Dodaj do ulubionych

Ksiazki Chmielewskiej do sprzedania

03.04.06, 17:45
mam sporo tytulow - do sprzedania po 5 euro plus przesylka pocztowa
Obserwuj wątek
    • mister1 koszty wysylki 05.04.06, 14:18
      TPG Post Tarievenwijzer

      Brievenbuspost
      Binnenland Brieven, drukwerken,
      kaarten, buspakjes

      Tarieven per 1-1-06

      BTW -

      Munteenheid EUR

      0-20 g. 0,39

      20-50 g. 0,78

      50-100 g. 1,17

      100-250 g. 1,56

      250-500 g. 2,25

      500 gr.-2 kg. 3,00


    • mister1 FRAGMENT KSIĄŻKI Kocie worki 09.04.06, 10:33


      Straszny ryk wyrwał mnie ze snu późną nocą. Na moment zastygłam w obawie, że
      dom się wali, ale zaraz przypomniałam sobie o rezerwuarze. Uspokojona,
      doczekałam chwili zamilknięcia urządzenia i zasnęłam na nowo.
      - Proponuję, żeby w nocy powstrzymywać się od spuszczania wody - rzekłam o
      poranku. - Co wy na to? Wśród nocnej ciszy grzmi dubeltowo.
      - A kto spuszczał? - zainteresowała się Alicja.
      - Nie wiem. Ty albo Beata.
      - Przysięgam, że ja nie - zarzekła się Beata. - Spałam jak kamień, a poza tym
      czuję się intruzem i z całej siły staram się być cicha, bezwonna i nieszkodliwa.
      - Nie czuj się - poradziła jej Alicja. - Wyróżniałabyś się za mocno. Ja też
      nie, to kto? Joanna, może ty sama?
      - Nie sądzę. Trudno spuszczać wodę w wychodku, zarazem leżąc w łóżku.
      - A jesteś pewna, że poleciała?
      - Mam pokój najbliżej, tuż obok, niemożliwe było nie słyszeć. Żadna z was nie
      słyszała?
      - Ja nie - odparła Beata.
      - Coś mnie chyba obudziło, ale nie wiem co - wyznała Alicja. - Możliwe, że ryk,
      ale widocznie ucichło, zanim się zdążyłam zastanowić. Czy to możliwe, że
      poleciało samo? Chcecie jajko?
      Nie chciałam jajka na śniadanie. Beata również nie wyglądała na osobę, która
      miałaby w głowie śniadanie i jajka. Jajko stanowiło osobisty i ukochany posiłek
      Alicji.
      - Możliwe, niestety - rzekłam z westchnieniem. - Odczep się ode mnie z tym
      jajkiem. Miałam taką sytuację u siebie w domu już wiele lat temu. Woda
      spuszczała się sama z przerażającą regularnością, z tym że zwyczajnie, bez
      takiego przeraźliwego akompaniamentu, ale i tak ciężko było wytrzymać. Z czego
      wynika, że zjawisko nie zalicza się do nadprzyrodzonych.
      - I co zrobiłaś?
      - Nic, wezwałam hydraulika i zmieniłam rezerwuar. Rozregulowało się w nim coś
      tam nie do naprawienia.
      Alicja niechętnie wzruszyła ramionami.
      - Wszystko można naprawić. No nic, zobaczymy, czy zadziała i w dzień.
      - Jeśli będzie ryczało samo z siebie, wyjeżdżam natychmiast - zapowiedziałam
      stanowczo. - Nie mam słuchu, ale całkiem głucha nie jestem i długo nie
      wytrzymam. I tobie też przepowiadam rychłe wariactwo, chyba że uciekniesz z
      domu.
      - Zastanowię się...
      Beata nie wtrącała się do rozmowy, niespokojnie wpatrzona w zegar. Być może,
      cały poranek spędziłaby na peronie, gdyby nie to, że znów wybierałam się do
      sklepu i przy okazji mogłam ją zawieźć na stację. Piechotą do sklepów nie
      chodziłam, chociaż odległość wynosiła niecały kilometr, z tego prostego powodu,
      że nabyte produkty nie chciały same iść do domu. W drodze powrotnej musiałabym
      dygować kartofle dla Alicji, piwo, mleko i owoce dla wszystkich, mrożoną rybę i
      różne inne produkty dla siebie, niekiedy w szklanych opakowaniach. Można było,
      oczywiście, udawać się do sklepu, wlokąc za sobą wózeczek na kółkach, co
      nagminnie czyniła Alicja, ale jakoś nie miałam serca do tego rodzaju spacerów.
      Tym razem Beata odzyskała torebkę. Z pierwszych drzwi pierwszego wagonu
      wychylił się facet z wielką, foliową torbą w ręku, spytał ją o nazwisko,
      usłyszał je, wręczył jej torbę, chętnie przyjął żywiołowy uścisk i ruszył w
      dalszą drogę. Oszalała ze szczęścia i ulgi, Beata gotowa była teraz na wielkie
      czyny i z radością przyjęła propozycję towarzyszenia mi przy zakupach.
      - Popatrz, jest wszystko! - mówiła ze wzruszeniem, przeglądając w czasie jazdy
      zawartość dużej, myśliwskiej torby. - Nic absolutnie nie zginęło, Boże, co za
      niebiański kraj! Jakim cudem nikt mi tego nie ukradł, leżało przecież bez
      opieki!
      Zgadłam bez trudu.
      - Demoralizacja też potrzebuje trochę czasu, żeby ogarnąć cały naród.
      Paskudzimy im charakter, my i te nacje południowe, zaledwie od trzydziestu
      pięciu lat, a umoralniani byli przez trzysta pięćdziesiąt...
      - Demoralizacja postępuje znacznie szybciej!
      - Toteż idzie nieźle, ale daleko jej do końca. Poza tym na dworcu głównym w
      Kopenhadze pasażerowie się wymieniają, ci, co wysiedli razem z tobą, na twoją
      torbę nie zwrócili uwagi, a ci, co wsiedli, nie wiedzieli, czy właściciel nie
      tkwi gdzieś w pobliżu. Z jadącego pociągu trudno uciec z łupem. A na końcu już
      tam wleciała obsługa kolejowa i ewentualny złodziej stracił szansę.
      - Zwyczajna łaska boska i ślepy fart. Rzadko mi się przytrafia, przeważnie mam
      pecha...
      Wracając z zakupami spożywczymi, znienacka postanowiłam wstąpić do sklepu
      przemysłowego. W pobliżu domu Alicji był taki zachwycający sklep z
