kuriozalna
14.07.06, 11:02
Moje przyjaznie konczyly sie zazwyczaj z mojej winy. Nikt tak jak ja nie
potrafi zepsuc dobrych stosunkow. Juz w podstawowce kiedy narozrabialam z
przyjaciolka ze szkolnej lawki, nie potrafilam sie do tego przyznac i
zwalilam cala wine na nia. Bylam wzorowa uczennica, ona uczyla sie zle wiec
myslalam ze na jej opinii to sie tak bardzo nie odbije jak na mojej.
Stracilam jej przyjazn. Potem przyznalam sie oczywiscie ale bylo juz za
pozno. W szkole sredniej zbudowalam swoja przyjazn na klamstwie. Po prostu
oklamalam dziewczyne zeby wydac sie chyba bardziej atrakcyja towarzysko i na
tym klamstwie zbudowalam swoja przyjazn. Klamstwo zaczynalo wymykac sie spod
kontroli wiec sie przyznalam. Przyjaciolka docenila to ale stosunki i tak sie
oziebily i wlasciwie teraz mamy sporadyczny kontakt a w moje urodziny zawsze
dostaje od niej zyczenia prawdziwych szczerych przyjaciol

Nie wiem jak
moglam byc tak glupia ale zmadrzalam. Na studiach poznalam 2 kolezanki.
Jedna z obcego miasta, druga z tego samego co ja. Obiecalam sobie wobec nich
totalna szczerosc i lojalnosc. Znajomosc trwa do dzis ale jedna wyjechala do
Niemiec wiec rzadko sie spotykamy a druga mieszka daleko i tez kontakt prawie
zaden. I tak sobie mysle ze to wszystko za kare. A moglo byc tak pieknie.