NASZE HISTORIE

    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:51
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      marinka52 26.10.07, 21:59 Odpowiedz
      ciag dalszy nastapi...
      zmeczylam .. wybaczcie...opisze co bylo dalej! opisze,lecz.. spatku
      mi dzus juz chce.. jesli nie zdaze.. do niedzieli,to wroce z gdanska
      z chrztu mego wnusia.. i postaram opisac...
      plonie swieca, bo moja kolezanka mniala juz zaatakowany caly
      organizm,gdy zrobila pierwszy raz mammografie:((((
      o 4lata za dlugo!!!wlaciwie,4 to ona palcami go wycziwala, a lekarze
      powiedzieli ze on mieszkal w niej ok 15lat!

      Bardzo, bardzo przezylam jej smierc,,szybko .. bardzo szybko mi jej
      zabraklo po tej mammografii,, :(((([***********************........]

      brakuje miejsca dla mnie w szpitalunaleczenie powiklan zwyklego
      wczsnojesiennego wirusowego zchorzenia,,serce boli.. poprostu cos mu
      wirusy uszkodzily.. te moje wiencowe serduszko, i cukrzyca od
      wirusow oszalala,,,jak nigdy nie wiadomo co moze nam sie dolozyc
      jeszcze,od tego co juz mamy!
      i sil mi brak na pisanie dalszej historiii... ale opisze..przydzie
      vena i opisze....
      blagam was ! nie chorujcie!!!!
      nie dawajcie stresom!!! do zycia wprowadzac, bo to to!!!!onklodzy z
      warszawy mi powiedzieli najnajnaj wieksze paskudztwo,,a matenka mi
      mowila --corciu dbaj o swoja dusze,, czyli stron od stresow,,a zycie
      i tak swoje uczynilo,, ale nie daje sie jak tylko moge!! i Wy tez
      walczcie .. nie zapraszajcie przenigdy stresow..ok..pa

      • stokrotka29 Re: NASZE HISTORIE 29.01.09, 08:48
        Witam.Jestem nowa na tym forum ale czytam Wasze historie juz od jakiegoś czasu
        razem z Wami uczę się na nowo życ.Nasz historia zaczęła się we wrześniu
        2005r.Moja mamusia dużo paliła a do tego miała chore serce i często zapadała na
        zapalenie płuc i oskrzeli.Wtedy na początku pięknej złotej jesieni znów to
        samo,a potem lekarz rodzinny ,antybiotyk,ziółka i ...wszystko bo mama nie
        chciała słysze o szpitalu.Jednak miało byc inaczej.Następnego dnia z bardzo
        niskim ciśnieniem,anemią i ciężką sepsą mama trafiła na reanimację do
        koszalińskiego szpitala.Uratowali ją.Leżała na OIOM i wyszła z ciężkiego
        zapalenia płuc.Odetchnęliśmy z ulgą.Wyszła ze szpitala na początku
        pażdziernika.Cieszyła się a my z nią,ale jedna rzecz nie dawała nam spokoju.Mimo
        wyleczenia choroby wynik ob i morfologia wciąż były kiepskie.Dwa tygodnie
        póżniej powtórka z rozrywki i znów rozpacz mamy i kolejny tydzień w szpitalu.Tam
        wyniki,biopsja,bronchoskopia i znów wszystko w porządku...prawie w porządku.Mama
        znów dochodziła do siebie chociaż szybko się męczyła,była blada i morfologia
        wciąz była kiepska.I tak dotrwaliśmy do świąt.Dwa dni przed wigilią gdy mama
        robiła zakupy odbierałam jej wyniki kontrolne z przychodni i ...usłyszałam że
        ich nie dostanę bo mama ma natychmiast stawi się do p.dr i że wynik jest
        alarmujący:morfologia leży a ob ponad 120.Potem wszystko potoczyło się szybko za
        szybko bo to dziadostwo dało nam tylko 6 miesięcy.Po natychmiastopwej wizycie u
        hematologa i kolejnych wynikach w styczniu padła diagnoza szpiczak mnogi i 40%
        komórek rakowych a więc rokowania kiepskie o ile wogole o jakiś ostatecznych
        rokowaniach w tej chorobie można mówic.Mama zawsze była konkretna i waleczna bo
        życie jej raczej nie oszczedzało.Zdecydowała że pogonimy dziada.Pierwsze 3
        chemie raz w miesiącu w klinice w SZczecinie nie przyniosły rezultatu a wręcz
        namnożyły komórki i mama dostała silniejszą chemię na zasadzie albo zadziała
        albo....i niestety było to albo.Druga chemia podziałała zabójczo na schorowany i
        słabiutki mamusiny organizm.Staraliśmy się wykorzysta te miesiące jakie los nam
        dał,wspieraliśmy mamę jak tylko się dało jednocześnie umierając z
        trwogi.Niestety 24.06.2006 mamusia przegrała z własną psychiką i z tą przeklętą
        chorobą.Dzisiaj bardzo,bardzo nam jej brakuje.Niestety los albo Bóg albo jak
        chca niektórzy natura nie zna umiaru w zsłaniu nieszczęśc.Tym razem będzie to
        historia mojego owdowiałego taty.W grudniu 2007 tatuś trafił na chirurgię po tym
        jak w ciągu tygodnia bardzo (do 700!!!)skoczył mu poziom cukru i konieczna
        okazała się operacja palucha.Ciężko Go było zawsze namówi na wizytę u lekarza
        mimo że od lat chorował na cukrzycę.Myśleliśmy że to ta zaniedbana cukrzyca.Noga
        goiła się dobrze.Tata wrócił na wigilię do domu.Znów wszyscy odetchnęliśmy z
        ulgą.Co miesiąc tata jeździł do kontroli.Potem jeszcze dwa razy trafił do
        szpitala i wydawalo się że mimo trudności wszystko idzie w dobrym kierunku ale
        niestety wróg już szykował się do ataku.Latem tata gwałtownie stracił na
        wadze.Na początku myśleliśmy że to od wielkiej ilości antybiotyków i pobytów w
        szpitalu.Jednak z dnia na dzień było coraz gorzej tatuś słabł,chudł i tracił
        apetyt.Błagaliśmy go o wizytę lekarską ale Tatuś miał już doś szpitali.Dopiero
        jak już całkiem opadł z sił ,spadło mu cisnienie,pojawiły się bolesne
        zaparcia,brak apetytu i wreszci omdlenia siostra(gdyż ja od września zaczęlam
        pracę w innym mieście)siłą zaciągnęł tate do szpitala.Tatuś trafił tam
        5.09.08.Zrobili mu wszystkie możliwe badania i 10.09.08...padł wyrok
        zaawansowane ostatnie stadium raka jelita z przerzutami do wątroby,woreczka i
        naciekami na trzustkę i żołądek.Rokowania beznadziejne najwyżej dwa miesiące i
        .....wypis do domu z zaleceniem opieki paliatywnej.Tatuś kompletnie się
        załamał.Mowi sie że nadzieja umiera ostatnia ale wtedy chyba ją
        stracilismy.Tydzień pożniej po interwencji taty przyjaciela tata trafił na
        odżywianie do szpitala i miał mie robioną operację przedłużającą życie ale jej
        już nie doczekał.Jego stan pogarszał się bardzo szybko.Ze względu na
        wyniszczenie organizmu nie było mowy o żadnej chemi.Pojawiło się wodobrzusze i
        bóle nowotworowe.Tatuś gasł w oczach ku naszej rozpaczy.Na dodatek już bez
        przytomności bo dostawał wielkie ilości morfiny.Mimo że lekarze traktowali
        tatusia jak własnego ojca z tkliwością i takim jakimś zawzięciem to jednak
        bolało nas że ta choroba nie tylko zabierała nam go na raty ale na dodatek nie
        pozwoliła by umarł w domu.Jeszcze dzień przed pójściem do szpitala mój zawsze
        odważny tata powiedział że boi sie że wie że już tu nie wróci...Niestety miał
        rację bo nie mogliśmy już taty zabra do domu ze względu na jego stan/po prostu
        nie przezył by podróży na drugi koniec miasta;((((/W szpitalu byliśmy po kilka
        razy dziennie,szturmowaliśmy niebo,wydzieraliśmy tatę chorobie ale ten cholerny
        rak zwyciężył.Tatuś umarł na naszych rękach 10.10.08.Okazało się że gdyby dwa
        lata wcześniej gdy żegnał żonę poddał się badaniu wykryto by to cholerstwo,nawet
        rok wcześniej gdy trafił do szpitala z rzekomym atakiem cukrzycy/w
        rzeczywistości była to reakcja trzustki na nacieki nowotworowe/badanie i
        operacja przedłużyłyby tacie życie,ale to pewnie tylko gdybanie...Został okropny
        ból,tęsknota i żal bo to nie jest tak że dorosły człowiek nie potrzebuje
        rodziców,zwłaszcza gdy oboje umierają w sile wieku(57 i 60 lat)Dwa miesiące
        przed tata umarła jego najstarsza siostra i tak z ogromnej rodziny zostaliśmy z
        rodzeństwem niemal sami.:(((((
        Prośba do wszystkich:badajcie się ,dbajcie o siebie bo nie żyjecie sami.Nie
        skazujcie się na cierpienie.Rak zawsze przychodzi podstępnie i często nie daje
        szans ale trzeba z nim walczy.Walczcie dla siebie i bliskich badając się i
        odbierając mu przewagę.Nie pozwólcie by cmentarz czy hospicjum były jedynymi
        miejscami w których spotyka będziecie się z najdroższymi osobami.pozdrawiam
        serdecznie.dobrze że jesteście:)
    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:52
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kolorowa_karteczka 22.12.07, 20:42 Odpowiedz
      Jak się zaczęło? Banalnie. Niewinnie.
      Gorączka, powiększony węzeł chłonny, czasem jakiś ból głowy, czasem
      nudności,
      czasem wstałam z nocy cała zlana potem. Długo bagatelizowałam te
      objawy. Szkoda.
      Po namowach rodziny wybrałam się do lekarza. Nie trafiłam na lekarzy
      domyślnych
      i pomocnych. Jeden zdiagnozował grypę żołądkową i wysłał do domu z
      antybiotykiem. Drugi zdiagnozował anginę, wysłał do domu z
      antybiotykiem. Ani
      jeden ani drugi nie skojarzył faktów, nie wziął pod uwagę moich
      objawów
      dosłownie. Trafił się 3 lekarz i tu się potoczyło wszystko szybko i
      zwinnie.
      Skierowanie na Morfologie, USG I RTG. Morfologia (OB -32) USG -
      wykazało
      powiększoną śledzionę, lekarz bez ogródek stwierdził, że może
      białaczka?
      Skierowanie do kliniki hematologii. tam wycięcie węzła do analizy.
      Czekanie na
      wyniki jakieś 3 tygodnie i diagnoza lekarza. Ziarnica Złośliwa NS CS
      IIB :(
      Cholera. Jestem chora? Poważnie chora? Nie pozwolę żeby jakiś śmieć
      mi się w
      organizmie szlajał!! Walczymy. Chemia, ciężko przeszłam, nie
      wspominam o żyłach,
      ale jest!! Szybka remisja!! Udało się, śmieciuch zutylizowany. W
      remisji byłam 2
      lata. badania kontrolne. Coś jest nie tak.(13.12.2007)
      Mariczko...przykro mi...
      w polu widzenia komórki ziarnicy, to nawrót. Co? Jak to? Jaki
      nawrót? :( Proszę,
      przyjedź jutro do kliniki, podejmiemy jakieś decyzje i od razu
      podamy chemię.
      (14.12.2007) Stawiłam się potulnie w klinice. Morfologia. Wyniki. I
      drinkujemy.
      Nienawidzę tego zapachu, tego widoku :/. W końcu koniec. Znam już
      decyzje. Silna
      chemia i autoprzeszczep. Walczę znowu. Męczy mnie już to, ale co
      zrobić?
      Walczymy i nie marudzimy :D
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      lucyper.3 23.12.07, 13:41 Odpowiedz
      Postanowilam umiescic tego posta w tym miejscu, mysle, ze jest ono
      bardziej
      adekwatne.

      Moze troche sie spoznilam z odpowiadaniem na tego posta, ale chce
      dorzucic kilka
      slow odnosnie profilaktyki. Pod koniec 2003 roku u mojego taty przez
      przypadek (
      trafil do szpitala z krwotokami z nosa) wykryto raka prostaty (
      bedac w szpitalu
      prywatnie zrobil PSA). W zasadzie wszystko potoczylo sie
      blyskawicznie, nie
      ustalono
      przyczyn krwotokow, ale po wielu wizytach u specjalistow tata wybral
      usuniecie
      guza poprzez laparoskopie w Bydgoszczy. Musze jeszcze dodac, ze
      zdecydowal sie
      na ta metode tylko dlatego, ze bal sie nietrzymania moczu czesto
      zwiazanego z
      innymi sposobami leczenia. Po operacji lekarz zajmujacy sie tata
      zalecil badanie
      PSA raz w roku i poza opieka zwyklej przychodni nic. Dlugo nie
      trzeba bylo
      czekac na kolejna tragedie- w listopadzie tego roku przy okazji
      badan okresowych
      okazalo sie, ze tata ma guza na plucu. Po pobycie w szpitalu na
      Plockiej i
      badaniach diagnoza sie potwierdzila- niedrobnkomorkowy rak pluc z
      przerzutami do
      watroby.
      Na koniec cisnie mi sie tylko na usta jedno pytanie- jak mozna nie
      zlecic
      szczegolnej opieki onkologicznej po zabiegu usuniecia nowotworu
      zlosliwego? Jak
      mozna bagatelizowac dolegliwosci? Jakis czas temu tate bolaly
      ramiona, dostal
      srodki przeciwbolowe i masci a jest to wynki naciekania guza w srone
      ramienia.
      Nie wspomne juz o bolach stawow i kosci.

    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:53
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kurczak1 31.01.08, 14:53 Odpowiedz
      Mój tato zauważył u siebie krew w moczu bodaj w październiku. Był u
      urologa, zrobił wyniki, został wysłany na USG pecherza. Nic nie
      wykazało. Bardzo juz wtedy był słaby a został wypisany ze szpitala
      w "stanie ogólnym dobrym". Po powrocie do domu dostał skierowanie na
      tomografię nerki, mimo że juz podczas usg było wiadomo że to będzie
      konieczne, ale wciaz leczy sie chorobe a nie pacjenta. Wynik był
      jednoznaczny: zaatakowana nerka, wątroba, nadnercze. Na operację
      (dzis uwazam e zupełnie zbędną) czekał chyba 2 tygodnie, w każdym
      razie cały okres świateczno- noworoczny. To były najgorsze świeta w
      naszy,m życiu. Po operacji wstał kilka razy. Któregoś dnia sie
      przewrócił. Dziś nie wstaje, rzadko kojarzy rzeczywistosc, ostatnie
      wyniki wykazały przerzuty do kosci. Na chemie za późno. Gaśnie w
      zatrwazajacym tempie. Jest w hospicjum.

      Od siebie: Nie wiem co dodać .Nie obwiniam nikogo. Ta choroba taka
      jest. Myśle jednak o bezsilności jego i nas wszystkich. Bezsilnosci
      wobec choroby i papierk,ów, które czesto przysaniaja człowieka. Nie
      powiem ze gdyby...to..., bo byłaby to zabawa w obwinianie. Poweim
      jeszcze że osoby cierpiace i ich rodziny są częśto same z bólem. Mój
      tato trafił na naprawde dobrą opieke w malutkim ślicnym hospicjum,
      na psycholog, która pomaga rwnież mojej mamie, na wolontariuszy i
      wspaniałych ludzi. Codziennie ktoś z bliskicch go odwiedza, rodzina
      mu pomaga sobie wzajemnie tez.
      Ale dlaczego dopiero teraz gdy umiera? Dlaczego wczesniej w szpitalu
      nie bylo psychologa? Dlaczego brak wsparcia ze strony lekarzy dla
      mamy, która wpadła w depresje? Dlaczego ksiądz nie potrafi pomoc?

      I wreszcie dlaczego ja sama zblizyłam siedo taty, porozmawiałam z
      nim i powiedziałam ze go kocham dopiero teraz, gdy umiera...?

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kolia24 17.03.08, 20:53 Odpowiedz
      witam
      Hisotria mojego dziadka byla dosc krotka, raka zoladka wykryto na
      poczatku stycznia 2007 roku natomiast dziadek zmarl po 6 tygodniach.
      Po prostu wykryto, kiedy bylo juz za pozno na cokolwiek. Mial
      przerzuty do kosci, do watroby. Strasznie sie meczyl ale zmarl w
      domu, otoczony rodzina.
      Ja nie bede tutaj opisywac calej histori leczenia, bo nawet jej nie
      ma. Boli mnie inna sprawa. I z tym nie moge sie pogodzic.
      W 1993( a wiec 14 lat przed smiercia) u dziadka, wykryto podczas
      rutynowych badan malutkiego 1 cm guza(jak sie okazalo rak zlosliwy)
      w prawym plucu. Wtedy szybkie badania , operacja- usuniecie polowy
      pluca. Po tej operacji dziadek szybko doszedl do siebie. Nie mial
      zadnych naswietlen, chemioterapii, po prostu rak byl tak malutki ze
      nie bylo to konieczne.dziadek byl osoba bardzo pogodna, wesola , nie
      lubial chorowac, lezec w lozku , wiec szybko powrocil do swoich
      zajec-glownie dzialka. Cieszyl sie zyciem.
      Kiedy opuszczal szpital po operacji, szpital w Zabrzu- dostal
      zalecenie co pol roku kontrolne rtg pluc i wizyta w zabrzu na
      kontroli. I to jest to co mnie boli. Wizyta ta trwala ok 5 minut.
      Lekarz sprawdzil zdjecie, czyste , wiec ok. Pgratulowal dziadkowi i
      zapisal wizyte za pol roku. Poniewaz nic sie u dziadka zlego w
      plucach nie dzialo, z czasem wizyty ograniczono do kontroli raz w
      roku. I tak sobie dziadek raz do roku jezdzil do zabrza na kontrole.
      My jako rodzina cieszylismy sie, dziadek mial raka ,pokonal go,
      jedzil na kontrole ,wszystko bylo ok. Ale jednak nie bylo. Bo rak
      zaatakowal , zaatakowal po kilku latach w inne miejsce.
      Przed kazda wizyta dziadek robil rtg pluc i morfologie. W ostatnim
      roku - wyniki mial slabe, na pewno mial podwyzszone OB. No i juz
      bole zoladka, kosci. Ale mimo to kontrolna wizyte w Zabrzu przeszedl
      bez problemu.
      I wlasnie to mnie najbardziej boli. Dlaczego czlowiek , ktory
      pokonal nowotwor, nie jest objety jakims specjalnym programem
      kontrolnym raz do roku. Przeciez wiadomo , ze jak choroba wroci, to
      zaatakuje w inne miejsce. Dlaczego takich osob, nie wysyla sie
      profilaktycznie na kontrole calego organizmu.
      I tutaj moja prosba do osob, ktore pokonaly nowotwor, sprawdzajcie,
      kazdy najmniejszy bol,kazda drobnostke.
      Pozdrawiam wszystkich i zycze duzo sily !


    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:54
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      karmiaca777 26.05.08, 19:36 Odpowiedz
      CHOROBA TATY ZACZĘŁA SIĘ OD SILNEGO BÓLU GŁOWY.GLOWA BOLAŁA GO DZIEŃ
      PO DNIU , NAWET W NOCY BUDZIŁ SIĘ BY ŁYKNĄĆ COŚ
      PRZECIWBÓLOWEGO.POMIMO TEGO TATA CHOCIAŻ NIERAZ NALEGALIŚMY DO
      LEKARZA NIEPOSZEDŁ.KUPOWAŁ PACZKAMI TABLETKI PRZECIWBÓLOWE A KIEDY
      BYŁA MOWA O LEKARZU REAGOWAŁ ZŁOŚCIĄ.MINĘŁO KILKA MIESIĘCY I BOLE
      GŁOWY USTĄPILY.ZAMIAST TEGO POJAWIŁA SIĘ CHRYPKA , GORĄCZKA , BOLE
      MIĘŚNI I OSŁABIENIE.MYŚLĄC ŻE TO GRYPA ZNOWU LECZYŁ SIĘ SAM.DOPIERO
      PO MIESIĄCU KIEDY ZEMDLAŁ W PRACY POSTANOWIŁ IŚĆ DO LEKARZA.LEKARZ
      DAŁ SKIEROWANIE NA BADANIA PŁUC.WYNIK - RAK . POTEM OKAZAŁO SIĘ ŻE
      MA PRZEŻUTY NA WĄTROBIE.ZE WZGLĘDU NA CHORE SERCE ( O CZYM TEŻ NIE
      WIEDZIELIŚMY ) TATA NIE MOŻE BYĆ OPEROWANY A CHEMIA I RADIOTERAPIA
      TEŻ NIE WCHODZĄ W GRE.DZIŚ, CHOCIAŻ TATA JEST PODŁĄCZONY DO TLENU
      CZĘSTO SIĘ DUSI I MUSZĄ GO RATOWAĆ.LEKARZ POWIEDZIAŁ ŻEBY NIE MÓWIĆ
      TACIE W JAK BEZNADZIEJNEJ JEST SYTUACJI.TATA MA CIĄGLE NADZIEJĘ ...
      ( I JAK MI KIEDYŚ POWIEDZIAŁ " NADZIEJA UMIERA OSTATNIA" ).
      MOŻE GDYBY TATA NAS POSŁUCHAŁ TERAZ BYŁOBY INNACZEJ....TATA PALIŁ
      PAPIEROSE OD 15 ROKU ŻYCIA.PRZEZ OSTATNIE DWA LATA PRACOWAŁ NA
      TARTAKU , GDIE BYŁO DUŻO PYŁU ,A POMIESZCZENIA TE NIE BYŁY
      WENTYLOWANE.Z TEGO CO WIEM TO BYŁ OBCIĄŻONY GENETYCZNIE (DZIADEK I
      PRADZIADEK RÓWNIEŻ ZMARLI NA RAKA PŁUC ).
      " S Z L A C H E T N E Z D R O W I E
      N I K T S I Ę N I E D O W I E
      J A K O S M A K U J E S Z
      A Ż S I Ę Z E P S U J E S Z ."
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      atina693 07.08.08, 21:30 Odpowiedz
      Mój Tata wybrał się po 30 latach na operację przepukliny....mądry,
      inteligentny człowiek, którego tyle lat błagałam, by to
      zoperował..jednakże przez ostatnie miesiące bardzo schudł, naście
      kg, coś było nie tak, nieustępowałam i prosiłam.Wreszcie gdy
      naprawdę opadł z sił poszedłdo szpitala 1,5 tygodnia temu Zaczęto
      szukać przyczyna nagłego spadku wagi...i ..znaleziono...znaleziono
      zaawansowanego guza nerki z .....przerzutem na kręgosłup i płuca. Tę
      bombę wycięto,ale ...reszty...Narazie cieszę się tym , że Tata
      żyje,że druga nerka w miarę pracuje, ze nie ma gorączki, że
      ciśnienie w normie.., że zjadł kleik i głodny jest...że prztrwał tę
      bardzo ciężką operację, co pokaże przyszłość, cóż...nadzieja umiera
      ostatnia. Goraco pozdrawiam uczestników forum...ono daje mi siłę....
    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:54
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      mariola19761 25.08.08, 17:00 Odpowiedz
      Witajcie ponownie !!!rok temu opisałam Wam historię mojego szwagra
      który zmarła na czerniaka złosliwego ,a dzis opiszę Wam moją
      historię i walkę z nowotworem .....


      Kilka dni temu wygrałam walkę a rakiem szyjki macicy. Wprawdzie
      krótką bo tylko 2 miesięczną ale były to najdłuzsze i najgorsze dwa
      miesiące w moim krótkim zyciu. Mam 33 lata od 4 lat regularnie
      odwiedzałam ginekologa, cytologię miałam robioną co roku zawsze było
      wszystko ok.
      Problemy zaczęły się (tak przypuszczam ) rok temu wtedy to wyszła mi
      III gr. cytologiczna, kazano powtórzyc badanie po 3 miesiącach,
      powtórzyłam i ponownie wyszła III wtedy lekarz zastosował leczenie
      dostałam czopki i globulki, po leczeniu zrobiłam następną cytologię
      po której odetchnęłam z ulgą wreszcie było upragnione II. I tak
      minął rok..... przyszła pora na kolejne badanie cytologiczne
      zrobiłam je ale czułam w sobie jakąs dziwną obawę po tygodniu
      zadzwonił telefon, cyt IV byłam w szoku, przerazona, załamana a w
      głowie jedno pytanie dlaczego ja??? Potem juz wszystko toczyło się
      błyskawicznie pobrano mi wycinki które wykazału CIN III HGSLI rak
      przedinwazyjny, przeszłam operację amputacje całkowitą szyjki. Nie
      chcę opisywac mojego stanu psychicznego, bo to nie ma sensu, kazda z
      Was wie co się wtedy czuje i ile łez się wylewa! Mam 2 małych dzieci
      a mysl ze mogą zostac same była druzgocząca ,tego się nie da
      opisac...
      Dokładnie 2 tygodnie temu otrzymałam wynik pooperacyjny Linia cięcia
      czysta z limitem chirurgicznym 1 cm (to ponoc bardzo dożo) i
      usłyszałam od mojego lekarza słowa "gratuluję jest pani zdrową
      kobietą "poryczałam się w gabinecie... nerwy mi pościły ....Dostałam
      w prezencie drugie życie, tak się czuję od kilku dni.

      Mój apel do kobiet!
      Dziewczyny kontrolujcie cytologię , to badanie ratuje zycie !!!!
      kazdy nowotwór we wczesnym stadium jest w 100% wyleczalny .Ta
      choroba spada jak przysłowiowy "grom z jasnego nieba" ... zero
      objawów ,dolegliwosci , nic kompletnie ,przewaznie zaczyna się od
      telefonu z przychodni ze cytologia jest nieprawidłowa . To moze
      spotkac kazdą z WAS !!!!

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      0nna 09.09.08, 20:09 Odpowiedz

      Po porodzie, 27lat temu, uczepilo sie zapalenie piersi.Bolalo
      potwornie,
      stracilam pokarm.
      Po kilku latach zaczęły się bardzo dotkliwe bóle prawej piersi,
      wyczułam kilka
      zgrubień. Kontrolowałam sytuację przez wiele lat, potem coraz
      łatwiej było o USG
      i mammografię. Trzy lata temu przeżyłam prywatne trzęsienie ziemi i
      nie
      podniosłam sie do dziś, wiedziałam, czytałam że to tak sie skończy
      jeśli nie
      usunę z pamięci tych zdarzeń.
      Rok temu na badaniu usg moja pani doktor zwróciła mi uwagę na
      zmiany, bo miała
      poprzednie badania.Jestem w tej chwili po serii badań, natychmiast
      muszę usunąć
      guzka-zmienil sie na tyle,że ma inną budowę.
      Od pierwszych badań minęło ćwierć wieku, a moja prywatna szarpanina i
      nieumiejętność zdystansowania się do pewnych spraw zniszczyla moją
      odporność,
      więc mogę zapytać-czy boli usuwanie guzka na godzinie 12?
      Czy muszę robić biopsję i dlaczego nie można go od razu usunąć?
      To tyle...

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      2tramal 09.10.08, 17:23 Odpowiedz
      Witam.
      Usuwnie guzka nie boli, mnie usuwali przy miejscowym znieczuleniu.
      Nie robiono mi żadnej biobsji, ale to było w 1993r. na miejscu w
      szpitalu było robione badanie histopatologiczne i ono decytowało czy
      bedzie powrót na salę operacyjna i usunięcie piersi. Na wyniki
      biobsji trzeba czekać ok. 2 tygodni. W tamtym czasie lekarze
      uważali, że każdy dzień jest cenny. Mnie z guzkiem się udało, czego
      i Pani życzę.

    • b_a_l_b_i_n_k_a Re: NASZE HISTORIE 18.11.08, 09:55
      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      dusz-nik 21.10.08, 17:42 Odpowiedz
      Witajcie.Moje poczatki byly normalne zaczelo sie rok temu.zrobilam
      cytologie
      wynik nieprawidlowe komorkinablonkowe, nie mozna wykuczyc
      zmianysrodplaskonablonkowej duzego stopnia.Lekarz ktory wydawal mi
      wynik w
      sposob chamski skwitowal "jesli nie bedzie sie pani leczyc bedzie
      miala pani
      raka".Moj swiat legl w grozach.Kilka dni wczesniej zmarl moj
      ojczym.Wszystko sie
      sypalo a tu jeszcze to.Nie wiedzac co dalej pojeczalam do mojego
      ginekologa.Szybko kolposkopia ,wycinki wynik cinIII. Stan przed
      rakowy no to
      konizacja,chistopat i linia ciecia nie dochodzi do tkanek zdrowych,
      amputacja
      wynik chistopatologiczny nie ma komorek rakowych linia ciecia
      dochodzi do tkanek
      zdrowych jednak margines jest za waski.Zostalam skierowana do
      usuniecia macicy,
      jednak lekarz ktory mial mnie operowac nie podjal sie operacji ze
      wzgledu na
      mlody wiek.A ja wiedzialam ze cos jest nie tak.Minelo pol roku
      badania.wynik
      taki sam operacja i tu niespodzianka "rak zlosliwy nacieka scianke
      szyjki macicy
      na glebokosc 6 mm" Nik nie spodziewal sie raka zaden wynik nie
      wykazywal komorki
      rakowej.Strach rozpacz panika.Moja ciocia miala raka szyjki macicy
      po 8 latach
      utworzyl sie nowy szczep raka nerki zmarla po 3 miesiacach.Jestem 2
      tygodnie po
      radio terapii czekam na badania i decyzje o chemioterapii.Boje sie
      mam dzieci
      wychowuje je sama.To wstretne raczysko rozwijalo sie bez wiekszych
      objawow bolal
      mnie kregoslop i odbyt.Po operacjach bole odbytu ustaly.Teraz
      pojawiaja sie
      powoli od nowa,nie wiem co bedzie dalej ale wiem ze cytologie
      powinno robic sie
      co pol roku.Zmiany tak szybko niekiedy postepuja ze rok to za duzo.I
      nieraz ma
      sie pecha jak ja,nic nie wskazywalo na raka zmiany wycieto juz za
      pierwszym
      razem a on usadowil sie jeszcze wyzej..Mialam wiele szczescia bo
      wiekszosc
      kobiet dowiaduje sie kiedy juz jest za pozno.Ucze moja corke ze
      zawsze mosi miec
      czas dla siebie ze bez niej nie bedzie rodziny.Bo my myslimy w
      pierwszej
      kolejnosci o rodzinie domu, pracy mezu, dzieciach.A same dla siebie
      nie mamy
      czasu....I to nalezy zmienic.

      Re: Jak wszystko się zaczęło ... ( nasze historie
      kakoka 15.11.08, 21:40 Odpowiedz
      Dzień dobry wieczór :-)
      U nas wszystko zaczęło się na początku tego roku. Oczywiście
      to "wszystko" zaczęło się o wiele wcześniej ale było lepiej nie
      myśleć, że takie coś może dotknąć moją mamę chociaż paliła i to duże
      ilości. Po ostrym zapaleniu oskrzeli mojej mamy i jej pobycie w
      szpitalu przyszedł wynik: drobnokomórkowy rak płuca; C-III bez
      przerzutów. Tydzień po otrzymaniu tej wiadomości mama była na 1-
      wszej chemii; miała ich 6. Następnie 25 naświetlań klatki
      piersiowej. Czekają ją jeszcze profilaktyczne naświetlania głowy.
      Narazie odpoczywa po radioterapii.
      Onkologicznie nie jest źle: guz się cofnął, nie ma przerzutów ale
      psychicznie i internistycznie jest kiepsko: duże osłabienie, anemia,
      problemy z sercem, zmęczenie leczeniem i pewnie wiele innych odczuć
      i emocji, które odczuwa tylko osoba chora na nowotwór. Ze swojej
      strony staram się nie mysleć o tym, co wiem i co tu jest napisane na
      forum o tym typie raka (szybkość rozrostu i przerzutów). Staram się
      cieszyć tym, co jest dzisiaj i mam nadzieję, że przed mamą jeszcze
      kilka lat normalnego życia. Może ten typ zaśnie na kilkadziesiąt
      miesięcy. Przecież guz miał też tylko zmaleć.
      Pozdrawiam wszystkich forumowiczów i życzę zdrowia oraz pogody ducha.
      kakoka
    • sylvi_grzes Re: NASZE HISTORIE 31.01.09, 00:44
      Nasza historia jak każdego z was ma swoj tragizm i często poszukuje
      odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie "DLACZEGO!!!" Zaczeło się
      jakieś dwa lata temu mój nażyczony zostal poddany wycięciu znamienia
      na ramieniu i po zbadaniu szok "czerniak".Musze zaznaczyć że kilka
      miesięcy wcześniej urodził się jego synek troszkę za wcześnie i
      bardzo malutki ważył 1800 gram,a tu niespelna kilka miesięcy i
      kolejna smutna wiadomość.Pierwszej pomocy szukali wraz z swoją żoną
      w szpitalu w Olsztynie tylko tam nie oplacało się dla jednego
      pacjęta otwierać kapsulki z kontrastem bo to jest dla trzech osób
      więc propozycja trzeba wyciąć jak najgłębiej??? Całe szczęście żona
      mojego nażyczonego szybo zareagowała i nie pozwoliła na taki
      precedens.Natrafili na Centrum Onkologi w Warszawie tam też podjęto
      się operacji usunięcia węzlów wartowniczych pod lewą pachą i
      docięcie blizny gdzie czerniaka nie znaleziono a w węzłach
      rozproszone komórki.Wynik CLARK IV BRESLOW 3,0mm wyciętego
      czerniaka.Zlecono wizyty kontrolne co trzy miesiące.Było wszystko w
      pożądku z każdą kolejną wizytą coraz więcej optymizmu.Tym bardziej
      że mój nażyczony ma bielactwo a to podobno walczy z czerniakiem i
      wygrywa tę walkę w wielu przypadkach.Żeby życie nie bylo taką
      sielanką na początku ubieglego roku umiera żona mojego nażyczonego
      po wylewie i zostaje malutkie dziecko i on taki załamany tym życiem
      i ciągle to samo pytanie DLACZEGO!! W takim wlaśnie stanie go
      poznaje i zaczynamy razem rozmawiać a wreszcie także ukladać sobie
      jakoś razem życie, dzidzia szybko się do mnie przyzwyczaiła a i ja
      nie oddała bym go już nigdy nikomu. Przez chwilę byliśmy szczęśliwi
      bo tuż przed wigilją jego lekarz dopatrzył się że zwapnienie na
      płucach pozostałe po zapaleniu zaczyna się zmieniać i taką
      informacje przekazał do Centrum Onkologi tam analiza zdjęć RTG i
      termin badania tomografem(to już dzieje się w styczniu).Po badaniu
      tomografem wynik dwa guzki w płacie dolnym lewym meta. Ktoś kiedyś
      by mnie zapytał co to meta też bym nie wiedziała dzisiaj jeszcze nie
      pytałam ale wiem lub się domyślam że to oznacza przerzut.Zaczeliśmy
      chemie,jest właśnie po pierwszej czuje się bardzo źle bo w dniu
      kiedy dostał piewszą dawkę rozchorował się GRYPA.Dzisiaj to trzeci
      dzień po i dopiero zaczął się troszkę poruszać.Strasznie bolą go
      plecy i nie ma apetytu choć staram żeby miał wszystko co lubi albo
      co może mu smakować, już dzisiaj coś wreszcie zjadł
      troszeczke.Powiedzcie czy to normalna reakcja na chemie? Czy on
      będzie się musiał tak męczyć za każdą dawką? Co ja mogę zrobić żeby
      jemu było łatwiej? Tak bardzo chciałabym pomóc nie mam żadnego
      doświadczenia z tą chorobą i tak bardzo mało o niej wiem.Czytam
      wasze historie i wszystkie do tej pory przeczytane dostarczają mi
      jakieś informacje.Pozdrawiam
      • ulalu Re: NASZE HISTORIE 01.02.09, 19:06
        sylvi_grzes napisała:

        > Nasza historia jak każdego z was ma swoj tragizm i często
        poszukuje
        > odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie "DLACZEGO!!!" Zaczeło się
        > jakieś dwa lata temu mój nażyczony zostal poddany wycięciu
        znamienia
        > na ramieniu i po zbadaniu szok "czerniak".Musze zaznaczyć że kilka
        > miesięcy wcześniej urodził się jego synek troszkę za wcześnie i
        > bardzo malutki ważył 1800 gram,a tu niespelna kilka miesięcy i
        > kolejna smutna wiadomość.Pierwszej pomocy szukali wraz z swoją
        żoną
        > w szpitalu w Olsztynie tylko tam nie oplacało się dla jednego
        > pacjęta otwierać kapsulki z kontrastem bo to jest dla trzech osób
        > więc propozycja trzeba wyciąć jak najgłębiej??? Całe szczęście
        żona
        > mojego nażyczonego szybo zareagowała i nie pozwoliła na taki
        > precedens.Natrafili na Centrum Onkologi w Warszawie tam też
        podjęto
        > się operacji usunięcia węzlów wartowniczych pod lewą pachą i
        > docięcie blizny gdzie czerniaka nie znaleziono a w węzłach
        > rozproszone komórki.Wynik CLARK IV BRESLOW 3,0mm wyciętego
        > czerniaka.Zlecono wizyty kontrolne co trzy miesiące.Było wszystko
        w
        > pożądku z każdą kolejną wizytą coraz więcej optymizmu.Tym bardziej
        > że mój nażyczony ma bielactwo a to podobno walczy z czerniakiem i
        > wygrywa tę walkę w wielu przypadkach.Żeby życie nie bylo taką
        > sielanką na początku ubieglego roku umiera żona mojego nażyczonego
        > po wylewie i zostaje malutkie dziecko i on taki załamany tym
        życiem
        > i ciągle to samo pytanie DLACZEGO!! W takim wlaśnie stanie go
        > poznaje i zaczynamy razem rozmawiać a wreszcie także ukladać sobie
        > jakoś razem życie, dzidzia szybko się do mnie przyzwyczaiła a i ja
        > nie oddała bym go już nigdy nikomu. Przez chwilę byliśmy
        szczęśliwi
        > bo tuż przed wigilją jego lekarz dopatrzył się że zwapnienie na
        > płucach pozostałe po zapaleniu zaczyna się zmieniać i taką
        > informacje przekazał do Centrum Onkologi tam analiza zdjęć RTG i
        > termin badania tomografem(to już dzieje się w styczniu).Po badaniu
        > tomografem wynik dwa guzki w płacie dolnym lewym meta. Ktoś kiedyś
        > by mnie zapytał co to meta też bym nie wiedziała dzisiaj jeszcze
        nie
        > pytałam ale wiem lub się domyślam że to oznacza
        przerzut.Zaczeliśmy
        > chemie,jest właśnie po pierwszej czuje się bardzo źle bo w dniu
        > kiedy dostał piewszą dawkę rozchorował się GRYPA.Dzisiaj to trzeci
        > dzień po i dopiero zaczął się troszkę poruszać.Strasznie bolą go
        > plecy i nie ma apetytu choć staram żeby miał wszystko co lubi albo
        > co może mu smakować, już dzisiaj coś wreszcie zjadł
        > troszeczke.Powiedzcie czy to normalna reakcja na chemie? Czy on
        > będzie się musiał tak męczyć za każdą dawką? Co ja mogę zrobić
        żeby
        > jemu było łatwiej? Tak bardzo chciałabym pomóc nie mam żadnego
        > doświadczenia z tą chorobą i tak bardzo mało o niej wiem.Czytam
        > wasze historie i wszystkie do tej pory przeczytane dostarczają mi
        > jakieś informacje.Pozdrawiam
        Witajcie moi drodzy.
        Tylko cierpliwość w tym wypadku jest najbardziej pomocna.
        Nie zawsze po chemi są złe reakcje.
        One zazwyczaj szybko ustępują.
        Zyczę dla Ciebie wiele wytrwałości,po burzy zawsze świeci
        słońce.Wiara i nadzieja , o jakże to jest potrzebne człowiekowi
        w utrapieniu. Ja wierzę że wszystko dobrze się zakończy.
        Macie przed sobą całe życie.
        Ja równiez doświadczyłam tej udręki.Nowotwór szyjki macicy.
        Było to niespełna 2 lata temu.Dwie bardzo poważne operacje.
        Lekarz który mnie leczył, mówił tak:myśl tylko o dobrych rzeczach
        które spotkały cię w życiu.Nie zatruwaj swoich myśli rakiem.
        A zobaczysz że bedzie tylko lepiej.
        I tak zaczęłam.Zajmowałam swoje myśli wszystkim tylko nie myślą o
        raku.I to odniosło dobry skutek.Poczułam w sobie witalnosc,dużą chęć
        do życia.Stwierdziłam że to nie koniec świata.
        Udało się.W chwili obecnej jest dobrze.
        Wiele osób które leżały ze mną na dzień dzisiejszy naprawdę cieszą
        się życiem.A wtedy, wracając myślami sami siebie skreślalyśmy.
        Jak mało było w nas wiary.
        Pozdrawiam Was bardzo cieplutko.
        • edzia400 Re: NASZE HISTORIE 27.05.09, 20:45
          miałam 15 lat kiedy moja mama urodziła bliźniaki , Lekarz zasugerował jej
          czeste wizyty u niego ze względu na obniżającą sie macice. Wiec jezdziła mineło
          kilka lat zaczeły sie u mojej mamy nieregularne miesiączki długie krwawienia po
          moich namowach pojechała do szpitala lekarz ja wyczyscił pobrał próbki z
          szyjki Wszystko było ok Po pewnym czasie znów to samo sie powtórzyło tylko ze
          bół paralizował mamie noge pojechaliśmy do szpitala lekarz powiedział ...
          zapalenie rwy kulszowej.... dostała leki po 2 tyg mineło.. moja mame z pracy
          przywiózł kolega tak bolało .. no i znów te krwawienia. Poszła do rodzinnego
          lekarka powiedziała nawrót rwy kulszowej dostanie pani tramal i przejdzie
          dostała 20 zastrzyków tramal a dalej ja bolało po nich miała sie zgłosic do
          ginekologa ból nie przechodził sąsiadka powiedziała chodz do tego ginekologa
          co ja chodze bo cos mi sie u ciebie nie podoba Wiec pojechała ... lekarz
          zrobił usg i Powiedział my tu na cito bedziemy sie kładli w szpitalu
          13.03.2006 Operacja ... miała trwać góre połtora godz a trwała 6 mama sie
          obudziła na stole operacyjnym w srodku operacji . Pękł mięsniak i musieli
          wszystko czyscic.Lekarz powiedział że mama diabłu z ogona spadła nie dawali jej
          szans 20.03.2006 mama wyszła ze szpitala z zaleceniami : Kontrola w poradni K
          Zgłosi sie po wynik badania histo
          kiedy szła wyciagnąc szwy lekarz zawołał mnie do gabinetu dał raport hist(Guz
          jajnika prawego Guz jajnika Lewego rozfragmentowany )powiedział Przykro mi
          zapytałam ile..... max 4 miesiace. Ale ze wzgledu na bardzo młody wiek
          dostaniecie przekaz do instytutu onkologii w Gliwicach.24.03.2009 byliśmy juz w
          Gliwicach Mama osłabiona bo zaledwie 11 dni po operacji Lekarz zbadał powiedział
          ze sie super goi och wreszcie 1 dobra wiadomosc zaproponował chemioterapie pod
          opieką oddziału w Rybniku tam gdzie mieszkam 11.04.2006 jestesmy na oddziale
          Mame przejmuje ordynator Rozpoznanie Rak jajników IIIc CA 125-19,93 podana
          chemia ,kolejny wlew 09.05.2006 wyniki krwi super 31.05.2006 nastepny mama
          zaczyna tracic włosy śmiejemy sie że mamy mame Kojaka robimy wszystko zeby nie
          myslała nie wie ze zostalo jej 4 miesiace ja chodze z kąta w kat nie wierze ze
          to sie dzieje szukam po necie co ma jesc pic mama lezy źle sie czuje na
          szczescie po paru dniach mija 21.06.2006 nastepny wlew z badaniem usg wszystko
          ok CA 125- 14,77 RAdośc w oczach lekarz sie jednak mylił przecież wszystko idzie
          ku lepszemu 14.07.2006 znów na chemii Mama juz w nowej peruce wygląda super ma
          pełno sił nikt nie wierzy ze jest chora 09.08.2006 ostatni wlew po 21 dniach
          badania kontrolne poradni onkologicznej jedziemy do wisły odpoczac mama biega
          po górach szybciej niz ja wróciła pełna wiary i nadzieji no i sił wizyta w
          poradni wszystko dobrze cieszymy sie jak dzieci i znow odpoczynek u mamy sił
          witalnych za dwóch to samo z apetytem nastepna wizyta poszłysmy z lekkim
          sercem a tu wbili nam nóz CA-125 wzrosło na tyle ze spowrotem na szpital
          27.03.2007 przyjeta na oddzial mysleli ze płuca zrobili usg potem tomograf
          wiemy co przerzut cel ataku ... Wątroba.... 8 miesiecy był spokoj a tu
          znów wracamy do poczatku znow chemia a juz peknie włoski odrosły 08.05.2006
          nastepny wlew wyniki krwi super cisne w mame szpinak i sałate do tego suszone
          owoce przychodza kłopoty z wypróznianiem nestatyna do jamy ustnej i milion ton
          soków z warzyw z ogródka do tego hepatil 29.05.2006 znów zjawiamy sie w
          szpitalu mama zartuje z pielegniarkami skad ona ma tyle sil wyniki CA125-38,06
          15.06.2007 badania na prawym płacie 3 owalne obszary dwa ok 20mm jeden 5mm usg
          płuc
          • mama.rozy Re: NASZE HISTORIE 20.06.09, 16:21
            sama nie wiem od czego zacząć.diagnozę-ziarnica złośliwa,usłyszałam w lutym tego
            roku i było to dla mnie...wybawienie.dlaczego-ponieważ najpierw wykryto u mnie
            raka płuc i dawano 3%szans na przeżycie...po tej diagnozie swiat się załamał,bo
            mamy troje małych dzieci,od jakiegoś czasu zaczęło się nam wreszcie dobrze
            żyć.ale na szczęście dość szyko postawiono właściwa diagnozę i od tego czasu
            jest lżej...w tej chwili jestem po 8 chemiach,4 przede mną.potem kontrolny
            tomograf i,jeśli będzie trzeba,naświetlania.nie mogę się załamać,dzieci i mąż
            pomagają w przeżyciu kolejnego dnia.nie jest źle...
            paradoksem jest to,że jestem pielęgniarką i pracowałam w hospicjum,a tu przyszło
            mi stanąć po drugiej stronie barykady...
            • pam_71 Re: NASZE HISTORIE 30.06.09, 08:44
              Hej!
              Nie wiem czy jeszcze tu zaglądasz ... ale mąż mojej Kuzynki zmagał
              się z ZZ. Dokładnie 3 lata temu zakończył leczenie ... nie powiem,
              że było miło i przyjemnie (cała terapia trwała 9 miesięcy) ;-) Ale
              teraz jest ZDROWY ! Tak więc uszy do góry i DASZ RADĘ.
              Pozdrawiam serdecznie
              Pam
    • kakoka NASZE HISTORIE ciąg dalszy do wpisu z dn. 15.11.08 21.06.09, 11:00
      Na forum jestem codziennie ale dopiero dzisiaj odnalazłam swój wpis
      w tej kategorii - NASZE HISTORIE i przyszedl czas, żebym dopisała
      jak nasza się skończyła.
      Jak wipsywałam się 15.11.2008 to było bardzo dobrze, o Boże jak to
      boli porównać to co pisałam tego dnia z tym co się wydarzyło za 10
      dni. 25.11.2008 odeszła moja mama. W czasie, kiedy opisywałam to co
      mama przeszła, była w szpitalu na podaniu krwi - to była wersja
      rodziny i mamy dla mnie. Za 2 tygodnie miałam rodzić więc podano
      mi "lżejszą" wersję wydarzeń. Później dowiedziałam się, ze mama
      miała od 4 dni krwotoki z jamy ustnej i przewodu pokarmowego. Wzięli
      ją do szpitala na zatamowanie krwotoków i podanie krwi celem
      polepszenia wyników: anemia po chemii i KRYTYCZNIE NISKIE PŁYTKI
      KRWI!!!! Gdybym o tym wtedy wiedziała to moze bym coś jeszcze
      zrobiła :-( Potem, jak pojechałam z mamy wynikami z tego pobytu w
      szpitalu do onkologa prowadzacego - mama leczyła się na nowotwór w
      innym mieście i w innym mieszkała: odległośc 200km, to postawił
      hipotezę, że tak niskie płytki mogły być wynikiem przerzutów do
      szpiku. Po wyjściu ze szpitala: 19.11.2008 mama zaczęła się
      uskarżać, że boli ją wszystko a najbardziej głowa!!! Minęło 1,5 dnia
      a weszło hospicjum domowe i zaczęto podawać mamie leki przeciwbólowe
      wg. schematu walki z bólem nowotworowym. Nie pamiętam co dokładnie
      ale wiem, ze morfina pojawiła się 2 dni przed śmiercią. Minął
      kolejny dzien i mama przestala wstawć z łóżka, jeszcze jeden i mama
      przestała mówić. Była świadoma, porozumiewała się przez gesty i
      mruczenie. Następnego dnia pojawił się paraliż prawej strony ciała.
      A ja się już tylko modliłam, żeby Pan wziął ją do siebie jak
      najszybciej. Wysłuchał mnie. Tydzień po tym jak zaczęła boleć ją
      głowa była juz po lepszej stronie świata. Z jednej strony bardzo
      chciałam, zeby wytrzymała - lada dzień miala przyjść na świat jej
      piewsza wnuczka - i przyszła tydzien po jej odejściu -z drugiej nie
      chcialam, zeby cierpiała i jestem wdzięczna Bogu, że cierpiala
      stosunkowo krótko.
      Wszędzie czytałam, ze rak płuc jest podstępną chorobą, że
      drobnokomórkowy świetnie odpowiada na leczenie ale potrafi szybko
      sie odezwać i jak uderza ponownie to z kilkakrotnie większą siłą.
      Ale nie sądziłam, że jest aż tak podstępny i aż tak szybki. No i
      oczywiście nadzieja umiera ostatnia chociaż są takie przypadki -
      piszecie o nich na tym forum - i taki właśnie jest przypadek mojej
      mamy, że nadzieja umiera przed chorym. Wtedy to modlimy się o
      skrócenie jego cierpienia.
      Wszystkim, którzy zmagają się z tą chorobą, z chorobą nowotworową
      życzę wiary i pogody ducha, a z tymi, których ukochani są już po
      drugiej stronie, łączę się w bólu.
      Kaśka
    • patysiak o kresce w oku 04.04.10, 22:38
      nie bagatelizujcie zadnych dziwnych objawow. nie dajecie sie splawic lekarzom.

      moja historia


      Część 1:
      img203.imageshack.us/img203/4885/62410371.jpg

      Część 2:
      img691.imageshack.us/img691/211/64626450.jpg

      Część 3:
      img378.imageshack.us/img378/8425/69017971.jpg
      • odon-ata-pl Re: Wyzdrowialam 20.12.10, 23:54
        Witam.Jestem z Wami pierwszy raz. Nie bedeb opisywala calej swojej historii. Wyszlam z raka. Dalam rade. Trafilam na cudownych, wspanialych lekarzy. Zycze Wam byscie tez dali rade. Opisujecie tez historie Swoich bliskich. Im tez zycze powrotu do zdrowia. Trzymam za Was wszystkich kciuki.
    • lady.godiva Re: NASZE HISTORIE 19.08.11, 22:57
      Mama od lat ma mięśniaki- nie zdecydowała się na ich usunięcie. 3 lata temu była 3 razy na oddziale ginekologicznym szpitala na Lutyckiej w Poznaniu, miała krwawienia i najpierw dopatrywano się endometriozy, podwójnej macicy, a to był polip. Usunięto połowę - druga "wyszła" w domu, cud, że nie doszło do krwotoku. W wypisie jest info: brak wyraźnych wskazań do operacji.
      W tym roku również zaczęły się krwawienia, lekarze stwierdzili, że jeden z mięśniaków gwałtownie się powiększył i trzeba usunąć całą macicę. Po badaniach histopatologicznych wyszło, że to nowotwór. To był czerwiec tego roku.
      W Centrum Onkologicznym na Garbarach w Poznaniu zrobiono jej badania, w tym rezonans, który wykazał przerzuty do kości oraz powiększone węzły chłonne.
      Mama jest po pierwszej chemii.
      • lady.godiva Re: NASZE HISTORIE 08.04.12, 20:25
        Errata do tej historii:

        Mama zmarła 21 marca.
    • bbb21 Re: NASZE HISTORIE 09.09.13, 09:24
      witam,

      mój Tata od kilku lat regularnie chodzący do lekarzy,
      także prześwietlenia klatki piersiowej,
      żaden z lekarzy niczego nie zauważył
      W czerwcu / lipcu Tata źle się czuł, miał gorączkę i krwioplucie , o czym powiedział tylko swojej siostrze.
      Był u innej/nie swojej lekarki i ta pilnie skierowała go do szpitala chorób wewn.
      Tutaj inna młoda lekarka obejrzała zdjęcie klatki robione u nich i szybko dała skierowanie do następnego szpitala chorób płuc. Tutaj po bronchoskopii dostaliśmy wynik, który nie jest dobry.
      Niedrobnokomórkowy, płaskonabłonkowy.
      Robią badania i szykują do chemii.
      Głowa czysta.
      Dodatkowo lekarz proponuje program: lek ze St. Zjedn.
      Cóż.. jest mi ciężko.
      I niepotrzebnie przewertowałam internet.
    • suazi1 Witam się i żegnam zarazem 21.10.13, 15:10
      Kiedy prosiłam o przyjęcie na forum, nawet do głowy mi nie przyszło, że za kilka dni będzie po wszystkim. Mój tata zmarł 26.09.2013, zaledwie dwa tygodnie po przyjęciu do szpitala. Początkowa diagnoza: rak trzustki. Potem każdego dnia dochodziło coś nowego: przerzuty na płuca, wątrobę, nadnercza, węzły chłonne, kręgosłup. I to prawdopodobnie przerzut na kręgosłup spowodował tak szybką śmierć. Tata miał zniszczone przez raka kręgi szyjne, praktycznie niewiele z nich zostało. miał zakaz wstawania z łóżka, a jezeli już to na bardzo krótko i w kołnierzu ortopedycznym, bo istaniało ryzyko uszkodzenia a nawet przerwania rdzenia. Niestety w nocy z 25 na 26.09 będąc pod wpływem morfiny nieświadomie wstał bez kołnierza, poszedł do łazienki, bo w końcu po dwóch tygodniach leżenia chciał się normalnie załatwić... Tam znaleziono go martwego. Do dziś nie wiadomo dokładnie co się stało. Lekarze lakonicznie poinformowali nas, że doszlo do zatrzymania krążenia i wydolności oddechowej. Prawdopodobnie te nieszczęsne kręgi nie wytrzymały...
      Tak na marginesie: przykro mi to pisać, ale moderacja mogłaby trochę szybciej reagować na prośby o przyjęcie, bo wielu z nas wchodząc na to forum potrzebuje wsparcia w trudnych chwilach a nie dobrej zabawy... Mnie przyjęto prawie trzy tygodnie po zgłoszeniu... Trochę za późno...
      • bbb21 Re: Witam się i żegnam zarazem 05.11.13, 22:30
        strasznie to przykre.
        co napisać?

        nie da się tak po prostu...
        siły Ci życzę, jedyne co mi przychodzi do głowy..
        • bbb21 pytanie 07.11.13, 08:01
          w związku z powyższym postem - nasuwa mi się pytanie - do adminek - dlaczego to forum nie jest ogólnie dostępne? , że każdy w potrzebie chwili, nawet obcy, może tu coś napisać, nie musi wysyłać zgłoszenia, czekać itp.. , bo taką ma w tej chwili potrzebę? i tak forum jest widoczne i wszyscy widzą, co każdy pisze.. Tylko teraz nie każdy może napisać. Są to bardzo intymne i trudne sprawy więc też nasuwa mi się pytanie dlaczego nie jest ukryte? ale to ludzka ciekawość...
          pozdrawiam
          • gontcha Re: pytanie 09.11.13, 22:39
            bbb21,
            Kiedyś (na samym początku) forum było w formule otwartej, czyli każdy czytał, każdy pisał. Niestety zaczęło się spamowanie, szarlatani, handlarze i w ogóle młyn. Podjęliśmy decyzję o zamknięciu forum, tzn. czytać może każdy, ale pisać po zalogowaniu i akceptacji zgłoszenia. Nie chcemy ukrywać forum - temat jest poważny i powinien być dostępny, ale potrzebujemy mieć kontrolę nad tym by nieodpowiedzialni ludzie tutaj nie pisali i jeśli trafi się ktoś taki to zostaje usunięty z listy uczestników. Taki schemat ma wiele forów.
            Mam nadzieję, że moje wytłumaczenie jest zadowalające.
Pełna wersja