Dodaj do ulubionych

Relacja z Bliskiego Wschodu

06.01.11, 14:48
Po ostatecznym podjęciu decyzji co do wyjazdu na Bliski Wschód w listopadzie 2009 roku przystąpiłem wraz z żoną do dokładnego planowania jej przebiegu (synowi zależało tylko na basenie i coli). Nasza wyprawa składać się miała z dwóch części. Pierwsza to przeloty i tygodniowy pobyt w hotelu El Wekala w Tabie. Tą część imprezy miała zorganizować Alfa Star. Ustaliliśmy z nimi, że przylot na Synaj miał się odbyć dwa tygodnie przed datą planowanego pobytu w hotelu. Przez te dwa tygodnie chcieliśmy sobie zorganizować indywidualne zwiedzanie Izraela i Jordanii. Impreza miała się odbyć w dniach od 04.08.2010 do 25.08.2010 roku.

Po ustaleniu ram czasowych przystąpiliśmy do ustalania miejsc, które chcemy zwiedzić. Proces ten trwał aż do ostatnich dni przed wyjazdem. Co więcej już w trakcie trwania wycieczki dokonaliśmy kilku drobnych korekt. Ostatecznie nasza trasa wyglądała następująco. Po przylocie do Sharm el Sheikh mieliśmy wraz z innymi turystami z Alfa Star podjechać do Taby. Następnie busem lub taksówką (ostatecznie przepłaconym transportem z Alfy) przejazd na granicę. Po jej przekroczeniu kolejna taksówką dojazd do hostelu Corrine.

W następnych dniach mieliśmy w planach zwiedzić Petrę, na którą zarezerwowaliśmy dwa dni, z bazą w Wadi Musa, Bajdę i Wadi Rum – całodniowa wycieczka samochodem terenowym. Później szybkie zwiedzanie Akaby i relax na plaży północnej w Ejlacie. Popołudniu przejazd do Jerozolimy i dotarcie do Citadel Hostel. Sześć następnych dni planowaliśmy przeznaczyć na zwiedzenie Jerozolimy, Betlejem, Tel Avivu-Jaffy, Masady i relax nad Morzem Martwym w Ein Gedi. Następnie przejazd do Nazaretu na nocleg. Przez kolejne dwa dni w planach było zwiedzanie Nazaretu, Akki (nocleg), Rosz Hanikry i Hajfy.
Po tych atrakcjach nocny przejazd do Ejlatu, wizyta w Podwodnym Obserwatorium i przejazd do El Wekali. W czasie tygodniowego pobytu w hotelu chcieliśmy odwiedzić Wyspę Faraona i trochę posnurkować.

Dzień 1

Wszystkie noclegi zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem. Również dwie wycieczki – po Wadi Rum i Tunel Hasmonejski. Resztę spraw postanowiliśmy załatwić jak już będziemy na miejscu. Jedyny problem był z pierwszym dniem, gdyż biuro co chwila zmieniało godziny wylotów i ciężko było dopasować pierwszy nocleg. Ostatecznie polecieliśmy z Katowic do Szczecina a stamtąd już prościutko do Egiptu. Samolot należał do linii Air Cairo.

Gdy lądowaliśmy w Sharm zapadał już zmrok ale i tak wskaźniki pokazywały 37 stopni. Po odprawie mieliśmy mały zgrzyt z Alfą gdyż nie bardzo chcieli nas podwieźć do Taby – bo przecież hotel mamy za dwa tygodnie więc teraz musimy poradzić sobie sami. Dziwna zagrywka, która popsuła całkowicie moją opinie o tym biurze. Koniec końców po intensywnym piętnastominutowym praniu mózgu zawieźli nas gdzie mieli zawieźć i nawet pod granicę z Izraelem podrzucili (za dodatkową „egipską” opłatą). Później już wszystko było ok., ale niesmak pozostał.

Granica z Izraelem. Co ja się naczytałem na temat jej przekraczania, co nasłuchałem – prawdziwe legendy. Przygotowałem się na prawdziwą przeprawę z dwugodzinnym zapasem czasowym. Jeszcze raz sprawdziłem, czy aby przypadkiem nie mam przy sobie broni i narkotyków i odważnie ruszyliśmy na spotkanie z potworem.

Po dwudziestu minutach byliśmy już w Izraelu. Bez rewizji, szczegółowego wypytywania i zaglądania do każdej torby – szybko i sprawnie. Co więcej nic nie płaciliśmy za przekroczenie granicy. Po drugiej stronie już czekali taksówkarze, którzy z przyjemnością zawieźli nas do hostelu, a że była już druga w nocy to i stawkę mieli podwójną.

Jadąc ten kawałek od granicy zobaczyliśmy jak wielki jest kontrast pomiędzy Tabą (czarną dziurą, bez taksówek) i tętniącym życiem nawet o tej porze Ejlatem. Zupełnie jakbyśmy przekroczyli jakieś gwiezdne wrota. Do hostelu dotarliśmy po dziesięciu minutach, recepcjonista był tylko lekko zdziwiony, ale nie było żadnych problemów. Pokazałem tylko wydruk rezerwacji, dopłaciłem brakującą sumę i już po chwili znaleźliśmy się w naszym pierwszym wieloosobowym pokoju. W środku spał jeden starszy żyd (poznałem po jarmułce), którego poraziliśmy godzinnym paleniem światła połączonym z prysznicem i małym przepakowywaniem na dzień następny. Gdy już w końcu ułożyliśmy się do spania, do pokoju wszedł kolejny podróżnik, który co prawda światła nie palił, ale uciął sobie godzinna pogawędkę przez telefon. Kolega żyd natomiast śpiący na wszystkich swoich tobołkach i strzegący ich jak lwica młode, około czwartej nad ranem postanowił wyjąć szeleszczącą reklamówkę z jakimiś chrupkami. Chwile potem zaczął się ubierać i wyszedł z pokoju (z całym bagażem), by po godzinie wrócić znowu się rozebrać i spać dalej. Około szóstej wyniósł się na dobre, ale i my musieliśmy już wstawać gdyż tego dnia musieliśmy dotrzeć do Jordanii, zameldować się w Saba`a Hostel i zwiedzić Bajdę.
Obserwuj wątek
    • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:49
      Dzień 2

      Po śniadanku przyrządzonym w małej kuchni obok recepcji udaliśmy się wprost na dworzec Eggedu. Kupiliśmy trzy bilety do Jerozolimy i taksówką podjechaliśmy na przejście graniczne z Jordanią. I tym razem nie było żadnych problemów. Słonko zawędrowało już dosyć wysoko i w pełni uświadomiło nam z jakimi temperaturami przyjdzie się nam zmierzyć podczas tej wyprawy.

      Przedostanie się na stronę Jordanii było bezproblemowe i nie zajęło zbyt dużo czasu. Ponownie nic nie musieliśmy płacić. Zaraz za przejściem granicznym czekało kilku taksówkarzy, którzy oferowali swą pomoc w dostaniu się dokądkolwiek chcemy. Ceny były jednak zaporowe, więc zamarkowaliśmy chęć udania się tych kilku kilometrów do centrum Akaby w piekielnym upale z całym ekwipunkiem pieszo. Po kilkunastu metrach jeden z nieugiętych taksówkarzy się wystraszył, że faktycznie pójdziemy i cena spadała o połowę. W drodze do Akaby postanowił nas przekonać, że lepiej będzie jak zawiezie nas od razu do Wadi Musy, bo po co mamy się tłuc autobusem, który z resztą i tak nie pojedzie, itd. Przekonywał tak pięknie, że w końcu przekonał i po ceremonialnej wymianie taksówek z jego znajomym pojechaliśmy wprost do Petry.

      Jechaliśmy jakieś dwie godzinki może nieco dłużej i w godzinach południowych dotarliśmy na miejsce. Rezerwację mieliśmy w Saba`a Hostel, który prowadziła bardzo sympatyczna i obrotna angielka wraz z mężem jordańczykiem. Po rozpakowaniu i odświeżeniu poprosiliśmy Gail o zorganizowanie jakiegoś transportu do Bajdy i z powrotem, gdyż mieliśmy jeszcze trochę czasu tego dnia a na Petrę było już za późno.

      Dojazd do Bajdy zajął jakieś dziesięć minut. Czasami spotyka się określenie Mała Petra. W rzeczywistości jest to niewielki kanion, w którym zachowały się dwa przepiękne grobowce i kilkanaście mniejszych obiektów wykutych w skałach przez Nabatejczyków. Kanion kończy się wąską szczeliną dodatkowo przyblokowaną sporym głazem. Warto jednak przecisnąć się dalej ponieważ po drugiej stronie otwiera się wielka przestrzeń z zapierającą dech panoramą gór Petry.

      Po dwóch godzinach zwiedzania wróciliśmy do naszego kierowcy i pojechaliśmy do właściwej Petry na rekonesans. Od tego miejsca postanowiliśmy wrócić do hostelu na piechotę. Przede wszystkim sprawdziliśmy ceny biletów na dwa dni – wynosiły one 38 JD od osoby. Łukasz wejście do Petry miał za darmo – szczęściarz. Ale i my nie narzekaliśmy ponieważ turyści przyjeżdżający do Petry w ramach jednodniowych fakultetów i nie nocujący w Jordanii za jednodniową wejściówkę muszą zapłacić 60 JD (a od listopada 90 JD).

      Po wybadaniu co i jak poszliśmy w kierunku hostelu podziwiając po drodze strasznie chaotyczną zabudowę Wadi Musy. Zrobiliśmy też pierwsze zakupy na ziemi Haszymidów. Woda w sklepie obok Saby kosztowała 0,5 JD (w Petrze 2 JD). Szukałem gazowanej ale nie mieli, tylko zwykła. Sześciopak 1,5 litra wystarczał raptem na pół dnia. Odwiedziliśmy też pobliską restaurację, a że nie wiedzieliśmy co oznaczają zwroty falafel, hummus, itd. to zamówiliśmy wszystko. Wyszło trochę wieśniacko bo nie daliśmy rady zjeść wszystkiego ale przynajmniej znacznie poszerzyliśmy naszą wiedzę z zakresu potraw bliskowschodnich.

      Wieczór upłynął nam na powolnym drinku na tarasie, z którego mieliśmy piękny widok na całe miasteczko. Nie siedzieliśmy jednak zbyt długo ponieważ następnego dnia wcześnie rano rozpoczynała się operacja Petra.
      • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:50
        Dzień 3

        Wyruszyliśmy o wschodzie słońca aby uniknąć tłumów zwiedzających i jak najwięcej zobaczyć zanim zrobi się gorąco.

        W Visitor Centre zakupiliśmy dwa dwudniowe bilety za 38 JD każdy. Łukasz jako, że nie ukończył 15 lat wstęp miał za darmo. Były to ostatnie chwile przed podwyżką. Obecnie turyści fakultetowi za kilkugodzinne zwiedzanie muszą zapłacić 90 JD. Zaraz za bramą podziękowaliśmy za konie, które nie były oferowane na szczęście zbyt natarczywie.

        Od bramy wejściowej do początku Siq jest jakieś 600 metrów. W cieniu to śmieszny dystans w piekącym słońcu wydaje się jakby miał ze dwa kilometry. Po chwili mijamy pierwsze atrakcje – Grobowiec Obeliskowy i Skały Dżinów. Po do tarciu do Siq po prawej stronie zobaczyliśmy tunel, który był wejściem do Małego Siq, który mieliśmy zamiar odwiedzić następnego dnia.

        Jak łatwo się domyślić spacer po pustym Siq o poranku to było piękne przeżycie. Po drodze mijaliśmy drobne pamiątki po Nabatejczykach i mogliśmy podziwiać ich rozległy system wodny.

        Pierwszą poważną budowlą wykutą w skale był odwiedzany przez wszystkich turystów Skarbiec, który o różnych porach dnia mieni się innymi kolorami. Tak jakby dojrzewał w ciągu dnia. Teraz choć bladawy to i tak prezentował się wspaniale. Szkoda, że nie można wejść do najniższego poziomy zakrytego metalową kratą, ale któregoś dnia pewnie będzie to możliwe.

        W tym miejscu zrobiliśmy sobie krótką przerwę na kontemplacje po czym ruszyliśmy dalej. Kolejną atrakcją była ulica fasad, która choć mocno zerodowana wciąż stanowi piękny widok. Po prawej stronie wzrok przyciąga Grobowiec Unajasza. Na końcu ulicy znajduje się okazały Teatr, który w czasach swej świetności mógł pomieścić wiele tysięcy widzów.

        Dookoła powoli z cienia wyłaniały się piękne kolory piaskowca i innych skał z których jest zbudowana cała okolica. W tym miejscu postanowiliśmy zejść z głównego szlaku i dopóki jeszcze nie było zbyt ciepło wdrapać się na Górskie Miejsce Ofiarne. Cofnęliśmy się kawałek i rozpoczęliśmy podejście na szczyt. Z każdym metrem widok za nami robił się coraz bardziej okazały. Kolory skał również robiły się intensywniejsze. Górskie Miejsce Ofiarne powitało nas dwoma pięknymi obeliskami. Następnie ścieżka wiła się w prawo obok ruin fortu zbudowanego przez krzyżowców. Gdy stanęliśmy na szczycie oczom naszym ukazał się widok panoramiczny. Z każdej strony rozciągały się skały i piach. Z jednej strony jak na dłoni widzieliśmy całą Petrę od Grobowca Aarona po Grobowce Chrześcijańskie. Z drugiej wioski beduińskie na obrzeżach i niekończące się skały. Sam krąg ofiarny i pięknie wypolerowane skały były raczej skromne, ale i tak się nam podobało.

        Zejście zaplanowaliśmy drugą stroną zbocza, gdzie znajdują się bardzo ciekawe atrakcje. Jednak trochę się zakręciliśmy i trzeba było podpytać miejscowego o właściwą ścieżkę. W tym miejscu przydał się mój ilustrowany przewodnik, który sobie opracowałem przed przyjazdem. Wystarczyło, że pokazałem zdjęcie Posągu Lwa i od razu było wiadomo o co mi chodzi.

        Na szczycie już przygrzewało, ale schodząc zboczem przez większą część czasu byliśmy w cieniu. Zanim zeszliśmy na dół minęliśmy takie miejsca jak Posąg Lwa, Kompleks Świątyni Ogrodowej, która zrobiła na nas spore wrażenie, podobnie jak znajdujące się po sąsiedzku Grobowiec Rzymskiego Żołnierza i Triclinium. Schodząc dalej minęliśmy jeszcze dwa bardziej okazałe grobowce (Renesansowy i Złamanego Portyku) i kilka pomniejszych. Po raz pierwszy zobaczyliśmy również lokalnych Beduinów pilnujących swoich trzód.

        W tym miejscu trzeba było zrobić kolejną przerwę. Robiło się coraz cieplej a my już wypiliśmy połowę wody przeznaczonej na cały dzień, co wróżyło drogie zakupy w centrum gdzie woda kosztuje 2 JD.

        Gdy obeszliśmy skałę zobaczyliśmy przed sobą z lewej strony centrum Petry, z prawej natomiast Kompleks Grobowców Królewskich, do których zmierzaliśmy. Doszliśmy do nich od zupełnie innej strony niż większość turystów. Pierwszy od lewej to najokazalszy z nich Grobowiec z Urną, Następny to Grobowiec Jedwabny, Następne to Grobowiec Koryncki i Pałacowy, który był największy choć mocno już zniszczony. Po dokładnym obejrzeniu czterech grobowców udałem się na poszukiwanie ostatniego z nich czyli grobowca Sextiusa Florentinusa. Według mapy znajdował się tuż obok jednak ja choć przeszedłem już spory kawałek go nie zobaczyłem. Po chwili zorientowałem się, że zamiast do grobowca coraz bardziej zaczynam wspinać się na kolejne górskie miejsce ofiarne. Przez ciekawość pewnie bym poszedł dalej jednak coraz głośniejsze nawoływania żony i ciężka mina syna zmusiła mnie do odwrotu i do odpoczynku w cieniu.

        Tajemnica położenia ostatniego z grobowców wyjaśniła się dopiero następnego dnia, ale o tym jeszcze napiszę. Po chwili wytchnienia ruszyliśmy najkrótszą drogą do pozostałości po Bizantyjskich Kościołach. Po drodze przeszliśmy po metalowym mostku zawieszonym nad sporą przepaścią.

        W ruinach pierwszego kościoła można podziwiać wspaniale zachowane mozaiki. Przypominały one te, które oglądaliśmy w Muzeum Bardo. Z jednej strony można było zobaczyć różne postacie, z drugiej zwierzęta i motywy roślinne. Ruiny były przykryte białym dachem, który dawał przyjemny cień i był widoczny z daleka. Trochę powyżej znajdują się ruiny Kościoła Niebieskiego, nazwanego tak zapewne z powodu czterech okazałych kolumn w tym właśnie kolorze.
        Schodząc w kierunku Cardo Maximus minęliśmy Świątynię Skrzydlatych Lwów, która jednak nie zrobiła na nas większego wrażenia (niewiele wystawała z ziemi).

