzie pożegnanie z ciałem,ale nie z dusza,nie ze wspomnieniami,
          słowami,chwilami jakie usłyszelismy,jakie przezylismy, w naszych
          sercach i w domach nasi bliscy pozostają i od nas zalezy,czy beda
          żywi w nas samych, czy zapomnimy. Taty nie ma z Nami już m-c i 4
          dni, a ja czuje jego obecność w sobie i będę robić wszystko by to
          pielęgnować.
Pełna wersja