Zjazdy rodzinne i tak dalej

17.05.10, 16:53
Lubicie zjazdy rodzinne? Spotkania typu wesela czy stypy?

Ja tego nienawidzę :)
  • W mojej rodzinie zjazdy rodzinne polegają niestety głównie na obrabianiu d*** nieobecnym członkom rodziny. Ponieważ ja często unikam takich spotkań, to ja często trafiam na tapetę.
  • Zjazdy rodzinne są koszmarem mojego dzieciństwa
    - Odkąd pamiętam, w czasie takich zjazdów jako dziecko musiałem siedzieć i słuchać. Nie wolno było mi się odzywać, nie wolno było mi się bawić czymś, jak raz zabrałem sobie książkę, to była w domu awantura. Zmarnowałem mnóstwo weekendów, siedząc sztywno przez kilka godzin, słuchając klachania ciotek, rozrywając się tylko wymyślaniem sobie historyjek. Jeżeli już na imprezie był ktoś w moim wieku, to zabawa była przerywana ciągłym "tego nie dotykaj", "tam nie wchodź", "bądźcie ciszej".
    - Nienawidziłem wypytywania mnie o szkołę, przez dłuższy czas miałem wrażenie, że moja osoba dla krewnych znaczyła tylko tyle, ile moje świadectwo. Moi krewni byli pod tym względem okropni, że cały czas wybrzydzali, chociaż się naprawdę dobrze uczyłem. Masz średnią 5.7 w gimnazjum? Jakbyś się lepiej postarał, mogło być 6.0. Miałeś podobno jakiś trudny sprawdzian? Jak poszło? Trzy czwarte klasy oblało? Ojej, a co dostałeś? Pięć plus? A czemu nie szóstkę?
    - Nienawidziłem komentarzy krewnych i, przykro mi to mówić, kompletnego braku lojalności moich rodziców. Od dziecka pamiętam wyśmiewanie się cioteczek z mojego fhrancuskiego r, przedrzeźnianie, zaczepianie. Powiedz "rower"! Hahaha! A powiedz "różowy rower"?! Jaki on ma śmieszny akcent, jak Francuz! A moi rodzice, zamiast ratować swojego niemal zapłakanego ze wstydu kilkulatka, zajmowali się rozmową. Krewniacy doczepiali się i innych dzieci, że za grube, że za chude, że źle się uczą, że za dużo się uczą, zadawali krępujące pytania, rechocząc jak najęci. Brrrrrrr
  • A teraz cała rodzina się dziwi, że nie chcę przyjeżdżać na żadne spotkanie. No ciekawe, czemu? :P


A jak wyglądają Wasze zjazdy rodzinne? Uczestniczycie w nich? Lubicie je?