      nadzwyczajnymi narzędziami, w którym od lat zaopatrywałam się w rozmaite
      końcówki szlifierskie do minicrafta, także w nożyczki, sekatory, pudry
      polerskie, przyrządy do manikiuru i tym podobne czarujące zabawki. Od dawna już
      podobno sprzedawca dopytywał się o mnie, bo dość długo mnie nie było, a taka
      idiotyczna klientka musiała mu sprawiać żywą uciechę, zdecydowałam się zatem
      odnowić stosunki handlowe w towarzystwie Beaty, niewątpliwie fachowca. W
      mglistych planach majaczyły mi różne drobnostki do szlifowania bursztynu, które
      ona znała znacznie lepiej niż ja i mogła coś podpowiedzieć, ocenić i wybrać.
      Beata do pomysłu odniosła się zgoła entuzjastycznie. Odzyskawszy gotówkę i
      karty kredytowe, poczuła wręcz skrzydła, szumiące u ramion.
      No i przepadła. Trafiła na coś, co niesłychanie trudno było dostać, a co
      okazywało się niezbędne do prac w twardym materiale. Nie znałam się na tym, w
      metalu nigdy nie umiałam pracować, Beata zaś doskonale dawała sobie radę nawet
      z miedzią. Ów wymarzony przedmiot był, niestety, atrapą, bo coś się w nim
      zepsuło, leżał, żeby było wiadomo, że istnieje, i mogli go sprowadzić, i
      dostarczyć za dwa dni. Niezwykłość jakaś, równie rzadko spotykana, co
      użyteczna, Beata dostała bielma na oczach i małpiego rozumu, z miejsca
      postanowiła, że nie wyjeżdża, zostaje, będzie czekać na przedmiot. Tylko
      Alicja... Ma jej siedzieć na głowie...? Może hotel...?
      Hotel zapchany był po dziurki w nosie i najbliższy możliwy termin rezerwacji
      wypadał za dwa tygodnie. Zaczynał się okres turystyczny.
      - Mnie głupio - zdenerwowała się Beata. - Chciałam jej złożyć wizytę, ale
      przecież nie w taki sposób! Zwalam się na nią jak trąba powietrzna!
      - Trąba powietrzna ciągnie w górę. W ostateczności znajdziesz może coś w Lyngby
      albo w Holte, ale prawdziwej ostateczności na razie nie widzę.
      Alicja na wieść o problemie Beaty popukała się palcem w głowę i zarządziła
      obiad w postaci filetów z piersi indyka, które zaczęły mi się rozmrażać w
      bagażniku jako pierwsze. Co do mojej osobistej ryby, uznałam, że jeszcze trochę
      wytrzyma.
      - Zabrałam już nasiona z pokoju telewizyjnego - powiadomiła nas. - Jest dostęp
      do kanapy, no, prawie jest. Z wysuwaniem możemy poczekać na Pawła, nie chce mi
      się już teraz z tym szarpać.
      - Ja mogę wysunąć, tylko pokaż mi, co - zaofiarowała się gorliwie Beata,
      spragniona własnej użyteczności.
      - Nie ma pożaru. Na razie możemy się napić kawy.
      - Wychodek ryczał? - zainteresowałam się.
      - Nie, sam z siebie ani razu. Natomiast przy mojej pomocy owszem. Boję się, że
      tak łatwo nie przestanie.
      - Pozwolisz, że sprawdzę...
      Mimo iż był środek dnia i nocna cisza nie panowała, ryk zagrzmiał ogłuszająco.
      W tym właśnie momencie w drzwiach pojawił się oczekiwany Paweł, uczynił krok do
      wnętrza i cofnął się, niczym gromem rażony.
      - Czy to fanfary na moje powitanie? - spytał z niepokojem. - Ja aż tyle nie
      wymagam! Czym zrobiłyście te odgłosy?!
      - O, Pawełek! - ucieszyła się Alicja. - Jak to dobrze, że już jesteś, akurat
      zdążyłeś na śniadanie...
      - Na co...?
      - No, może na podwieczorek. Nie zwracaj uwagi na te dźwięki, to wychodek.
      - Pomyślałem w pierwszej chwili, że przestawiłaś się na taki rodzaj muzyki. Nie
      rozumiem wprawdzie, co mówisz, ale nie szkodzi...
      - Jak sama łatwo zgadniesz, to jest Paweł - powiedziałam do Beaty.
      Paweł witał się z nami, dotarł do Beaty. Spojrzeli na siebie.
      W piorunującym tempie, jak zwykle, zdążyło mi przelecieć przez głowę mnóstwo
      różnych błysków. Beata rzeczywiście była piękną kobietą, nie blondynką
      wprawdzie, włosy i oczy miała ciemne, ale z
    • mister1 FRAGMENT KSIĄŻKI Mnie zabić 09.04.06, 10:35
      Robert Górski złożył mi wizytę.
      Powitałam go z podwójną, a nawet potrójną przyjemnością, bo nie tylko żywiłam
      do niego prywatną sympatię, nie tylko od razu zyskałam nadzieję na jakieś
      tajemnice śledcze, ale przy okazji oderwał mnie od ciężkiej pracy, która
      wychodziła mi już nosem, uszami i czubkiem głowy. Musiałam zrobić porządek w
      szufladach z papierami, ponieważ zginęła gdzieś polisa ubezpieczeniowa, na
      której znajdował się numer telefonu, do czegoś tam niezbędny i już nawet
      zdążyłam zapomnieć do czego. Pretekst, żeby porzucić to okropne zajęcie,
      zachwycił mnie niezmiernie.
      Tajemnicę śledczą podinspektor Górski zwierzył mi niezwłocznie.
      - Holendrzy mają kłopoty. Co prawda i sukces, wiedzą już, kim była denatka w
      bagażniku. Wcale nie Ewa Thompkins...
      - Tyle zgadłam sama - mruknęłam.
      - A zna pani może niejaką Neeltje van Wijk? Słyszała pani o niej?
      - W życiu...! Wnioskując z nazwiska, Holenderka? Nie znam kompletnie nikogo z
      Holandii, aż dziwne, mam znajomych we Francji, w Danii, w Szwecji, w Anglii, w
      Austrii, we Włoszech, w Niemczech, w Kanadzie, nawet w Australii, a w Holandii
      nic, zero. O tej Neeltje pierwsze słyszę. Kto to jest?
      - Właśnie ofiara.
      - Co pan powie? I co?
      - I zaczynają przesłuchania od początku pod nowym kątem widzenia. I tak sam się
