freemason
22.10.07, 20:45
"Właścicielami wielu sklepów olsztyńskich byli w tamtych czasach
Żydzi.
Najpopularniejszą ze wszystkich była bez wątpienia firma braci
Hirschfeld. Mieściła się ona przy ulicy Prostej w okazałym gmachu,
tam gdzie znajduje się Dom Dziecka. Właścicielami i kierownikami
tego wielkiego sklepu wszelkiej garderoby, materiałów odzieżowych,
bielizny, dywanów itp. byli bracia Georg i Maks. Panował tam stale
ożywiony ruch, a już w dni targowe drzwi w ogóle się nie zamykały.
A jakiż to właśnie "magnes" tak przyciągał do tego sklepu owych
ludzi? Odpowiedź jest prosta. Otóż to, że u Hirschfeldów, jak we
wciórkich sklepach żydowskich, nie obowiązywały stałe ceny, lecz o
każdy towar, który się kupowało, można było się porządnie
pohandlować i - to był ów magnes, który onych ludzi tak tam
ściągał. "Bo to wej - mawiali - Hirschfeld zawdy coś spuści". Ale
były jeszcze inne mniejsze magnesiki, które przy sprzedaży odgrywały
niepoślednią rolę, a których w innych sklepach żydowskich nie było.
Była to aż do przesady doprowadzona grzeczność (oby ona choć w
połowie w naszych dzisiejszych sklepach istniała!). Patrząc na te
grzecznościowe "popisy" Maksa i Georga Hirschfeldów, można było
parskać ze śmiechu.
Ofiarami tych popisów stawała się przede wszystkim płeć piękna, a w
szczególności zamożniejsze gburki wiejskie. Kłaniali się niby damom
w tańcu, całowali po rękach, ba, nawet poklepywali je poufale po
ramionach, wywalając swój towar całymi górami na ladę i wychwalając
go pod niebiosa. - Niech matka (tak je tytułowali) - kupi, bo
lepszego i tańszego niż u Hirschfeldów w całym Olsztynie nie
dostanie. - A matki się upierały i targowały, jakby tu nie chodziło
o parę metrów materiału lub jakąś tandetną sukienkę, lecz o kupno
krowy czy konia. A jednak, mimo tej łupertości, kupno dochodziło
zawsze do skutku, bowiem gdy targowanie osiągnęło już swój punkt
kulminacyjny, to znaczy, gdy sprzedawca już więcej spuścić nie
chciał, wtedy kupująca chwytała się ostatecznego, wypróbowanego
chwytu. Otóż udając wielce obrażoną ze słowami - "jo u waju już
nigdy nie kupać nie będę" - zaczynała biec ku drzwiom - a kupiec
wiedząc, że to nie przelewki, pędził za nią, czasem aż na ulicę,
wprowadzał ją z powrotem do sklepu i wręczał jej towar za cenę przez
nią podyktowaną, wykrzykując niby oburzony: -"Bierzcie, matka, niech
ja już tracę - taki już jestem, że nie pragnę niczyjej krzywdy". No
i transakcja zostawała zawarta ku zadowoleniu obu stron.
Czy sprytny kupiec tego rodzaju handlekiem naprawdę był
poszkodowany? Na pewno tak nie było, gdyż znając dobrze swoich
klientów, stawiał on już z góry taką cenę, że po
kilkurazowym "spuszczaniu" jej jeszcze dobrze zarobił.
Poszkodowanymi byli raczej kupujący, którzy mimo tego podstępnego
obniżania ceny płacili nieraz tam drożej niż w sklepach, gdzie
obowiazywały stałe ceny. Niestety, takie tłumaczenia nie przemawiały
tym naiwnym ludziom do rozumu.
- U Hirschfeldów kupuje się taniej i basta. - No i gadaj z takimi!
Przecież wiadom, że na ludzki upór i głupotę nie ma lekarstwa!
A teraz o obłudze płci "brzydkiej". Tu stosowano zgoła inne metody.
Przykład: kupuje chłop płaszcz lub marynarkę. Wciąga to lub tamto;
Maksek skacze kiele niego i w słodziutkich słowach prosi go: - Niech
ojciec obejrzy się w lustrze, jak to pasuje, i niech włoży rękę do
kieszeni. - Ojciec ogląda się w lustrze i wkłada rękę do kieszeni i -
o dziwo! - namacuje w niej coś twardego, sądząc po kształcie - to
mały scyzoryk, który sprytny kupiec naumyślnie, jako wabik, tam
wsadził. Chłop wobec odkrycia takiego "skarbu" (na jarmarkach
koztował aż 30 fenigów) - postanawia zaraz: - Niech kosztuje, co
chce - tę łoblekę kupić, byle tylko ten cenny nabytek zdobyć.
Tymczasem kupiec każe chłopu obracać się przed lustrem - niby
rekrutowi na ćwieczniach, chcą mu pokazac jak ta garderoba na nim
leży. A żeby zawsze pasowało, ma on już na to wypróbowany swój
sposób. Otóż chcąc pokazać klientowi, jak taki płaszcz i marynarka z
przodu pasuje, ściąga zbyteczną wielkość w tył, a gdy z tyłu, czyni
to przeciwnie, no i przy takim zabiegu garderoba zawsze pasuje.
Lecz naiwny chłopek tego wcale nie miarkuje, nawet już niewiele się
targuje, tlo płaci, myśląc jedynie o tym, co znalazł w kieszeni.
Bywało, że owe kumoszki wiejskie przynosiły do Hirschfeldów to
masełko, to jaj mendelek, to kawałek zmacznego twarogu, ba, czasem
nawet coś pierzastego, by kupce tlo gwołt spuścili...
Jednakże w imię prawdy i sprawiedliwości powiedzieć tu muszę, że
owe "grzeszki" w handelku Hirschfeldowie rehabilitowali w dwójnasób
swą na szeroką skalę zakrojoną działalnością charytatywną. Dzieciom
przystępującym do pierwszej komunii ofiarowali odzież, a na Gwiazdkę
podarki. Wszystkie kościoły olsztyńskie, a nawet gutkowski,
obdarowywali bielizną, dywanami, itp. W kościele św. Józefa w
Olsztynie dziś jeszcze znajdują się świeczniki, a u berdnardynów
jest dywan - pamiątki ich fundacji. Młodym parom - swym klientom -
składali hojne upominki ślubne i nierzdko bywali na weselach. Ta ich
dobroczynność sprawiła, że stali się tak popularni i lubiani, że
Warmiacy mawiali - "to nasze polskie i katolickie Żydy".
Czas leciał. Bracia Hirschfeldowie dorobili się. Obaj posiadali pod
Jakobsbergiem piękne wille. Maks był żonaty, a Georg został starym
kawalerem.
Wybuchła druga wojna światowa. Żydów olsztyńskich pozbawiono
wszelkiego mienia i przejściowo umieszczono w Domu Starców - przy
ulicy Grunwaldzkiej - następnie wywożono.
Sprzedać żywności odbywała się tylko na kartki, których ludności
żydowskiej nie przydzielano. Georga Hirschfelda ratowała kartkami
jego stara, wierna służąca, która je u władz - narażając się - w
jakiś sposób zdobywać potrafiła. Sąd w Królewcu skazał ją za to na
trzy lata więzienia, a Hirschfelda za nielegalne używanie tychże
kart - na karę śmierci. Jego tłumaczenie, że korzystał z nich tylko
po to, by ratować się od śmierci głodowej, nie miało znaczenia;
wyrok śmierci wykonano.
Maks Hirschfeld natomiast, z rozpaczy po bracie i nie chcąc wpaść w
ręce oprawców hitlerowskich, zdążył się otruć.
O tym wszystkim wspominają dziś jeszcze starsi mieszkańcy Olsztyna,
wyrażając się z wielkim szacunkiem o "dobrych polskich Żydach".
(Alojzy Śliwa, "Spacerki po Olsztynie", Olsztyn 1967)