dontteaseme
26.10.07, 11:15
Jakos dopadly mnie dzis mega-depresyjne nastroje i po raz kolejny
zaczelam walkowac w glowie problem - zostac w UK czy wracac.
Naprawde, nie wiem juz sama co mam robic i jak podejsc do swojej
sytuacji tak, by bylo dobrze, madrze i korzystnie dla mojej rodziny.
Sytuacja jest nastepujaca:mieszkamy z mezem w UK od blisko polotora
roku, mamy 3-miesieczna coreczke.Od przyjazdy przeprowadzalismy sie
juz 3 razy. Caly czas oboje pracowalismy, wiec finansowo stoimy
niezle, choc nie sa to jakies wielkie oszczednosci, z ktorymi mozna
byloby wracac i 'zaczynac' od nowa w Polsce. Starczyloby jedynie (a
moze AZ???) na rok wygodnego zycia, i w tym czasie moglibysmy bez
wiekszych stresow szukac docelowej pracy i odchowac troche corke.
Problem jest w tym, ze ja mam juz dosc bycia tutaj, czuje sie po
prostu samotna i wyobcowana. Nie chodzi o jezyk i jakis szok
kulturowy, bo angielski i angielskie realia znam dosc dobrze, i
znalam juz przed wyjazdem, tylko o poczucie, ze nie nadaje sie po
prostu do takiego zycia, jakie obecnie wiode i jednoczesnie - ze
mimo sympatuu do Anglii nie odpowiada mi mentalnosc Anglikow i nie
chcialabym tu zostac na zawsze i wychowywac swojej corki. Mam
wrazenie, ze moje zycie to po prostu bierna wegetacja, codzienne
wstawania, zajmowanie sie dzieckiem, ewentualnie zakupy i zajmowanie
sie domem. No wlasnie domem... czy mozna nazwac domem budynek
dzielony z innymi ludmi, ktorzy wydawlo sie, byli przyjaciolmi, a po
zamieszkaniu razem okazalo sie jak wiele nas dzieli i jak rozne mamy
priorytety. Strasznie sie na nich zawiodlam - z mezem, tuz przed
samymi narodiznami dziecka przejechalismy dla nich pol Anglii by
razem zamieszkac, maz zostawil pewna prace... mialo byc tak
kolorowo, bo przeciez sie lubilismy i szanowalismy. Nietsty, nie
jest. Niby wszystko OK, pelna kultura, bo przeciez wszyscy
jestesmy 'wyksztalconymi ludzmi na poziomie' ale oni po prostu nie
rozumieja, ze majac male dziecko nie mozemy zyc jak studenciaki i
wszystkiego traktowac na luzaka. OK, powie ktos, mozemy miec
pretensje tylko do siebie bo nikt nas nie zmuszal do wspolnego
mieszkania - ale inne tez mielismy ustalenia co do standardu domu,
co do ilosci mieszkajacych w nim osob (oni dokoptowali sobie jeszcze
jednego faceta do mieszkania z nami,tuz przed podpisaniem umowy, gdy
juz mielismy wypowiedziane poprzednie mieszkanie, agrumentujac ze to
tylko na jakis czas i dla obciecia kosztow...). Itak jak pisze, nuby
jest OK, ale ja juz za stara jestem na przypominanie 30-paro
letniemu facetowi ze znowu zapomnial o swojej kolejce sprzatania czy
na czekanie godzine z obiadem az ktops inny zwolni piekarnik czy
zlew. Moglam to przeciez przewidziec...
Wracajac do istoty watku. Maz meczy mnie, zebysmy domieszkali z nimi
do konca umowy i jeszcze raz sprobowali sie jakos tu zadomowic,
wynajac cos osobno i w koncu zaczac zyc normalnie. Twierdzi, ze jak
tylko corka podrosnie to oddamy ja do przedszkola, ja poszukam w
koncu normalnej pracy - bo dotad pracowalam jako sprzedawca,
fizycznie, i wtedy odzyje, i zmieni mi sie spojrzenie na nasze bycie
tutaj. Ja mam jednak dosc,nie chce po raz kolejny zaczynac znowu i
znowu... mam prawie 30 lat, i praktycznie odkad skonczylam studia
brakuje mi poczucia stabilizacji, ciagle tylko zyje 'tymczasowo'
podejmujac w miedyczasie dycyzje i snujac plany, majace ulepszyc moj
byt, a g... z tego wychodzi, choc naprawde, staram sie jak moge.
Czego bym nie robila jesli chodzi o sprawy edukacyjne, pracowe,
mieszkaniowe, jakbym sie nie starala isc do przodu i poidejmowac
jakies proby polepszenia swojej sytuacji - to zawsze wpadam z
deszczu pod rynne. A teraz jestem juz matka, mam dziecko, i o niej
musze przede wszystkim myslec...
Mam dosc:((((((((((((
Jestem juz w tak kiepskiej kondycji psychicznej, ze tak naprawde
boje sie podjecia kolejnej - znowu pewnie blednej 'decyzji'
zyciowej... Anglia miala byc lekiem na ten brak stabilizacji, i
co... po 1.5 roku chce uciec stad po prostu, tylko ze nie za bardzo
mam do czego uciekac. Owszem, jestw Polsce rodzina, przyjaciele - to
bardzo duzo, mam gdzie zamieszkac na poczatek. Ale nie mamy swojego
mieszkania, i poki co szans na nie, wiec wracajac do Polski znowu
musielibysmy cos wynajmowac, szukac oboje pracy etc. I nie wiadomo
czy i w ogole w koncu doszlibysmy do takiej sytuacji finansowej w
ktorej byloby nas na to mieszkanie stac. I znowu - zycie na
walizkach.
Powrot do Polski wydaje sie byc wiec malo rozsadnym posunieciem,
chociaz z drugiej strony sama juz zastanawiam sie czym tak naprawde
bedzie roznilo sie moje zycie od tego obecnego... wydaje mi sie, ze
w Polsce mimo wszytsko bylo mi lepoej. Owszem, mialam mniej
pieniedzy i musialam wynajmowac mieszkanie, ale zawsze starczalo mi
na zycie,na jakies drobne przyjemnosci, a przy tym mialam bliskie
osoby i blsikie miejsca przy sobie. W UK tez musze wynajmowac
mieszkanie, mam wiecej pieniedzy, wlasciwie stac mnie na wygodne
zycie bez stresow finansowych, ale pieniadze ktorymi dysponujemy sa
poki co zbyt male byc myslec o kupnie tu domu czy mieszkania, co
planuje moj maz. Zreszta, oznaczaloby to utkniecie w UK na dobre.
Ja mam juz dosyc przeprowadzek, dosyc zaczynania wszystkiego od
nowa, najchetniej schowalabym sie w mysia dziure i zostala w niej na
zawsze. Dosc juz mam pakowania po raz kolejny swoich rzeczy i
przewozenia sie w kolejne miejsce. Czuje sie po prostu bezdomna, i
choc wiem, ze wieksze szanse na stabilizacje mam w Anglii, to po
prostu nie chce tu zostac na stale...:(((
Przepraszam, ze tak chaotycznie to wszystko brzmi... ale i taki
chaos mam w glowie:(