Ja prawdę mówiąc, spotykam się tylko z niektórymi krewnymi, reszty unikam jak Święty Jesion ognia.
    • uleczka_k Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 17.05.10, 19:02
      Moja rodzina już od jakiegoś czasu spotyka się wyłącznie na pogrzebach. A że
      jest ich obfitość, to i rozmowy skupiają się wokół tematów medycznych i rodzina,
      jak mi się zdaje, zdobędzie zbiorowo sprawność domorosłego medyka. Ale już
      rodzina mojej lepszej połowy spotyka się w sposób opisany przez Piromana.
      Laleczki Chucky przy tych sabatach, to mięczaki.
      • heca7 Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 17.05.10, 19:20
        Ja zjazdów nie lubiłam z innego powodu. Cokolwiek bym na nich nie zrobiła i tak
        zachowywałam się nie dość idealnie. Siedziałam cicho-tak nie można! z taką miną!
        Rozmawiałam- nie należy tak paplać! Ja wyznałam w wieku lat 7 kuzynowi miłość to
        kurcze przez 2 godz. powrotu do domu samochodem miałam taki wykład o honorze i
        szanowaniu się od matki, że do dziś pamiętam:/ w ogóle po powrocie z każdej
        rodzinnej imprezy matka po kolei krytykowała wszystkich. I zawsze wracała zła bo
        nie wypadliśmy wg nie wystarczająco elegancko. A moja mama ma na tym punkcie
        hopla. BO CO LUDZIE POWIEDZĄ???????????
        • Gość: ka-mi-la789 Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.05.10, 21:32
          Miałam dokładnie to samo. Wieczne syki i wściekłe spojrzenia starej,
          bo nie w tym miejscu usiadłam, nie w tę stronę spojrzałam, odezwałam
          się za głośno, za cicho, w ogóle się odezwałam... I ciągłe
          miarmolenia pod hasłem: "jeśli na tychmiast nie zjesz rosołku,
          kotlecika z kartofelkami i marchewczką oraz torciku, ciężko
          zachorujesz i umrzesz" (miałam sporą nadwagę). Dzisiaj, jeśli jakimś
          potwornym zrządzeniem losu znajdę się w rodzinnym gronie,
          natychmiast przedmiotem dyskusji staje się mój stan cywilny i
          rodzinny. Dyskusje nieodmiennie kończą się poleceniem
          natychmiastowego ochajtania się i rozmnożenia, bo "zobaczysz na
          starość" (co ciekawe, nikt nie potrafi określić, co mianowicie
          zobaczę). Poza tym moja rodzina jest makabrycznie nudna i do bólu
          przewidywalna. Mogę się założyć o każde pieniądz, że nic ciekawego
          od nich nie usłyszę. W związku z czym przestałam bywać na weselach,
          chrzcinach i innych redykach, w razie konieczności wymyślając jakąś
          zakaźną chorobę. Wolę mecz w telewizji obejrzeć.
    • kaga9 Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 17.05.10, 23:06
      U mnie w rodzinie nie organizuje się styp, tyle dobrego. Na weselach nie bywam,
      uchodzę za "mało rodzinną" (i rzeczywiście, dla mnie rodzina to mąż i rodzice,
      dziadków już nie mam, reszta mi zwisa). Sto pięćdziesiąte wody po kisielu
      zbulwersowałam, nie zapraszając ich na mój kameralny ślub, dlatego teraz mnóstwo
      osób jest obrażonych na mnie (buhahah) i moich rodziców, którzy nie wpłynęli na
      swe trzydziestoletnie podówczas dziecko w kwestii zapraszania cioci Jadzi. Ci,
      którzy na ślubie byli, marudzili, że daleko (70km podstawionym środkiem
      transportu) i za ciepło (wakacje), więc obecnie z radością lekceważę
      uroczystości z ich udziałem.
      • Gość: el Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.acn.waw.pl 18.05.10, 15:55
        przez chwilę zastanawiałam się, czy to nie ja pisałam tego posta:)
        • kaga9 Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 19.05.10, 01:43
          Też tak czasem mam:)
    • sootball Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 17.05.10, 23:18
      Nie lubię. Są koszmarnie nudne, wszyscy siedzą, jedzą, na głos gadają jakieś
      nieistotne pierdoły, w myśli porównują się ze sobą nawzajem, a po całej imprezie
      mają do mnie pretensje, ze byłam taka milcząca i nietowarzyska ;)
    • rasgeea Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 17.05.10, 23:23
      Ja się przyznaję bez bicia, że również nienawidzę spędów rodzinnych i omijam jak
      mogę, ale niestety nie zawsze mogę, więc uczestniczę choć na chwilę. Więc
      cichcikiem wchodzę i cichcikiem wychodzę.
      Mnie to nie przeszkadza, rodzina się przyzwyczaiła wiec wszytsko gra :D
    • Gość: 3,14-Roman Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.197.158.213.umts.dynamic.eranet.pl 18.05.10, 00:45
      Jedna rzecz- w gruncie rzeczy te ciocie nie są takie złe, jeżeli spotka się je oddzielone od stada, mogą być całkiem sympatyczne. Natomiast cała wataha ciotek - i łagodne owieczki zmieniają się w prawdziwych predatorów.
      • drzejms-buond Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 18.05.10, 09:37
        Romanie! Bracie! Czy my przypadkiem nie z tej samej rodziny?
        I nie pytam o naczelnych.

        Wszystkie spotkania rodzinne z dzieciństwa wspominam jako koszmar
        i traumę na życie całe- stąd m.in. moja nienawiść do pracowniczych spotkań
        opłatkowo-jajeczkowych...
        brrrrrrr...
        w związku z tym ,ze miszkaliśmy w pięknej okolicy cała rodzina z Warszawy
        zjeżdżała się na letniskowe łikędy, jakieś skromne 10-20 osób i żaaaadnych
        dzieciaków, z którymi można by się bawić.
        Więc siadywałem jako4-6latek pod stołem i słuchałem głupot.
        Raz udało mi się zakośić ze stołu flaszkę.Walnąłem z gwinta .
        Ale była afera!

      • aaricia_szalona Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 18.05.10, 09:50
        A ja lubię takie zjazdy. Fajną mam rodzinę, z poczuciem humoru. O wszystkim można pogadać i zawsze jest wesoło. I jacy taktowni są ;) Już od paru lat nawet mój wujcio nie zadaje sakramentalnego pytania "Kiedy ty wreszcie za mąż wyjdziesz?" Chyba reszta rodziny przemówiła mu do rozsądku, albo sam, z perspektywy wydłużającego się stażu małżeńskiego doszedł do wniosku, że to nie najlepszy pomysł jest ;)
        • babazzamiedzy Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 18.05.10, 10:04
          Ja też lubię. Te z dzieciństwa wspominam ciepło. Spora grupa fajnych
          wójków i ciotek, do tego nas (dzieci) ok. 10 sztuk. Starzy pomagali
          zwozić skrzynki z jabłkami (i z nami), my się doskonale bawiliśmy.
          Wieczorkiem ognisko, gra w karty, śmiechy. Albo wędzenie szynek
          w "ciężkich" czasach. Łezka się w oku kręci. My jesteśmy teraz w
          wieku naszych rodziców z tamtych czasów. Dalej razem imprezujemy,
          pojawia się coraz więcej dzieci. Latają stadami i jest wesoło.
          I tak sobie myślę, że tak powinno być.
          • Gość: Azorek Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.chello.pl 18.05.10, 10:25

            Wspomnienia mam rozmaite. I fajne i mniej fajne. Rodzina to duża grupa ludzi, są krewni po mieczu, po kądzieli, potem krewni męża, no, tłum ludzi. Zawsze wśród nich znajdą się tacy, których trudno polubić i tacy, których się kocha.
            Moje kuzynostwo, to w pierwszej lini, (czyli nasi rodzice są rodzeństwem to 14 osób). Różnica wieku bywa duża (ponad 20 lat chyba w niektórych przypadkach), więc i więzi nie zawsze mocne. Kilku osób w tym gronie nie lubię, nie czuję, że to moja rodzina - mieszkamy daleko od siebie, widujemy się na pogrzebach, albo i nie. Obcy ludzie. Część kuzynostwa jest fantastyczna, mieszkamy w tym samym mieście i jesteśmy blisko.
            Rodzina mojego męża to ludzie wyjątkowi, kapitalni. Z siostrami mojej teściowej jestem normalnie zaprzyjaźniona :)

            Z dzieciństwa pamiętam ciotkę, stryjenkę właściwie, której nie cierpiałam. Ona mnie chyba też nie. Miała córkęrok młodszą ode mnie, moją kuzynkę i zawsze czuło się jakąś rywalizację. Ja do szkoły muzycznej, Iksiunia też. Ja na konie, Iksiunia też. itd, itp.
            Iksiunia mnie nie lubiła na pewno, bo jej matka zrobiła ze mnie jej rywalkę. Ciotka nie szczędziła mi drobnych złośliwości - a to za chuda, a to anemiczna, a to ząbki krzywe... Ech...
    • default Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 18.05.10, 10:09
      W mojej rodzinie organizowane były zjazdy "bezokazyjne", tzn. nie z
      powodu ślubu czy pogrzebu, ale tak - dla podtrzymania więzi.
      Odbywały się latem, w starym wiejskim domku, w którym już nikt na
      stałe nie mieszkał, bo wujostwo zmarli. Latem dom ożywał i zjeżdżała
      się rodzina na 2-3 dniowy piknik rodzinny, było ognisko, wyprawa na
      odpust do sąsiedniej wsi, pływanie w rzece, młodzież urządzała mecze
      siatkówki, mini seanse teatralne albo nocne wyprawy na cmentarz,
      zresztą każdego roku wymyślaliśmy inne atrakcje. Naprawdę zawsze
      było super. Niestety ostatnio tradycja podupadła - starsi członkowie
      rodziny nie mają już zdrowia i sił na organizację, a młodzież
      podorastała, ma swoje rodziny, dzieci i brak czasu. A szkoda.
    • grzeszna_marta Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 18.05.10, 10:11
      u mnie na większych spędach nie jest az tak żle kazdy raczej jest
      zadowolony ze spotkania a wesela ooo to wówczas dopiero
      szalejemy :D ale problem jest w rodzinie męża kiedy widujemy się
      na imprezach typu imieniny , urodziny czy święta wówczas jest
      sttrasznie dziwnie ostatnio wszyscy siedzieli i gapili się w
      telewizor jakby w domu nie mieli swojego . Masakra nie lubie tego .
      Nie wiem to chyba taka postawa domowników którzy nawet nie
      podejmują rozmowy tylko sami jak szpak w sroke gapia się
      na mało istotny program . i to strasznie mnie zniechęca do
      dalszych tego typu spotkań z przeszłą rodziną :(((
      • Gość: plimplum Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.05.10, 09:03
        Moja rodzina mocno się ostatnimi laty skurczyła i bardzo nad tym
        boleję.Szkoda,że nie potraficie docenić tego co macie.
        • Gość: eurytka Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.chello.pl 19.05.10, 09:32
          Niedobry to ptaszek co własne gniazdo kala.
          Ja kocham jak się rodzina chce spotkać, pogadać.
          Jak dzieckiem byłam to podglądałam, podpatrywałam,
          podsłuchiwałam.
          Było ciekawie, wesoło, fajnie.
          Teraz mało tego jest i brak mi...
          • Gość: jakaja Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.centertel.pl 19.05.10, 09:56
            Nie oceniajcie nas w ten sposób bo niestety nie każdy ma miłe
            wspomnienia ze spędów rodzinnych, to że był na nich upokarzany i nie
            lubi takich spotkań nie oznacza, że jest gorszy.
            Niestety często z rodziną się najlepiej wychodzi na zdjęciach.
            Ja się długo zastanawiałam czy mam się wpisać tutaj czy do wątku
            forum.gazeta.pl/forum/w,384,110855387,110855387,Czego_nie_znosiliscie_jako_dzieci_w_swiecie_dorosl.html
            no bo właśnie chciałam o spędach napisąć. Nie zawsze było i jest źle
            wszystko zależy z kim mamy przyjemność biesiadować. Ponieważ nie
            należę do osób wylewnych a wręcz wolę milczeć na temat swojego życia
            i planów (żeby nie zapeszyć!) do szewskiej pasji doprowadzają mnie
            pytania kiedy wyjdę za mąż. A jak się bawię, ze swoimi kilkuletnimi
            siostrzeńcami to słyszę czy nie chciałabym sobie takich zrobić.
            Nie wiem mi to do głowy by nie przyszło tak się wypytywać kogoś o
            jego sprawy. Do tego irytuje mnie mój tata, który na co dzień
            rzadziej mi to okazuje a na spędach robi za mojego adwokata i mówi
            jaki stopień z czego dostałam, jakie mam plany, jak mi idzie w
            pracy, czym się zajmuję. W tych momentach mam po prostu ochotę wyjść
            bo skoro i tak sam za mnie odpowiada to mogą dalej się już jego
            pytać a ja spędze sobie czas inaczej.
            Denerwuje mnie słuchanie co komu dolega, jak wyglądały badania, co
            lekarz przepisał, żeby zwrócić na siebie uwagę często np mojej
            ciotce nic nie było ale bardzo lubiła jak rozmowa dotyczyła jej
            osoby. Biadolenie mojej mamy przed każdym wyjściem na spęd, że nie
            dość elegancko się ubrałąm i choć raz mogłabym zrobić jej
            przyjemność i się lepiej ubrać bo moja siostra Basia, która miała
            być na spędzie zawsze jest taka elegancka. Mam wrażenie, że moja
            mama byłaby szczęśliwa gdybym zawiązała sobie na głowie wielką
            kokardę jak Basia w dzieciństwie nosiłą. Nie lubie słuchać tych
            samych historii po raz milionowych, wznoszenia debilnych toastów,
            żartów, które chyba mogą śmieszyć tylko ludzi w wieku +50 bo nikt
            poza nimi się nie śmieje.
            Ogólnie jak wychodzę ze spędu w pozytywnym nastroju to jestem miło
            zaskoczona.
            • Gość: plimplum Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.05.10, 10:47
              Wierzę, ze nie każde spotkanie rodzinne należy do uczt
              intelektualnych, ale w tym właśnie tkwi urok. Ja sobie świetnie
              radzę z kłopotliwymi pytaniami, wścibstwem i natręctwem kochanej
              cioci, bo wiem, że źle mi nie życzy, jej się po prostu wydaje, ze z
              racji pokrewieństwa i wieku ma prawo i już :))) Przechwalanie się
              dziećmi, wnukami to standard, a moja rada to wrzucić na luz. A jak
              juz ktoś naprawdę nas zirytuje na maksa to słodkim, grzecznym
              głosikiem, mozna takiej osobie zadać również niedyskretne pytanie,
              bo każdy, ale to każdy ma tematy, które niekoniecznie chce poruszać
              przy stole. Sprawdzone!
              Została mi tylko jedna ciocia i jej dyskretne złośliwostki wręcz
              mnie rozczulają.
    • labellaluna Re: Zjazdy rodzinne i tak dalej 19.05.10, 11:07
      Gdy byłam mała miałam mieszane uczucia. Z jednej strony lubiłam te spędy, bo mogłam wiele ciekawych rzeczy usłyszeć (miałam t.zw. gumowe ucho)i wiele rzeczy pamiętam do dziś. Nie lubiłam jednak tego, że się czepiano mojego wyglądu, a ja byłam bardzo przewrażliwiona na tym punkcie. Teksty typu: o, jak ci już cycki urosły (usłyszane od ciotki gdy miałam 11 lat), albo: ale ci się cera popsuła! (no, faktycznie, nie zauważyłam tego trądziku patrząc codziennie w lustro), albo: chyba przytyłaś, bo masz większą pupę. Grrrrrrrrr.

      Natomiast teraz to wszystko inaczej odbieram. Mieszkam daleko od mojej rodziny i jestem w ich stronach raz do roku. Gdy już ich wszystkich zobaczę, zaczynam rozmyślać o tym, jak płynie czas, robię się bardzo sentymentalna wtedy (zresztą na co dzień też jestem). Wujkowie, ciotki, moja mama już postarzeli się bardzo, dziadków już dawno nie ma, mojego ojca też, kuzynostwo ma już swoje nawet 10-letnie dzieci i teraz one ganiają się po podwórku tak jak to my robiliśmy 20 lat temu. Siedzę na takim spotkaniu, patrzę, słucham i czuję jakiś żal, że pewne rzeczy już nie wrócą. Pewnie gdybym była tam z nimi na co dzień, nie rozwodziłabym się tak nad tym wszystkim, no ale jest jak jest.

      A na wesela uwielbiam chodzić, bo uwielbiam biesiadne zabawy i nie słucham wtedy plot tylko tańczę do upadłego.
Pełna wersja