      porozumiewam z Rijkeveegeenem, więc wolałem bezpośredni kontakt z panią, a co
      mam panią włóczyć do komendy... Miło tu u pani i jestem pewien, że kawy
      dostanę... Chociaż nie! Wolałbym herbaty. U pani jest najlepsza herbata na
      świecie.
      - Byłaby lepsza, gdybym ją mieszała z namysłem i na spokojnie - wyznałam z
      westchnieniem żalu. - To nie, zawsze w pośpiechu. Ale przynajmniej na dobrej
      wodzie.
      Usiedliśmy przy tej herbacie i Górski jawnie wyciągnął magnetofon, nie bawiąc
      się w żadne podchody.
      Rozumiałam go doskonale, w końcu musiał przekazać moje gadanie holenderskim
      glinom z możliwie największą dokładnością, w dodatku tłumacząc na obcy język.
      Gotowa byłam wprawdzie powtarzać wszystko po pięć razy, ale i tak przesadne
      obciążanie pamięci potrzebne mu było jak dziura w moście, mnie zaś magnetofon w
      najmniejszym stopniu nie przeszkadzał.
      Chwila po chwili, kawałek po kawałku, przekazałam wszystkie wydarzenia z
      parkingu w Zwolle. W zamian dowiedziałam się, skąd pochodziło puste miejsce
      parkingowe, tak cudownie ulokowane. Jakiś bucefał z nadwagą stanął okrakiem,
      potem odjechał i nikt już nie zdążył tego zająć, miły facet, niech mu to sadło
      lekkie będzie...
      - Sam zresztą o to spytałem - wyznał Górski. - Korciło mnie, jakim cudem, wobec
      braku miejsc w hotelach, może się przytrafić taki fart na parkingu? Wątpliwości
      należy wyjaśniać, na szczęście już wiedzieli.
      - A kto mnie właściwie zakapował? Pusto wszędzie, głucho wszędzie...
      - Niech pani tylko nie zaczyna z poezją, bo od razu czuję w sobie braki
      humanistyczne. Dziecko, jakiś chłopiec, jedyna istota ludzka, która wyglądała
      przez okno, deszcz padał, telewizja była nudna...
      - Dobry wzrok miał - pochwaliłam. - Grubego okrakiem też widział?
      - Nie, gruby pochodzi z innego źródła. Zaraz, całą polską stronę musimy
      załatwić, Rijkeveegeen tu przecież nie przyjedzie. A nawet gdyby, nic mu z tego
      nie przyjdzie, bo nie zna języka.
      - W dzieciństwie miałam przedwojenny rocznik "Płomyka" - wyrwało mi się w
      zadumie. - Na każdej stronie był apel: "Ucz się języka esperanto!". Nie
      chwyciło, ale "ucz się języków obcych" ma swój sens. Polski należy do
      najtrudniejszych, przez gramatykę, ale za to gramatyka daje mu szaloną
      elastyczność. Różne lenie śmierdzące, tumany i głąby usiłują sprawę
      pogorszyć...
      - Naprawdę chce pani rozmawiać o polityce? - zdziwił się zgryźliwie Górski.
      - Nie. Z dwojga złego wolałabym już rzucać kamieniami w okna, ale po pierwsze,
      celnie rzucać nie umiem, a po drugie, nie wiem, gdzie głąby mieszkają.
      - Może to i lepiej. Z Gąsowskimi też ktoś rozmawia, już wrócili do Warszawy, to
      znaczy do Łomianek. Ale... O ile wiem... Pani też...?
      Pokiwałam głową, bo Gąsowska żadnych tajemnic mi nie zwierzała, to raczej ja
      jej, a doskonale wiedziałam, jak społeczeństwo traktuje pogawędki z policją. Na
      wszelki wypadek każdy usiłuje ukryć nawet fakt, że na śniadanie spożył
      jajecznicę, aczkolwiek spożywanie jajecznicy niczym mu absolutnie nie grozi.
      Ale policja...?
      - Naprawdę chce pan rozmawiać o polityce? - spytałam znacznie bardziej
      zgryźliwie niż on.
      Górski znał moje poglądy, odgadł potężny skrót myślowy, co ta policja może
      zrobić w obliczu stojącego na głowie wymiaru sprawiedliwości, roześmiał się,
      chociaż może raczej obydwoje powinniśmy byli się rozpłakać. Ale możliwe, że
      nasze rzewne łkania wystraszyłyby koty, gapiące się na nas z tarasu, nie należy
      denerwować niewinnych zwierzątek...
      - Powiem panu, a pan sobie porówna ich gadanie i moje. I nie ma siły, własne
      wnioski dołożę. Jadzia w Chelsea z całej siły stara się być lojalna, lubi panią
      Thompkins i nie przepada za panem Thompkinsem, niespodziewane wydarzenia ją
      przeraziły, ale, jeśli ma kontakt z mamusią, wróciła już chyba do równowagi. Co
      ta Ewa wywinęła, pojęcia nie ma, poza tym, że z gachem wyskoczyła na krótkie
      pitigrili. Ludzka rzecz. Tam, w Zwolle, to był jej samochód?
      - Jej.
      - To ją ładnie trzasnęło. Niech sprawdzą, do pioruna, gdzie i kiedy mogli jej
      ten samochód podwędzić, bo w życiu nie uwierzę, że poszła na spółkę w mokrej
      robocie przy okazji romansu. Rzadkiej w końcu chyba, nie wiem, jak często jej
      mąż podróżuje. O ile wiem, facet jest wściekle atrakcyjny...
      - Bardzo cenna uwaga - przyznał Górski po krótkim namyśle. - Rozumiem, że ten
      amant atrakcyjny, nie mąż...?
      - Amant. Mąż bogaty.
      - Pojęcia nie mam, ile Rijkeveegeen wie o kobietach, ale przetłumaczę mu to z
      wielkim naciskiem. Osobiście bym Ewę wykluczył.
      - Łaska boska, że możemy rozmawiać w pewnym stopniu prywatnie...
      - Sama pani mówiła, że policjant to też człowiek.
      - W głębi duszy. Po wierzchu ofiara. Co do Ewy, nawet zaczynam zgadywać,
      dlaczego ona zamieszkała u Martusi w Krakowie, za jej wczesnej młodości tam
      żadnych domów nie było, jakieś chałupki stały na ziemiach uprawnych i mógł w
      nich mieszkać ktokolwiek, krewny, przyjaciółka... Skoro sielanka z gachem,
