sfornarina
01.02.13, 18:08
Muszę się wyżalić, bom zbulwersowana. Ostrzegam, że to prawie opowiadanie, bo nie umiem się streścić.
Od zeszłego tygodnia aktywnie szukam pracy. Wynalazłam kilka dużych lokalnych firm, dla których chciałabym pracować. Skonstruowałam CV i porządne listy motywacyjne do każdego stanowiska.
Do jednej firmy wysłałam aplikację spekulacyjną z bardzo wyraźnym zaznaczeniem działów, w których chciałabym pracować.
Szukają masy pracowników, bo się powiększyli. Żadne stanowisko mi konkretnie nie podeszło, ale a nuż widelec potrzebują kogoś w mojej dziedzinie. Firma spora, dochodowa, rozwijająca się i eksportująca. Strona internetowa - git. Szukają masy pracowników, bo się powiększyli.
Umotywowałam się w liście, moim zdaniem wystarczająco, że chcę się rozwijać, szukam nowych wyzwań i lepszej pracy niż miałam poprzednio, itd.
Doświadczenie wypisałam, że w sprzedaży, marketingu, PR, finansach; byłam odpowiedzialna też za strategię firmy. Wychwaliłam pod niebiosa wrodzony talent do IT, wyższą statystykę, fizykę i NPD na uczelni oraz umiejętność patrzenia przez numery. Czytając to, co w liście wypłodziłam, aż trudno było mi uwierzyć, że to ja; choć wcale nie ściemniałam;)
Zaprosili mnie na rozmowę; poradnik jak sobie poradzić na interview wryłam niemal na pamięć i przygotowałam się z odpowiedzi na co najmniej setkę pytań.
No i poszłam na tę, pożalsięboże, rozmowę.
Najpierw czekałam jakieś 5 minut w recepcji, aż ktoś raczy po mnie zejść.
Potem ulokowali mnie w przeraźliwie zimnym i dużym pomieszczeniu i tam na długo zostawili. Jak już się wydygotałam z zimna, że miałam ochotę sobie pójść, przylazł kolo i wręczył mi job application form do wypełnienia. A tam połowa pytań niedozwolonych!
- data urodzenia
- miasto i kraj urodzenia
- do wyboru: mężatka/rozwódka/wdowa/singielka
- czy palę papierosy. Jeśli tak, to ile dziennie?
Na ostatniej stronie zonk - do wypełnienia test z basic numerical and literacy skills. Coś w stylu 27 + 41 = ? Albo napisać słownie liczbę 1000000.
Nie wiedziałam, czy wszystko wypełniać, czy nie; wcześniej pracowałam w mniejszej firmie, która jednak zachowywała najwyższe standardy poprawności; a tutaj taki szok. Ale wypełniłam, choćby żeby zobaczyć, co mi zaproponują.
Po półgodzinie kolo przytruchtał z powrotem, zabrał wypełniony papier i sobie znów poszedł. Nadmienię, że nikt mi się nie przedstawił. Jak do mnie dzwonili, też się nie przedstawili poza nazwą firmy (musiałam się dopytać!), nie powiedzieli na jakie stanowisko mnie chcą.
Kolejnych 10 minut wydygotałam się z zimna, byłam zła i było mi już wszystko jedno. Wreszcie kolo przytruchtał z powrotem i poprowadził mnie do dyrektora firmy po zielonym dywanie na rozmowę.
Dyrektor całkiem miły, za to bardzo arogancki. Qrfa mać, potraktował mnie jakbym była ostatnią desperatką, która weźmie pierwszą lepszą pracę!
Nie zadał mi ani jednego pytania. Po prostu zaczął nawijać. Zaczął od opisywania siebie i iloma firmami on zarządza i ile sukcesów ma na koncie (od siebie dodam, że firma w zupełności rodzinna. Sam tego nie osiągnął - odziedziczył. Każdy członek ich rodziny dostaje tam pracę. Jeśli chciał mi czymkolwiek zaimponować, to spalił na wstępie.)
I że on asystentki potrzebuje. Osobistej. I że praca będzie bardzo challenging (bo przecież takiej szukałam!), bo on jest bardzo wymagający i rzeczy muszą być wykonane na zaraz i to jest bardzo challenging, żeby temu sprostać. Że te "rzeczy" są w sumie bardzo proste - wyszukiwać ceny surowców i telefonicznie negocjować z dostawcami. Bukować mu loty i hotele. Odpowiadać na jego maile. Odpowiadać na inne maile.
Udało mi się wtrącić, że już byłam x lat temu asystentką dyrektora banku. Chciałam dodać, że ta praca chyba jednak nie dla mnie, ale zbił mnie z tropu swoim zdziwieniem, że "jak to, to ja już mam robotę PA na koncie?"
On mojego CV nie przeczytał!!! Zapytał się mnie również, czy poprzednia praca była moją pierwszą w UK. A w CV stoi jak byk, że nie. Dżizas:)
I dalej nawijał.
W momencie, kiedy myślałam, że może wreszcie zapyta się mnie, co JA umiem i czego JA oczekuję, wypalił - że w zasadzie to on widzi, że ja wszystko umiem, że mam doświadczenie, że wiem, o co chodzi, że wszystko ekstra, że może nie jest pewien, jak sobie z tymi negocjacjami poradzę, więc o jakiej pensji ja myślałam?
I nie, to nie było pytanie. To było pytanie retoryczne na które sam od razu sobie odpowiedział, wymieniając sumę X. I że od kiedy mogłabym zacząć pracę.
Powalił mnie na łopatki.
Popatrzyłam na niego spode łba i mu odparłam, że w zasadzie pracę mogłabym zacząć już w przyszłym tygodniu. Tylko że chciałabym mieć czas się zastanowić, czy w ogóle ta praca mi odpowiada.
No i że absolutne minimum jakiego szukam, to X + 7k :)
Powiedział, że dziś do mnie zadzwoni. Nie zadzwonił. Może i lepiej, bo chyba nie chciałby usłyszeć, co mam mu do powiedzenia:D