        Słońce stanęło w zenicie i trzeba było przerwać metodyczne zwiedzanie zabytków i poszukać jakiegoś schronienia i czegoś do zjedzenia. Woda była na wyczerpaniu więc dokupiliśmy dwie butelki mocno zamrożone, które dawały ochłodę na jakieś pół godziny. Jednak nie samą wodą człowiek żyje i jeść też coś trzeba. Nie zabraliśmy wcześniej żadnych zapasów, żeby być bardziej mobilnymi, ale teraz zaczęliśmy tego żałować. Ceny obiadu w restauracjach w pobliżu muzeum były zaporowe. Zaporowe były też zestawy w pobliskich straganach. Jedyne w miarę przystępne jak na Petrę ceny znaleźliśmy niedaleko Grobowców Królewskich. Zamówiliśmy niezbyt smaczne kanapki z serem i szynką (żona twierdziła, że to jakaś mortadela). W tym resthausie spędziliśmy ze dwie godziny zanim zdecydowaliśmy się na dalsze zwiedzanie.

        Zwiedzanie wznowiliśmy przy Nimfeum, które było dość mocno oblegane przez miejscowych. Dalej idąc Cardo Maximus oglądaliśmy Wielką Świątynię po lewej, Bramę Temenos na wprost i Ruiny Świątyni Qasr al.-Bint, jedną z nielicznych zachowanych budowli w Petrze.

        Po drodze coraz częściej można było spotkać chłopców na osiołkach, proponujących podwiezienie w różne miejsca (najczęściej do Klasztoru). Widzieliśmy też trochę maluchów na bosaka i w sweterkach. Już od samego patrzenia na tak ciepło ubrane dzieci robiło się gorąco. Jednak oni to jakoś wytrzymywali i nie przejmowali się tym zbytnio.

        Po świątyni kolejnym punktem zwiedzania był Niedokończony Grobowiec i Kolumbarium. Oba obiekty warte uwagi znajdowały się tuz nad Qasr al.-Bint. Jednak w te miejsca udałem się już sam, ponieważ moja druga połowa oznajmiła, że jak na razie ma dość łażenia po wszystkich dziurach i nigdzie z cienia się nie rusza. Syn również był na nie.

        Po powrocie wpadłem jeszcze na chwilę do Muzeum al.-Habis, licząc na klimę, ale nic z tego. Muzeum było malutkie a i eksponatów niewiele. Piękny był natomiast widok z tarasu na Petrę.

        W komplecie po kolejnej przerwie udaliśmy się do głównego Muzeum Petry, do którego wstęp był wliczony w cenę biletu.

        Tego dnia nie było już szans na dotarcie do Klasztoru, bo choć czasu było dość to już sił brakowało. W tym miejscu ponownie się rozdzieliliśmy. Żona po stwierdzeniu Pier.. nie idę dalej została pod drzewkiem, ja natomiast udałem się z samobójczą misją odnalezienia Grobowca Turkmeńskiego.

        Po pewnym czasie gdy wydawało mi się że już go widzę. Pięknie się prezentował w oddali. Jednak później po
        • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:50

          Po pewnym czasie gdy wydawało mi się że już go widzę. Pięknie się prezentował w oddali. Jednak później po dokładniejszym przyjrzeniu się okazało się, że był to jakiś inny grobowiec. Po raz drugi tego dnia nie udało mi się dojść do celu. Do powrocie pod drzewko padłem na glebę i powiedziałem dość.

          Łatwo powiedzieć – trzeba jeszcze wrócić do Wadi Musy. Mózg się już gotował więc pół butelki wody poszło na głowę pół do picia. Zastosowaliśmy metodę kontrolowanych skoków od cienia do cienia z długą kontemplacja widoków za każdym razem. Po dotarciu do Siq na chwilę mogliśmy iść w cieniu, jednak samo miejsce zrobiło się mniej przyjemne niż rano. Pędzące co chwila w obie strony strasznie zdezelowane dorożki wzbijały w powietrze pył i piach, co dodatkowo utrudniało oddychanie. Co mi strzeliło do głowy z tym sierpniem. Uff.

          Jednak najgorszy był powrót od Siq do bramy wejściowej. Droga w pełnym słońcu wykończyła nas do tego stopnia, że po doczołganiu się do końca z pół godziny kontemplowaliśmy stragany i kosze na śmieci pijąc po dwa litry wody na raz (po 1 JD J).

          Do hotelu mieliśmy niedaleko, jednak nie zamierzałem wracać na piechotę. Choć robię to nieczęsto na dwu kilometrowy odcinek zamówiłem TAXI. Cena za przejazd 2 JD.

          Jako tako doszliśmy do siebie dopiero po zmroku. Wtedy też ruszyliśmy na miasto. Standardowy szlak restauracji i sklepów. Zastanawiałem się jak przetrwam kolejny dzień w tym piekarniku, a atrakcji pozostało wciąż bardzo dużo. Wieczorem tak jak poprzedniego dnia kontemplowaliśmy nocne życie miasteczka.
          • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:51
            Dzień 4

            Drugiego dnia zwiedzania Petry również ruszylismy o świcie. Tym razem wkroczyliśmy do stolicy Nabatejczyków przez mały Siq, który jest często omijany przez turystów. Wchodzi się do niego przez tunel, za którym ukazuje się nieuporządkowany, pełen rumoszu kanion. Początkowo jest on dość szeroki i średnio ciekawy. Jednak im dalej tym robi się efektowniej. Ściany zaczynają się zbliżać do siebie i co rusz zaczynają się różne przeszkody. Dwu i trzymetrowe urwiska trzeba pokonywać z pomocą rąk. Co jakiś czas nad głową widać połamane drzewa porwane przez rwący nurt wody w czasie opadów.

            W pewnym momencie usłyszeliśmy głośne zwodzenie psa, który utknął na jednej z półek skalnych. Nie mieliśmy sumienia go tam zostawiać więc przez kilka kolejnych przeszkód mieliśmy towarzystwo.

            Najciekawiej zrobiło się jednak na sam koniec, kiedy ściany zbliżyły się do siebie dosłownie na niecały metr, a ściany były tak gładkie i wyszlifowane, jakbyśmy znajdowali się na torze bobslejowym. Tuż przed końcem kanionu zobaczyliśmy liczne pozostałości po Nabatejczykach, w postaci kapliczek i różnych nisz skalnych.

            Kanion kończy się w miejscu oznaczonym na mapie jako Al. Matha. Od tej pory szliśmy wzdłuż ściany Jabal al. Khubtha, która wciąż pozostawała w cieniu. Ten region Petry miał wspaniały klimat, którego nie mąciły grupy turystów. Pierwszych zobaczyliśmy dopiero przy Grobowcach Królewskich. Całe zbocze góry jest usiane różnego rodzaju niszami, skalnymi schodami, grobowcami. Posuwaliśmy się powoli, gdyż do większości z nich zaglądaliśmy. Pierwszą przerwę zrobiliśmy sobie dopiero przy Niedokończonym Grobowcu. W tym miejscu żona z Łukim postanowiła zebrać siły przez najważniejszym punktem dnia, a ja poszedłem zobaczyć Mughar an Nasara, znajdujący się nieopodal.

            Jest to miejsce zupełnie nieznane. Gdy szukałem przed wyprawą informacji i zdjęci z tego miejsca, znalazłem tylko szczątkowe informacje. Jednak Grobowce Chrześcijańskie bo o nich mowa, zasługują na wizytę, nawet podczas wypraw fakultatywnych. W tym miejscu kolory skał są najpiękniejsze i najbardziej zapadają w pamięć. Również ich kształty są dość specyficzne. Same grobowce nie są natomiast zbyt okazałe, choć dobrze komponują się z otoczeniem. Ze szczytu tego miejsca pięknie widać Petrę. Z drugiej strony natomiast znajduje się piękny czerwony piasek porośnięty małymi krzakami, bardziej przypominający klimaty z Wadi Rum, niż z innych części Petry.

            Z planowanych dziesięciu minut zrobiło się pół godziny. Po zwiedzeniu Grobowców Chrześcijańskich ruszyliśmy w kierunku grobowca Sextiusa Florentinusa, którego wczoraj nie znalazłem. Dzisiaj nie było z tym najmniejszego problemu. Po prostu poprzedniego dnia szukałem go za blisko skały i zamiast zejść niżej zacząłem się wspinać na Miejsce Ofiarne.

            Sam Grobowiec był ładny, choć nie rzucał na kolana. Po chwili dotarliśmy do Grobowców Królewskich i znaleźliśmy się w bardziej uczęszczanej części miasta. Nie marudząc za bardzo ruszylismy szybkim krokiem w kierunku Muzeum Archeologicznego, spod którego zaczynała się droga do największej atrakcji Petry. Nie robiliśmy sobie kolejnych przerw gdyż słońce zaczynało coraz mocniej przygrzewać a do pokonania mieliśmy wiele schodów po górę.

            Po podziękowaniu za osiołka ruszyliśmy do Ad Deir. Początkowy impet szybko minął i z każdym metrem szliśmy coraz wolniej, wykorzystując każdy choćby najmniejszy cień aby nieco odsapnąć. Woda schodziła w błyskawicznym tempie, co miało tą jedną zaletę, że było nam coraz lżej. Każdy kto gramolił się w upale pod Klasztor wie co to za uczucie, ci co tego nie próbowali i tak nie zrozumią. Było ciężko ale się udało. Widok Ad Deir wynagradza wszelkie trudy. Jest to największa i najokazalsza budowla w całej Petrze.

            W tym miejscu w końcu można sobie zrobić dłuższą przerwę. Wspinanie się na kopułę Klasztoru jest obecnie zabronione, więc poszliśmy na przeciwległe wzgórze aby zobaczyć to cudo z góry i przy okazji zobaczyć panoramę Petry. Widok był niesamowity. Po drugiej stronie majaczyły białe ściany grobowca Aarona, który w sierpniu był nieosiągalny (no chyba, że z osiołkiem objuczonym wodą).

            Zejście było już błyskawiczne, po prostu lecieliśmy biegiem od cienia do cienia. Wracając poszliśmy zerknąć na Triclinium Lwa, schowane w niewielkim bocznym kanionie. Jest to piękny grobowiec z dwoma strzegącymi go lwami po bokach. Było to ostatnie miejsce, które zwiedziliśmy w Petrze, choć ciągnęło mnie jeszcze do Grobowców Południowych i Pomnika Węża. Jednak upał i trudy dwóch dni zwiedzania Petry były zbyt wielkie na dalsze zwiedzanie. Tego się nie spodziewałem, był czas, była zgoda żony, która już zaczęła sobie mościć leżankę w cieniu, a ja nie miałem już sił wchodzić w kolejne dziury. Straszne.

            Tego dnia wyszliśmy z Petry nieco wcześniej więc po powrocie do hotelu postanowiliśmy zapędzić biedne dziecko do fryzjera, gdyż zapuszczanie długich włosów w ten upał mu nie służyło. Po postrzyżynach poszliśmy spróbować fajki wodnej. Kolejne zakupy, obiad i pomału trzeba było się pakować, gdyż ten dzień był naszym ostatnim w Wadi Musie.
            • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:51
              Dzień 5

              Następnego dnia wcześnie rano wymeldowaliśmy się z hostelu i zajęliśmy miejsce w busiku, który wcześniej zamówiła dla nas Geil. Za przejazd do Wadi Rum płaciło się 5 JD od osoby. Sam przejazd nie był długi i szybko zleciał.

              Większość pasażerów wysiadła przy Visitors Centre aby zakupić bilety wstępu do Wadi Rum. My wraz z kilkoma innymi turystami postanowiliśmy poczekać w tym miejscu, aż zjawi się ktoś z zarezerwowanej wcześniej firmy. Lokalny strażnik, po otrzymaniu od nas informacji na kogo czekamy wykonał telefon i oznajmił nam, że ktoś się zjawi za kilkanaście minut. Był więc czas by przycupnąć w cieniu i w spokoju kontemplować widok wielkiej skały zwanej Siedem Filarów Mądrości i czerwonego piasku Wadi.

              Po kilkunastu minutach podjechał po nas szef Jordantrack i pojechaliśmy do wioski Rum, aby dopiąć wszelkie szczegóły wycieczki. Sama wioska przypomina, egipskie miasteczka z parterowymi dachami, otoczonymi niskimi murkami. Po sprawdzeniu rezerwacji zjawił się nasz przewodnik i mogliśmy rozpocząć naszą wędrówkę po Wadi Rum. Całą trasę pokonywaliśmy w terenowej Toyocie 4*4. Całodniowa wycieczka dla trzech osób z obiadem kosztowała 100 JD. Po przykupieniu wody przez przewodnika, która też była w cenie wycieczki ruszyliśmy do pierwszego celu – świątyni Nabatejskiej. Znajduje się ona tuż za wioską i stanowi preludium do dalszego zwiedzania.

              Po kilku minutach jazdy po Wadi dojechaliśmy Źródła Lawrencea. Aby w pełni docenić urok tego miejsca wspięliśmy się na skałę, gdzie rosło samotne drzewo oznaczające miejsce wypływania wody. Wspinaczka tam nie była taka uciążliwa, choć zaczynało się robić gorąco. Wysiłek się opłacił, ponieważ widok źródełka był miłą odmianą od wszechobecnego piasku. Pokryta zielonym mchem mała sadzawka była opanowana przez różnokolorowe ważki, a pobliskie drzewo było schronieniem dla ptaków. Przyjemnie było również popatrzyć na Wadi z góry.

              Ze źródła woda za pomocą prowizorycznej instalacji doprowadzona jest na dół. Cały czas jest mocno wykorzystywana. W pobliżu źródła znajduje się głaz na, którym wyryte są starodawne inskrypcje.

              Czas ruszać dalej. Kolejny przystanek mieliśmy przy pięknych wydmach, które w końcu pobudziły ochotę do zabawy u Łukiego. Wraz z żoną weszliśmy na jedną z wydm, która pięknie komponowała się otaczającymi ją skałami. Syn wszedł i zbiegł na dół trzy razy. Ta gigantyczna piaskownica była dla niego najlepszym miejscem na całej Wadi.

              Po tej zabawie ruszyliśmy w kierunku skały z inskrypcjami Jebel Annafishija, które ukazywały, że kiedyś Wadi Rum była bardzo obficie reprezentowana przez wiele gatunków zwierząt. Nieopodal znajduje się miejsce, w którym znajdował się dom Lawrencea. Obecnie niewiele po nim pozostało, ale widoki rozpościerające się w tym miejscu w zupełności rekompensują niewielki mur i porozrzucane głazy zwane domem.

              Kolejną atrakcją był widowiskowy Kanion Burrah. W tym miejscu umówiliśmy się z kierowcą, że pójdziemy dalej pieszo a on ruszy za nami za dwadzieścia minut i pojedziemy dalej. Syn wybrał opcję pojedziemy za dwadzieścia minut. Spacer po pustym kanionie był fajnym przeżyciem. Piasek w tym miejscu przybrał białą barwę. Całkowita cisza nie mącona nawet lekkimi podmuchami wiatru tworzyła magiczny klimat. Dwadzieścia minut spaceru minęło bardzo szybko. Samochód nadjechał w odpowiednim momencie bo skończyła się nam mała buteleczka wody a słońce właśnie stanęło w zenicie.

              Dalszą drogę przez kanion pokonaliśmy już w samochodzie. Przewodnik oznajmił, że zaraz zrobi się jak w piekarniku i czas udać się na dłuższą przerwę i obiad. Nie mieliśmy nic przeciwko, w końcu on tu mieszka całe życie i wie najlepiej, kiedy trzeba się schować przed słońcem.

              Tylko gdzie to zrobić, jechaliśmy i jechaliśmy i nigdzie nie było ani kawałka cienia. Kierowca jednak doskonale wiedział dokąd zmierza. Miejsce postoju znajdowało się przy skale, która tuż przy ziemi załamywała się pod niewielkim kątem, tworząc cztero – pięciometrowy cień. Było to stałe obozowisko, gdyż wszędzie pełno było śladów po ogniskach.

              Przewodnik rozłożył na ziemi piękne maty, na których mogliśmy spocząć. Po chwili dołączyło do nas kolejne auto z parą Australijczyków, którzy również mieli przerwę. Po obiedzie postanowiliśmy się chwilę zdrzemnąć. Plany pokrzyżowały nam wszędobylskie muchy, które nie odpuszczały ani na chwilę.

              Przerwa przeciągnęła się do niecałych trzech godzin. Ruszyliśmy w dalszą drogę gdy słońce nie było już takie mocne. Pierwszy postój miał miejsce przy Skale Grzybie, tak oszlifowanym przez piasek i wiatr, że przypominał nasze prawdziwki. Po chwili dojechaliśmy do miejsca, z którego rozciągał się widok na Łuk Skalny Burdach, zawieszony wysoko na skałach. Aby się tam dostać trzeba by się wykazać nie lada zdolnościami alpinistycznymi. My wraz z coraz liczniejszą grupą innych turystów, zrobiliśmy sobie przerwę na tradycyjną herbatkę beduińską.

              Po tej przerwie ruszyliśmy w stronę Czerwonego Kanionu, który w całości pokonywaliśmy na piechotę. Wszyscy kierowcy czekali na nas po drugiej stronie. Kanion był bardzo fajny, początkowo szło się po piasku, aby po chwili wspinać się po kamieniach. Na sam koniec trzeba było pokonać niewielką wydmę. U wylotu można było podziwiać kolejny niemal pocztówkowy widoczek Wadi.