      skoro męża skołować... nie moja sprawa, w życiu męża nie kołowałam, ale różnie
      się zdarza... ten mąż mógł jej szukać, sprawdzać, w obliczu zmian
      urbanizacyjnych wcale by nie znalazł i we wszystko musiałby uwierzyć. Nawet
      niezły pomysł, a Martusia tu czysta jak łza.
      - Jak łza... - przyznał Górski w zadumie i zatroskał się nagle. - Niech mnie
      krowa na lody zaprosi, jeśli pani naprawdę nie jest jedyną osobą, która na
      własne oczy widziała tego faceta na parkingu...! Przez ułamek sekundy oczyma
      duszy widziałam krowę, zapraszającą Górskiego na lody. Lody na stoliczku
      turystycznym, na pastwisku, krowa, cholera, dygała wdzięcznie... Wyrzuciłam
      obraz sprzed oczu z lekkim wysiłkiem, bo nawet mi się dość podobał.
      - No to co? - spytałam bez emocji.
      - To na jego miejscu ja sam bym panią rąbnął. O ile nie dotrą do niego inaczej,
      pani stanowi jedyne zagrożenie.
      Zaciekawiłam się.
      - A dotrą?
      - Diabli wiedzą. Ale nic, dowiem się, mam w ręku argument. Na razie, o ile
      wiem... Może nie tyle wiem, ile się domyślam. Zrobili tam duży zygzak
      finansowy...
      - Mafia...?
      - Właśnie nie... - rzucił okiem na magnetofon i machnął reką. - A, co tam,
      wykasuję, a może pani powie coś, co się przyda. Nie żadna mafia, tylko jeden
      człowiek, nie wykluczam wspólnictwa, może dwóch albo trzech. Do kasacji.
      Nieboszczka poszła na przemiał pierwsza...
      - To chyba pozostali powinni się zdenerwować?
      - Zwracam pani uwagę, że to tylko moje fantazje. Naleciałości zawodowe.
      Odruchowo próbuje się wyciągać wnioski, snuć domysły... Uzgodnili, że ją trzeba
      załatwić, nie mają co się denerwować, może kłapała gębą, może trzymała szmal w
      ręku i stawiała warunki...? W grę wchodzą, na moje wyczucie, grube miliony
      euro
    • mister1 Joanna Chmielewska Tajemnica 09.04.06, 10:39
      Książka napisana lekko i z humorem, który tak bardzo cechuje Chmielewską, można
      ją czytać w ramach relaksu. Tym razem bohaterka tropi szajkę bogacącą się za
      pomocą "jednorękich bandytów". Jak zwykle główni bohaterowie przeżywają
      niesamowite historie, muszą rozwiązywać zawikłane tajemnice i popadają w
      rozliczne tarapaty.
    • mister1 Florencja, córka Diabła 09.04.06, 10:41
      Książka Florencja, córka Diabła jest oparta na faktach, które nie tylko
      pozostały nadal aktualne, ale wręcz doszły do pełni rozkwitu. Na całą, wówczas
      jeszcze skromną, a dziś rozszalałą przestępczość nikt nie zwrócił jeszcze
      uwagi... Nie spodziewając się aż takiego rozwoju zjawisk, Autorka pozwoliła
      siebie na żartobliwą uwagę, jakoby wszystko w tym utworze zostało wyssane z
      palca.
    • mister1 www.merlin.pl cena 34 zl + przesylka 10.05.06, 17:30
      Joanna Chmielewska:
      Autobiografia - Stare próchno - tom 6
      fragment:
      Nosem już mi powychodziły te wszystkie młodości i postanowiłam się zestarzeć.
      Niestety, siła wyższa, czyli tak zwane życie, nie uwzględniło mojej decyzji i
      uparcie dostarcza mi wrażeń, właściwych dla osoby młodej i pełnej wigoru. Część
      z tego próbuję wykorzystywać w książkach, ale całości nie daję rady, niechże
      się zatem ta orgia głupich przypadłości nie zmarnuje i znajdzie miejsce w
      upiornej autobiografii, która wcale nie spełniła swojego zadania.
      Jak napomknęłam na samym wstępie do pierwszego tomu, zaczęłam ją pisać po to,
      żeby uniknąć pytań, powtarzanych po tysiąc razy, i hurtem udzielić odpowiedzi
      na wszystko. No i rezultat jest... proszę bardzo, ktoś zgadnie, jaki...?
      We wrześniu Anno Domini 2002 w kolejnym wywiadzie zapytano mnie żywiutko i z
      zachłannym wręcz zainteresowaniem:
      Skąd biorę pomysły do książek?
      Czy bohaterowie moich utworów są prawdziwi i żyją?
      Czy mieli do mnie pretensję za zrobienie z nich bohaterów?
      Czy Lesio istnieje?
      Ile z tego wszystkiego przeżyłam osobiście?
      Czy bohaterka to całkiem ja, a jeśli nie całkiem, to w jakim zakresie?
      Jak to się stało, że zaczęłam pisać i dlaczego?
      I wszystkie inne tym podobne.
      Na szczęście najpotężniejsze oberwanie chmury nastąpiło w Rosji, gdzie, zamiast
      mnie, odpowiadał tłumacz, niech mu Pan Bóg da zdrowie, który odpowiedzi znał na
      pamięć, ja zaś mogłam sobie pomilczeć, siląc się tylko na uśmiech, mam
      nadzieję, że miły. Za ruskich dziennikarzy do polskich nie mogę mieć pretensji,
      ale i naszym nic nie brakuje, z czego wynika, że autobiografię, jako pomoc
      życiową, mogę spokojnie pod tramwaj podłożyć.
      Ukoronowaniem tych wysoce pożądanych skutków jest straszliwe dzieło pana
      Tadeusza Lewandowskiego, z którego to dzieła nareszcie dowiaduję się co myślę,
      co robię, jakie miewam poglądy i co też wyczynia moja, łagodnie mówiąc, mocno
      zwichrowana osobowość. Zdaje się, że miał to być wywiad. Komentarzem do wywiadu
      zajmę się na końcu, uparcie bowiem usiłuję zachować coś zbliżonego do
      chronologii.
      Ale przysięgam! Po napisaniu niniejszego tomu, o ile później będę jeszcze żywa,
      nikomu na żadne pytanie nie odpowiem! Niech sobie przeczyta wszystko i rychło
      mu się odechce, a głupią ciekawość diabli wezmą...

      *

      Ostatnimi czasy coraz bardziej jęła mi słodzić życie elektronika.
      Rzecz jasna, pazurami i zębami broniłam się i bronię przed bezpośrednim
      kontaktem z tą dziedziną wiedzy ścisłej, a już z pewnością odmawiam zgody na
      pozostawanie z nią sam na sam. Z krzykiem żądam pomocy, którą w największym
      zakresie służył mi początkowo Tadzio, syn mojego kumpla z młodych lat, Maćka, a
      oprócz niego parę innych osób.
      Zdaje się, że na samym wstępie do owych przerażających kontaktów wyszło na jaw,
      iż muszę posiadać dwa telefony komórkowe, a nie jeden, a w ogóle nie mogę kupić
      żadnego, ponieważ nie dysponuję stałym miejscem pracy. Słowo daję, tak było
      jeszcze parę lat temu, a chodziło, rzecz jasna, o wypłacalność. Okazało się, że
      mnóstwo osób, zazwyczaj młodych i przedsiębiorczych, korzystało z komórek, nie
      płacąc rachunków.
      Wobec tego Tadzio kupił na siebie i przystąpiliśmy do sprawdzania urządzenia
      przy moim kuchennym stole, obficie oprzyrządowanym.
      Siedziałam cicho i grzecznie, Tadzio zaś wziął słuchawkę i zaczął dzwonić. W
      momencie, kiedy się łączył, natychmiast zaczynał dzwonić jego telefon
      komórkowy. Nikt się w nim nie odzywał. Za trzecim razem Tadzio się zdenerwował.
      - Co za kretyn dzwoni i rozłącza się od razu...?!
      - Tadziu, może ty dzwonisz ode mnie do siebie? - wysunęłam żartobliwą supozycję.
      Tadzio spojrzał na przyrząd, spojrzał na mnie i łupnął się w czoło.
      - No pewnie! Przecież ja dzwonię do ojca, rany boskie, do nas zawsze była
      czwarta pozycja, a teraz pani zapisała tu mój komórkowy! Ten kretyn, znaczy, to
      ja...
      W słuchawce miałam zapisane: dzieci, to jeden, Teresa, to dwa, Tadzio cztery,
      mój plenipotent pięć, Julita sześć, Maria siedem... Dzięki czemu kompletnie nie
      pamiętałam już i zresztą nadal nie pamiętam żadnych numerów telefonów, ponadto
      cyfra na słuchawce odpadła, bo zrobiło się tego za dużo. Jedyny numer, jaki nie
      wiadomo dlaczego utkwił na zawsze w którymś zakamarku mojego umysłu, to właśnie
      numer Maćka, ojca Tadzia. We wszelkich okolicznościach telefonicznych, jakiejś
      naprawy, zmiany, czegokolwiek, zawsze dzwoniłam do Maćka dla sprawdzenia, czy
      dobrze działa.
      Urządzenie często pokazywało dziwne sztuki i kiedyś, wróciwszy z wizyty u
      niego, stwierdziłam istnienie osobliwej blokady, którą na szczęście już znałam
      i wiedziałam, że ktoś powinien do mnie zadzwonić, żeby się odblokowało, a
      możliwe, że mi to odblokowano zdalnie i chciałam się w tej kwestii upewnić.
      Szczegółów technicznych nie pamiętam i proszę mnie nimi nie dręczyć.
      Zadzwoniłam do Maćka.
      - Maciek - powiedziałam tajemniczym głosem. - Jak do mnie zaraz zadzwonisz, to
      ci powiem, co widziałam w twoim domu, jak wychodziłam.
      Odłożyłam słuchawkę i Maciek, rzecz jasna, natychmiast do mnie zadzwonił.
      - Co widziałaś?!
      - Takiego wielkiego szczura, słowo daję, jak prosiak. Na parterze, właził do
      góry po rurze kanalizacyjnej.
      - Nie żartuj!
      - Jak Boga kocham. Święta prawda. Powinniście chyba coś zrobić?
      - O rany boskie! - jęknął Maciek i rozłączył się.
      Innym razem, znajdując się poza granicami kraju, zadzwoniłam do niego i
      poprosiłam:
      - Maciek, zadzwoń do Tadzia, niech on zadzwoni do Marii, ona mu da telefon do
      Julity, niech zadzwoni do Julity, żeby przyszła do mnie do domu, ma moje
      klucze, niech znajdzie taki duży, zielony notes i niech do mnie zadzwoni.
      Zapomniałam zabrać notes i teraz nie mam przy sobie ani jednego numeru
      telefonu, do nikogo.
      - A numer telefonu tej Marii? - spytał Maciek ostrożnie.
      - Tadzio ma, bo jej robił zamek u drzwi. A do mnie jest w tej chwili Czekaj,
      weź coś do pisania, zaraz ci podyktuję
      Tym sposobem moja pamięć znęcała się wyłącznie nad Maćkiem.
      Komórki to był zaledwie delikatny początek. Dalej poszło rozpędem, ponieważ
      dałam się namówić na komputer, na co główny wpływ miały błędy składacza.
      Każdy człowiek, wklepując tekst, robi błędy i od tego jest korekta, żeby je
      poprawić. Doszłam do wniosku, że z dwojga złego wolę już poprawiać własne niż
      cudze, zawsze to trochę mniej roboty, i zgodziłam się ustawić w domu
      niezrozumiałe ustrojstwo, drukować wszystko dla siebie, a składaczowi wysyłać
      dyskietkę. Rzecz oczywista, do dziś dnia samodzielnie dyskietki nagrać nie
      umiem, odtworzyć również nie, i za każdym razem albo przychodzi do mnie
      inteligentna osoba, która dokonać tego dzieła potrafi, albo z komórką przy uchu
      i z obłędem w oczach spełniam polecenia mojego znajomego, genialnego
      komputerowca, obdarzonego niewyczerpaną cierpliwością. Najechać myszą,
      prztyknąć w klawisz Nawet się to niekiedy udaje. Dziwne.
      Na komputerze się nie skończyło.
      Kupiłam sobie Toyotę Avensis. Żeby mnie kto zabił, nie przypomnę sobie,
      dlaczego porządną, uczciwą Carinę zamieniłam na Avensis, co mi do głowy wpadło?
      Musiałam mieć chyba zaćmienie umysłu.
      Tych cholernych Avensis kolejno posiadałam trzy

      Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej
      wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element
      zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem
      dwutysięcznym.
      W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam
      sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam
      wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej
      sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata
      zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi.
      Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi
      z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i
      nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cier
      • mister1 CD fragmentu 10.05.06, 17:34
        Zaraz. Miało być chronologicznie. Diabli niech biorą Avensis, jeszcze do niej
        wrócę we właściwej chwili, do elektroniki również, nie ma obawy, element
        zatruwający życie trudno usunąć z pamięci. Przedtem jednak zajmę się rokiem
        dwutysięcznym.
        W wieku dwunastu lat, czytając rozmaite książki science-fiction, wyobrażałam
        sobie ten rok 2000 i zastanawiałam się, czy go dożyję. Starannie wyliczyłam
        wiek, jaki mi spadnie na kark, i zwątpiłam w możliwość osiągnięcia podobnej
        sędziwości. Zgrzybiałość absolutna, próchno, ekshum. Może z tamtego świata
        zdołam obejrzeć, co się dzieje na ziemi.
        Później nie miałam czasu zajmować się głupstwami i rok dwutysięczny wyleciał mi
        z głowy. Nie skojarzyłam nawet tej epokowej daty z własnymi dolegliwościami i
        nie podbudowałam wątpliwości. O dolegliwościach pisać nie cierpię, ale już o
        nich wcześniej napomknęłam, więc niech będzie, ten przechodzony zawał był już
        za mną, panowie lekarze cieszyli się na drugi, zrobiłam im złośliwość i na
        drugi nie zapadłam. Za to ugruntowałam w sobie chorobę, znienawidzoną przez
        świat medyczny, mianowicie arytmię, wstrętną rzecz, utratą życia nie grożącą,
        do wyleczenia trudną, a dla pacjenta ciężką do zniesienia. Czuje się
        nieszczęśnik, jakby już umarł i nie wiadomo, co z nim zrobić.
        Podbudowała się ta obrzydliwość niedokrwieniem serca, niedotlenieniem i od
        czasu do czasu migotaniem przedsionków. Nie wiem, co to jest migotanie
        przedsionków, i wcale nie chcę wiedzieć, wystarczy mi, że jest okropne. Rzecz
        jasna, byłam leczona, internista z kardiologiem wspólnymi siłami dobierali mi
        medykamenty, w paradę im jednakże wchodziły czynniki towarzyszące, głównie moje
        cudowne schody, wysokie trzecie piętro bez windy. No, wysokie, jak wysokie,
        przed wojną byłoby uważane za niskie, trzy metry z drobnymi groszami, cóż to
        jest! A cztery i pół metra nie łaska?
        Niestety, w czasach obecnych trzy metry to jest jakiś szał, luksus, rozrzutność
        wręcz zwyrodniała, na co człowiekowi tyle powietrza nad głową? Że nowe
        pokolenia lecą w górę, co najmniej o ćwierć metra przerastając swoich dziadków?
        No i cóż takiego, mogą chodzić na ugiętych łapach, pochylać się w drzwiach
        Gimnastyka jest zdrowa.
        Inna rzecz, że ciekawa jestem, kto powymyślał te wszystkie normatywy. Jakiś
        niedożywiony karzełek? No dobrze, wiem, że to taniej, ale jeszcze taniej byłoby
        poprzestać na szałasach albo zgoła nie budować niczego, tymczasem drapieżne
        polowanie na szmal rozeszło się już po całym świecie. Jak dżuma. AIDS. Czarna
        ospa.
        Karzełek, nie karzełek, każde piętro dowalało mi co najmniej trzydzieści
        centymetrów i razem wychodził metr albo i więcej, dzięki czemu do wszelkich
        schodów nabrałam żywiołowego wstrętu. Sam ich widok wystarczy, żebym się gorzej
        poczuła. Wpadłam w szał i przystąpiłam do budowania sobie parterowego domu, a
        budować musiałam, bo wszystkie istniejące, gotowe do kupienia, miały piętra. Z
        sypialni do kuchni trzeba było latać po schodach, co z góry wykluczyłam
        absolutnie.
        O perypetiach natury budowlano-administracyjnej nie będę pisała, bo jeszcze
        dziś na ich wspomnienie mógłby mnie szlag trafić, ponadto większość,
        szczególnie tych administracyjnych, spadła na pana Tadeusza, któremu na jakiś
        czas stworzyłam ciężkie życie. Zemścił się na mnie wprawdzie, ale to później.
        Na razie dochodził rok dwutysięczny, a ja się czułam okropnie. Sylwestra
        postanowiłam spędzić w domu, w szlafroku, przed telewizorem, bo i kaset z
        filmami miałam już dość dużo, i ciekawiło mnie, jak też telewizja uczci epokową
        datę. Ukryłam się przed wszystkimi, każdemu mówiąc co innego, łżąc na potęgę i
        zyskując dzięki temu święty spokój.
        No i zgodnie z planem zasiadłam sobie w moim starym fotelu ze sznurka, tym,
        któremu spawacz po pijanemu przyspawał nogi odwrotnie, i który dawno już
        przestał być pomarańczowy, bo moje własnoręczne farbowanie kompletnie wyblakło.
        Pułapkowatość mebla w pewnym stopniu złagodziłam, ułożywszy na nim trzy
        poduszki, i przystąpiłam do spędzania.
        Pojęcia nie mam, co oglądałam na ekranie, ponieważ zajęły mnie inne rozrywki.
        Około godziny dziesiątej wieczorem czułam się tak dennie, że straciłam
        nadzieję. Jednak, mimo wszystko, tego roku 2000 nie dożyję, trupem padnę przed
        północą, a tak już blisko, szkoda
        Po czym nagle szlag mnie trafił, rozzłościłam się wściekle. Dosyć tego, mam
        umrzeć, to honorowo!
        Wylazłam z fotela, wyciągnęłam z lodówki flachę bardzo dobrego szampana i udało
        mi się go otworzyć, nie tłukąc lamp i nie wylewając zawartości na ściany.
        Kieliszki posiadałam, co prawda używane były głównie jako wazoniki, ale kilka
        ocalało. Nawet nie wiem, czy miałam jakąś zagrychę, możliwe, że serek, ale
        gwarantować nie mogę.
        Całego tego szampana wytrąbiłam samodzielnie bez wielkiego pośpiechu, o drugiej
        w nocy czułam się jak skowronek na nieboskłonie, a wszelkie doznania chorobowe
        przeszły mi dokładnie. Dożyłam roku dwutysięcznego!
        Zatem przynajmniej jeden Sylwester nie tylko mi nie zaszkodził, ale nawet
        pomógł.

        Gdybym pisała normalną książkę, poustawiałabym wydarzenia w czasie tak, żeby
        miały jakiś sens i wzajemnie nie wchodziły sobie w paradę. Życie, niestety, nie
        uwzględnia wymogów twórczości i dostarcza rozrywek hurtem, mieszając wszystko
        ze sobą, uniemożliwiając trzymanie się chronologii, rwąc tematy, tworząc w
        ogóle jeden melanż. Taki właśnie galimatias stał się moim udziałem.
        Równocześnie:
        Kończyłam dom.
        Przeprowadzałam się.
        Kupowałam te cholerne Toyoty Avensis.
        Kradli mi je.
        Podróżowałam, niekoniecznie dla przyjemności.
        Usiłowałam pracować zawodowo.
        Kłóciłam się służbowo i prywatnie.

        I jak ja mam z tego wybrnąć?
    • mister1 "Ladowanie w Garwolinie" 15.05.06, 10:00

      Fragment:
      Dziwna, pękata, lśniąca postać na wielkich łapach i z długim ryjem wylazła z
      maszyny i tajemniczym sposobem zsunęła się w dół. Za nią pojawiła się druga,
      taka sama. Okrzyki tłumu nabrały znamion szczególnych, stały się nieco ochrypłe
      i mniej dźwięczne. - Wysiadają...! - rozległo się coś pośredniego pomiędzy
      szeptem a jękiem. - Ludzie, to przecież nie ludzie...!!!

      cena: 5 euro + przesylka
    • mister1 "Nawiedzony dom" 15.05.06, 10:03
      Fragment:

      Janeczka i Pawełek wracali tego dnia później, bo mieli dodatkowe lekcje języka
      angielskiego. Ponadto Janeczka musiała jeszcze zmienić w wypożyczalni książkę,
      Pawełek zaś czatował na znajomego milicjanta. W rezultacie zdołali porozumieć
      się z babcią dopiero przed samym obiadem, a i to sprawa była utrudniona, bo
      większość rodziny zdążyła już znaleźć się w domu.
      - Wiecie, chyba mieliście rację - przyznała babcia w pustej chwilowo
      kuchni. - To jest niezwykle mądry pies! Wpadł do domu i tak wyraźnie
      powiedział, że idzie listonosz, jakby mówił ludzkim językiem. Nadzwyczajne!
      - No proszę - wtrącił Pawełek - już się na nim poznałaś!
      - I co? - pytała z przejęciem Janeczka. - Poszłaś mu zabrać listy?
      - Tak, był jeden do Rafała. Obaj z listonoszem już się znają. To znaczy z
      psem.
      - Rafał z listonoszem i z psem? - zdziwił się Pawełek.
      - To byłoby trzech - zauważyła Janeczka. - Babcia powiedziała, że obaj. Na
      trzech nie mówi się obaj.
      Babcia poczuła, że coś jej zaczyna przeszkadzać w posługiwaniu się umysłem.
      - Nie plączcie mi w głowie! - zażądała z irytacją. Listonosz z psem się
      znają.
      Janeczkę życie towarzyskie listonosza interesowało w nikłym stopniu. Miała
      ważniejsze sprawy do omówienia.
      - Babciu, a zmora... to znaczy nasza sąsiadka, co?
      - Jak to, co? Nic. A co...?
      - No, co zrobiła? - poparł siostrę Pawełek. - Nic?
      - Oczywiście, że nic, a coście chcieli? Żeby się na mnie rzuciła i wydarła
      mi list do Rafała?
      - No, nie... - przyznała Janeczka z niejakim wahaniem, bo właściwie na coś
      takiego właśnie miała nadzieję. - Ale nic nie próbowała? Przecież chyba
      patrzyła ze swojego okna?
      - Nie wiem - odparła babcia z lekkim zakłopotaniem, czując, że popełniła
      niedopatrzenie. - Możliwe, że patrzyła, nie zwróciłam uwagi. Chaber dostał
      ciasta. Chyba specjalnie dla niego upiekę następne.
      - No proszę! - wykrzyknął dumnie Pawełek. - Cała rodzina będzie miała
      korzyść z naszego psa!
      W tym momencie do kuchni wszedł Rafał. Wyraz twarzy miał pełen zadumy, w
      ręku trzymał otwartą kopertę i kartkę papieru.
      - Babciu, ty nie wiesz czasem, skąd się wziął ten list? - spytał
      podejrzliwie.
      Babcia od razu poznała otrzymana korespondencję.
      - Znikąd się nie wziął - odparła z lekkim zdziwieniem. -Przyszedł pocztą.
      Listonosz przyniósł.
      - Tak zwyczajnie przyniósł listonosz? - upewnił się Rafał.
      - Zupełnie zwyczajnie, sama go odbierałam. A co się stało?
      - Nic. Jakieś głupie dowcipy...
      - Jakie dowcipy?
      Rafał nie zdążył odpowiedzieć, bo do kuchni zajrzała pani Krystyna,
      szukająca swoich dzieci. Zamierzała wysłać je do sklepu po pieczywo. Była
      sobota, na jutrzejszą niedzielę mogło zabraknąć.
      - Kto pójdzie, Pawełek czy Janeczka? - spytała.
      - Możemy iść razem, ale zaraz - odparł Pawełek zajęty Rafałem. - To znaczy
      za chwilę. Ty. A co jest w tym liście?
      - Nie wiem - mruknął Rafał. - Głupawy dowcip.
      - Jaki głupawy dowcip, powiedzże wreszcie! - zdenerwowała się babcia.
      - A o co chodzi? - zainteresowała się pani Krystyna. - Co się stało?
      Rafał westchnął.
      - Nic się nie stało, tylko dostałem idiotyczny list i myślałem, że ktoś o
      nim coś wie. Ale jak nie, to nie.
      Do kuchni zajrzała ciotka Monika.
      - Rafał, na stole leżał list do ciebie... - zaczęła i urwała, widząc
      kopertę w ręku syna. - A, już go dostałeś?
      - Słuchaj, on mówi, że ten list jest idiotyczny - powiedziała pośpiesznie
      babcia.
      - A co się stało? - zaniepokoiła się ciotka Monika i weszła do kuchni. -
      Co to za list?
      - O rany boskie, niech skonam, nic się nie stało, przestańcie się
      czepiać! - zniecierpliwił się Rafał. - Nic takiego, dostałem list, a w liście
      kartka. Napisane jest na niej:
      "Uprzejmie zawiadamia się, że dzisiaj jest czwartek". Drukowanymi literami, bez
      podpisu.
      Pomijając już wszystko inne, dzisiaj jest sobota.
      Przez chwilę wszyscy patrzyli na niego w milczeniu.
      - To co to znaczy? - spytał Pawełek z szalonym zaciekawieniem.
      - A skąd ja mam to wiedzieć? Jakiś kumpel się pewno wygłupił...
      - I ja po to leciałam za tym psem, żeby Rafał się dowiedział, że dzisiaj
      jest sobota! - wykrzyknęła z oburzeniem babcia.
      - Babciu...! - zawołała ostrzegawczo Janeczka.
      - Nie sobota, tylko czwartek - sprostował Rafał.
      - Jaki czwartek, co ty opowiadasz! - zaprotestowała mimo pani Krystyna. -
      Przecież jest sobota!
      - To ja wiem, że jest sobota, ale tu jest czwartek.
      Przez kilka minut wydawało się, że do końca życia rodzina nie wybrnie z
      problemu czwartku i soboty. Jedna niewinna kartka wprowadziła potężny zamęt,
      przestawiając dni tygodnia. Ciotka Monika oprzytomniała wreszcie, oświadczając,
      że jest pewna soboty, bo dziś właśnie ma się zacząć remont jej kuchni na górze,
      a w ogóle przyszła tu po to , żeby spytać, gdzie jest jej brat, który o tym
      remoncie zadecydował.
      Pan Chabrowicz, jak się okazało, pojechał gdzieś po dachówkę. Nie wiadomo
      było, kiedy wróci. Można by zacząć ten remont bez niego, bo narzeczony ciotki
      Moniki już przyniósł narzędzia, Rafał mu pomoże, ale zdaje się, że on miał
      jakiś pomysł...
      - Żadnego pomysłu nie miał, tylko kazał z daleka omijać krany - oświadczył
      Rafał. - Mówił, że niech was ręka boska broni wymontować choć jeden.
      - To w ogóle sobie nie wyobrażam, jakim cudem ten remont kiedykolwiek
      skończycie - rzekła z rozgoryczeniem ciotka Monika. - Krystyna, przygotuj się
      na to, że przez całe wieki będziemy na twoim wikcie.
      - A, właśnie - ocknęła się pani Krystyna. - Dzieci, idźcie po ten chleb,
      bo potem nie dostaniecie!
      Janeczka odezwała się pierwszy raz dopiero na ulicy.
      - Przestań się już tak dziwić, to ja napisałam ten list - powiadomiła
      Pawełka. - Zupełnie zapomniałam ci o tym powiedzieć. Wysłałam zwyczajny, bo
      chciałam się przekonać, czy babcia zdąży. Poza tym bałam się, że listonosz
      akurat nie przyjdzie i Chaber będzie miał przerwę.
      - A dlaczego mu napisałaś, że jest czwartek? - spytał Pawełek z
      zainteresowaniem.
      - Bo był czwartek. Napisałam w czwartek, a wysłałam w piątek. Proszę, jeden
      dzień idzie.


      Cena: 5 euro plus przesylka

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka