mister1 Re: Korespondencja z Australii 01.05.10, 09:28 [b] Nocujemy jakies 2-3 km od rynku Strahan'owskiego,a raniutenko,nastepnego dnia,przy przepieknej pogodzie,jestesmy w centrum bardzo ladnie polozonego,malego,portowo/gorniczego miasteczka,ktore w latach 80-tych bylo swiadkiem niesamowitych protestow mieszkancow Tasmanii,i calej reszty Australii,protestow przeciwko wybudowaniu kilku hydroelektrowni na terenach dwoch Parkow Narodowych,bedacych obecnie na listach UNESCO.Hydroelektrownie,po wybudowaniu,mialy zalac woda okolo 35-40% tych przecudnych,dziewiczych terenow,ktore teraz sa na Swiatowej Liscie Zabytkow Natury.Te protesty trwaly prawie przez 3 lata i przyciagnely rowniez uwage opinii swiatowej,a moze raczej Swiat dowiedzial sie co zamierzano zalac woda za kilkadziesiat megawatow pradu w tym dziewiczym rejonie Tasmanii.Codziennie,prawie przez 3 lata,australijska prasa podawala wiadomosci z tasmanskiego "frontu walki".Za kratki poszlo tam prawie 1300 osob pochodzacych ze wszystkich warstw spoleczenych calej Australii.Ten niespotykany w swojej dlugosci protest dotyczyl ochrony naprawde przecudnych terenow,terenow gdzie znajduja sie lasy z drzewostanem osigajacym 2500 lat,tysiacletnie eukaliptusy,przepiekne rzeki,strumienie,wodospady i jeziora oraz niesamowita bogatosc fauny,ktorej jeszcze nikt tam nie zbadal.Przenoszac to zdarzenie na ziemie polska to mniej wiecej wygladalo by to tak,jakby jakis miejscowy rzad/urzad polski chcial wybudowac w Bialowiezy kilka hydroelektrowni zalewajac woda 30-40% tego przepieknego terenu. Nic wiec dziwnego,ze przeciwko tym wodnym zaporom protestowala cala swiadoma Australia,z pomoca innych,swiatowych "swiadomosci",i to byl najwiekszy protest,jaki kiedykolwiek mial miejsce w tym Kraju.A kiedy,po 2 latach protestow, wydawalo sie,ze wszystko uleglo zmianie i Tasmanski Rzad Pracy zglosil te tereny do UNESCO,na Swiatowa Liste Zabytkow Natury,to miesiac przed ustanowieniem tych wszystkich Narodowych Parkow,jako Zbytkow Natury,na Tasmanii zmienil sie Rzad z Rzad Pracy na Liberalny,i ten nowy Rzad szybciutenko anulowal uchwale poprzedniego Rzadu i... wszystko zaczelo sie od nowa.Rzadko zdarza widziec sie w Australii taka arogancje"nowowybranych",ale to co dzialo sie na Tasmanii w tych poczatkowych latach 80-tych przekraczalo wszelkie normy jakiejkolwiek normalnosci rzadowej,i tym samym zmobilizowalo tysiace ludzi przeciwko glupocie,durnocie,biurokratycznej arogancji i pazernosci developerow wspieranych przez organa rzadowe.Dopiero w 1983 roku,po wygraniu Federalnych wyborow przez Partie Pracy,Rzad W Kanberze mogl uzyc swojego prawa konstytucyjnego,akceptujacego obligacje Rzadu Tasmanskiego do ogloszenia tych obszarow-Parkow Narodowych-jako terenow objetych Swiatowa Lista Ochrony Zabytkow Natury.W lipcu 1983 roku Sad Najwyzszy w Australii oglosil niepodwazalnosc Federalnej Ustawy i odeslal z kwitkiem Tasmanska Ekipe Rzadowa,ktora,bez specjalnego problemu,przegrala w nastepnym roku wybory stanowe.Zeby napisac o tym protescie krociutenko i bez zanudzania,trzeba umiescic jednak te informacje w kilkunastu zdaniach,poniewaz cala ta afera byla i dluga i zarazem skomplikowana sprawa,ale "at the end of the day" liczy sie to,ze spoleczenstwo australijskie uratowalo od zaglady cos tak przepieknego,czego po zalaniu woda nigdy,ale to nigdy nie udalo by sie komukolwiek odzyskac.Chryste Panie!