              Po przejściu kanionu cała grupka (kilka samochodów) ruszyła w kierunku atrakcji, na którą czekałem najbardziej – do Łuku Skalnego Um Fruth. Na ten łuk można się było wspiąć, choć w śliskich butach nie jest to wcale łatwe. Dla mnie było to kulminacja całej wycieczki. Tylko jak teraz zejść skała była owalna i dość gładka, w butach łatwo można zjechać na tyłku i sobie coś uszkodzić. Decyzja mogła być tylko jedna zdjąć buty i rzucić je na dół. Schodzenie na bosaka to już była czysta przyjemność.

              Kolejną atrakcją był Kanion Khazali, w którym również zachowały się starodawne malunki. Kanion ten był inny niż pozostałe, gdyż nie można było go przejść w całości. Dochodziło się do pewnego momentu i trzeba było wracać. Choć korciło mnie by wspinać się na kolejne skały, musiałem odpuścić, gdyż robiło się ciemno, a chcieliśmy jeszcze zobaczyć zachód słońca w miejscu zwanym Sunset Area.
              • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:52
                Po opuszczeniu kanionu, kierowca przycisnął mocniej dzięki czemu zdążyliśmy zobaczyć z pięknego punktu widokowego zachód słońca na Wadi.

                To był ostatni punkt wycieczki. Trzeba przyznać, że kierowca spisał się na medal i choć w Jordanii nikomu nie dawałem bakszyszu (to nie Egipt) tym razem nie żałowałem pieniędzy.

                Do wioski przybyliśmy już po zmroku i musieliśmy chwilę poczekać na odebranie naszych bagaży i szefa ponieważ właśnie była pora modlitwy. Opłatę za całodzienne atrakcje uiściliśmy po powrocie z wycieczki. Z czystym sumieniem mogę każdemu polecić usługi tego biura.

                Po odebraniu bagaży udaliśmy się do taksówki, którą mieliśmy udać się do Akaby. Taksówka była częścią naszej umowy i kosztowała nas 20 JD (15 JD do Akaby i 5 JD za dojazd do Garden Village Hostel, który znajduje się 10 km od centrum).

                Po drodze do Akaby dowiedzieliśmy się różnych ciekawych rzeczy na temat Jordanii od bardzo rozmownego kierowcy. Sam hostel znajduje się około sześciu kilometrów od granicy z Arabią Saudyjską, która była dobrze widoczna.
                Po przybyciu na miejsce i zameldowaniu się humor naszego syna uległ diametralnej poprawie bowiem w hostelu, za który zapłaciliśmy kilkanaście dolarów był BASEN. Atmosfera jak w każdym rasowym hostelu, pełno trampingowców z różnych stron świata, szykujących sobie kolację, kapiących się w basenie czy palących sziszę. Atmosfera 100 % fun. Nasze miejscówki znajdowały się na dachu. Miało to tę zaletę, że widok był całkowicie panoramiczny, a i pobudka była regulowana przez słońce. To była naprawdę wielka frajda.

                Po zładowaniu bagaży pod łóżka, coś trzeba na nie położyć na znak, że zajęte, poszliśmy na kolację i na basen.

                Tak zakończyliśmy przedostatni dzień w Królestwie Haszymidów.
                • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:52
                  Dzień 6
                  Poranek w Akabie przywitał nas ożywczą bryzą znad morza. Widok z naszego miejsca był doskonały. Widać było dużą część zatoki Akaba i okoliczne góry. Tego ranka nie marudziliśmy zbyt długo i po szybkiej toalecie złapaliśmy jakiegoś busa do centrum miasta.
                  W najbliższym hotelu obok przystanku autobusowego zostawiliśmy nasze bagaże. Recepcjonista zgodził się bez większych oporów by leżały w małym pomieszczeniu tuż obok recepcji. Teraz mogliśmy ruszyć na zwiedzanie Akaby.
                  Pora była dość wczesna więc większość knajpek i restauracji była jeszcze zamknięta. Pierwszym celem były ruiny starożytnej Ajli, poprzedniczki Akaby. Ruiny jednak nie powalają na kolana. Obejrzeliśmy całe stanowisko zza małego murka. Po obejściu Ajli dookoła poszliśmy główną promenadą miasta wzdłuż plaży w kierunku gigantycznego masztu z równie wielką flagą powstania antytureckiego. Jest to jeden z symboli Akaby. W tym dniu trafiliśmy na wymianę postrzępionej flagi na nową. Dzięki temu można było zrobić fajne fotki różnych miejsc Akaby na jej tle.
                  Największą atrakcją Akaby jest Fort Mameluków o wymiarach 50 na 50 metrów. Wstęp wraz z wejściówką do pobliskiego Muzeum Archeologicznego to koszt 1 JD. Naprawdę warto zajrzeć do środka gdyż twierdza zachowała się w doskonałym stanie, a ze szczytu rozciąga się fajny widok na miasto. Pobliskie muzeum zawiera znaleziska z Akaby z różnych epok historycznych.
                  Po zwiedzaniu nadszedł czas na wizytę w kawiarence przy plaży. Kawa dla żony pepsi dla chłopaków. Pomimo, że robiliśmy się coraz bardziej głodni postanowiliśmy udać się na chwilę na plażę, skoro była już tak blisko.
                  Nad morzem ruch o tej porze był znikomy. Może ze dwie rodziny z dziećmi i sporadyczni przechodnie. Mimo to stanowiliśmy dla nich sporą atrakcję. Żona choć kąpała się w stroju i koszulce wywoływała spore poruszenie. Za długo tam nie zabawiliśmy.
                  Z plaży udaliśmy się do centrum na śniadanie. Trafiliśmy do restauracji Al.-Kholi, w której tradycyjnie zamówiliśmy trzy różne dania. Był to lokal, w którym przebywali sami Jordańczycy, co gwarantowało dobry smak potraw. Nie zawiedliśmy się i z nowymi siłami ruszyliśmy na ostatnie zakupy. Znając ceny w Izraelu, przezornie zaopatrzyliśmy się w nieco alkoholu i innych drobiazgów. W drodze po bagaże przeszliśmy jeszcze przez piękny park w centrum. W recepcji hotelu Al. Zatari zmienił się pracownik, ale bagaże były na swoim miejscu. Daliśmy mu za pilnowanie 5 JD i taksówką również za 5 JD pojechaliśmy na przejście graniczne.
                  Przeprawa do Izraela przebiegła bezproblemowo, musieliśmy tylko wymienić trochę dolarów na granicy, ponieważ opłata wyjazdowa uiszczana jest jedynie w dinarach.
                  Ostatnie spojrzenie na Królestwo Haszymidów i już jesteśmy w Ejlacie.
                  Po przekroczeniu granicy taxi za 40 NIS dojechaliśmy do Corinne Hostel. Tam za 30 NIS zostawiliśmy w przechowalni nasze tobołki i korzystając z faktu, że do odjazdu do Jerozolimy mamy jeszcze kilka godzin poszliśmy na Plażę Północną.
                  Temperatura zdążyła osiągnąć 42 stopnie nim doszliśmy na miejsce. Plaża znajduje się tuż obok kina IMAX.
                  Różni się ona od tej w Akabie (obie plaże są ogólnodostępne) tak jak tylko dzień może się różnić od nocy.
                  Z kilku potężnych głośników leciała głośna muzyka, ludzi mnóstwo, zamiast zakrytych od stóp do głów kobiet wszechobecne bikini, większość plażowiczów z piwem lub drinkiem. Tak, ten klimat lepiej pasował do tego miejsca. Łuki był zachwycony.
                  Było miło, aż zjawił się pewien jegomość i oznajmił, że za leżak należy się 20 NIS, a że zajmowaliśmy dwa to 40 NIS. Jak nie płacę to mogę sobie posiedzieć na piasku. Jednak bilet był jednocześnie talonem na zakup jednego napoju lub piwa w jednym z plażowych barów. Zważywszy na ceny w Ejlacie ostatecznie nie była to taka zła propozycja.
                  Czas szybko mijał i po trzech godzinach relaksu trzeba było się zbierać na autobus. Po odebraniu bagaży i dotarciu na dworzec zostało nam jeszcze kilka minut do odjazdu. Udało się nam kupić jeszcze jakieś małe kebaby i w drogę do Jerozolimy.
                  Gdy tylko ruszyliśmy dosłownie cały autobus zamienił się w jedną wielką stację nadawczo – odbiorczą. Każdy gdzieś dzwonił i wysyłał emalie. Niemal przez całą drogę coś, gdzieś, komuś dzwoniło. W autobusie było kilku przedstawicieli armii Izraela. Porozkładali się oni na podłodze z karabinami pod głową.
                  Pierwszy postój mieliśmy gdzieś na Negevie pośrodku niczego, przy jakiejś przydrożnej knajpce. Grzało niemiłosiernie więc podstawiłem się pod zraszacze, które przyniosły chwilową ulgę.
                  Do stolicy Izraela przybyliśmy wieczorem. Cała podróż trwała około pięciu godzin. Po wyjściu z autobusu pierwszy raz odkąd przybyliśmy na Bliski Wschód temperatura była całkiem przyjemna. Od razu poprawiły się nam humory – przynajmniej wieczory w Jerozolimie nie będą męczyć temperaturą.
                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:53
                    Obładowani bagażami ruszyliśmy w kierunku Starego Miasta. I tu spotkała nas niemiła niespodzianka – Stare Miasto zniknęło.
                    Pytamy się żydów a oni nie bardzo wiedzą o co nam chodzi. No przecież na mapce przystanek autobusowy jest tuż obok Bramy Damasceńskiej. Po dwudziestu minutach krążenia w końcu się poddaliśmy i zatrzymaliśmy Taxi, która za ciężkie pieniądze dowiozła nas pod Bramę Jaffy. Przejechaliśmy chyba pół miasta nim dotarliśmy do celu. Okazało się, że przy Bramie Damasceńskiej owszem jest przystanek ale arabski. Ten, na który dotarliśmy znajdował się w Jerozolimie Zachodniej oddalonej o kilka kilometrów od Starego Miasta.
                    Przy Bramie Jaffy, przy której właśnie budowano linię tramwajową wszystko było rozkopane. Nie tak wyobrażałem sobie wkroczenie na Stare Miasto, ale i tak byłem zadowolony, że w końcu tu dotarłem. Do Citadel Hostel, który znajdował się w dzielnicy Ormiańskiej było stąd dosłownie kilka minut drogi.
                    Hostel mieści się w bardzo starym budynku, który zachował swój dawny klimat i urok. Po sprawdzeniu rezerwacji w końcu mogliśmy nieco odsapnąć w naszym pokoju. Poza dwoma łóżkami, krzesłem, lustrem i wentylatorem nie było żadnego innego wyposażenia. Łazienki znajdowały się kilka metrów od pokoju, tuż obok całkiem zgrabnej kuchni z wielką lodówką, zawsze szczelnie zapchaną prowiantem trampingowców.
                    Zrobiło się już późno więc Łuki poszedł spać a my z błyskiem w oku, odświeżeni i zrelaksowani ruszyliśmy na nocny (było już po północy) rekonesans. Od razu spodobał się nam klimat pustego Starego Miasta. Pierwszym celem była Bazylika Grobu Pańskiego. Chcieliśmy ją zlokalizować w labiryncie uliczek, aby jutro już nie błądzić. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że Bazylika jest otwarta. Byłem mocno zdziwiony, widocznie musiała odbywać się w środku jakaś uroczystość.
                    Obejrzeliśmy więc ją sobie w środku, przy asyście paru innych przypadkowych turystów i sporej ilości księży i mnichów. Do grobu Jezusa jednak nie można było wejść.
                    Z Bazyliki pochodziliśmy sobie trochę bez celu po różnych zaułkach, aż trafiliśmy pod Synagogę Hurwa i Cardo Maximus. Dzielnica Żydowska była jedyną dzielnicą, która pomimo późnej nocy jeszcze wciąż funkcjonowała. Tam też kupiliśmy sobie coś na jutrzejsze śniadanie i kilka soków. Polecam połączenie banana i truskawki – rewelacja. Świetnie nadaje się również do drinków. Z placu poszliśmy pod Ścianę Płaczu, przy której wciąż modlili się żydzi. Nad nią wznosiła się pięknie podświetlona Kopuła Skały. Przed wejściem musieliśmy przejść przez bramki wykrywające metal. Plac Ściany Płaczu z każdej strony jest pilnie strzeżony.
                    Do hostelu powróciliśmy już grubo po drugiej. Czas nieco się przespać gdyż jutro w planie wizyta w świętych miejscach trzech religii.
                    • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:53
                      Dzień 7

                      Wystartowaliśmy z samego rana. Pierwszym celem było Wzgórze Świątynne – najważniejsze miejsce dla muzułmanów i pośrednio żydów w całej Jerozolimie. Wchodzi się na jego teren przez specjalną drewnianą rampę, która prowadzi do Bramy Marokańskiej. W czasie naszego pobytu nie można było wejść do środka Kopuły Skały i Meczetu Al.-Aksa, ale bez żadnych problemów można było zwiedzać z zewnątrz każdy zakątek Szaram esz Szarif. Poza dwoma wspaniałymi meczetami (jeżeli przyjmiemy, że Kopuła Skały to meczet), na Wzgórzu Świątynnym znajduje się całe mnóstwo innych pomniejszych obiektów. Podziwiać można pomniejsze kopuły, piękne fontanny, misternie dekorowane łuki, itd. Atrakcją jest również spacer po murach okalających Wzgórze Świątynne i podziwianie panoramy Jerozolimy do tej strony. Kapitalnie widać całą Górę Oliwną. Równie okazale prezentuje się z tej strony Złota Brama, od kilku wieków na wszelki wypadek zamurowana.

                      Podczas zwiedzania tego pięknego miejsca zobaczyliśmy grupkę żydów, którzy w asyście kilku ochroniarzy również obchodzili cały ten obszar.
                      Wzgórze Świątynne opuszcza się przez Bramę Łańcuchową. Po zatoczeniu łuku przez wąskie uliczki dzielnicy muzułmańskiej ponownie znaleźliśmy się na placu przed Ścianą Płaczu. Stanowiła ona kolejną atrakcję tego dnia. Żona udała się do części dla kobiet a ja z Łukim poszliśmy do części dla panów. Na głowy założyliśmy darmowe jarmułki. Tego dnia pod Ścianą Płaczu miała miejsce uroczystość Bar Mictwy więc było bardzo gwarnie i wesoło.

                      Kolejnym punktem zwiedzania było stanowisko archeologiczne Ha-Ofel z niewielkim Muzeum Davidsona. Na tym przyległym do Wzgórza Świątynnego obszarze odkopano wiele pozostałości po różnych budowlach, pamiętających czasy II Świątyni. Można tu zobaczyć Łuk Wilsona, ukazujący którędy w czasach Jezusa wchodzono do świątyni. Pozostałości po schodach proroków i bramie potrójnej. Resztki dawnych basenów do rytualnych obmyć, kolumny rzymskie i wiele innych zabytków.

                      Z czasów późniejszych odkopano posadzki z pałacu Ummajadów, i pamiątki po okresie Bizantyjskim. W niewielkim muzeum można podziwiać pomniejsze obiekty znalezione na całym tym obszarze –głównie zabytkowe monety. Oprócz tego można przez chwilę pobyć w przyjemnym chłodnym pomieszczeniu. W kilku miejscach wciąż trwają prace archeologiczne.

