freemason
17.10.07, 14:32
"... wiele wody upłynęło w Łynie, od owej pamiętnej, a na pewno
radosnej dla ówczesnych mieszkańców Olsztyna chwili. Pamiętam, że
niespełna dwa miesiące po moim odcierpieniu służby wojskowej, bo 15
listopada 1907 roku, na uroczystym zebraniu w Ratuszu olsztyńskim
nastąpiło przekazanie komunikacji tramwajowej do użytku miasta; a 14
grudnia tegóż roku ruszyły pierwsze tramwaje. Koszty budowy
elektrowni i przeprowadzenia linii elekrtycznej wynosiły 900 tys.
marek.
Wiadomo, każda nowość budzi podziw, nieufność, a czasami lęk. Byłem
świadkiem, jak kilka wieśniaczek warmińskich, które może po raz
pierwszy widziały Olsztyn (bo takie kiedaj się trafiały), ogarnięte
strachem na widok tych bezkonnych wozów żegnały się, krzycząc jedna
do drugiej: Łuciekajwa, bo straszno bona jedzie!" (straszno bona od
Strassenbahn).
Tramwaje kursowały początkowo tylko od Dworca Głównego do mostu św.
Jana; następnie od kwietnia 1908 roku, od tegóż mostu do
dzisiejszego placu Roosevelta. Linię tę jednak póżniej zlikwidowano,
gdyż ojcowie miasta doszli do przekonania, że trzeba do sieci
tramwajowej dołączyć Dworzec Zachodni i koszary obok niego leżące.
Otwarcie nowej linii nastąpiło 9 grudnia 1909 roku.
Tu mała dygresja. Jeśli dziś Warszawa, Poznań, Łódź i inne miasta
chwalą się wprowadzeniem tramwajów bez konduktorów, to
sprawiedliwość każe przyznać, że Olsztyn już wóczas wyprzedził te
miasta, gdyż początkowo olsztyńskie wozy kursowały bez konduktorów.
Pieniądze za jazdę (15 fenigów) wrzucało się do szklanej skrzynki
umieszczonej na przednim pomoście tuż za motorniczym, który zarazem
był kontrolerem, pilnując na przystankach, aby każdy pasażer wrzucił
opłatę do kasetki. Pomimo tej kontroli widziało się jednak często w
kasie tramwajowej obok pieniędzy stare knafle, śrubki, gwoździki,
blaszki i inne rupiecie, które nie woadomo czy jako środki
płatnicze, czy też ze swawoli przez jakichś olsztyńskich psotników
zostały tam wrzucone. Radość sprawców tych sigli nie trwała jednak
długo, gdyż już w roku 1910 skrzynki zastąpiono konduktorami, a to
głównie ze względu na wielki ruch spowodowany wystawą przemysłową,
która w tymże roku - kosztem 75 tysięcy marek - w Olsztynie się
odbywała.
Latem któregoś roku po pierwszej wojnie światowej wydarzyła się w
Olsztynie tragiczna katastrofa tramwajowa. Otóż na skutek zepsucia
się hamulca, jeden z wozów jadący dzisiejszą ulicą Grunwaldzką w
pewnym momencie zaczął szybko staczać się w doł; na zakręcie wypadł
z szyn, w dalszym rozpędzie przełamał barierę mostu św. Jana i
nastepnie walił się w nurty Łyny, kładąc się tam na boku. Uderzenie
wozu w dno rzeki spowodowało zatrzaśnięcie się drzwi, przez co
pasażerowie znaleźli się w potrzasku - aż do przybycia ślusarzy,
którzy ich z niego uwolnili. Na szczęście większość uczestników tej
nieszczęśliwej jazdy doznała lekkich tylko obrażeń oprócz jednej
kobiety, która na skutek odniesionej kontuzji zmarła w szpitalu.
Katastrofa spowodowała śmierć dziewczynki. Była nią mała Eżbietka,
wnuczka powszechnie znanej w całym Olsztynie straganiarki Gertrudy
Hoppe, zmarłej w roku 1960 w Likusach, która już wówczas na moście
św. Jana swój handelek zieleniną uprawiała.
Ponieważ był to upalny dzień letni, dziecko za trojaka otrzymanego
od babuni kupiło sobie loda i chłodząc się nim spacerowało po
mieście..."
(za: Alojzy Śliwa, Spacerki po Olsztynie, Olsztyn 1967)