- jakzez latwo jest jakims bucowowatym bencwalom rzadowym wydac rozporzadzenie,"ochraniajac"je automatycznie-bez wzgledu na koszt-kordonami policji przed protestem calego spoleczenstwa,rozporzadzenie,ktore torowalo droge buldozerom w miejscu,ktore powinno byc zachowane bezzniszczalnie dla potomnosci calego swiata!!!???.Obecnie okolo 20% powierzchni Tasmanii jest chronione przeciwko zachetom biurokratycznej glupoty, i Nic,ale to doslownie Nic nie wolno tam "psuc". Stranhan,jako miasteczko,zaistnialo w 1877 roku.Owczesna,dumna niezaleznosc miasteczkowa,ulokowana prawie na krancu swiata,przyjmowala w XIX,i na poczatku XX wieku,pionierow farmersko-gorniczo-awanturniczego pochodzenia,ale obecnie Strahan pozostaje cicha miejscowoscia oferujaca glownie dosyc bogata turystyke. W centrum wypijamy wspaniala kawe,a po nieudanym,Karolinowym, helikopterowym wypadzie powietrznego zwiedzania,mkniemy do Zeehan ogladajac po drodze roznej wielkosci piekne wydmy.Zeehan,dawniej Silver City,z populacja okolo 850,jest typowym gorniczym miastem tego zachodniego regionu.W pierwszych kilku dekadach XX wieku bylo to 3 najwieksze miasto na Tasmanii.Srebro spowodowalo wydobywczy boom w miejscowych okolicach,i do tej pory ladnych kilkadziesiat tysiecy uncji tego metalu jest tam corocznie wydobywanych.Glownym,kopalnianym metalem w Zeehan jest obecnie cyna,a w mniejszej ilosci inne metale przeplataja sie w jej obecnosci,lecz jednak podstawa gospodarki,w tych malych miasteczkach,jest bezspornie turystyka i tego nie da sie ukryc.Rosebery jest nastepnym malym,gorniczym miastem (kopaliny to cynk i zloto) oferujacym piekne widoki w dzikich okolicach wodospadu Montezumy-najwyzszy wodospad na Tasmanii(114 m)-ale dojazd do tego cuda natury jest osiagalny tylko przez samochody terenowe.Szkoda.Kilkanascie kilometrow za Rosebery odwiedzamy malutenka miejscowosc Tullah,polozona wsrod ladnych jezior z pieknymi widokami gor.Jest cieplo,cicho i przepieknie i musze przyznac,iz niezbyt czesto zdarza mi sie byc wsrod gorskich jezior z przeuroczymi,okolicznymi widokami i temperaturami kolo 30-tki.Z Tullah,po polgodzinnej jezdzie,docieramy do Cradle Mountain,ale tam jest juz duzy ruch ludzko-mechaniczny, plus wszelkie oplaty wjazdowe,restrykcje i autobusy turystyczne,a wszystko to ze wzgledu na duza popularnosc tego Parku.Ogladamy kilka ciekawych,miejscowych widokow i odwiedzamy pare szlakow turystycznych,ale zeby zobaczyc piekno calej tej okolicy potrzeba by kilku ladnych dni na nozne zwiedzanie polaczone z noclegami,a to jest juz jednak koncowka naszej podrozy i brak nam czasu na takie "trekkowanie".Z Cradle Mountain wyruszamy do Devonport,zeby spotkac sie jeszcze raz z June i Brian'em,lecz jednak glownym celem naszego powrotu jest slawny,okoliczny masazysta,majacy przywrocic sprawnosc krzyzowego operowania Karolinowego organizmu,zaczynajacego sie od ramion po tylek.Nocujemy w Devonport i zapraszamy Gospodarzy na lokalne,swiezo- zlowione rybki. [/b] Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 11.05.10, 11:07 [b] Koncze