                      Po zwiedzeniu Ha-Ofel poszliśmy w kierunku Góry Oliwnej. Ze Starego Miasta wyszliśmy przez Bramę Gnojną. Dalej poszliśmy doliną Cedronu, oglądając po drodze okazałe grobowce pamiętające czasy proroka Zachariasza. Z doliny pięknie widać Złotą Bramę.
                      Pierwszym celem na Górze Oliwnej była cerkiew Marii Magdaleny. Celowo ominęliśmy niżej położone atrakcje turystyczne, gdyż godziny otwarcia cerkwi są bardzo krótkie (2 godziny dziennie przez dwa dni w tygodniu). Cały kompleks porasta piękny ogród, w którym można się wspaniale zrelaksować. Cerkiew z zewnątrz prezentuje się wspaniale i jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów Jerozolimy. Wewnątrz nie powala na kolana, choć oczywiście zajrzeć warto.
                      Po zwiedzeniu cerkwi poszliśmy do Kościoła Wszystkich Narodów, położonego w Ogrodzie Getsemani. Kościół posiada pięknie zdobioną fasadę, przy której zatrzymują się wycieczki fakultatywne. Wewnątrz jest raczej mroczny i posępny. Drzewa w ogrodzie Getsemani były dokładnie takie jak sobie to wyobrażałem. W śród nich znajduje się też drzewko zasadzone przez papieża Pawła VI. Gdy opuszczaliśmy to miejsce zaczynała się sjesta podczas, której wszystkie kościoły były zamykane. Nie mieliśmy ochoty jechać w inne miejsce Jerozolimy, żeby za dwie godziny tu wracać. Poszliśmy więc dalej. Po chwili doszliśmy do wspaniałego punktu widokowego, z którego rozciągała się piękna panorama na Stare Miasto i leżący poniżej cmentarz żydowski. Spędziliśmy w tym miejscu dłuższą chwilę po czym ruszyliśmy na szczyt Góry Oliwnej. W najwyższym jej punkcie znajduje się Kopuła Wniebowstąpienia, znajdująca się w rękach muzułmańskich, dzięki czemu była otwarta. Oczywiście dokładnie ją sobie obejrzeliśmy. Tuż obok znajduje się niewielka knajpka, w której postanowiliśmy zjeść obiad. Z tarasu dobrze widoczny był Kościół Pater Noster i Wschodnia Jerozolima.
                      Po odpoczynku w knajpce mając jeszcze trochę czasu do zabicia poszliśmy w kierunku kolejnej cerkwi. Oczywiście pocałowaliśmy klamkę ale spacer po arabskiej części miasta pozwolił doczekać końca sjesty.
                      Pierwszy w kolejce był wspomniany już kościół Pater Noster słynący z modlitwy Ojcze Nasz wypisanej w wielu językach. Sam obiekt znajduje się w rękach Francuzów, o czym oznajmia wielka flaga powiewająca nad kościołem. W jego obrębie znajduje się stara kaplica Eleona. Kościół jest ładny z piękną zielenią. Kolejną świątynią na naszej trasie był kościół Dominus Flevit w kształcie łzy. Piękny mały kościółek, z okazałą mozaiką przy wejściu, robi przyjemne wrażenie. Wewnątrz znajduje się ozdobny witraż z małym krzyżem u dołu. Na wprost tego witrażu znajduje się Kopuła Skały. Jeżeli popatrzymy się pod odpowiednim kątem to zobaczymy jak prezentowałaby się ta najważniejsza dla muzułmanów budowla z krzyżem na szczycie.
                      Schodząc w kierunku Grobu Marii, minęliśmy kolejne jamy w ziemi, szumnie zwane Grobowcami Proroków, niestety tego dnia były zamknięte dla zwiedzających.
                      Grobowiec Marii i znajdująca się po sąsiedzku jaskinia Getsemani, to kolejne miejsce, którego nie można pominąć podczas zwiedzania Góry Oliwnej. Wewnątrz znajduje się sarkofag Marii i nisza, w której są pochowani jej rodzice. W środku drugi raz tego dnia natknąłem się na ekipę filmową realizującą jakiś film dokumentalny (pierwszy raz widziałem ich w Ha-Ofel). Jednak nie mieli takiego dobrego sprzętu jak my :-).
                      To był ostatni punkt zwiedzania Góry Oliwnej. Kolejnym miała być Góra Synaj, jednak częściowo z powodu upału, częściowo ze zmęczenia, żona postanowiła zmienić plany i udać się do hostelu na dłuższą przerwę, co oczywiście spowodowało spore straty czasowe w programie zwiedzania i pierwszą sporą awanturę.
                      Gdy już emocje nieco opadły i temperatura powietrza też, po dłuższym pobycie w hostelu poszliśmy na Górę Syjon, gdzie na szczęście udało się nam jeszcze zwiedzić przed zamknięciem wszystkie zaplanowane miejsca. Główną atrakcją był okazały benedyktyński kościół Zaśnięcia Marii, z piękną kryptą. Innymi ciekawymi miejscami są Wieczernik, piękna sala, gdzie wg tradycji Jezus spożywał ze swoimi apostołami ostatnią wieczerzę i Grób Dawida.
                      Aż do wojny sześciodniowej Grób Dawida był najświętszym miejscem dla żydów w całej Jerozolimie. Gdy żydzi odzyskali Ścianę Płaczu, miejsce to straciło nieco na znaczeniu, choć nadal jest bardzo często odwiedzane. Na miejscu tradycyjnie jest podział na sekcję żeńską i męską. Przed wejściem do grobowca znajdują się pomieszczenia, gdzie można w spokoju czytać Torę i się modlić.
                      • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:54
                        Po zwiedzeniu Grobu Dawida poszliśmy na dach kompleksu aby nacieszyć oczy widokiem Jerozolimy.
                        Jednak to nie była ostatnia atrakcja tego dnia. Zaraz po opuszczeniu Góry Syjon udaliśmy się w kierunku Muzeum Izraela, które tego dnia było otwarte do godzin nocnych. Po przejściu około kilometra postanowiliśmy wspomóc się taksówką.
                        Muzeum Izraela, to największy tego typu placówka w całej Jerozolimie. Po zakupie drogich jak diabli biletów rozpoczęliśmy zwiedzanie. Póki było jeszcze jasno chcieliśmy zobaczyć osławioną makietę Jerozolimy z czasów II Świątyni. Nie rozczarowaliśmy się – trzeba przyznać, że było na co popatrzeć. Kolejną słynną atrakcją muzeum jest sanktuarium księgi, w którym znajdują się zwoje znad Morza Martwego. Jednak dla kogoś kto nie zna archaicznych języków i nie jest biblistą – to raczej marna atrakcja. Oprócz tego choć zawsze z ulgą witam klimatyzowane pomieszczenia w Izraelu, w tym miejscu przegięli. Normalna lodówka.
                        Z atrakcji zewnętrznych warto wspomnieć o Ogrodzie Sztuki, który jednak nie powalał. Może się nie znam. Dużo bardziej podobał się mi dział z mozaikami w głównym kompleksie muzeum. Sam obiekt podzielony był na różne działy. Najatrakcyjniejszy był ten traktujący o sztuce różnych zakątków ziemi – Wystawa uzupełniona była różnego typu występami. W całym muzeum nie wolno było filmować.
                        Całkiem sympatyczne choć dla mnie mało atrakcyjne było skrzydło dla dzieci, w którym maluchy dokazywały na całego. Tego dnia muzeum było pełne rodzin z dziećmi i przypominało park rozrywki.
                        Reasumując jeżeli ktoś ma mało czasu, to może sobie to miejsce odpuścić. Natomiast jeżeli tak jak my tego wieczora mieliśmy chwilę wolną to można zerknąć – ale bez rewelacji.
                        Po opuszczeniu muzeum można podziwiać znajdujący się po sąsiedzku Kneset, który w nocy jest pięknie podświetlony biało- niebieskimi halogenami. Do hostelu planowaliśmy wrócić autobusem, ale po kilku minutach znudziło się nam czekanie i postanowiliśmy przejść się trochę po Zachodniej Jerozolimie. Centrum miasta, jest diametralnie różne od Starego Miasta, to nowoczesne miasto, z wieżowcami, centrami handlowymi i wielką ilością neonów. Przy okazji zrobiliśmy zakupy na najbliższe dni. Ciągłe jedzenie w tanich knajpkach, mimo wszystko z lekka dobijało nas finansowo i trzeba było pomyśleć o bardziej przyziemnych śniadaniach i kolacjach a la chlebek z serkiem i paróweczki.
                        Obładowani zakupami, w końcu przebiliśmy się przez centrum pod Bramę Jaffy. Tuż za nią dokupiliśmy jeszcze kilka soków na następny dzień i ruszyliśmy do hostelu. Tego dnia już nie buszowaliśmy po starym mieście. Trzeba było wypocząć gdyż następny dzień również miał obfitować w szereg atrakcji.
                        • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:54
                          Dzień 8
                          Następny dzień w Jerozolimie również zaczęliśmy z samego rana. Pustymi uliczkami Starego Miasta poszliśmy w kierunku Bazyliki Grobu. Po drodze minęliśmy wejście do Meczetu Omara, którego minaret góruje nad Bazyliką. Kawałek dalej tuż obok Kościoła Zbawiciela znajduje się przepiękna fontanna Sułtana Abed al. Hamida II, która nocą podświetlana jest różnokolorowymi światłami.
                          O poranku ten najważniejszy dla Chrześcijan kościół w Jerozolimie nie jest jeszcze tak oblężony przez zwiedzających. Udało się nam w spokoju zwiedzić każdy zakamarek, łącznie z Golgotą i Grobem Jezusa. Jedynie Catholikon był zamknięty, ale i tak mieliśmy zamiar tu zajrzeć po południu. Po zwiedzeniu wnętrza Bazyliki poszliśmy zobaczyć część zajmowaną przez etiopskich mnichów. Deir al. Sultan, mieści się na dachu nad kaplicą św. Heleny.
                          Na zwiedzanie zeszło nam jakieś 50 minut. Stare Miasto opuściliśmy przez chyba najpiękniejszą ze wszystkich Bram -Bramę Damasceńską. W tym miejscu handel kwitł już w najlepsze. Następna atrakcja znajdowała się jakieś dwieście metrów na prawo od bramy. Jaskinia Ezechiasza bo o niej mowa wcina się pod Stare Miasto na jakieś dwieście metrów. Trzeba przyznać, że robi spore wrażenie. Sale są przestronne i dają schronienie przed upałem na zewnątrz. Bez wątpienia jest to największa jama w Jerozolimie, do której weszliśmy.
                          To tym fajnym przerywniku poszliśmy zobaczyć Grób w Ogrodzie, który jest przez wielu chrześcijan uważany za grobowiec Józefa z Arymatei, w którym pochowano Jezusa. W tym miejscu miało się też dokonać zmartwychwstanie. Grób mieści się wśród starannie pielęgnowanego ogrodu, którym opiekują się anglikanie. Bardzo mili i pomocni, z chęcią opowiadają o tym ciekawym miejscu i są również ciekawi przybyszów. Tuż obok grobu nad arabskim przystankiem autobusowym wznosi się Skała Trupiej Czaszki – Golgota. Trzeba przyznać, że przy lekkim przymrużeniu oczu jej część rzeczywiście przypomina ludzką czaszkę.
                          Po obejściu całego terenu i zjedzeniu śniadanka ruszyliśmy z powrotem w kierunku Starego Miasta. Po dotarciu pod Bramę Damasceńską poszliśmy wzdłuż murów w kierunku Bramy Nowej. Obszar ten jest pięknym zielonym skwerem, który stopniowo zostaje zagospodarowany pod linię tramwajową. Brama Nowa powstała pod koniec XIX wieku i wchodzi się przez nią do dzielnicy chrześcijańskiej. Jest ona o wiele spokojniejsza i czystsza od dzielnicy muzułmańskiej, ale nie tak atrakcyjna. Tuż za bramą udało się nam znaleźć w końcu nieco tańszy sklep gdzie woda kosztowała tylko 6 NIS, a małe lody owocowe 1 NIS. Zrobiliśmy więc sobie małą przerwie na lody, po czym ruszyliśmy w kierunku Bramy Jaffy, gdzie znajdowało się wejście na Mury Starego Miasta.
                          Spacer po murach zbudowanych przez Sulejmana Wspaniałego i widoki jakie się z nich rozpościerały we wszystkich kierunkach, stanowił jedną z głównych atrakcji tego dnia. Trasa jak już wspomniałem rozpoczynała się przy Bramie Jaffy -koniec trasy miał miejsce przy bramie Lwiej.
                          Każdy będąc w Jerozolimie powinien wybrać się na ten spacer, gdyż można zobaczyć Jerozolimę od zupełnie innej strony. Cała trasa jest pięknie opisana. Przed startem warto jednak rozejrzeć się za jakąś ubikacją, gdyż do przejścia jest spory kawałek a jak przyciśnie człowieka nad Bramą Damasceńską to może być niezły problemik. Moja żonka dość boleśnie się o tym przekonała, zemsta Mojżesza dopada w najmniej odpowiednim momencie.
                          Po skończonym spacerku do Starego Miasta weszliśmy od strony Bramy Lwiej. Następnie udaliśmy się na obchód Dzielnicy Żydowskiej.
                          Niemal w całości została odbudowana z ruin po 1967 roku. Jordańczycy wyburzyli ją po wojnie o niepodległość w latach 50 i 60. Wkroczyliśmy do niej od strony placu Ściany Płaczu i dalej obok Jesziwy Aish Hatorach wąskimi uliczkami doszliśmy do głównego placu, przy którym znajduje się nowiutka dopiero co oddana do użytku Synagoga Hurwa. Jest to najbardziej reprezentacyjna Synagoga w całej Jerozolimie. Tuż pod nią znajduje się niewielka, lecz bardzo popularna Synagogo Ramban, w której modlą się przez cały czas ortodoksyjni żydzi. Tuż za Synagogą zaczyna się reprezentacyjna ulica Cardo Maximus. W pobliżu pięknych rzymskich kolumn znaleźliśmy przytulną pizzerię, gdzie po ciężkim targowaniu zamówiliśmy sobie wielką Pizzę na obiad. Do obiadu kupiliśmy sobie po piwie. Choć był już ramadan, w tym miejscu nikt się tym nie przejmował. Bardzo się nam to miejsce spodobało - kilka razy tam wracaliśmy, gdyż widok ze stolika był naprawdę wspaniały.
                          Po obiedzie poszliśmy zobaczyć Synagogi Sefardyjskie, jedyne w Jerozolimie udostępnione do zwiedzania. Można tam podejrzeć jak wyglądają żydowskie bożnice. Cztery synagogi są połączone w jeden zabytkowy kompleks.
                          • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:54
                            Po zwiedzeniu synagog wróciliśmy na Cardo Maximus i przeszliśmy w całości ta piękną ulicę, w której archeologia zawarła kompromis z funkcjonalnością i nowoczesnością. Po opuszczeniu dzielnicy żydowskiej przeszliśmy przez całe Stare Miasto ponownie pod Bramę Jaffy. Tum razem poszliśmy do dzielnicy Ormiańskiej gdyż bardzo mi zależało na odwiedzeniu Katedry św. Jakuba. Katedra otwarta dla zwiedzających jest tylko przez półgodziny dziennie więc trzeba było dobrze wymierzyć czas. Na miejscu okazało się jednak, że dziś jest zamknięta. Nie podano przyczyn – zamknięta i już. W pozostałe dni miała być jednak otwarta więc postanowiliśmy wrócić tu w inny dzień.
                            Skoro ta atrakcja dzisiaj odpadła poszliśmy do położonej tuż obok okazałej Cytadeli Dawida. Została ona przemieniona na Muzeum Jerozolimy. Przechodząc z jednej sali do drugiej można było zapoznać się ze zmiennymi losami miasta na przestrzeni III tysiącleci. Ekspozycja była bardzo widowiskowa -zawierała różne elementy sztuki, prezentacje multimedialne, makiety i inne ciekawe sposoby prezentacji.
                            Dodatkowym atutem tego miejsca jest piękna panorama miasta z głównej wieży widokowej. Naprawdę warto tam zajrzeć. Na zwiedzaniu wszystkich zakamarków Cytadeli zeszło nam ponad półtorej godziny.
                            Następnie udaliśmy się ponownie do dzielnicy Muristan. Tym razem przeszliśmy obok jednego z najstarszych kościołów w mieście – Kościoła Jana Chrzciciela. Chcieliśmy również wstąpić do Kościoła Zbawiciela, ale dowiedzieliśmy się, że trzeba tu być przed 14. Bardzo chciałem go odwiedzić gdyż to najpiękniejszy kościół ewangelicki w Jerozolimie, a ponadto chciałem zobaczyć panoramę miasta z jego wysokiej wieży. Cóż wrócę tu pojutrze albo za trzy dni.
                            O tej porze dnia Bazylika Grobu Pańskiego jest dużo bardziej oblężona niż rano, ale nie we wszystkich miejscach. Catholikon, który rano był zamknięty był zupełnie pusty. W różnych częściach kościoła różne wyznania podobnie jak rano jednocześnie odprawiało modlitwy. Śpiewy, kadzidła i podniosła atmosfera towarzyszy temu miejscu chyba przez cały czas. Po opuszczeniu Bazyliki poszliśmy na małe zakupy i prosto do hostelu.
                            Zanim jednak zabraliśmy się do robienia kolacji poszliśmy na dach by za dnia obejrzeć panoramę Jerozolimy. Ten hostel rzeczywiście znajduje się w centrum Starego Miasta.
                            Tym razem kolację zrobiliśmy sobie sami, w hostelowej kuchni. Następnie obowiązkowy prysznic i chwila relaksu przy owocowym drinku. Wieczorem poszliśmy pomyszkować chwilę po niezbadanych dotychczas zakamarkach Starego Miasta, ale nie trwało to zbyt długo, ponieważ chcieliśmy porządnie wypocząć przed następnym dniem.
                            Przed nami krótkie rozstanie z Jerozolimą i spotkanie z Masadą i Morzem Martwym w Ein Gedi. Kładąc się spać zastanawiałem się tylko jak zniesiemy te upały, które w Jerozolimie nie były aż tak uciążliwie. Śniło mi się, że będzie z 50 stopni.
                            • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:55
                              Dzień 9
                              Tradycyjnie z samego rana ruszyliśmy na przystanek autobusowy przy Bramie Jaffy. Stamtąd autobusem miejskim Eggedu dojechaliśmy na Dworzec Centralny. Po rutynowej kontroli wykrywaczami metali znaleźliśmy się w środku. Dworzec w Jerozolimie jest nowoczesny, kilku poziomowy – przyjazny dla podróżnych. Jest kilka kawiarni i miejsc gdzie można poczekać na autobus. Jak wszędzie w Izraelu i tu na każdym kroku widać żołnierzy. Jednak po woli nie zwracaliśmy już na to uwagi. Po chwili oczekiwania podstawił się nasz autobus i mogliśmy ruszać do Masady.
                              Podróż nie trwała zbyt długo, ale krajobraz zmienił się diametralnie. Miejskie zabudowania i zielone pagórki ustąpiły miejsca surowej pustyni i palmom. Z lewej strony towarzyszył nam widok Morza Martwego, z prawej surowych skał. W Ein Gedi do autobusu weszli żołnierze i zaczęli sprawdzać paszporty, ale do nas nie dotarli i wyszli drugimi drzwiami. Dobrze że siedzieliśmy na końcu bo akurat tego dnia paszporty zostały w Jerozolimie.
                              Moje obawy co do temperatury były nieco przesadzone, albo już zdążyłem się nieco przyzwyczaić bo jakoś dawało się egzystować w tej największej depresji świata. Po opuszczeniu autobusu zobaczyliśmy w końcu ten majestatyczny płaskowyż, na szczycie którego wznoszą się ruiny najważniejszej żydowskiej twierdzy. Masada jest wpisana na listę UNESCO, o czym przypominają flagi znajdujące się przed wejściem do Visitors Centre.
                              Początkowo mieliśmy w planie wejść na Masadę Wężową Ścieżką, ale ostatecznie zakupiłem bilety uwzględniające wjazd i zjazd kolejką linową. Wjazd na górę trwał może ze dwie minuty, na piechotę trwało by to z pół godziny albo i lepiej.
                              Nie będę tu przytaczał tragicznej przeszłości Masady, ale to miejsce na trwałe wyryło się w świadomości żydów. Do dziś żołnierze w przysiędze wypowiadają słowa, że Masada już więcej nie padnie. Ja potwierdzenie tych słów znalazłem w latających co chwila nad naszymi głowami myśliwcach, które dla Łukiego były największą atrakcją tego dnia.
                              Masada rozciąga się na sporej powierzchni i aby ją dobrze obejrzeć trzeba się nieco nachodzić. Ela była nieco rozczarowana, spodziewała się, że coś więcej będzie wystawać z ziemi, ja byłem całkowicie usatysfakcjonowany. Z płaskowyżu rozciągał się fenomenalny widok na Morze Martwe i Pustynię Judzką. Dookoła widać pozostałości po obozach rzymskich, z których przeprowadzano ataki na fortecę. Z tego co pozostało po twierdzy najbardziej podobały mi się oba pałace. Pałac Zachodni posiada pięknie zachowane mozaiki i jest ciągle odbudowywany. Pałac Północny jest natomiast wspaniale położony. Opada kaskadowo w dół na krańcu płaskowyżu. Z innych obiektów warto zwrócić uwagę na ogromną cysternę po przeciwległej stronie płaskowyżu, ruiny synagogi, łaźnie rytualne i kościół Bizantyjski.
                              Każdy w Masadzie znajdzie coś ciekawego dla siebie. Miejsce obowiązkowe podczas wycieczki do Izraela.
                              Po zakończeniu zwiedzania musieliśmy poczekać około 30 minut na autobus do oddalonej o około 15 kilometrów oazy Ein Gedi. Był więc czas by kontemplować jeżdżące w obie strony wagoniki.
                              W Ein Gedi zatrzymaliśmy się na przystanku oznaczonym jaki En Gedi Beach. Na plaży nad Morzem Martwym zależało nam bowiem najbardziej. Z tego co wyczytałem z Lonely Planet była to jedyna plaża przeznaczona dla turystów z plecakami. Za symboliczną opłatą i całkiem niezłą jak dla mnie infrastrukturę (było się gdzie przebrać i opłukać) można było sprawdzić o co chodzi z tym Morzem Martwym.
                              Jest to jedno z tych miejsc, które każdy musi odwiedzić. Inaczej nie będzie mógł powiedzieć, że poczuł Izrael na własnej skórze. A wierzcie mi tam się go czuje bardzo intensywnie. Kąpiel w tym morzu to trochę tak jak pływanie w tłustym podgrzanym do 40 stopni przesolonym rosole. Uczucie jest naprawdę okropne. I nikt mi więcej nie wmówi, że to jakaś frajda. Dryfowałem jakieś piętnaście minut i w tym czasie dowiedziałem się ile tak naprawdę mam zadrapań na ciele. Ale sprawdziłem i mam już spokój. Dużo więcej czasu spędziłem pod prysznicem.
                              Nad całym akwenem unosi się mgiełka od parującej wody, a tafla Morza Martwego jest nieruchoma. Kąpiel była okropna, ale kolor wody i te wszechobecne bryłki soli były naprawdę ładne. W tym miejscu wydawało się, że czas płynie wolniej, spokojniej. Termometr wskazywał 40 stopni, ale mi się wydawało, że było nieco cieplej.
                              • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:55
                                Obok przystanku zakupiliśmy zapas tutejszej wody i poszliśmy zerknąć na Kanion Dawida. Wg Lonely Planet można go było zwiedzać do godziny 17 w lecie. Tymczasem my byliśmy przed kasą biletową parę minut po 16 i ku naszemu zdumieniu pani w okienku oznajmiła nam, że już zamknięte i nie wejdziemy. Próbowałem ją przekonać, że to zajmie nam tylko chwilę, że w przewodniku są takie godziny, że jechaliśmy z Jerozolimy tylko by zobaczyć ten kanion, że mieszka tam moja znajoma.... na próżno. Niczym Gandalf w Morii -pani z okienka powtarzała jak mantrę - NIE PRZEJDZIECIE. Tak więc mrucząc pod nosem nasze piękne polskie zwroty okolicznościowe po raz kolejny pocałowaliśmy klamkę i musieliśmy wracać na przystanek.
                                Jak się okazało nie była to ostatnia niespodzianka jaką szykowała dla nas ta piękna Oaza. Otóż autobusy, które wg rozkładu miały jechać, albo nie jechały albo się nie zatrzymywały. Na przystanku oprócz nas czekało jeszcze kilku innych trampingowców. Komuś udało się złapać stopa, ktoś wrócił nad Morze Martwe, a ja zastanawiałem się czy pod osłoną nocy uda się mi wrócić do Jerozolimy pieszo. Jednak nie było to konieczne – po ponad dwóch godzinach czekania (czasem tak bywa) w końcu zatrzymał się łaskawie autobus, którym pojechaliśmy. Nie dojechaliśmy jednak na Dworzec Główny. Wcześniej kierowca zatrzymał się pod Górą Skopus i powiedział, że jak chcemy to możemy wysiąść i stąd będzie bliżej do Starego Miasta. Cóż, bliżej może i było ale całą trasę trzeba było przejść na piechotę.
                                I tak oto w zmierzchu stanęliśmy dość nieoczekiwanie na szczycie Góry Skopus, żydowskiej enklawy otoczonej przez arabskie dzielnice. Za plecami mieliśmy Uniwersytet Hebrajski – przed nami majaczyła Kopuła Skały. Aby się tam dostać trzeba było jeszcze przedostać się przez niezbadane za dnia zakamarki Jerozolimy. Nie tracąc więcej czasu ruszyliśmy w przed siebie schodząc Doliną Tsurim, która była w trakcie budowy (wszędzie powstawały jakieś chodniki, sadzone były drzewka, itd.). Mimo zakazu wejścia była to najkrótsza droga. Gdy dotarliśmy do pierwszych zabudowań po drugiej stronie zrobiło się już zupełnie ciemno. Improwizując szliśmy przez jakieś podwórka, osuwające się ścieżki, lawirowaliśmy pomiędzy domami -byle do przodu. Za nami coraz głośniej wyły jakieś psy a ja na domiar złego nabiłem się na jakiś pręt wystający z ziemi.
                                Naprawdę ucieszył nas widok Bazyliki Getsemani, która w nocy jest pięknie podświetlona. Był to znak, że jesteśmy już blisko celu. Przy okazji mogliśmy podziwiać Jerozolimę nocą. Pięknie podświetlona Dolina Cedronu, Mury Starego Miasta, Ściana Płaczu i Kopuła Skały. Pod Murem Zachodnim jak zwykle modlili się żydzi. Po opuszczeniu placu przez chwilę kluczyliśmy po uliczkach dzielnicy muzułmańskiej, aż doszliśmy na niewielki taras widokowy przed jedną z Jesziw. Pięknie było z niego widać prace wykopaliskowe prowadzone na placu poniżej. Archeologowie odsłaniali Jerozolimę z przed dwóch tysięcy lat.
                                Następnie skierowaliśmy się do “naszej” pizzeri na Cardo Maximus, która nocą prezentowała się jeszcze piękniej niż za dnia (ulica oczywiście). W świetle lamp wyglądaliśmy dość opłakanie, ale w końcu wracamy z pustynnej okolicy. Po pysznej kolacji nie myśleliśmy o niczym innym jak prysznic i łóżeczko.
                                • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:56
                                  Dzień 10

                                  Następnego poranka ponownie udaliśmy się na przystanek koło Bramy Jaffy. Tym razem pojechaliśmy na zachodnie rubieże miasta. Pierwszym przystankiem była Góra Herzla, którą żydzi przekształcili w piękny pomnik współczesnego państwa Izraela. Znajdują się tam groby najwybitniejszych polityków i przywódców. Spoczywa tam również Theodor Herzl – twórca ruchu Syjonistycznego. Idąc ścieżką pamięci możemy prześledzić historię powstawania Izraela. W Wielu miejscach można odsłuchać oryginalnych przemówień polityków z tamtych czasów, np. deklarację niepodległości odczytana przez Ben Guriona, ojca współczesnego Izraela. Co ciekawe jego grób zgodnie z jego ostatnia wolą znajduje się na Negevie.

                                  Poniżej Góry Herzla znajduje się inny pomnik przeszłości. Instytut Yad Vashem, który zajmuje się upamiętnieniem sześciu milionów żydów, którzy stracili życie podczas II wojny światowej. Muzeum Holocaustu zbiera informacje o każdej ofierze.

                                  Jest to miejsce, które zapada na długo w pamięci. Wszystkie pomniki, wystawy, rzeźby są proste, surowe, ujmujące w swej formie. Małe dzieci nie mają tam wstępu.

                                  Bardzo symboliczne są drzewa zasadzone przez Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, które rosną w całym Yad Vashem. Idąc Ścieżką Pamięci dochodzi się do Placu Getta Warszawskiego. Dalej rozciąga się Dolina Zniszczonych Wspólnot Żydowskich. Na wielu blokach kamiennych wyryto nazwy wszystkich miejscowości w Polsce i innych państwach Europy, w których hitlerowcy dokonali eksterminacji całych wspólnot. Zaznaczono nawet malutki Ustroń, w którym mieszkam.

                                  Kolejnym bardzo wzruszającym miejscem jest sala, w której płonie wieczny ogień. Jest ona mroczna, a na podłodze wyryte są nazwy wszystkich obozów zagłady.

                                  Najbardziej jednak w całym Yad Vashem porusza niezwykły pomnik dotyczący dzieci, które zginęły w Holocauście. Świece, pomnożone przez lustra rozświetlają zupełną ciemność. Z głośników odczytywane są imiona dzieci, ich narodowość i wiek – i tak bez końca.

                                  W Yad Vashem warto również odwiedzić muzeum multimedialne ilustrujące historię Europy od przejęcia władzy przez Nazistów, aż po powstanie Izraela. Głównym elementem ekspozycji jest sala imion. Stożkowata kopuła wypełniona zdjęciami pomordowanych żydów wisi nad studnią bez dna. Trudno o lepszy przekaz rozmiarów tej tragedii.

                                  Myślę, że każdy powinien odwiedzić to miejsce. Bez Yad Vashem nie można uznać wizyty w Jerozolimie za kompletną.

                                  Po tej lekcji historii, pojechaliśmy do dzielnicy Givat Ram. Oprócz odwiedzonego już wcześniej Muzeum Izraela, znajduje się tam również Wielka Menora i Ogród Różany – naprzeciwko Knesetu.

                                  Z przystanku ruszyliśmy wprost do strażnika pilnującego wejścia do Knesetu. Ten uśmiechnął się dopiero gdy powiedziałem czego szukam. Wcześniej nie był pewien naszych zamiarów, a i ja nie wiedziałem czy nie zrobi czegoś głupiego. Oni w tym miejscu są nieco przewrażliwieni (w końcu to dzielnica rządowa). Sam pomnik Wielkiej Menory przedstawiający historię żydów, był okazały, ale bardziej podobał się mi Ogród Róż. Co prawda w sierpniu nie prezentuje się tak okazale jak na wiosnę (widziałem zdjęcia z maja), ale i tak bogactwo różnych odmian tych kwiatów było wielkie. Niestety nie mogłem spędzić w tym miejscu więcej czasu gdyż trzeba było się zbierać na Stare Miasto, zanim zaczną zamykać kościoły, które chciałem jeszcze zobaczyć.

                                  Nie mając czasu na oczekiwanie na autobus zatrzymaliśmy TAXI i pojechaliśmy wprost pod bramę Jaffy. Tym razem wszystko układało się po naszej myśli. Najpierw poszliśmy zobaczyć Kościół Zbawiciela, który jak wszystkie kościoły Ewangelickie jest prosty i surowy. Niemal zupełnie pozbawiony ozdób. Jednak główna atrakcją była możliwość wejścia na wieżę, która była idealnym punktem obserwacyjnym Starego Miasta. Widoki z każdej strony były rewelacyjne.
                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:56
                                    Następnie poszliśmy zobaczyć Katedrę św. Jakuba, jeden z najokazalszych kościołów na Starym Mieście. Godzina była trafiona, kościół był otwarty, a tu gospodarz obiektu mówi, że żona i syn mogą wejść ale ja mam za krótkie spodnie (dochodziły do kostek) i w tym stroju nie wejdę. Jednak ja nie lubię się łatwo poddawać i nie namyślając się za wiele urządziłem sobie mały sprint po Starym Mieście. W godzinach szczytu uliczki są niemiłosiernie zapchane, więc mało uprzejmie potrącałem zarówno żydów jak i arabów oraz innych turystów. Gdy wpadłem do pokoju mokry jak szczurek musiałem jeszcze przekopać się przez ubrania zanim znalazłem jedyne długie spodnie. Biegnąć z powrotem usłyszałem przed sobą okrzyk wystraszonej dziewczyny „uważaj bo jakiś wariat leci”. Zerknąłem przez ramię – jakaś parka z Polski podróżuje bez całego stada z przewodnikiem, aż chciało by się zagadać, a tu nie ma czasu. Gdy dotarłem z powrotem, byłem wykończony – czas 15 minut.

                                    Wysiłek wart był nagrody. Katedra św. Jakuba to jeden z piękniejszych kościołów jakie widziałem w Jerozolimie. Byłem również świadkiem mszy ormiańskiej, która była właśnie odprawiana.

                                    Usatysfakcjonowani opuściliśmy Stare Miasto przez Bramę Syjońską noszącą jeszcze wiele pamiątek po wojnie sześciodniowej. Ślady po kulach są wciąż dobrze widoczne. Naszym następnym celem był Kościół św. Piotra in Gallicantu, wybudowany na miejscu dawnej rezydencji Kajfasza. To w tym miejscu św. Piotr trzy razy wyparł się Jezusa. Sam kościół jest bardzo piękny dwu poziomowy. Mieści się on w starannie wypielęgnowanym ogrodzie. Pod kościołem znajdują się pozostałości po domu arcykapłana. Tuż obok znajdują się Schody Machabejskie, którymi prowadzono Jezusa na sąd przed Sanhedrynem.

                                    Kościół św. Piotra był ostatnim punktem w programie zwiedzania tego dnia. Na Stare Miasto postanowiliśmy wrócić przez Bramę Gnojną obchodząc kolejny kawałek murów. Pomiędzy obiema bramami znajduje się przystanek autobusowy, z którego chętnie korzystają ortodoksyjni żydzi.

                                    Obiad zjedliśmy w naszym tradycyjnym miejscu, po czym poszliśmy nieco odpocząć do pokoju. Jak, że tego dnie nie byliśmy aż tak zmęczeni to gdy Łuki zasnął, poszliśmy odwiedzić dzielnice Yemin Moshe, lezącą już obok Starego Miasta. Chcieliśmy z bliska przyjrzeć się wiatrakowi i pospacerować po parku obok hoteli Król Salomon i Król Dawid.

                                    Wiedziałem również, że gdzieś w tym rejonie znajduje się grobowiec rodzinny Króla Heroda. Spoczywa w nim jego żona Mariamne i dwóch synów, których zamordował w przypływie szału. Grobowiec odnalazła żona, pośrodku parku. Był zamknięty, ale mi zależało najbardziej na zobaczeniu oryginalnego okrągłego głazu, którym zamykano grobowiec. Był w stanie idealnym. Dokładnie takim samym głazem zamknięto grób Jezusa. W drodze powrotnej pospacerowaliśmy sobie trochę po galerii handlowej obok Starego Miasta i przyglądaliśmy się odświętnie ubranym rodziną żydowskim, które tłumnie ciągnęły pod Ścianę Płaczu, bowiem właśnie zaczął się Szabat.

                                    Na zakończenie spaceru chcieliśmy jeszcze zajrzeć do Bazyliki Grobu lecz była zamknięta. Ale i tak było warto wejść do dzielnicy Muristan, choćby dla widoku fontanny Sułtana, która podświetlona wieloma różnymi halogenami, prezentowała się wspaniale.

                                    Po powrocie do pokoju przygotowaliśmy nasz ekwipunek morski, ponieważ ze względu na Szabat większość atrakcji było zamkniętych, więc planowaliśmy przejście chrześcijańskiej Via Dolorosy, a następnie całodzienny wyjazd na słynne plaże Tel Avivu – Jaffy. Jedyną szansą na przejazd było złapanie busika na arabskim przystanku. Powrót planowaliśmy już po 20, więc po zakończeniu szabatu.
                                    • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:56
                                      Dzień 11

                                      Następnego dnia rano po raz pierwszy nad Jerozolimą było nieco więcej chmur. Temperatura też był nieco niższa, niż w poprzednie dni. Chcieliśmy przejść Via Dolorosę zgodnie z przebiegiem poszczególnych stacji. Ze Starego Miasta wyszliśmy przez Bramę Gnojną by po obejściu murów wrócić z powrotem przez Bramę Lwią. Pierwszym celem był Klasztor św. Anny i Sadzawka Besteda, przy której Jezus uzdrowił nieuleczalnie chorego. Kościół jest jednym z lepiej zachowanych przykładów architektury Krzyżowców w Ziemi Świętej. Miejsce jego wybudowania, również nie jest przypadkowe. W przeszłości w tym miejscu znajdował się dom rodziców Marii.

                                      Obecnie cały ten teren jest administrowany przez Francję. Po zwiedzeniu kościoła poszliśmy w kierunku pierwszej stacji. Idąc dalej prosto naprzeciwko Kościoła Biczowania i Kościoła Skazania po lewej mamy widok na dziedziniec muzułmańskiej szkoły dla chłopców Umariyya. To właśnie tam zlokalizowana jest pierwsza stacja. Tego dnia wejście do szkoły było zamknięte, ale w dniu następnym udało nam się wejść na ten dziedziniec, z którego roztaczał się piękny widok na fontannę i kopułę Bazyliki Ecco Homo. Dodatkowo mogliśmy zerknąć z góry na znajdujące się po lewej stronie Wzgórze Świątynne.

                                      Jak już wspomniałem tuż obok znajdują się dwa piękne kościoły, które wskazują miejsce drugiej stacji. Podobnie jak pierwsza znajduje się ona na terenie dawnej Rzymskiej twierdzy Antonia, w której sądzono Jezusa, i gdzie otrzymał swój krzyż i koronę cierniową.

                                      Na posadzce Kościoła Skazania zachowała się jedna z Rzymskich gier ulicznych. Kolejnym celem były okazałe podziemia Twierdzy Antonia tak zwane Lithostratos. Obiekt wart jest uwagi, ponieważ będąc w tym miejscu stąpamy po płytach kamiennych z przed dwóch tysięcy lat. Wszędzie są ślady związane z Rzymianami.

                                      Idąc dalej docieramy do znajdującego się tuż obok łuku Ecco Homo, Bazyliki Ecco Homo i do leżącego po prawej kompleksu klasztornego sióstr Syjońskich. Bazylika była zamknięta, lecz można było zajrzeć do środka przez przeszklone wejście.

                                      Kawałek dalej mieści się Więzienie Chrystusa schowane za drzwiami Pretorian, które również było zamknięte. Idąc dalej dochodzi się w końcu do Via Dolorosy i trzeciej stacji –zwanej Polską Stacją. Wewnątrz można podziwiać piękne malowidła, również Polskiego autorstwa. Zaledwie parę metrów dalej znajduje się stacja czwarta i wzniesiony dla jej upamiętnienia kościół Ormiański. Warto do niego zajrzeć, choćby ze względu na piękną mozaikę w krypcie.

                                      Kilka metrów za kościołem znajduje się stacja piąta. W tym miejscu Via Dolorosa skręca i zaczyna piąć się lekko pod górkę. Przy stacji szóstej zaczyna się kryty arabski bazar, który jednak o tej porze nie był jeszcze zbyt uciążliwy. Przy kolejnej stacji spotkaliśmy Polska wycieczkę, gdzie przewodniczka z zaangażowaniem opowiadała o ostatnich chwilach Jezusa. Oczywiście zrobił się mały zator, ale jakoś się przebiliśmy. Kolejna stacja to tylko tabliczka na ścianie klasztoru, ale trzeba było i ja odwiedzić.

                                      Aby dojść do stacji dziewiątej (ostatniej przed Bazyliką Grobu), należało wrócić po własnych śladach i skręcić w lewo. Za nami podążała kolejna wycieczka, więc przyspieszyliśmy nieco kroku, by mieć choć chwilę samotności. Stacja dziewiąta mieści się tuż prze wejściem do Patryjarchatu Koptyjskiego. Na wprost wchodzi się na jego obszar, na prawo do małego kościółka Koptyjskiego, na prawo do klasztoru etiopskiego, na dachu Bazyliki.

                                      W ten sposób przemierzyliśmy całą drogę krzyżową. Stare Miasto opuściliśmy przez Bramę Damasceńską. Żona wraz z Łukim postanowili chwile odpocząć, a ja poszedłem zobaczyć Bramę Heroda, ostatnia do kolekcji.

                                      Gdy wróciłem zaczęły się poszukiwania szerutu do Tel Avivu. Trwały one ku mojej wielkiej irytacji około godziny, ale w końcu się udało i w zapchanym do granic możliwości busiku pomknęliśmy nad Morze Śródziemne.

                                      Gdy wysiedliśmy obok dworca Głównego, znaleźliśmy się w jakiejś dzielnicy Sudańczyków. Wszędzie rośli murzyni i afrykańskie klimaty, woleliśmy jednak nie zwiedzać okolicy i czym prędzej kolejnym autobusem pojechaliśmy na plażę.
                                      • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:57
                                        Tel Aviv to najbogatsze miasto w Izraelu, pełne drapaczy chmur i awangardowych, modernistycznych budynków w stylu Bauchausu. Jest ich tam największe skupisko na świecie, za co UNESCO, przyznało miastu nagrodę. Jednak nie to było magnesem, który przyciągał nas w to miejsce. Nie były to również ceny, chyba najwyższe w całym Izraelu (polecam obiad rodzinny w MD). To co nas, a przede wszystkim Łukiego i Elę tam przyciągało to kilkukilometrowa plaża ciągnąca się od Jaffy do rzeki Jarkon.

                                        Pierwszym postojem była najbliższa plaża. Było fajnie ale czas leciał i trzeba było jeszcze zwiedzić Jaffę, choć reszta rodziny stwierdziła, że wcale nie jest to konieczne. Po małej wymianie zdań w końcu wszyscy ruszyliśmy w kierunku tego starożytnego portu. Jednak tuż przed Jaffą, rodzinka zapuściła kotwicę na kolejnej plaży i oznajmił, że dalej nie idzie. Tak więc uroki Jaffy podziwiałem samotnie. Syn natomiast wykorzystując kilka godzin nieskrępowanej swobody nad Morzem budował wielki zamek. Co robiła, żona tego do dzisiaj nie wiem (twierdzi, że pilnowała Łukiego).

                                        Jaffa mieści się na niewielkim wzniesieniu, skąd roztacza się wspaniała panorama miasta. Starówka została w całości zrewitalizowana i obecnie zwiedza się ją znakomicie. Kolejną atrakcją Jaffy jest port morski. Oprócz niego podziwiać również można Kościół św. Piotra, piękne parki i wiele innych atrakcji.

                                        Po powrocie na plażę i wykopaniu rodziny z piasku poszliśmy na długi spacer wzdłuż promenady. W końcu dopadł nas głód więc poszliśmy coś zjeść. Udało się nam zakupić kilka pysznych parówek, nawet dali odrobinę ketchupu. W połączeniu z chlebkami z Jerozolimy dało to całkiem niezły posiłek. Co prawda pisało HOT DOG i kosztowało chyba z 12 NIS, ale co tam.

                                        W drodze powrotnej na dworzec przeszliśmy przez całe miasto, które z wolna budziło się do nocnego życia. Zrobiliśmy kolejne zakupy, tym razem w znośnym cenowo markecie i idąc śladem autobusu nr. 4 podziwialiśmy pięknie oświetlone wieżowce.

                                        Aby dostać się na dworzec w Tel Avivie podobnie jak w Jerozolimie czy Hajfie, trzeba było przejść przez kontrolę na wykrywaczu metali i kontrolę bagaży. Niby normalka, ale w tym dniu dopiero co otworzyli dworzec (koniec szabatu) i tłum był niemiłosierny. W ostatniej chwili gdy już byliśmy sprawdzani, żona zauważyła budkę z tańszym jedzeniem, którą prowadzili Afrykanie. Może następnym razem. Na dworcu w Tel Avivie, korzystając z okazji zakupiliśmy bilety do Ejlatu, aby się później już nie stresować.

                                        Do Jerozolimy zajechaliśmy już w nocy liniowym autobusem Eggedu.

                                        Tym razem nie włóczyliśmy się po mieście gdyż trzeba było się spakować. To miała być nasza ostatnia noc w Jerozolimie. Następny dzień był przeznaczony na zwiedzenia Tunelu Hasmonejskiego, Betlejem i przejazd do Nazaretu.
                                        • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:57
                                          Dzień 12

                                          Tego dnia rozpoczęliśmy nasze zwiedzanie od Tunelu Hasmonejskiego. Atrakcję tą zarezerwowaliśmy dużo wcześniej, gdyż jest duże zainteresowanie tym miejscem. Pracom wykopaliskowym towarzyszyły liczne protesty Palestyńczyków, którzy obawiali się, że żydzi robią podkop pod Kopułę Skały by ja wysadzić. W rzeczywistości tunel nie sięga pod Harram esz Szarif.

                                          Zaraz przy wejściu znajduje się rozkładany model II świątyni Jerozolimskiej. Anglojęzyczna przewodniczka omawia przy nim historię tego miejsca.

                                          Następnie poszliśmy Sekretnym Przejściem do Large Hall, sali z czasów Heroda, gdzie zaczyna się tunel przy Wzgórzu Świątynnym. Także w tym pomieszczeniu znajduje się model II świątyni, gdzie mięliśmy kolejny wykład. Trzeba przyznać, że żydzi maja bzika z tymi makietami, jak również z filmami, które wyświetlają przy każdej okazji. Nawet w tym tunelu oglądaliśmy jakaś kreskówkę jak to dzielni budowniczowie stawiali świątynię.

                                          Następnie szliśmy cały czas prosto mijając po drodze między innymi - Największy Kamień użyty do umacniania wzgórza. Kolejnym ciekawym miejscem w tunelu jest Warrens Gate – Brama, która kiedyś prowadziła na Wzgórze Świątynne. Obok niej znajduje się miejsce najświętsze –najbliższe świętego kamienia. W tym miejscu można spotkać ortodoksyjne żydówki, które się tam modlą. Dalej tunel się zwęża i ciągnienie się jakieś 150 metrów.

                                          Następnie dochodzimy do oryginalnej drogi z czasów rzymskich (Herodian Road) znajduje się tam również kilka kolumn. Za Drogą Heroda znajduje się kamienne Rock Quarry, wielkie bloki skalne użyte do budowy jakiejś konstrukcji za czasów Heroda. Następnie dochodzi się do Akweduktu. Wchodził on w skład rozległego systemu wodnego ówczesnej Jerozolimy. Na końcu znajduje do The Stroution Pool – wielki zbiornik, w którym do dziś znajduje się woda.

                                          Z tunelu wychodzi się obok pierwszej stacji drogi krzyżowej.

                                          Po zwiedzeniu tunelu poszliśmy wprost na arabski przystanek autobusowy przy Grobie w Ogrodzie. Stamtąd odjeżdżają autobus do różnych miejsc w Autonomii Palestyńskiej. My wybraliśmy ten jadący do Betlejem, a raczej do przejścia pomiędzy Izraelem a Autonomią.

                                          Po niezbyt długiej jeździe w całej okazałości mogliśmy przyjrzeć się murowi bezpieczeństwa. Przygotowaliśmy paszporty i ruszyliśmy w kierunku punktu kontrolnego. Samo przekroczenie tej prowizorycznej granicy nie było zbyt skomplikowane. Inaczej sprawa się miała w przypadku Palestyńczyków, ale to opowieść na inna okazję.

                                          Gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie, od razu otrzymaliśmy propozycję przejazdu taksówką i zwiedzenia wszystkich ciekawszych miejsc w Autonomii Palestyńskiej. Niestety musieliśmy ich rozczarować. Nie to, że nie miałem ochoty ale po prostu czas pozwalał na odwiedzenie jedynie Betlejem.

                                          Nasze zwiedzanie rozpoczęło się przed Meczetem Omara. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Bazyliki Narodzenia Pańskiego. Jest ona o wiele mniejsza niż Bazylika Grobu w Jerozolimie, ale i tu panuje podniosła atmosfera. Obejrzeliśmy ja sobie w całości, ale do żłobka nie wchodziliśmy, gdyż był akurat wysyp wycieczek i korek był zbyt długi. Zostawiając to miejsce na później poszliśmy zerknąć na Kościół św. Katarzyny, ale tam właśnie się modlono. Ponadto dowiedzieliśmy się, że w Ramadanie w Betlejem cofa się czas o godzinę. I tak w Jerozolimie była już pierwsza, a tuż za murem dwunasta. Nie chcąc tracić czasu poszliśmy do Kaplicy Groty Mlecznej, błądząc sobie przy okazji po zaułkach Betlejem.

                                          Tradycja głosi, że Święta Rodzina w drodze do Egiptu znalazła schronienie w grocie, w której dzisiaj mieści się franciszkańska kaplica. Według legendy, gdy Maryja karmiła piersią Dzieciątko, kilka kropli mleka spadło na ziemię. Od mleka całe wnętrze groty zabarwiło się na biało. Przychodzą tu kobiety, żeby modlić się o pomyślne karmienie, a pielgrzymi kupują porcje sproszkowanego białego kamienia.
                                          • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:57
                                            Wracając zerknęliśmy do sklepu, w którym sprzedawca znał całkiem pokaźny zasób polskich słów. W końcu można było kupić wodę w normalnej cenie – 3 NIS. Zajrzeliśmy ponownie do Bazyliki – ciągle tłum, więc poszliśmy sobie coś zjeść. Ceny na starcie o połowę niższe niż w Jerozolimie. Po obiedzie pospacerowaliśmy sobie chwilę po uliczkach Betlejem i po raz trzeci zawitaliśmy do Bazyliki, gdzie trochę przejaśniało i mogliśmy w końcu zobaczyć miejsce urodzenia Jezusa.

                                            Również w kościele św. Katarzyny skończono się modlić i można było go zwiedzać. Największa atrakcją tego miejsca są jego podziemne sale, w których św. Hieronim napisał Wulgatę.

                                            Po opuszczeniu kościoła poszliśmy jeszcze raz coś zjeść – co prawda nieco na zapas ale jak tu nie skorzystać z tych cen. Choć miałem jeszcze ochotę zobaczyć kilka innych miejsc w okolicach Betlejem, trzeba było wracać, żeby zdążyć na autobus do Nazaretu. Po powrocie na stronę Izraelską postanowiliśmy odwiedzić Grobowiec Racheli, który choć znajduje się na obszarze Betlejem to oddzielony jest od niego murem. Aby się tam dostać należy zatrzymać jakieś auto i przejechać około półtora kilometra wzdłuż posterunków i muru z zasiekami. Samochód zatrzymał dla nas strażnik z pokaźnym karabinem. Do celu pojechaliśmy korzystając z uprzejmości ortodoksa, który jechał się tam modlić. Ponieważ zaraz po opuszczeniu Betlejem założyliśmy jarmułki, traktowano nas bardziej życzliwie. Wewnątrz oczywiście są dwie sekcje –dla pań i panów. W męskiej traktowano mnie jak żyda, gdyż byłem w odpowiednim stroju i na tyle mocno opalony, że niczym się nie wyróżniałem. W środku sami ortodoksi. W końcu się zdemaskowałem wyjąłem, kamerę i sfilmowałem to ciekawe miejsce.

                                            Żona opowiadała, że żydówki wręczały jej jakieś książeczki modlitewne i zapraszały do wspólnej modlitwy. Było miło, ale trzeba było wracać. Z powrotem pojechaliśmy samochodem (podobno spacery w tym rejonie groziły wizyta w areszcie). Po powrocie na przystanek zdjęliśmy jarmułki i przywitaliśmy kierowcę busika arabskim witaj brachu.

                                            Po powrocie do Jerozolimy złapaliśmy nasze bagaże i ze smutkiem opuściliśmy Citadel Hostel, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Pod Bramą Jaffy złapaliśmy autobus jadący na dworzec główny.

                                            Tym razem dopisało nam szczęście, gdyż w momencie zakupu biletów właśnie podstawiał się autobus do Nazaretu.

                                            Jechaliśmy około 3 – 3,5 godziny. Na miejsce przyjechaliśmy późnym popołudniem. Powoli zaczynało się ściemniać. Gdy wyszliśmy z autobusu od razu uderzyły mnie trzy rzeczy. Po pierwsze dworzec główny (o ile to był on) to zwykły przystanek przy drodze. Po drugie było strasznie duszno, w chwili zrobiliśmy się cali mokrzy. Po trzecie tuż obok wznosił się majestatyczny budynek Bazyliki Zwiastowania – nasz główny cel wizyty w tym miejscu.

                                            Nazaret jest największym arabskim miastem w Izraelu i to od razu widać. Miało zupełny inny klimat niż Jerozolima. Po tych szybkich przemyśleniach zarzuciliśmy na plecy nasze toboły (już odzwyczaiłem się od ich dźwigania) i ruszyliśmy na poszukiwanie hostelu Fauzi Azar Inn. Trochę pobłądziliśmy, ale ostatecznie udało się nam w miarę szybko tam dotrzeć. Droga do niego była dość dobrze oznakowana, jednak cały czas prowadziła pod górę, co nas ostatecznie wykończyło.

                                            Sam Hostel mieści się w pięknym arabskim budynku, który sam w sobie był atrakcją turystyczna. Po zameldowaniu poszliśmy zobaczyć nasz droom. W jednej sali było sześć piętrowych łóżek. Podczas naszego pobytu zajęte były jednak tylko cztery miejsca, tak więc nie było tłoku. Po rozpakowaniu i długim prysznicu, który z racji wysokiej wilgotności powietrza pomagał na jakiś kwadrans, ruszyliśmy na rekonesans okolicy. Wieczorny spacer wąskimi uliczkami Starego Miasta Nazaretu to było niezapomniane przeżycie. Po drodze minęliśmy Biały Meczet – najstarszy w Nazarecie. Bazylika Zwiastowania była pięknie podświetlona i stanowiła centralny punkt w mieście. Nieco poniżej poszliśmy zrobić zakupy na kolację i następny dzień.

                                            W hostelu była dobrze wyposażona kuchnia, z której skwapliwie skorzystaliśmy. Na zakończenie tego niezwykle intensywnego dnia posiedzieliśmy sobie chwilę przy drinku i omówiliśmy szczegóły kolejnego dnia zwiedzania. Znów czekały nas rozjazdy i mnóstwo atrakcji z perłą Lewantu na czele.
                                            • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:58
                                              Dzień 13.

                                              Zgodnie z planem wcześnie rano poszliśmy zwiedzić Bazylikę Zwiastowania. Składa się ona z dwóch części. Z Kościoła Górnego i Dolnego. Powstał na ruinach dawniejszej budowli, która upamiętniała miejsce w którym anioł zwiastował Marii, że urodzi mesjasza. Cała Bazylika i jej otoczenie ozdobiona jest wieloma wizerunkami Matki Boskiej, które napływały do Nazaretu ze wszystkich stron świata. Nie zabrakło również wizualizacji z Polski.

                                              Tuż obok Bazyliki znajdują się archeologiczne pozostałości starożytnych mozaik i innych artefaktów z przeszłości. Obok znajduje się pokaźny klasztor franciszkanów. Z drugiej strony zobaczyć można Kościół św. Józefa. W jego podziemiach można odnaleźć pozostałości po miejscu pracy ojca Jezusa.

                                              Na zwiedzanie tego kompleksu zeszło nam około półtorej godziny. Niestety nie mieliśmy czasu na zwiedzanie kolejnych kościołów, gdyż trzeba było wracać po bagaże i łapać autobus do Akko. Niestety na przystanku się trochę zakręciliśmy, w czym wydatnie pomogli nam przechodnie skutecznie dezinformując z której części drogi nadjedzie nasz autobus. Mimo, że byliśmy na czas i tak nam uciekł. Oj można się.... . Półtorej godziny w plecy przy napiętym programie zwiedzania mocno mnie zirytowało, ale cóż było robić.

                                              Następny autobus już był oczekiwany we właściwym miejscu i niespodzianka – kierowca mówił po Polsku. Co prawda nieco zardzewiał, ale można było z nim porozmawiać, co sprawiało mu wyraźnie przyjemność. Niemal całą drogę do Akko przedrzemałem. Po dotarciu na miejsce ponownie przywitał nas niemiłosierny upał. Co prawda nie było już takiej wilgotności, ale za to kilka stopni więcej. A tu trzeba z tobołami znaleźć Akko Sand Hostel na Starym Mieście. Dobrze, że kierowca podwiózł nas nadplanowo tak blisko jak się dało. W Akko dopisało nam szczęście. Po pierwsze hostel był bardzo blisko. Po drugie pierwszy zagadany o drogę tubylec, okazał się jednym z szefów i właśnie tam szedł. Odrabiamy straty czasowe – ucieszyłem się.

                                              Po zameldowaniu i małym przepakowaniu i innych takich ruszyliśmy na zwiedzanie tego najpiękniejszego zaraz po Jerozolimie miasta w Izraelu. Na pierwszy ogień poszedł Meczet al.-Jazzar. Największy w całym mieście, i drugi po al.-Aksie w Izraelu. Jest to klasyczny przykład budownictwa Osmańskiego. Po raz pierwszy i ostatni zresztą, weszliśmy do środka świątyni muzułmańskiej, a żona w końcu ubrała się przyzwoicie.

                                              Po zwiedzeniu meczetu poszliśmy zobaczyć słynną Turecką Łaźnie zamienioną na Muzeum Miejskie – Hamman al. –Pasha. Po raz pierwszy miałem okazję przyjrzeć się jak takie miejsce wygląda. Obiekt był w użyciu do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Obecnie jest to naszpikowane elektroniką zdalnie sterowane muzeum, w którym oczywiście nie mogło zabraknąć filmu. Tu wyświetlali aż dwa. Trzeba przyznać, że pięknie to urządzili, nawet para była.

                                              Następnie poszliśmy do największej atrakcji Starego Miasta – Podziemnego Miasta Krzyżowców. Przy wejściu na teren obiektu, znajduje się Visitor Centre, gdzie można nabyć bilet łączony. Cena za kilka atrakcji jest niższa, niż gdyby je kupowano osobno. Skusiliśmy się. Pani z rosyjskim akcentem odliczyła nam Muzeum Miejskie, które już zwiedziliśmy i sprzedała bilet do Twierdzy Krzyżowców, Tunelu Templariuszy, Wstęp na mury miejskie (choć tam wejście było za darmo – ale to szczegół), Do Muzeum Sztuki – nie było czasu, i do Rosz Hanikry, którą zostawiliśmy sobie na następny dzień. Obiecała również załatwić po specjalnej cenie dojazd pod granicę z Libanem i powrót.
                                              • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:58
                                                Tuż obok wznosiła się cytadela, która w przeszłości służyła Brytyjczykom za więzienie, w którym przetrzymywano żydowskich imigrantów i bojowników niepodległościowych. Cały kompleks krzyżowców, został odkopany kilkanaście lat temu i od razu stał się międzynarodową sensacją. Pozostawał pod kilkumetrowymi zwałami gruzu od czasów średniowiecza, kiedy to wojska arabskie zdobyły ten ostatni bastion Królestwa Jerozolimskiego. Potężne sale, robią wrażenie. Są zachowane w doskonałym stanie i dają niezły obraz tego jak w średniowieczu się biesiadowało, naradzało i mieszkało.

                                                Kolejną atrakcją tego miejsca jest tunel, który prowadzi podziemiami, do kolejnych sal. Niektóre jego odnogi są zamknięte dla zwiedzających gdyż wciąż prowadzone są tam prace archeologiczne. Aby wydostać się z twierdzy należy przejść przez sklep z pamiątkami (taki żydowski wkład architektonicy), prosto na arabski bazar (przypadek?).

                                                Jednak na zakupy nie było czasu, gdyż godziny zamknięcia są nieubłagane. Aby zwiedzić Tunel Templariuszy, który rozciąga się od portu, aż do latarni morskiej (kiedyś stał tam kolejny fort), należało przejść przez labirynt wąskich uliczek Starego Miasta. Po drodze można zobaczyć piękny ale mniej okazały Meczet Sinana Pashy, piękny port morski i obecnie odrestaurowywały Karawanseraj Khan el Umdan z górującą nad nim wieżą zegarową z czasów osmańskich. Na dziedzińcu karawanseraju, podobnie jak na dziedzińcu Meczetu al.-Jazzar stoją kolumny przywiezione z Cezarei Nadmorskiej.

                                                Przejście przez miasto stanowiło nie lada atrakcję, ale w końcu trzeba było znaleźć wejście do tunelu, bo znowu pocałuję klamkę. Tym razem się udało i mogłem przespacerować się tym kilkuset metrowym podziemnym przejściem, które jednak nie zrobiło na mnie większego wrażenia.

                                                Wyszliśmy po drugiej stronie Starego Miasta, na wprost Latarni Morskiej. Aby dojść do wejście na Mury Miejskie, należało się wrócić. Postanowiliśmy zrobić to idąc naokoło. Po drodze minęliśmy mały kościół św. Jana. Mogliśmy się również przyjrzeć jak nastolatki skaczą z wysokich murów do morza.
                                                Mury Miejskie to brzmi dumnie ale w porównaniu z Jerozolima nie tworzą spójnej całości. Część znajduje się obok latarni, następna tuż przy wejściu na Stare Miasto. Roztaczają się z niego ładne widoki na okolicę i Zatokę Hajfy, można tam również zobaczyć kilka armat, ale prawdę powiedziawszy spodziewałem się czegoś lepszego. Może jeszcze się z nie wezmą, bo w wielu miejscach trwają wykopaliska i prace restauratorskie. Stare Miasto Akki zostało niedawno wpisane na listę UNESCO, co znacznie podniosło jego prestiż.

                                                Po zejściu z murów (ostatniego żelaznego punktu zwiedzania miasta) w końcu mogliśmy udać się na obiad. Fajną knajpkę znaleźliśmy niedaleko naszego hostelu. Po obiedzie wróciliśmy do pokoju po sprzęt plażowy, gdyż tam zdecydowana większość rodziny (2 osoby) planowały spędzić resztę dnia.

                                                Nie czekając więc dłużej ruszyliśmy na plażę. Pierwsza jaką znaleźliśmy tuz przy murach Starego Miasta ominęliśmy gdyż nie była za ciekawa. Dopiero następna oddalona o jakieś dwa kilometry była całkiem sympatyczna. Przyszliśmy dość późno i przy wejściu za bardzo nie chciano nas wpuścić, więc musiałem całkowicie zapomnieć angielskiego i po polsku domagałem się dostępu do morza. Gość nic nie rozumiał i w końcu machnął ręką a idź w cholerę.

                                                Na plaży spędziliśmy ostatnie dwie godziny dnia. Rodzinka się kąpała a ja podziwiałem piękny zachód słońca nad miastem. Wyglądało to bardzo malowniczo. No dobra – też się rzucałem na fale i cieszyłem z tego jak dziecko.

                                                Wracając do hostelu zaopatrzyliśmy się na stacji benzynowej w zapas wody. Nie chcieliśmy jednak od razu wracać do hostelu. Najpierw postanowiliśmy przejść dookoła całe Stare Miasto i zobaczyć jak się prezentuje w nocy.

                                                Tym razem się nam nie śpieszyło i można było w spokoju zajrzeć w każdy zakątek. Po drodze zaopatrzyliśmy się jeszcze w wyjątkowo tanie piwo (6 NIS –po powrocie o jedenastej do sklepu (bo oczywiście brakło) kosztowało już 7 NIS).

                                                Po powrocie do hostelu resztę wieczoru spędziliśmy na tarasie, w towarzystwie innych gości (pokój był wieloosobowy) napawając się widokiem meczetu oddalonego o kilkanaście metrów i wsłuchując się w nawoływania do modlitwy.
                                                • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:59
                                                  Dzień 14

                                                  Następnego dnia zgodnie z umową poszliśmy do Visitor Centre poczekać na taksówkę. Za 50 NIS pojechaliśmy z Akko do Rosz Hanikry. Miejsce to jest niezwykłe i tworzy niezapomniany klimat.

                                                  Po pierwsze znajduje się na granicy Izraela i Libanu. Pomiędzy obu krajami nie ma ani jednego czynnego przejście granicznego i często wybuchają konflikty zbrojne. Po drugie jest to słynna atrakcja turystyczna Izraela, która przyciąga każdego dnia setki turystów.

                                                  Wspaniałość Rosz Hanikry tworzą jaskinie morskie i wspaniałe kredowe klify wpadające w morze. Sieć jaskiń połączona jest tunelami, które wraz z przejściami wyżłobionymi na powierzchni tworzą piękna trasę turystyczną. Ze szczytu rozciąga się piękny widok na pobliskie złote plaże i wzgórza otaczające jaskinie.

                                                  W kierunku jaskiń zjeżdża się bardzo stromą acz króciutką kolejką linową. Oczywiście i w tym pięknym miejscu nie obyło się bez projekcji filmu, lecz my jak zwykle woleliśmy podziwiać piękno przyrody, która nas otaczała niż przesiadywać w salce kinowej.

                                                  Po zakończeniu zwiedzania wróciła po nas taksówka i za ta sama cenę wróciliśmy do Akko. Jednak nie zabawiliśmy tam zbyt długo. Po odebraniu bagaży i pożegnaniu się z gospodarzem hostelu wsiedliśmy znowu do taksówki i pojechaliśmy do Hajfy. Początkowo mięliśmy zamiar jechać autobusem, ale te ciężkie bagaże i upał spowodowały, że tym razem zrobiliśmy się wygodniejsi. Budżet mocno ucierpiał ale w Hajfie znaleźliśmy się bardzo szybko.

                                                  Jednak już od samego początku zaczęły się problemy, taksówkarz zawiózł nas na niewłaściwy Dworzec Główny i trzeba było łapać autobus miejski. Gdy w końcu dotarliśmy gdzie chcieliśmy powstał kolejny problem. Mieliśmy bowiem w planie odwiedzenie Ogrodów Bahajów i Klasztoru Stella Maris, a ciężko by to było zrobić ze wszystkimi bagażami. Tymczasem okazało się, że to trzecie co do wielkości miasto Izraela na Dworcu Głównym nie ma przechowywalni bagażu. Sytuacja była dość irytująca. Z kłopotów wybawił nas Rosjanin handlujący zegarkami na dworcu. Zgodził się on „sąsiadom zza miedzy” przechować bagaże dopóki będzie sprzedawał. Nawet nie chciał żadnych pieniędzy, spytał tylko czy nie mamy w plecaku żadnej bomby.

                                                  Tak więc czas naszego zwiedzania Hajfy uzależniony był o handlującego zegarkami Rosjanina na dworcu głównym. A że tego czasu nie było aż tak dużo od razu ruszyliśmy na miasto. Kolejnym autobusem pojechaliśmy pod Ogrody Bahajów.

                                                  Składają się one a trzech części i rozciągają się na całym zboczu Góry Karmel. My zatrzymaliśmy się przy części środkowej. Ogród był piękny, ale to nie było to czego się spodziewałem. Na dodatek Świątynia Bahajów była w remoncie i w całości zasłonięto ją jakąś ohydną brązowa płachtą, co skutecznie psuło widok.
                                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 14:59
                                                    Po okrążeniu tej części parku ruszyliśmy na piechotę na szczyt Góry Karmel. Chciałem się dostać jak najszybciej do górnego tarasu więc nie chciałem czekać na autobus, gdyż cel był nieodległy. Jednak dopiero teraz Hajfa pokazała swoje prawdziwe oblicze. Okazało się, że na szczyt nie prowadzi żadna prostopadła ulica a jedynie spiralny ślimak który wił się w nieskończoność. Oczywiście próbowałem się przedrzeć na skróty przez jakieś chaszcze i podwórka, ale w końcu musiałem zrezygnować. Najbardziej wkurzało mnie to że te wspaniałe ogrody cały czas były tuz obok i mimo, że mijałem jakieś boczne wejścia wszędzie był zakaz wstępu. Nie wierzcie w godziny otwarcia ani w całkowita dostępność tych ogrodów.

                                                    Na szczyt wjechaliśmy kolejnym autobusem. Dopiero tam mogliśmy w pełni docenić piękno tego wstrętnego urbanistycznie miasta. Panorama Hajfy był olśniewająca. Jak na dłoni widać było port, silos zbożowy Dagon, wieżowiec Sail, piękne plaże i zgrabne domki tonące wśród zieleni.

                                                    Idąc dalej w końcu doszliśmy do celu – Górnej Części Ogrodu Bahajów. Po dokładnej rewizji zostaliśmy wpuszczeni ale tylko na pierwszy taras. Reszta była zamknięta, ale dobre i to. W końcu zobaczyłem ten widok dla, dla którego przyjechałem do Hajfy. Trzeba przyznać, że ogrody robią wrażenie nawet w czasie częściowej renowacji – spokojnie mogły by się stać jednym z Nowych Cudów Świata.

                                                    W nieco lepszym humorze udaliśmy się dalej w kierunku Kościoła Stella Maris. Na miejsce dojechaliśmy nieco przepłaconym busikiem gdyż zależało nam na czasie. Kościół będący częścią kompleksu klasztornego oprócz pięknych malowideł na kopule ma jeszcze jedna atrakcję. Pod ołtarzem znajduje się symboliczna grota Eliasza, w której miał się schronić w niebezpieczeństwie.

                                                    Przed kościołem znajduje się niewielka piramidka upamiętniając francuskich żołnierzy. Po przeciwnej stronie ulicy obok górnej stacji kolejki linowej znajduje się punkt widokowy, z którego można podziwiać panoramę miasta i znajdujące się poniżej Muzeum Marynarki Wojennej.

                                                    Planowaliśmy zjechać z Góry Karmel kolejką, ale wcześniejsze rajdy taksówkami i busami dość skutecznie wydoiły nas z gotówki i trzeba było się zadowolić zwykłym autobusem.

                                                    Po powrocie na dworzec i odebraniu bagaży poszliśmy w końcu coś zjeść. Na autobus do Tel Avivu mięliśmy trochę czasu więc można było pozwiedzać nieco dworzec w Hajfie.

                                                    Gdy dotarliśmy do Tel Avivu było już ciemno. Znów mieliśmy sporo czasu ale nie chciało się nam już chodzić po mieście więc przycupnęliśmy na jednej z ławeczek i obserwowaliśmy codzienna krzątaninę na dworcu. Przy okazji poczytałem trochę Izraelskiej prasy w ustronnym miejscu. Dowiedziałem się na przykład ile stopni było dzisiaj w Jerozolimie a ile w Ejlacie. Gdy tak siedzieliśmy i czekaliśmy po raz pierwszy dane było nam zaobserwować przemoc, o której tyle pisze się na zachodzie. Nie była to jednak akcja policji i wojska przeciw Palestyńczykom a regularne mordobicie pomiędzy wściekłym pasażerem a jakimś pracownikiem z biura obsługi klienta. Pomyślałem, że jutro w Polskich wiadomościach pojawią się komunikaty o zamieszkach w Tel Avivie. Po chwili zebrała się spora grupa gapiów i nawet żołnierze się zatrzymali ale nie aby kogokolwiek rozdzielać, ale żeby dopingować swojego faworyta –pewnie robili zakłady. Na szczęście klient zainteresowany był tylko tym jednym pracownikiem i inni mogli się czuć bezpieczni.

                                                    Autobus do Ejlatu odjeżdżał po północy. Byliśmy już dosyć mocno zmęczeni i mieliśmy nadzieję na nieco spokoju i jakiś sen w autobusie, który na południe jedzie jakieś pięć godzin. Niestety zupełnie innego zdania była gównażeria, która tłumnie jechała na jakieś kolonie czy coś takiego i przez całą drogę normalnie darła ryje na cały autobus. Przy okazji rozmawiali przez telefony a i kierowca zapuścił swoje stereo ponad normę.

                                                    Tak więc mimo, że tego dnia nie było wcale tak dużo zwiedzania, to przemierzyliśmy Izrael od Libanu do Morze Czerwone i nad ranem gdy się w końcu skończył autobusowy horror z nastolatkami mięliśmy serdecznie dość.

                                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 15:00
                                                    Dzień 15

                                                    W Ejlacie zjawiliśmy się gdy było jeszcze ciemno. Byliśmy naprawdę zmęczeni po tych wszystkich przejazdach ale nie było czasu na odpoczynek. Tego dnia planowaliśmy zwiedzić Ejlat zanim zrobi się zbyt ciepło i odwiedzić Podwodne Obserwatorium Morskie. Później musimy wrócić do Egiptu i dotrzeć do Three Corners El Welala Golf Resort gdzie zamierzaliśmy spędzić ostatni tydzień naszych wakacji.

                                                    W Corinne Hostel nie było miejsc dla naszych bagaży. W innych hostelach w okolicy również nie chcieli ich wziąć na przechowanie traktując mnie jak intruza czy wręcz wrogo – cóż taka Izraelska życzliwość. Nie było więc innego wyjścia ja zapłacić haracz na dworcu w przechowalni.

                                                    Bez balastu ruszyliśmy na miasto. W Ejlacie nie ma żadnych zabytków, z wyjątkiem historycznego miejsca Umm Rash Rash, w którym kiedyś znajdował się turecki posterunek, a obecnie wznosi się pomnik żołnierzy Izraelskich.

                                                    Przeszliśmy się obok lotniska, na którym ciągle lądowały samoloty. Znajduje się ono w samym środku Ejlatu więc widok przyziemianych maszyn jest dodatkową atrakcją. Idąc dalej prosto pięknie utrzymanymi promenadami doszliśmy w końcu do jakiegoś baru, w którym zjedliśmy śniadanie.

                                                    Następnie ruszyliśmy na piechotę w kierunku Obserwatorium Morskiego i planowaliśmy dojść tam pieszo, ale gdy dotarliśmy do miejsca, w którym pomnik statku „DELFIN” upamiętniał wydarzenia z roku 1967 zrobiło się zbyt ciepło na dalsze dreptanie. Autobusy wciąż nie kursowały więc po ostrym targowaniu pojechaliśmy dalej TAXI.

                                                    Wejście do Parku było jeszcze zamknięte więc przycupnęliśmy na ławce i podziwialiśmy wielka skałę po drugiej stronie ulicy. Bilety są dość drogie, ale atrakcje w Parku nie mają sobie równych w Jordanii i Egipcie.

                                                    Park składa się z kilku części. Można tam podziwiać rafy koralowe w akwariach, różne gatunki ryb, meduzy, koniki morskie i inne. Jest pawilon poświecony zwierzętom żyjącym w Amazonii, żółwią morskim i rekinom. Część raf można podziwiać w odkrytych basenach pomiędzy poszczególnymi pawilonami.

                                                    Główną atrakcją parku jest jednak podwodne obserwatorium z wieżą widokową, ze szczytku której można podziwiać panoramę okolicy. Budynek ten mieści również restaurację, ale nawet woleliśmy nie sprawdzać cen. Sekcja podwodna daje możliwość zaobserwowania raf bez konieczności wchodzenia do wody.

                                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 15:00
                                                    Na zwiedzanie zeszły nam dwie godziny. W drogę powrotna po bagaże mięliśmy w planie pojechać autobusem, ale TAXI sama się zatrzymała a kierowca, chyba spokrewniony z arabami w Egipskim stylu nie odpuszczał. Tak pięknie namawiał, że za niewielkie pieniądze wróciliśmy po bagaże i zawiózł nas z powrotem na granicę. Tak więc około dziesiątej byliśmy po raz drugi na granicy z Egiptem.

                                                    Bez większych problemów przedostaliśmy się na druga stronę. Gdy tylko wychyliliśmy się z terminalu od razu egipskie hieny rzuciły się z propozycjami nie do odrzucenia. Jednak w przypadku Egipcjan jestem bezlitosny i żadnych negocjacji już nie dopuszczam. Albo jedziemy do Taby Heights za moją cenę jedyną i niezmienną albo żegnam. I tak za dziesięć dolarów przyjechaliśmy busikiem z granicy. Co prawda z kierowcą nie rozstaliśmy się w zgodzie (próba podwyższenia ceny w trakcie jazdy), ale taki już jest Egipt. W porównaniu z Jordanią, kultura tutejszych ludzi jest daleko w tyle.

                                                    Po raz pierwszy zobaczyliśmy Tabę Heights za dnia. Na recepcje dotarliśmy przed dwunastą i choć do rozpoczęcia doby hotelowej mięliśmy jeszcze trochę czasu – zostaliśmy zaprowadzeni do pokoju. Tym razem wszystko przebiegło perfekcyjnie i przy zameldowaniu nie było najmniejszych problemów. Pewnie dlatego, że nie było w pobliżu nikogo z Alfa Star.

                                                    Gdy znaleźliśmy się w pokoju trochę dziwnie się poczułem, nie do takich warunków przywykłem po tych dwóch tygodniach objazdu Jordanii i Izraela. Co tu dużo mówić było ciężko ale jakoś daliśmy radę –własna łazienka, telewizor, klima, wygodne łóżka, balkon –i All Inclusive to czysty survival, ale Łukiemu się podobało.

                                                    Po reorganizacji (żona od razu chciała rozkładać w szafach wszystkie ubrania) i prysznicu poszliśmy odebrać nasze różowe bransoletki, za które w barze podobno dawali piwo. Oczywiście zaraz poszliśmy to sprawdzić, co prawda lali do jakichś małych kubeczków na dwa łyki ale zawsze. Później się dziwią, że Polacy ciągle siedzą przy barze.

                                                    Fajnym przeżyciem był też obiad, który nie dość że za darmo, to jeszcze tyle fajnych rzeczy do wyboru. Po obiedzie aż do wieczora spędziliśmy czas na basenie, z którego Łuki już nie wychodził, w końcu zaczęły się jego wakacje. Ja też na chwilę się zanurzyłem, ale głównie kręciłem się przy barze i popijałem Luksor. Temperatura w Tabie była dosłownie zabójcza, ale o dziwo po zapadnięciu zmroku robiło się jeszcze cieplej. Przez chwilę myślałem, że to z powodu piwa, ale prawda jest taka (przynajmniej ja tak to sobie tłumaczę), że po zmroku to całe ciepło schodziło z tych wszystkich gór otaczających tą turystyczną enklawę podnosząc jeszcze temperaturę. Bo Taba Heights to otoczona przez góry i morze, pilnowana przez strażników czarna dziura z której nic się nie powinno wydostać. Po kolacji, na której dostałem żółtą kartkę za ubiór – no odwykłem trochę od porządnych lokali, postanowiliśmy sprawdzić jak daleko jest na plażę. Polacy, których licznie spotkaliśmy w tym obiekcie mówili, ze to jakieś dwadzieścia minut spacerem w dół.

                                                    Jednak po pewnym czasie było nam już tak gorąco, że bałem się, że padniemy gdzieś po drodze i znajda nas dopiero rano, więc zawróciliśmy. Postanowiliśmy sprawdzić tą drogę nazajutrz z zapasem wody w plecaku.

                                                    Tym razem nie siedzieliśmy naszym zwyczajem do późnych godzin nocnych. Byliśmy za bardzo zmęczeni a i upał połączony z wypitym piwem powodował, że oczy same się zamykały już przed dziesiątą. Dobranoc.
                                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 06.01.11, 15:01
                                                    DZIEŃ 16 – 21 TABA

                                                    Pozostałe dni w Tabie miały w zasadzie podobny przebieg. Rano po śniadaniu szliśmy lub jechaliśmy busikiem na plażę. Na terenie przydzielonym El Wekali znajdował się bar (bez napoi alkoholowych) i basen. Na plaży były leżaki i parasole. Jeśli chodzi o rafy koralowe, to na całej długości plaży znajdowały się trzy pomosty, z których można było bezpiecznie wejść do wody by je podziwiać. Jednak tylko na tych bardziej oddalonych było co oglądać, choć do raf z Dahab czy Sharm było im daleko. Plaże należące do poszczególnych hoteli nie były tak jak w Hurghadzie czy Sharm odgradzane. Można było sobie zrobić naprawdę długi spacer brzegiem morza i to mi się w tym miejscu chyba najbardziej podobało.

                                                    Po relaksie nad Morzem wracaliśmy na obiad a po obiedzie nasza aktywność ograniczała się do basenu, baru i pokoju. Po kolacji zazwyczaj szliśmy dać mały bakszysz biedakom pilnującym rond i wracaliśmy spać.

                                                    Dwa razy jednak spróbowaliśmy przerwać tą monotonię. Po sprawdzeniu cen w recepcji na wyjazd do Okolicznych atrakcji, stwierdziliśmy, że przebili żydów w zachłanności i swoim zwyczajem próbowaliśmy szukać jakichś atrakcji na własną rękę. Jako, że poza hotelem i jego zapleczem ze sklepami, nie ma tam żadnego miasta jedyna nadzieją było łapanie autobusu na pobliskiej stacji benzynowej.

                                                    Jednak strażnicy bardzo niechętnie patrzyli się na próby opuszczenia Taby Heights, nie mogli zrozumieć że ktoś chce dobrowolnie opuścić ten raj na ziemi i tłuc się gdzieś autobusem. Jednak szybko dali się przekonać i przy kolejnych wizytach na punkcie kontrolnym nie zwracali na nas uwagi. Wg naszych danych rano dwa a nawet trzy autobusy powinny jechać od granicy w kierunku Sharm. My chcieliśmy pojechać do Dahab na Blue Hole. Po godzinnym oczekiwaniu na autobus, gdzie staliśmy się prawdziwą atrakcja turystyczną dla pracowników którzy właśnie zaczęli się rozjeżdżać do pracy w okolicznych hotelach na horyzoncie pojawił się autobus.

                                                    Jednak zamiast się zatrzymać, to jeszcze dodał gazu i tyle go widzieliśmy. Ot Egipt. Obok stacji znajdowała się mała knajpka z pięknym plastikowym pelikanem. Tak się mi wydawało dopóki, żona nie podeszła bliżej żeby zrobić sobie koło niego zdjęcie. W tym momencie plastikowy pelikan, okazał się całkiem żywy i o mało nie dał żonie całuska swoim potężnym dziobem. Tak się boroczka wylękła, że aż mi się zrobiło jej żal. A jaki ubaw mieli miejscowi. Swoja drogą, żeby tak pelikana na sznurku trzymać.

                                                    Wkurzeni i nieco zrezygnowani wróciliśmy nad Morze. Jednak nie poddawaliśmy się w naszych wysiłkach wydostania się z Taby i za dwa dni z nowa werwą i pokaźnym zapasem wody postanowiliśmy wyruszyć w kierunku największej atrakcji tej okolicy – Wyspy Koralowej z Zamkiem Saladyna.

                                                    Do tego miejsca idąc drogą było jakieś 12 - 15 km. Byliśmy zdecydowani tam dotrzeć choćby pieszo a jak się da to łapać stopa. Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło i po jakimś kilometrze udało się nam zatrzymać busika, którego kierowca za kilka funtów podwiózł na pod sam hotel Salah el Deen. Ten trzygwiazdkowy, nieco podupadły hotel stanowi bramę do wyspy. W recepcji zakupiliśmy bilety na łódkę, którą mięliśmy przepłynąć na wyspę oraz same bilety wstępu. Musieliśmy jednak chwilę poczekać aż przyjedzie grupa turystów z Intercontinentala, przy wycieczka była ekonomiczna.

                                                    Sama wyspa jest malutka, ale znajdujący się na niej fort robi duże wrażenia. Piękny jest widok z jego szczytu na okolicę. Widać między innymi przejście graniczne z Izraelem i hotel Hilton Taba.

                                                    Po zwiedzeniu Fortu i powrotu na brzeg postanowiliśmy wracać pieszo wzdłuż brzegu aż dojdziemy do malowniczej zatoczki Fiord Bay oddalonej o jakieś 6 – 7 km.

                                                    Spacer był bardzo przyjemny, tuż nad brzegiem morza nie czuło się tak mocno tej wysokiej temperatury. Po drodze zobaczyliśmy wiele różnych szczątków martwych korali i zmumifikowanych ryb.

                                                    W zatoce stały zakotwiczone łodzie, gdyż to miejsce jest położone w pobliżu raf koralowych. Spotkaliśmy tam również mocno wynudzonych policjantów, którzy pełnili tam służbę. Było tam również sporo jeżowców i dość podejrzliwie przyglądających się nam psów. Dalej nie było możliwości spaceru wzdłuż brzegu, gdyż skały schodziły prosto do morza. Trzeba było więc wrócić na drogę, co spowodowało szybkie wypicie całych zapasów wody.

                                                    Na szczęście znów bez większych problemów udało się zatrzymać busika, którym wróciliśmy do hotelu. Kierowca był trochę zdziwiony co my to sami robimy i odjechał dopiero jak weszliśmy na teren Taby Heights – widać myślał, że jesteśmy jakimiś dywersantami z Izraela.

                                                    Ta wycieczka była ostatnim godnym odnotowania wydarzeniem w Egipcie.

                                                    Po tygodniu leniuchowania w końcu trzeba było wracać do Polski. Tym razem obyło się bez żadnych incydentów i bezpiecznie wróciliśmy do domu.

                                                    KONIEC.

                                                  • 78dario Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 11.01.11, 11:05
                                                    Witam.

                                                    Ciesze się, że się podobało.

                                                    Jak widzę ostatnia wyprawa się wam udała. Ja już dwa lata się przymierzam do tego ogromnego kraju. Na ten rok zaplanowałem już ostatni sprawdzian w Albanii a później kto wie może się w końcu zdecyduję. Żona już od dawna jest zdecydowana. Tylko ten chaos.

                                                    Pozdrawiam Dario.
                                                  • piootr3 Re: Relacja z Bliskiego Wschodu 12.01.11, 07:15
                                                    Chaos nie jest zły. Najgorszy jest brud i smród. Ale warto było. W razie czego służę radami. Gdybś chciał samodzielnie pojechać, to koszt takiej wyprawy wynosi ok. 3 tys PLN na osobę.(bez kupowania pamiątek, ale z przejazdami i biletami wstępu)
                                                    Pozdrawiam - Piotr

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka