gorgolka
14.07.06, 12:07
dziś bladym świtem przeżyłyśmy w naszej sypialni atak łóżeczka
teraz się śmieję ale wtedy mi do śmiechu nie było. Wyglądało to tak:
mała rano leżała ze mną na dużym łóżku, do którego przystawione jest łóżeczko.
W pewnym momencie wsadziła nogę między szczebelki i tak nią skręciła, że noga
zaklinowała się w dwóch następnych.
Wyglądało to tak że kolano unieruchomione miała między szczeblem a
narożnikiem łóżeczka a miedzy tym samym narożnikiem i kolejnym szczebelkiem
(już w prostopadłum boku) uwięziona stopa i kawałek łydki. Jak się nie
ruszała to dużego płaczu nie było, tylko trochę wystraszona leżała, ale przy
każdej próbie uwolnienia jej był płacz, poprostu się nie dało. Była to
godzina po 6 rano, mąż już wyjechał do pracy, telefonu nie odbierał, a ja po
15 minutach starań i przekleństw gotowa byłam wyłamać te szczeble.
Niestety przy mojej mikrej budowie (48 kilo, 1,60 m)nie dałam rady. nie
wiedziałam gdzie jest piła bo bym przepiłowała.
Wypadłam na klatkę i czatowałam czy ktoś nie wychodzi z bloku. No i jakiś pan
z górnych pięter pomógł, zaparł się, szczebelki trochę się poluzowały a noga
uwolniła.
bez szkód na nodze się obyło, kości całe, już chyba zapomniała
ale u nas to chyba rodzinne, bo ja w wieku 4-5 lat zaklinowałam się w
krześle, pomiędzy siedziskiem a oparciem było z 20 cm odstępu. I tam wlazłam,
nogi mi wisiały w dół a korpus nad siedziskiem sterczał.
krzesło na szczęście było rozkręcane, to oparcie można było wyjąć. Te krzesła
były porządne, do dziś stoją w domu babci i są cały czas w użyciu, jeszcze
trochę przetrwają
Apeluję więc:
nie atakować sprzętów domowych