kohinor
29.01.03, 18:11
Wiatr hula w bezlistnej koronie topoli. Oczy elfa skrzą się błękitnie w
zmierzchu. Jego ręce wędrują po chropawym pniu starego drzewa, wykreślając od
wewnątrz linie ud. Moich ud. Przypartych do kory, rozpostartych ruchliwymi
dłońmi elfa.
Elf wtula roześmiane oczy w most pomiędzy udami. W to najwrażliwsze
zwieńczenie żywych kolumn drżenia.
Słychać mruczenie. Jakby kocie lecz ludzkie.
Elf powolutku, bardzo powolutku wstaje z przyklęku. Nie odrywa głowy od ciała
rozpostartego na pniu. Wilgotnym muśnięciem znaczy linię od ud po szyję.
Okrąża żuchwę i zapuszcza się do ucha. Najpierw do jednego, potem do drugiego.
Znowu mruczenie. Sapanie delikatne.
Elf przypiera miednicę do ciała wtulonego w korę. Roześmiane oczy z bliska
zamieniają się w bezkształtny ocean. Na falach igrają iskierki.
Ocean dościga podbrzusza i przelewa się przez most.
Drzewo oplatają elfie skrzydła radości. Biją szaleńczo o korę.
Przeciągły jęk wpełza po pniu i zaplątuje się w bezlistnej koronie. Topola
mruczy głucho.
Wiatr hula i jęczy w koronie topoli.