makacjam25
15.05.12, 11:44
Nie licze na to, ze ktos podejmie za mnie decyzje, chialabym tylko utwierdzic sie w przekonaniu, ze warto, mimo strachu ;) Mamy dwie coreczki, skonczone 5 i niespelna 3 lata.
Ja marze o trzecim dziecku, maz pelen obaw. Nasza sytuacja finansowa nie jest luksusowa, ale biedy nie zaznalismy, uwazam, ze przy wiekszej mobilizacji udaloby sie odlozyc niemala sume. Skoro mozemy pozwolic sobie na kupno biletow do PL z karty kredytowej, ktora potem splacamy nie glodujac ;) to i odlozyc by sie udalo. Starsza chodzi do szkoly, mlodsza zacznie we wrzesniu przedszkole i.. wg mnie idealny moment na trzecie dziecko, wg meza, bym zaczela prace. Dodam, ze pracowalam juz tutaj, dwoch lewych rak nie mam, pracy sie nie boje i znajde napewno. Ale teraz te bardziej przyziemne sprawy... Maz pracujacy na rozne zmiany, zabiera samochod. Ja zostaje wiec bez auta, z koniecznoscia odprowadzenia corki do szkoly na 8.45 blisko naszego domu i przeteleportowania sie do przedszkola na drugim koncu miasta na 9.poniewaz jesli mam isc do pracy, musze mala poslac na full time - 6 godz. a to jest przedszkole dobre i tanie. Kolo domu mam makabrycznie drogie. No i o 9. godz. jestem wolna, moge teleportowac sie do pracy ;) Gdzie znajde prace od 9.15 do 14.45? Wiem, moge sprzatac, ale potrzebuje samochodu, by dojezdzac, utrzymywanie dwoch srednio mi sie widzi. Potem musze z tych dwoch miejsc odebrac dziewczynki w tym samym czasie, o 15. Czasem odbierze jedna maz, czasem moj brat, czy bratowa. Ale to jest 5 dni w tygodniu, a kazde z nich pracuje. Boje sie tego. Tego zamieszania, jezdzenia, biegania, powrotu do domu, gdzie nikt za mnie nie sprzatnal i nie ugotowal pod moja nieobecnosc. Gdzie czas dla dzieci? Gdzie czas dla mnie? Wiem, miliony ludzi tak zyja, radza sobie, sa szczesliwi, ale... ja marze o dziecku. Przypuscmy, ze zostaje w domu. Szkola blisko domu, przedszkole tez wybieram to na miejscu, bo wtedy nie musze placic, corka nie idzie na full time, tylko na 3 godzinki. Wszystko jakos tak spokojniej. Przypuscmy, ze zachodze w ciaze we wrzesniu, rodze w maju, od natepnego wrzesnia obie cory do tej samej szkoly, a ja z niemowlakiem w domu, sama pol dnia, mam czas na ogarniecie domu, obiad, czas dla dziecka, dla siebie chwile, potem pedze po corcie, razem jemy obiad, tak to widze. Meza nie potrafie przekonac. On mysli, ze jak pojde teraz od wrzesnia do pracy, bedziemy bogaci. Jesli pojde na 8 godzin, zarobie, wiadomo okolo 220f? plus minus. Do tego dodac nerwy, odjac sume na dojazdy (tym teleportem chyba) i przedszkole 35f/tyg. Bedac w domu z dziecmi mam 130f/tyg. benefitow, jesli zaczne prace, strace je, jestem swiadoma i wtedy juz nigdy nie bedzie dobrego momentu na dziecko. Teraz jestem pewna siebie, mam male dzieci, wiem czego chce, co mnie uszczesliwia. Chodzi mi tez o roznice wieku. Teraz i tak juz bedzie spora, jesli urodze na wiosne, starsza bedzie miec 6, mlodsza prawie 4 lata. To przeciez juz duze dzieci, w miare samodzielne. Nie bedzie to juz ten hardcore, jak z dwulatka i noworodkiem. Ale moze sie myle? Moze maz ma racje? Moze powinnam zacisnac zeby, pojsc do pracy, a za dwa, trzy lata zdecydowac sie na dziecko? Mam 25 lat, rodzic moge i za kolejne 10, tylko nijak sie ma to, do tego, czego ja chce. Wszystkie kolezanki, ktore wrocily do pracy mowia mi, ze mam siedziec w domu, ile sie da... Moze cos w tym jest? Ze mezczyznom sie wydaje, ze druga pensja w Uk rozwiazuje wszelkie problemy, ale przeciez na czysto bede miec moze z 50f wiecej niz mam teraz. Ja nie kalkuluje co sie bardziej oplaca, licze, ze podsuniecie mi jakies argumenty, jak go przekonac. Czy pomiedzy 2 a 3 dzieckiem naprawde jest az taka przepasc finansowa? Pragne tego dziecka, bez wzgledu na wszystko, ale wiem, ze milosc, to tez kompromis i jestem gotowa dac mu ten czas, wiedzac, ze mnie to w jakis sposob unieszczesliwi i przygasi. Moj maz z tych, co potrafi zrobic wszystko, czasem potrzebuje kopa w tylek, ale nie narzekam. Czasem czuje sie jak pasozyt, zerujacy na jego pensji, chyba mu sie wydaje, ze ja tylko leze i pachne, niby wie, jak ciezko prowadzic dom, zajmowac sie dziecmi, ale na dobra sprawe nigdy nie byl z nimi sam przez kilka dni... On chyba nie jest swiadomy tego, ze gdy pojde do pracy, bede wracala zmeczona i tak samo jak ona, bede chciala, by ktos z obiadem mnie wital, zeby wchodzac do domu, nie zabic sie o lalke, czy miska. Nie mysli, o tym, ze nie usiadzie na dupe po pracy, tylko bedzie ze mna stal przy garach, skoro oboje pracujemy, oboje gotujemy i sprzatamy, to dla mnie jasne. On widzi tylko ta moja pensje :D A ja zbyt emocjonalnie do tego tematu podchodze, zeby spokojnie mu to wszystko wykalkulowac. Pomozcie mi ;)