matrioszka88
08.12.12, 22:14
Po urodzeniu dziecka dość długo szukałam pracy, w końcu "zaczepiłam się" w jednej agencji i od kilku miesięcy pracuję przez nią w fabryce soczewek. Praca jest byle jaka, ale nie wybrzydzam, bo w moim regionie bezrobocie jest wysokie, a szanse na znalezienie pracy w takim wymiarze godzin jak mam teraz są praktycznie zerowe. W domu nie chcę siedzieć, a ze względu na małe dziecko muszę się z mężem wymieniać opieką nad nim. Ale do rzeczy.
W moim miejscu pracy rotacja jest spora, jedni przychodzą, inni odchodzą, poznaję bardzo dużo nowych ludzi. Większość z nich to młodzież zaraz po szkole, jest też trochę osób w moim wieku (24), trochę starszych. Dużo słucham, trochę rozmawiam z innymi i łapię coraz większego doła. Ludzie których spotykam wydają mi się kompletnie puści, bezwartościowi, nudni. Nie chcę, żeby to brzmiało jakoś że zadzieram nosa, czy gardzę innymi, bo tak nie jest. Wiem, że każdy jest inny, ale na tyle osób, które spotkałam z nikim jeszcze nie udało mi się przeprowadzić ciekawej, wciągającej rozmowy. Ludzie rozmawiają o ostatnich odcinkach głupich rality shows, o wybrykach "celebrytów", o tym ile kosztuje piwo w którym barze, kto jak był ubrany na ostatniej imprezie, czasem o jedzeniu i miejscach, gdzie można coś zjeść albo opowiadają sobie historie typu "przeleciałem tamtą i tamtą" , "kupił mi sukienkę za 50 funtów" , "napisał na facebooku to i tamto" . Słuchają dennej, naprawdę dennej muzyki. W pracy słuchamy capital fm albo bbc1 na okrąło. Ja kocham muzykę, słucham dużo i często, ale kiedy słyszę po raz setny tą samą beznadziejną piosenkę, bez porządnych instrumentów, z dwoma dźwiękami w tle i głupawym tekstem to mnie szlag trafia, a każda kolejna jest taka sama. Tym bardziej, kiedy widzę że wszyscy wokół podśpiewują. Po wyjściu z pracy ludzie zakładają słuchawki, z których słychać te same durne "utwory" z list przebojów... Jeśli rozmowy o filmach, to albo o jakimś ostatnim hicie typu "American Pie" albo o prostych komediach romantycznych. Ze starszymi pracownikami jeszcze w miarę się dogaduję, ale młodzież wydaje mi się jednakową, pustą masą bez zainteresowań czy własnych poglądów. Są ślepo wpatrzeni w to, co serwują im mass media, słuchają głupawych radiostacji i oglądają żenujące,bazujące na podstawowych uczuciach reality shows. Kilka razy próbowałam zagaić jakąś ciekawą dyskusję, rzucić temat, który skłoni ich do wymiany poglądów i co? Komentują jednym zdaniem i wracają do rozmów o sztucznych rzęsach. Jakby bali się wychylić przed szereg, wyrazić opinię, która może być niezgodna z poglądami większości. Zero indywidualizmu, zainteresowań, samodzielnego myślenia, dążenia do czegoś głębszego, rozwijającego. Jedyne wartości, które zdają się wzbudzać w nich jakiś podziw, szacunek to kasa, sława, popularność w śród znajomych.
Wszystko to powoduje u mnie coraz większą rezygnację, czuję że sama tracę osobowość, charakter, nie mam szans na konfrontację z cudzymi poglądami, czuję, że sama przestaję się rozwijać. Staram się po pracy dużo czytać, rozmawiać przez skype, ale tak naprawdę nie wiele mam na to czasu przy małym dziecku. W dodatku zaczynam się poważnie zastanawiać na przyszłością mojego synka, nad tym, czy chcę żeby wychowywał się w takiej kulturze. Wiem, że jeszcze mamy dużo czasu, ale jak sobie przypomnę mój własny proces dorastania, jak różnych miałam ludzi w klasie, jakiej muzyki słuchaliśmy, o czym rozmawialiśmy i porównam to do tego, co widzę teraz to czuję przerażenie. Młodzi ludzie dają sobą manipulowac jak marionetki, są ślepo wpatrzeni w to, co serwują im media. Spotkałam kilka osób z tzw. "subkultur" , deklarująch, że słuchają rocka, metalu, wzbudziły we mnie jakąś nadzieję (sama raczej nie słucham "mocnej" muzyki, ale odebrałam to jako demonstrację inności, własnych poglądów) i co? Srodze się rozczarowałam. Okazało się, że ci młodzi ludzie tylko kreują się na innych, słuchają tego, co stacje nazywają "rockiem", czyli komercyjnych młodych zespołów otoczonych marketingiem, które grają na zlecenie wytwórni. W głowach ta sama sieczka.
Nie chcę jakoś generalizować, może czasu się zmieniły na całym świecie i to tylko moje urojenia, ale jednak mam wrażenie, że młodzież w Polsce nadal ma jednak w głowach więcej, niż ta tutejsza. Więcej tolerancji wśród kolegów, mniej prób dostosowania się do ogółu, więcej samodzielnego myślenia. Pomyślałam, że to może to miejsce, w końcu to kiepska praca, produkcja, ambitniejsi młodzi ludzie uderzają gdzie indziej. Ale to samo widzę na ulicach, w sklepach, w komunikacji miejskiej. Wszędzie jednakowi chłopcy w rurkach, z wystylizowanymi lwimi grzywami i dziewczyny w natapirowanych włosach i tonie makijażu, wszyscy ze ze słuchawkami na uszach, z których dobiegają dźwięki bezmyślnej, jednakowej muzyki. Owszem, młodzi Anglicy są chyba jednak lepiej wychowani i bardziej kulturalni od polskiej młodzieży, ale mam wrażenie że zamiast z domów i szkół które by ich ukształtowały, wszyscy pochodzą z jakichś jednakowych foremek bez wyrazu...
Dobija mnie praca w takim otoczeniu, słucham tej bezmyślnej paplaniny i aż czasem mam ochotę wstać i zacząć wrzeszczeć. Nie mam wielu znajomych poza pracą, jestem w UK stosunkowo niedługo. Czuję, że "cofam się w rozwoju" , no i zwyczajnie się nudzę. Jestem ciekawa, czy któraś z Was też ma podobne odczucia, czy to tylko ja tak "wymyślam"...