O Wandzie co Niemca nie chciała

IP: 71.31.141.* 06.10.06, 04:01
Dawno, dawno temu... a właściwie działo się to w czasach, które najstarsi
tylko Polacy pamiętają...
Wanda nerwowo przechadzała się po komnacie tronowej Wawelu.
- Tato, nie chrzań mi tutaj! Nie lubię Williego i już!
- Ależ córeczko, to najlepsza oferta jaką mogłem dostać. I tak musiałem
wykorzystać wszystkie swoje znajomości w Urzędzie Miasta żeby sfałszować twoje
papiery i zdjęcia... majątek w łapówki poszedł! A ci Niemcy sami mi zaproponowali!
- Ale ja nie chcę wychodzić za niego za mąż! A poza tym co z niego za Niemiec,
z NRD!
- Ale za to jakie ma znajomości w wyższych sferach!
- Co za znajomości, że musi mieszkać w Lipsku, nawet nie w Berlinie, dederon
jeden! I jeździ na takim byle jakim koniu...
- Rasowy Wartburg przecie.
- Ale inni niemieccy książęta jeżdżą rumakami ze stadnin Mercedesa, że o BMW
nie wspomnę... Jak ja mogłabym się pokazać publicznie siedząc na Wartburgu lub
nie daj Boże, Trabancie?!
- Córeczko, proszę cię, nie mnóż trudności. Poza tym u nich nie ma kartek!
Żeby coś upolować nie musisz stać godzinami w kolejkach!
- No to chociaż tyle, rajstop sobie nakupię bo mi w ostatnich już oczka
poleciały. Albo buty Salamander? Ale za mąż nie chcę! Już wiem! Napuszczę na
niego Smoka Wawelskiego!
- A co ci to bydlę zawiniło? Siedzi cicho w jamie, to niech siedzi...
- Przyda się chociaż na co. Już piszę list do Williego, że zanim mnie zobaczy,
musi najpierw smoka zgładzić.
* * *
Pod Smoczą Jamą zebrał się już tłum kibiców z transparentami: Smok – Książę 1
: 0 czy na odwrót, był nawet kibic z napisem Smok – Książę 4 : 0, że o
napisach „Cracovia dziady!” , „Sędzia kalosz” albo „Wisła cuchnie” (co też
było niejaką prawdą, bo wszyscy woleli trzymać się z dala od rzeki) nie
wspomnieć. Kibice już szykowali się do spełnienia wymogów tradycji, czyszcząc
pałki baseballowe i polerując do połysku kastety i łańcuchy. Ech, tak poczuć
pod pięścią szczękę wroga, przeciągnąć łańcuchem przez żebra, pod glany wziąć
i jeszcze mu raz i z kopa..... ups, przepraszam, młodość mi się
przypomniała... czas wrócić do opowieści...
Kibice mieli zasadniczo jeden, ale za to potrójny problem: Niemców było tylko
trzech, z tego jeden miał z grubsza wymiary dwa na dwa metry, drugi taką gębę,
jakby przed chwilą zatłukł czyją ciotkę kontrabasem, a trzeci ubrany był w
sukienkę mini i wysokie obcasy, miał ogolone nogi i zerkał zalotnie w kierunku
wszystkich co tęższych facetów. Z definicji zaczepka więc odpadała, bo mogłoby
się to źle skończyć z każdej strony. W sposób naturalny podzielili się zatem
Nowa Huta - Reszta Świata i rozpoczęli wprawki przedmeczowe, rzucając na razie
wyzwiska i tylko co jakiś czas skromny kamień brukowy.
Komentator już zaczął przedstawiać sylwetki obu zawodników:
- Proszę państwa, co za piękna, jesienna pogoda na takie spotkanie! Majowe
słońce za chmurami przygrzewa jak w styczniu, a cudowna, cuuuuuudowna aura aż
nastraja do spacerów i pojedynków też jakby nie patrzeć po lewej stronie
przedstawiciel Polski, Smok Wawelski rodem jak samo nazwisko wskazuje spod
Pułtuska czy może nawet samej Warszawy, ha ha, brzmi to jak reklama firmy
Wawel czy 22-Lipca, no więc Smok miał rodziców, sławnych rodziców proszę
państwa, kto z nas o nich nie słyszał, nawet dwoje rodziców, ojciec był sławny
a jaki sławny był dziadek, a może i sławniejszy! Pokolenia smoków pracowały na
to cuuuuuudowne dziecko, które teraz już jest sławne a w przyszłości będzie
jeszcze sławniejsze bo jaki sławny był pradziadek! Wszyscy o nim słyszeli,
nawet niemowlęta w kołyskach z mlekiem matki wyssały pradziadka! Po drugiej
stronie mamy zawodnika z zaprzyjaźnionego od wieków państwa z granicą pokoju
na Odrze i Nysie, wielki, wielki przyjaciel Polski i Polaków, Wilhelm Szósty,
nie, Dziewiąty, kartka mi się obróciła, sławny aktor który grał główne role w
dwóch filmach jako Winnetou, a w każdym walczył u boku niezwyciężonej Armii
Radzieckiej, jak mówiłem w sześciu filmach zawsze socjalistyczna
sprawiedliwość zwyciężała, publiczność serdecznie pozdrawia zawodnika
(publiczność wyła Buuuuuuuuu!!! i wygrażała mu pięściami), operator wozu mówi
mi że to się wytnie a na trybunach goście honorowi z naszego braterskiego
kraju z którym toczyliśmy wojnę i wygraliśmy z tymi Niemcami z Bonn i kroczymy
ramię w ramię w niezłomnym sojuszu, wielcy przyjaciele Polski i Polaków, nasi
wielcy przyjaciele ze Związku Radzieckiego przyjechali obserwować pojedynek z
naszym przyjacielem zza zachodniej granicy pokoju na Odrze i Nysie, kibice
serdecznie machają w kierunku trybun honorowych (publiczność wyła
Buuuuuuuuu!!! i wygrażała im pięściami), a tegoroczne plony w Związku
Radzieckim już w kwietniu przekroczyły 1287 kwintali z hektara i są najwyższe
w świecie co dobitnie wskazuje na wyższość gospodarki socjalistycznej nad USA
gdzie Murzyni są zmuszani do pracy na polach bawełny za pomocą batogów i
kapitalista okutym butem przygina kark klasy robotniczej!
c.d.n.
Copyrights by Polonus
    • spojler21 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 06.10.06, 07:07
      Uffff......

      A już się bałem, że Humorka c.d.n.n. :)
    • ariadna007 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 06.10.06, 09:09
      jes... jes...jeszczeeeeeeee :)
    • enjo Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 06.10.06, 09:45
      ... i co dalej? i co dalej??? :-)
      pzdr
      e.
      • Gość: norsk_skogskatt Re: O Wandzie co Niemca nie chciała IP: *.w86-209.abo.wanadoo.fr 07.10.06, 00:29
        Jak to co? Smok napluł Willemu na buty, Willy DDron dał dzla i złożył donos, gdzie trzeba.Smok nie
        dostał kartek na mięso i zdechł, a Wanda pojechała do BRD, gdzie najpierw czyściła klozety a potem
        wyszła za Niemca z Mercedesem.
    • blumen1 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 06.10.06, 20:39
      wierna gwardia czytelnikow pyta: kiedy k.. ciąg dalszy?
      --
      - Ciemna druga strona jest... bardzo ciemna.
      - Przymknij się Yoda i jedz swojego tosta.
    • Gość: polonus O Wandzie co Niemca nie chciała cz. 2 IP: *.220.40.69.ip.alltel.net 07.10.06, 02:32
      Pozdrawiany Książę Wilhelm nadjechał w chmurze niebieskiego dymu, poprawił
      koronki u śnieżnobiałej koszuli, strzepnął pyłek z pludrów i nonszalancko stanął
      przed Jamą. Podparł się lewą ręką pod bok, a prawą wyciągnął błyszczący miecz,
      zwracając szczególną uwagę na pozycję nóg i wyeksponowanie zalotnie
      rozchełstanej klatki piersiowej. Krakowianki na trybunach już zaczęły wzdychać...
      - Wyłaź, pokrako piekielna, stań do równej walki! – wrzasnął bohaterskim tenorkiem.
      Cisza. Echem odpowiedziały tylko megafony.
      Kibice zaczęli się niecierpliwić, zapłacili za bilety, a tu żadnej atrakcji?!
      - To nowoczesny, polski smok, prosto jak z Żerania gdzie co minutę schodzi z
      taśmy luksusowy powóz dzięki wysiłkowi klasy robotniczej produkowany dla klasy
      robotniczej i na eksport na rynki światowe gdzie skutecznie konkuruje z karocami
      Mercedesa i Volvo! – nadawał radośnie komentator.
      Wilhelm połapał się we wskazówkach i wydarł nowoczesnym polskim językiem:
      - Ty, - piiiip - twoja mać szarpana, jak cię kopnę w – piiiip - to w powietrzu z
      głodu zdechniesz, mam takiego – piiiiip - kopa, - piiiip - ci w oko ty – piiiiip
      - piiiiiip!!!
      Krakowianki na trybunach zapiszczały radośnie:
      - Jaki on męski! Wilhelm! Jestem twoja! Bierz mnie!
      Z głębi jaskinii dobiegło człapanie i po chwili w progu stanął Smok, owinięty w
      wielki szlafrok i z fularem na szyi.
      - A ty co, kurde, ocipiałeś??? – zdumiał się nowocześnie Willi opuszczając miecz
      - Przeziębiłem się – wycharczał z trudem Smok, zakaszlał donośnie i z kieszeni
      wyciągnął kwitek – Lekarz w Przychodni Zakładowej wystawił mi L-4 i kazał leżeć,
      a nie naparzać z jakimś szajbniętym pacanem, choćby i z NRD!
      - Ja ci dam szajbniętym, ja ci dam szajbniętym! – zdenerwował się Wilhelm – Nie
      po to odstałem dwie gigantyczne kolejki po pieczątki w Urzędzie Miasta, żeby
      teraz poddać się bez walki! Z pracy musiałem się urywać codziennie żeby nie
      wypaść z kolejkowej listy obecności! Lewe L-4 musiałem zdobyć żeby tu
      przyjechać, jak się mój zakładowy sekretarz POP dowie, dostanę naganę!
      - Uuuu, niedobrze – ocenił sytuację Smok – Nie masz szczęścia, koleś, ognia też
      mi już zabrakło, wódka u nas na kartki i wczoraj wypiłem ostatną setkę – na
      dowód Smok wyciągnął kartki z nadrukiem Urzędu Miasta i Gminy Kraków.
      - Jagodzianka na piszczelach?
      - Dopiero po trzynastej, potem trzeba jeszcze przecedzić przez chlebek, kilka
      godzin zejdzie...
      - A benzyny może byś się napił? Mam niebieską – z nadzieją zapytał Wilhelm
      - Bleee, nie smakuje mi, piję jak już nie mam nic innego, to ostateczność i też
      jest na kartki – skrzywił się Smok – A jak chciałem się po cichu podłączyć do
      Rurociągu Przyjaźni, to nie dosyć że rurka cienka to jeszcze mimo ssania z całej
      siły nic w niej nie było, przestój mieli jakiś czy co? Do Karlina też nie mogłem
      dojechać, bo Ruskie się szybciej tam dopchali...
      - No to co kurna u was nie jest na kartki?!
      - Marchewka i takie tam badziewia, grzyby i jagody w lesie, Ruskich na
      poligonach skolko ugodno... – wyszczerzył zęby w uśmiechu Smok
      - No to ładnie się urządziliście, „przetarg”, hehehe, na wyżywienie olimpiady w
      Moskwie wygraliście przed laty czy jak?
      - A żebyś wiedział że tak...
      Wilhelm wobec tego rozglądając się ostrożnie wyciągnął zza pazuchy sporą piersiówkę.
      - Przemyciłem przez granicę sznapsa, walnij szybko i możemy się pojedynkować!
      Smok z uśmiechem przelał z gwinta w korpus i chuchnął.
      - Uuuuch, siekiera, ma z 50 woltów. Masz ognia? – zapytał i otworzył szeroko
      paszczę.
      Książę wyciągnął z kieszeni elegancką zapalniczkę jednorazową Bic z zamontowanym
      wielorazowym zaworkiem i skrzesał iskrę. Buchnął kłąb ognia a gdy opadł, Wilhelm
      nadal stał z zapalniczką w dłoni, a resztki włosia dopalały się kopcąc czarno na
      jego głowie.
      - Aaaaaaaa, moja twarz! Moja piękna, męska, przystojna twarz! Jak ja się teraz
      pokażę ludziom na oczy, ty ruda świnio?!
      Smok spojrzał na swój brzuch i pomacał się z tyłu w ogon. Z całą pewnością nie
      przypominał sobie też aby był rudy! Dla absolutnej pewności wyciągnął lusterko i
      obejrzał swój pysk. Nie, nawet nie miał charakterystycznego, świńskiego ryja,
      więc co się stało księciu? Zachlał się o tak wczesnej porze?
      Publika wyła radośnie na trybunach, machając transparentami „Smok – Książę 1 :
      0”, więc Smok zaczął machać łapą pozdrawiając Klub Kibica. Rozpoczęła się już
      regularna walka na trybunach i poza stadionem, śmigały ciężkie pociski typu
      ziemia-ziemia, butelki tylko migotały w słońcu. Pojawił się też na horyzoncie
      radiowóz milicyjny, który obie walczące strony zgodnie obrzuciły kamieniami, aby
      po tej krótkiej przerwie na rozrywkę powrócić do właściwej wojny. Tradycji
      musiało stać się zadość i milicja przezornie trzymała się z dala od pola walki,
      nadając tylko monotonnie przez głośniki na dachu:
      - Obywatele, proszę się rozejść, to jest nielegalne zgromadzenie... Proszę się
      rozejść...
      Na stadionie sanitariusze już biegli z noszami na ratunek zawodnika, rzucili się
      w czterech na Księcia, przygnietli do ziemi, po czym sprawnie przywiązali pasami
      do noszy. Książę wbrew swej woli oddalał się wrzeszcząc nadal obelgi, więc Smok
      zakrzyknął za nim:
      - Przyjdź wieczorem na kielicha do Jamy! Pogadamy! – po czym odwrócił się i
      poszedł w kierunku miasta. Trzynasta zbliżała się i trzeba było pomyśleć o
      godnym poczęstunku dla gościa.
      c.d.n.
      Copyrights by Polonus
    • Gość: polonus O Wandzie co Niemca nie chciała cz. 3 IP: 71.31.137.* 08.10.06, 04:29
      Wieczorem w kierunku Jamy skradały się dwie postacie: Wilhelm, opatrzony
      bandażami i z pożyczoną z teatru peruką na głowie, oraz śledząca go Wanda, która
      zauważyła jak wymykał się z Pałacowej Kliniki Rządowej i była ciekawa po jaką
      cholerę?
      Smok już czekał na gościa z baniaczkiem Uśmiechu Sołtysa kupionym u znajomka na
      targu, kiszonymi ogórkami i kilkoma kawałkami kiełbasy przyrządzonej według
      bestsellera „1001 Sposobów Na Uzdatnienie Kiełbasy Zwyczajnej”.
      Usiedli, rozlali po szklaneczce, trącili się, wypili i zakąsili ogórkiem w
      milczeniu.
      Znów rozlali po szklaneczce, wypili i zagryźli kiełbasą.
      - Tak to jest z tymi babami – westchnął w końcu Wilhelm
      - Nic mi nie mów, nikt o tym nie wie lepiej ode mnie... – Smok podniósł się ze
      stołka – Chcesz coś zobaczyć?
      Podeszli do masywnych drzwi w ścianie i Smok odsłonił judasza. Wilhelm zerknął z
      ciekawością i odskoczył od wizjera.
      - A ty co, harem tam trzymasz? I to jeszcze jakiś taki niewyżyty?
      - Mam już tego dość po dziurki w nosie – zachlipał Smok żałośnie – Wiele lat
      temu krakowiacy uparli się że mam zjadać dziewice i jak jaką udało im się
      znaleźć, gonili mi pod Jamę. Bywało że po trzy – cztery tuziny tu miałem, a co
      miałem z nimi robić? Przecie nie zjadać, co to ja, kanibal jestem?!
      Ale zawsze znalazł się jaki dzielny młodzian, przychodził niby tu walczyć ze mną
      i zostawał w tamtej komnacie na tydzień czy dwa... dziewic ubywało i wszyscy
      byli zadowoleni, zwłaszcza one – Smok machnął łapą w kierunku drzwi – wracały
      potem do domów i wszystko grało. Ech... już nie te czasy, nie te herosy...
      pamiętam Szewczyka Dratewkę, wielkie i dzielne chłopisko było, przytargał sobie
      zawsze baranka, rozstawialiśmy rożenek, beczułkę piwa... Żarł, pił i wracał do
      komnaty... raz pamiętam rozdziewiczył 21 i pół w ciągu 24 godzin!
      - A skąd te pół?!
      - Zaliczyłem mu pół, bo gdy padł był już bezwładnie niezdolny ruszyć czterema z
      pięciu członków, ostatnia skoczyła na niego i wykorzystała niecnie, sama się
      rozdziewiczając... zapisałem mu ten rekord kredą na ścianie... Zawsze mnie
      lojalnie uprzedzał że przyjdzie, mieliśmy umówiony sygnał, dwa nagie miecze
      wbite w ziemię przed Jamą...
      - A ty sam nie mogłeś tego robić?
      - Smoki wymierają – smutno rzekł Smok – wada genetyczna, zresztą sam zobacz...
      Smok podniósł się na zadnie łapy i pokazał Księciu podbrzusze.
      - Ooooooo.... – Wilhelm aż przysiadł w zdumieniu – Nie wiedziałem że smoki mają
      aż tak wielkie... hmmmm... problemy!
      - No sam powiedz, która smoczyca poleci na te 7 centymetrów?! I to na
      baczność... Padały ze śmiechu... I jak tu rasa smoków ma przeżyć?!
      Książę zerknął w kierunku drzwi i zastanowił się wyraźnie.
      - Ale teraz masz nie więcej niż tuzin, może dwa?
      - Coś koło tego, ale te dzisiejsze dziewice to dziwne jakieś... Zamiast tym
      chlubić się jak to drzewiej bywało, teraz każda sama tu przychodzi z żądaniami,
      bo się z niej koleżanki w klasie śmieją... Ciekawe, jak one to sobie nawzajem
      sprawdzają, perwertki jedne?!
      - Taaak, dzisiejsze dziewice dziwne są...
      - A jakie agresywne! Tydzień temu dwie przyszły pod Jamę i zaczęły do drzwi
      dobijać, udawałem że mnie nie ma, nawet kartkę na drzwi wywiesiłem „Nieczynne -
      Remanent”! I w to też nie uwierzyły i jedna kijem baseballowym wybiła okno,
      wdrapały się obie do środka i napadły mnie z wrzaskiem: „Żresz nas albo
      rozdziewiczasz, draniu!!”, ciężkim uszkodzeniem ciała z paragrafu 301 KK mi
      groziły – rozżalił się Smok.
      Wilhelm uspokajająco klepał Smoka po ramieniu i chciał coś powiedzieć na
      pocieszenie, ale nie zdążył. Drzwi na zewnątrz rozwarły się z trzaskiem.
      - Cześć, Wanda – rzucił okiem w tym kierunku Smok
      - Cześć, Smoczku, siemanko, Willi! – zalotnie zatrzepotała rzęsami Wanda
      - Łojezusiemaryjo... – jęknął Wilhelm, porażony jej bujną, krakowską urodą
      Wanda podeszła do stołu i z iście krakowską szczodrobliwością poczęstowała się
      dwiema setkami na sucho i trzecią z kawałeczkiem ogórka.
      - Willi, zapomnij że wyjdę za ciebie za mąż – rzekła niefrasobliwie
      - Bóg jest miłosierny, w imię Ojca i Syna - Książę Wilhelm, choć ateista z
      wychowania, przeżegnał się dyskretnie i odetchnął z niekłamaną ulgą.
      - Chociaż przystojny jesteś, ale serce me nie czuje pociągu do pałacu w Lipsku –
      kontynuowała Wanda nie słuchając – I pierwej żywa przejdę piechotą most nad
      Wisłą, nie padłszy od fenolu, niż powiem sakramentalne „Tak” w USC.
      - Wanda, nie pieprz tu głodnych kawałków rodem z literatury, gadaj po ludzku –
      zdenerwował się Smok
      - No dobra, Willi, powiedz swoim wapniakom żeby spadali na drzewo banany
      prostować, a nie próbowali z moim starym załatwiać jakieś lewe biznesy. Dederony
      lubię jak wrzód na tyłku i za chińskiego boga tam nie pojadę. Gra?
      - Ale dlaczego NRD ci się nie podoba, to takie ładne, czyste państwo? – obraził
      się Wilhelm – A poza tym żebyś sobie nie myślała, mam wuja w Dortmund!
      - Wuja masz w Dortmund? Kiedy ślub i wyjazd? – zaskoczyła momentalnie Wanda
      - Moje gratulacje, teraz toś wpadł, stary – mruknął pod nosem Smok
      - Jaki ślub? – grał najwyraźniej na zwłokę Wilhelm
      - Nasz, tępaku, nie wywiniesz się tak łatwo! – zirytowała się Wanda
      Książę zerknął z błaganiem na Smoka, który zrozumiał że musi ratować kompana.
      Mimo że szwabisko było z NRD, nie miał sumienia go tak zostawić. Podszedł do
      stołu i napełnił dwa kieliszki i szklankę.
      - Wznoszę toast za tych co mają wziąć wkrótce ślub! – wręczył Wandzie szklankę z
      samogonem.
      Stuknęli się i wypili.
      Ponownie napełnił szkło.
      - A teraz za tych co na morzu!
      Wandzie było już wesoło i wisiała Wilhelmowi na szyi, obśliniając mu czystą koszulę.
      - Musisz stąd zniknąć na parę dni, zostaw tutaj tego swego Forda Karton i
      schowaj się gdzieś albo wyjedź lokalnym pociągiem, nie kupuj biletu
      międzynarodowego, bo cię wytropi – szepnął Smok do ucha Księciu.
      - Mam już pomysł jak zniknąć – odszepnął Wilhelm – wyciągnij flachę z mojej
      kieszeni, samogonu będzie na nią mało... jak wytrzeźwieje, powiedz jej że się
      rzuciłem do Wisły z rozpaczy!

      Smok na drugi dzień obudził się ze srogim kacem na trawie przed Jamą. Z tego co
      pamiętał, Wanda postanowiła około drugiej w nocy wykąpać się w fontannie w Rynku
      i mili panowie w mundurkach zaproponowali jej darmowy nocleg z podwiezieniem.
      - Ciekawe, co z Willim? – zastanawiał się podnosząc ciężko i człapiąc w kierunku
      swej jaskinii. Nagle pysk rozciągnął mu się w szerokim uśmiechu... Ze Smoczej
      Jamy dochodził radosny gwar, a przed jaskinią tkwiły wbite w trawę dwa nagie
      miecze...

      Koniec
      Copyrights by Polonus
      • rudzia20 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała cz. 3 08.10.06, 04:56
        :) To że nie ma komentarzy, wcale nie oznacza, że Cię nie czytamy:)
        Dalej:)
      • enjo Re: O Wandzie co Niemca nie chciała cz. 3 09.10.06, 09:25
        jaka milusia po-weekendowa niespodzianka :-)
        pisz, pisz, pisz!!!
        pzdr
        e.
    • amstel0 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 08.10.06, 17:17
      Dobre. Daj pan wiecej.
      • kochanica-francuza To ja postawię sprawę jasno: polonus do pióra 08.10.06, 18:46
        O.
    • blumen1 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 08.10.06, 19:48
      Ale kolega pisarz potzrebuje zachęty ze strony czytelników. Wiem coś o tym, dlatego podbijam. Pisać,
      pisać!
      --
      - Ciemna druga strona jest... bardzo ciemna.
      - Przymknij się Yoda i jedz swojego tosta.
      • Gość: grubasek Re: O Wandzie co Niemca nie chciała IP: *.zakoniczyn.net 08.10.06, 19:56
        piissaaacccc!!!!!
        • kochanica-francuza Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 09.10.06, 22:35
          up, up! Autorze! Gdzie Muza?
    • Gość: gryzmnie Re: O Wandzie co Niemca nie chciała IP: *.echostar.pl 11.10.06, 01:29
      Dobre, dobre..

      Masz stary fantazję. Tylko tak dalej.

      No, Polonus nie bądź sknera! Podziel się z nami historyjkami..
      • profes79 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 11.10.06, 03:23
        Akurat zajrzalem :) Dawaj dalej, polonus!
        • trzepaczka1 Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 11.10.06, 17:45
          To jest niezle.Gdzie nastepne odcinki?
          • ariadna007 ej, polonus..o śnieżce regularnie było 11.10.06, 20:21
            noooooooooo... i gdzie tu teraz bajka na dzieńdobry lub dobranoc? :) pisz
            facet, pisz :) plissssss
            • dunajec1 Re: ej, polonus..o śnieżce regularnie było 12.10.06, 03:14
              Polonus jak dlugo mamy prosic?
              Zapomniales dalej,czy co?
              • Gość: rudzia20 Re: ej, polonus..o śnieżce regularnie było IP: *.phlapa.east.verizon.net 13.10.06, 05:40
                Czekamy cały czas:)
                Pisz!!!!
    • Gość: zołza Re: O Wandzie co Niemca nie chciała IP: *.skranetcan.pl 13.10.06, 08:55
      Kurczę, już się trzynastopiątkowo rozsmakowałam i co? Dalej, do roboty!
      • enjo Re: O Wandzie co Niemca nie chciała 13.10.06, 09:51
        no ale czemu nic nie ma????
        peoporsimy cos na pocieszenie przy takiej dacie ;-)
        pzdr
        e.
    • Gość: polonus Re: O Wandzie co Niemca nie chciała IP: 208.40.29.* 13.10.06, 14:10
      Piszę już następny wątek: Prawo, prawo ponad wszystko! Czytajcie, ładnie
      proszę...:):)
      • Gość: ariadna007 no wiesz.... a kto skończy to co zacząłeś?? he?? IP: 80.51.194.* 13.10.06, 14:30
    • Gość: polonus Tu jezd ameryka IP: 208.40.29.* 18.12.06, 18:57
      A dołożę tutaj, co mi szkodzi? :)

      Jest sobie u mnie w miasteczku polski sklep z artykułami prosto (no może prawie
      prosto) zza oceanu. W czasie lanczu zatem wskoczyłem w swoją lux-torpedę i
      podjechałem nabyć odpowiednie zaopatrzenie na Święta (Żywiec $3,00 za butelkę!!
      Zgroza!! Ale jeść coś trza...) No i dzisiaj przystawił się był do sklepu jakiś
      taki handlowiec z wanienką pełną pływającego tałatajstwa, znakiem tego wystawił
      tekturkie z napisem „Polskie Karpie”. Stało parę osób, to i ja stanąłem
      odruchowo, człowiek ma takie jakieś niekontrolowane odruchy z młodości - towar
      rzucili! Przede mną stoi para taka raczej obszerna, Makdonaldsami i innymi
      KaEfCe wykarmiona i skutkiem tego cały światopogląd mnie zasłania. Pani
      obowiązkowo z jednym uchem w komórce, dyskutuje z kimś na tematy zdrowotne. Ale
      w końcu dochodzimy do wanienki i pani nie odkładając komórki się wyraża:
      - Pan mnie pokaże takiego fajn karpia, et list eit pałnds, może troszki lepiej,
      co, panie? Handlowiec z wprawą łapie siatkę na motylki i po chwili zamiatania
      po dnie wanny wyciąga toto. Zerkam uważnie, bo ten karp jakiś taki kryzysowy,
      chudzieńki bidula na mordzie, przeciągnięty nie w tym przepisowym dla karpia
      kierunku, a i spojrzenie ma gdzieś tak z Zakaukazia... Jako stary wędkarz z
      dziada-pradziada i posiadający Uprawnienia do Połowu we Wszystkich Wodach PRL
      za Wyjątkiem Górskich, patrzę: Amur! Niech mnie kija razem z kołowrotkiem na
      plecach połamią, a trzonkiem podbieraka w ciemię poprawią, jak się mylę!
      Niewiele myśląc, zagajam do handlarza mimo że jeszcze nie moja kolej:
      - A pan cuś tu amury za polskie karpie sprzedaje? Godzi się to tak klejentów w
      oślizgły szlamem interes wpuszczać?
      Handlarz spojrzał na mnie z dołu, ale z góry, ocenił okiem fachowca mój strój
      wyjściowy i odszczeknął:
      - A pan toś chyba wczoraj z Polski przyjechał! Nie wiesz pan, że nasze firmy,
      coby ryba dla kochanej Polonii świeża dojechała, mocują klatki z boku statku i
      ryba płynie sobie przez ocean planktonem się dożywiając?! Żywszej ryby pan
      nigdzie nie dostaniesz!
      Z lekka mnie zAMURowało, ale nie tracę rezonu:
      - Ale karp, jak nasza kochana Akademia Nauk w podręcznikach wyjaśnia, puciaty
      taki bardziej, jak Derechtór Depatramentu nie przymierzając (tu rzuciłem
      znacząco okiem na puciatego gościa przede mną, który od razu zademonstrował jak
      przyzwoity karp wyglądać powinien, otwierając szeroko usta i oczy).
      - A jak pan chcesz wyglądać po przepłynięciu całego Atlantyku?! Widział pan
      kiedy puciatego koguta na podwórzu pełnym kur?
      Puciaty z lekka oklapł, ale żona chwyciła go pocieszająco za ramię, nadal z
      uchem w komórce.
      - Nasze karpie mogłyby do maratonu stawać, taką mają kondycję – ciągnął
      handlarz niezrażony – Mięso jędrne, grama tłuszczu nie uświadczysz!
      Już chciałem wdać się w polemikę, ale przerwała mnie klejentka przede mną:
      - Poczekaj, Stefka, chwilkie – do komórki, i do mnie:
      - A co pan siem wtroncasz, panie turysta? Tutaj jezd ameryka i każden kupuje co
      sobie tam uważa! – i do sprzedawcy:
      - Dawaj mnie pan tego polskiego karpia, bo Wegilja bendzie nieważna!
      Handlarz i klejentka sprawnie dokonali transakcji, a ja zrezygnowałem z zakupu,
      amur to jednak nie poczciwy karp...
      Otwierałem już drzwiczki mojej lux-torpedy (nota bene z gatunku: szkoda
      wyrzucić dopóki o własnych siłach przebywa drogę dom – praca i nawet czasem z
      powrotem), kiedy para wsiadając do Lexusa obrzuciła mnie lekceważąco wzrokiem i
      pani z uchem w komórce zakrzyknęła na pożegnanie:
      - Nie wtroncaj siem pan! Tu jezd ameryka, panie turysta!
      • Gość: mada Re: Tu jezd ameryka IP: *.echostar.pl 18.12.06, 23:07
        Nooooooooooooo! Nareszcie jezdeś polnus! Tęskniliśmy..
        • dunajec1 Re: Tu jezd ameryka 19.12.06, 01:52
          Polonus,a kiedy reszta o Wandzie bedzie? Jak skoczyla do Wisly to moze pstraga
          zlapala na wigilie,nie?
      • enjo Re: Tu jezd ameryka 20.12.06, 15:11
        dzieki :-)))))
        ju ar ałer hiro (staram sie utrzymac w konwencji ;-))
        e.
        • Gość: polonus Re: Tu jezd ameryka IP: 208.40.29.* 20.12.06, 16:05
          Aj łysz aj łoz e hiroł, bat fenk ju enyłej :-))
    • Gość: polonus Opowieść wigilijna (od lat 18!!) IP: 208.40.29.* 20.12.06, 14:25
      Droga Czytelniczko/Drogi Czytelniku, zanim zaczniesz czytać dalej, najpierw
      sprawdź w swojej metryczce czy masz co najmniej lat 18 (słownie: osiemnaście),
      tego wymagają przepisy ustanowione przez
      LPR/PiS/SO/PO/SLD/UW/MW/PZPR/SDKPiL/Księdza Proboszcza/niepotrzebne skreślić,
      aby nie ulec dogłębnemu zepsuciu i zgniliźnie moralnej w naszej odnowionej, IV
      RP.
      To jak, sprawdzone?
      Aby na pewno?
      Według moich pobieżnych obliczeń data Twojego urodzenia powinna być
      wcześniejsza niż 20/12/1970, ale ja się na matematyce nie wyznaję, więc mogę
      się mylić. Biegłych w obliczeniach proszę o poprawienie z dokładnością +/-5%.
      No to do rzeczy.

      Wigilia się zbliżała, a mój pies, Azor, miał coraz więcej do objazgotania po
      sąsiedztwie. Zgroza mnie ogarniała na myśl, co będzie w Wigilię o północy,
      kiedy każde zwierzę zaczyna mówić ludzkim głosem! A to mnie obszczeka przed
      sąsiadami! Wobec tego przedsięwziąłem pewne środki bezpieczeństwa zakupując
      duży zapas tanich, dobrych win i po wigilijnej kolacji polewałem jemu (i sobie)
      bez umiaru. Północ już dochodziła, gdy Azor będąc już po trzeciej misce
      spojrzał na mnie z ukosa, zachwiał się na łapach, po czym otworzył pysk:
      - Czy ty wiesz kto ja jestem?
      Mało nie spadłem z kanapy z wrażenia! A jednak zagadał! No, teraz jak mi
      wygarnie...
      Pies jednak kontynuował:
      - Ja mam takich przodków, że oko by ci zbielało!
      Spojrzałem na jego podkręcony ogon i obwisłe uszy. Zaiste, przodków to on
      musiał mieć wielu, i to z różnych stron świata…Azor ciągnął:
      - Widzę że mi nie wierzysz, polej mi jeszcze jedną miskę a opowiem ci historię
      mojego pra-pra-pra-dziadka!
      Przytomnie złapałem notes i ołówek i zacząłem notować jego opowieść:
      „Urodziłem się w krainie śniegu. Odkąd pamiętam, dwunożni wokół karmili mnie i
      służyli moim potrzebom. W zamian wystarczyło pomerdać ogonem lub polizać po
      górnej kończynie, co wprawiało ich zawsze w znakomity humor, a mnie przynosiło
      wymierne korzyści. Wiedziałem, że jestem pięknym psem, wszyscy dwunożni mi to
      powtarzali do znudzenia.
      Prawdę mówiac, jeszcze bardziej nudne były dwie kocice, które mieszkały w
      stodole opodal. Ale pamiętam, zaczęło się ciekawie.
      Jeszcze byłem mały kiedy wyszedłem na krótką przechadzkę naładowany energią i
      chęcią zdobycia świata, gdy te dwie zobaczyły mnie i zaprosiły do siebie.
      Powiedziałem im o moich planach, a one na to: “My ci zaraz pokażemy na czym
      polega prawdziwe zdobywanie świata!”
      Zaczęły tarzać się razem po sianie, popatrując dziwnie na mnie coraz bardziej
      błyszczącymi oczami, po czym porwały mnie za łapy i juz tarzaliśmy się we
      trójkę. Chichotałem, bo wąsy kocic łaskotały mnie w pachwiny, ale jednocześnie
      było mi coraz lepiej…poczułem że puchnę między tylnymi łapami….nawet nie
      wiedziałem że mam taką przyjemną opuchliznę…kotki były zachwycone…Spytałem,
      kiedy mi ta opuchlizna zejdzie, a jedna z nich powiedziała, że muszę opuchlizną
      pocierać jedno szczególne miejsce na jej ciele…dziwna ta szparka…ale zrobiłem
      jak kazała!
      Pocierałem i pocierałem, aż kotka wpadła w dziwne skurcze i miauczała tak
      dziwnie…opuchlizna nadal nie chciała zejść, więc ta druga życzliwie pożyczyła
      mi swojego szczególnego miejsca i wkrótce też dziwnie się zachowywała…
      Ale w końcu opuchlizna zeszła w bardzo przyjemny sposób... Już wiedziałem, że
      swiat stoi przede mną otworem! Teraz co wieczora wymykałem się z domu w
      odwiedziny do kotek, aby pozdobywać trochę świata!
      Ale wkrótce ku memu rozczarowaniu okazało się, że nie tylko ja mam takie
      plany. Prawda wyszła na jaw, kiedy zacząłem uważnie obserwować dwunożnych.
      Najpierw Grigorij, który wiecznie siedział w szopie i w kółko naprawiał stary
      traktor (walnięty ten Gruzin, Syberii mu się zachciało), zaczął zabraniać
      wszystkim zaglądania do jego warsztatu. Ale cóż to za przeszkoda dla sprytnego
      psa! Niewielki podkop i już znalazłem się w środku.
      Hmmm, tyle ciekawych rzeczy wokół, tu części do silnika, a to tutaj?
      Chwileczkę, na co Grigorijowi ta posklejana z kilku starych dętek i napompowana
      kopia dorodnej samicy dwunożnych? Interesujące! Wypucowana do połysku, widać że
      często używana, tylko w jakim celu??? Jednak nic nie wymyśliłem, dopóki nie
      poszedłem na polowanie ze starym Jefimem Siemionyczem.
      Jefim szybko wytropił dziką świnię i po raz pierwszy zobaczyłem, że dwunożni
      też mają opuchliznę, ale zwykle przykrywają ją spodniami! Z odrobiną zazdrości
      patrzyłem jak Jefim pozbywa się opuchlizny pocierając maciorę…Locha kwiczała i
      wyrywała się, widać nie była zbyt życzliwie nastawiona do Jefima Siemionycza…
      osobiście nie dziwiłem jej się, taki stary, brzydki i pomarszczony…morda
      kałmucka... sam przy nim podkulam ogon, bo jakoś dziwnie łakomie patrzy gdy idę
      przez izbę…
      W tym momencie nadszedł mój kumpel, (nota bene nie wiem dlaczego uważał się za
      mojego pana), Janek. Spojrzałem na jego spodnie i ręce w kieszeniach…i
      zauważyłem, że i u niego opuchlizna zaczęła się powiększać! Rozejrzałem się
      dookoła, poszukując dla niego zwierzyny do pocierania, bo locha leżała już
      sztywna, choć Jefim, typowy ruski frontowszczyk, powtarzał “Charosza, poka
      tiopła…” i ciągle robił swoje.
      Nagle zauważyłem ruch między drzewami! Jest! To jest kotka dla Janka! Wielka,
      czarno pręgowana, ze 400 kg żywej wagi, to nie padnie tak szybko jak ta locha i
      Janek pozbędzie się opuchlizny bez problemów!
      Zaszczekałem głośno, aby zwrócić jej uwagę na nas. No, w końcu idzie w naszym
      kierunku. Co prawda minę ma niezadowoloną, mruczy coś niepochlebnego pod wąsem,
      pewnie szła gdzieś w swoich sprawach… Hola, koleżanko, trochę życzliwości dla
      potrzebujących bliźnich! Rozłóż te łapki na chwilkę, Janek nie należy do byków
      sądząc po rozmiarze spodni, więc nawet nie poczujesz, a jemu ulży…Po co ta
      minka? A ty półgłówku, czego łapiesz za strzelbę??!! Odłóż to natychmiast!! No
      nie, trzymajcie mnie ludzie, ten idiota wygarnął do niej z dwururki!! Co za
      zboczeniec pieprzony!! On też będzie powtarzał za Jefimem
      Siemionyczem “Charosza poka tiopła”???? Eeeeee… głupole….rzygać mi się chce…..”
      Zawiany z lekka Azor przysnął na chwilkę, a mnie zaczęły się kotłować po
      głowie różne podejrzenia. Szarpnąłem go za ucho.
      -Jak miał na imię twój pra-pra-pra...dziadek???
      Azor otworzył leniwie jedno oko: Hmmm, tego... jakże mu tam było... cholera...
      zapomniałem... Lassie?...
      • Gość: mada Re: Opowieść wigilijna (od lat 18!!) IP: *.internetdsl.tpnet.pl 20.12.06, 16:25
        Hmm.. No.. nieco.. odmienne od dotychczasowych.. Ale wyobraźnię masz! :)
Inne wątki na temat:
Pełna wersja