te ciekawa,tasmanska podroz i musze uczciwie powiedziec,ze nie pojechalbym tam jeszcze raz,albo przynajmniej nie tak szybko.Podczas wieczornej rozmowy z Gospodarzami,June twierdzila,ze lasow na tasmanskiej ziemi jest w brod,ale ja,po tym co tam widzialem,mam zupelnie inne zdanie.Lokalne media chca,zeby miejscowy obywatel widzial te lasy wszedzie,i w takiej ilosci,jak to widza media swoim zaklapkowanym, medialnym oczkiem,ale ja,bedac gosciem na tasmanskiej ziemi,odbieram to w troszeczke innym swietle.Wszyscy turysci,ktorzy docieraja na Tasmanie nie przyjezdzaja tam po to,zeby ogladac uprawne pola tasmanskich farmerow,ale zeby ujrzec cos czego nie ma w innej,stanowej czesci Australii lub gdziekolwiek indziej na swiecie.Na wyspie pozostalo okolo 20% naturalnej,chronionej "dzikosci",i ta"dzikosc" jest tym co przyciaga tam turystow z calego swiata,szczegolnie po programie Lonely Planet klasyfikujacym Bay of Fire,jako jedna z najpiekniejszych plaz/okolic na swiecie i "najgoretsza" destynacje turystyczna w 2009 roku.Nie ma co ukrywac,iz na Tasmanii turystyka jest najbardziej dochodowym business'em i obecnie nikt nie chcialby wycinac tego co wycinano tam bez opamietania kilkadziesiat lat temu.Terazniejszy problem spolecznosci tasmanskiej dotyczy bardziej konserwacji tego co tam pozostalo,po tych latach bezopamietanej glupoty rzadowej,oraz anulowania budowy olbrzymiej celulozowni przez firme Gunns-najwiekszego wycinacza wyspowych drzew-budowy,ktora po wybudowaniu bylaby bezspornie zwiazana z zatruwaniem miejscowych wod w przepieknych okolicach Tamar River."Walki" na szczeblach Rzadowo/Federalno/Tasmanskich trwaja juz od ladnych kilku lat.Spoleczenstwo tasmanskie ma podzielona opinie na ten temat,poniewaz teraz krzyczy sie duzo o zatrudnieniu dla kilkuset osob,co w sumie i tak jest znikomym procentem na rynku pracy,a zniszczenie dokonane przez przyszla celulozownie jest niewspolmierne do jakiegos ulamkowego zatrudnienia.Na razie wszystkie sprawy zostaly zawieszone,gdyz firmy szwedzkie zawiesily finanse na te budowe,ale nie dlatego,zeby tak strasznie dbaly o to tasmanskie srodowisko.Grozba niekonczacych sie protestow spolecznosci tasmanskiej przeciwko temu niesamowicie kontrowersyjnemu projektowi byla,chyba,wystarczajacym odstraszaczem dla businessu szwedzkiego.W Devonport,po porannym,wspolnym sniadaniu,odwozimy June do pracy(auto ma w naprawie) i udajemy sie "polnymi" drogami do Launceston,zeby oddac samochod na lotnisku i zasamolotowac sie w powrotna podroz do Sydney.Po drodze wpadamy na farme czeresniowa i raczymy sie koncowka wspanialych czeresni,a przed Launceston odwiedzamy Evandale,malutenka,urocza miejscowosc skladajaca sie z jednej glownej ulicy,na ktorej znajdujemy kilka sklepow z antykami,kilka kawiarni,pub z hotelem,cmentarz,kilka kosciolow,miejskie toalety i bardzo ladnie wykonane,i zainstalowane,kosze na odchody psie z pieknie umieszczonymi aparatami torbowymi,dajacym wlascicielom pieskiej obywatelowosci mozliwosc zebrania tych psich "odpadkow".Nigdzie,w tej miasteczkowej "guberni",nie widzielismy nawet jednego psa,ale okoliczni maja tam swoj dzien targowy,i kiedy sie tam targuja o rozne rzeczy to wyglada na to,ze przybywaja tam,zapewnie,z duza psia ekipa i wtedy,prawdopodobnie, jest okazja do torbowego uzycia.Podczas spaceru w Evandale okazuje sie,ze o wojnie nigdzie na swiecie czlowiekowi nie dadza zapomniec,wiec ogladamy pomniczek evandale'skiego,najbardziej odznaczonego,alianckiego zolnierza z Pierwszej Wojny Swiatowej.Wiemy rowniez,ze ojciec najslawniejszego,australijskiego "gangstera",Ned'a Kelly,podgarowywal sobie troszeczke w miejscowym wiezieniu,jak rowniez i o tym,ze zalozyciel miasta Melbourne spedzil w okolicznych domo-pubach jakas przyzwoita ilosc czasu przed wyruszeniem na kontynent z melbournskim pomyslem w glowie.W miejscowej kawiarni dostaje dobra kawe z pieknie wykawowana litera "M" i po takiej emko-kawie sune,jak odurzony do miejscowego lotniska.Zostawiamy auto na lotniskowym parkingu i zglaszamy peknieta, przednia szybe,ktora dostala przyzwoite uderzenie lokalnym kamieniem "wystrzelonym" kolem tirowca.Ubezpieczenie pokrywa koszty wymiany szyby z tym,ze wymiana samej szyby bylaby tansza o 100% od tego calego,naszego ubezpieczenia.Jestem w Sydnej za kilka godzin i szczesliwie umykam przed melbournskim potopem z czarnochmuru pelnego wody i gradu wielkosci pomaranczy. [/b] Odpowiedz Link
bogo2 Re: Korespondencja z Australii 01.12.10, 13:56 ale nie wtedy, jak ktos pisze wytluszczony...:)!!! to dla czytelnika, przeszkoda jest.... oczy bola... rozumiem, ze dla autora , z jakis wzgledow wytluszczenie wazne bylo, ale dla mnie, ktory to czyta, to niedogodnosc jest... zwlaszcza , ze nie rozumiem, powodu wytluszczania sie.... ;)!? meiske napisała: > warto poczytac Odpowiedz Link
kan_z_oz Re: Korespondencja z Australii 30.11.10, 09:25 Prosze o wiecej...sama mam duzo podobnych 'korespodencji', ale spostrzezenia gosci sa zawsze ciekawsze, gdyz widza inaczej lub widza to czego Ja juz nie widze... Kan Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 09.01.11, 14:52 Po raz pierwszy zdecydowalem sie wyruszyc w tropiki w porze mokrej,ale wyglada na to,ze to cala Australia dotknieta jest pora mokra.Kwinslandia tonie w wodzie,jak rowniez czesc Nowej Poludniowej Walii,Wiktorii i innych stanow.Niedlugo bedziemy sprzedawali wode do krajow arabskich w postaci bryl lodowych.Technologia do produkcji takich gigantycznych bryl juz jest wiec,przy takiej ilosci tutejszych opadow,mrozonki wodne sa tylko kwestia czasu.Lot przebiega pomyslnie,pomimo roznych ostrzezen pilota o turbulencjach i zmianach pogodowych w mijanych stanach.Cairns,jak zwykle,cieplutenkie i mokre wita przybylych tym specyficznym zapachem "gnijacej" mokrosci.Lubie wachac te swiezosc tropikalnych deszczow,okraszona naturalnym rozkladem wszystkiego co moze sie rozlozyc w cieple mokrego zapomnienia.Mkniemy do domu "garbusem",pieknie odnowionym przez Eryka w przeciagu ostatnich 3 lat.Nawet parasole sa w kolorze garbusowej zoltosci,nie mowiac o gumach do przymocowywania bagazu czy pasach bezpieczenstwa.Nie widzielismy sie pare lat wiec skrapiamy te lata odosobnienia wspanialym piwem domowej produkcji i sernikiem bez ciastowego podloza.Przywiozlem ze soba placuszki kukurydziane ze wspanialym smarowidlem sezamkowym,gdyz nie jem chleba.Goska"chwali sie",ze tez nie je juz chleba,ale po godzinie widze,jak przygotowywuje kanapki chlebowe,ktore,jak twierdzi,bedzie konsumowac tylko ze wzgledu na donioslosc spotkania.Wiem,ze w Jej przypadku,jedzenie,palenie i picie nagina sie do okolicznosci w dziennej zmiennosci sytuacyjnego kaprysu.Mnie tam jest wszystko jedno co kto je,pije lub pali,ale wiem rowniez,iz my sami ubostwiamy oszukiwac sie az do zatracenia.Siedzimy w ogrodzie,gdzie palmy kokosowe maja dorodne kokosy pelne wspanialego mleka,a noniowate drzewko zrzuca od czasu do czasu,smierdzacego skarpetkami,noniego.Swierzy owoc noni przerobiony na soczek ma niesamowity smak pieprzu,polaczony z zapachem splesnialego sera,i szczypie w gardlo.Te wszystkie sklepowe produkty z soczkami noni wogole nie odpowiadaja rzeczywistosci.Wypijam szklanke tego specyfiku i wiem,ze jakbym sie uparl to z dobrego rozpedu,i z druga,czekajaca na mnie szklanka soczku noniego,moglbym przeskoczyc flopem ten ogrodkowy,mojego wzrostu,zywoplot,ale jestem po jakims likierku i rezygnuje z flopowania.Moze innym razem.Jedziemy w gosci do Darka,bylego,wzietego aktora polskiego,ktory mial na poczatku XXI wieku podobna szanse na kariere w USA,jak Romek Polanski kilkadziesiat lat temu,ale zakochal sie w Australijce,splodzil dwojke dzieci,wiatrak sufitowy na najszybszych obrotach,urywajac sie,rozplatal Mu glowe,a Australijka,po paru latach wspolnych hustawek,zostawila Go,majac w miedzyczasie 3 dziecko z kochankiem.Obecnie Darek zajal sie robienim zdjec i jest jednym z najbardziej poszukiwanych fotografikow w Cairns.Basia,mama Darka,pomaga Mu przejsc ciezki okres rozwodowo-reknowalescencyjny wiec wszyscy raczymy sie piwem i czerwonym winem,ktore,w tym cieple wodno/parowosci,pobudza krew i zacheca do tanecznych plasow.Japonke-Shi-no-bu-ktora tam spotykam,witam po japonsku,gdyz tyle zostalo mi z moich asocjacji ze spolecznoscia japonska w Sydney.Jest mile zdziwiona,gdyz niezbyt czesto witaja Ja Polacy w Jej ojczystym jezyku.Kilkanascia lat temu jezdzilismy duza grupa z Japonkami do Ich osroda w pobliskich Blue Mountains i spedzalismy tam weekendy,przygotowywujac przedziwne jedzenia i uczac sie troche innosci kultur.Osrodek byl przepieknie polozony,ale pod 2 latach zostal przejety przez jakas yakuzzowska ekipe i zrobiono tam osrodek dla bogatych Japonczykow.Jedyny pozytek z tych polsko/japonsko/czesko/austriackich osrodkowych spotkan,to kilka malzenstw polsko/japonskich trwajacych do dnia dzisiejszego.Siedzimy sobie na zewnatrz,a deszcz,od czasu do czasu,leje tak strasznie,jakby nadmiar wody z calego wszechswiata ladowal w Kwinslandii.Chyba tutaj zmienia sie przyciaganie ziemski,i wieksza grawitacyjnosc powoduje,ze nie ma w ogole kropel.Wszystko jest zamienione w jedna,kranowa ciglosc wodna.Wychylisz sie na pol sekundy zza parawanowatego daszku i juz mozesz sie suszyc zmieniajac ubranie.Cos niesamowitego.Darek opowiada o swojej bylej,pierwszej zonie,aktorce polskiej,ktora za polowe sumy ze sprzedanego w Polsce samochodu,kupila sobie part'owe ubranie,gdyz chciala sie pokazac w koktajlowym wystroju francuskiej delegacji.Pytamy sie czy Jego byla zona nie mogla pozniej sprzedac tego ubranka,po tym koktajliku,za jakas rozsadna sume,ale wyglada na to,iz byla kolekcjonerka-nie mogla.Nastepnego dnia Wigilia wiec kolo 9-tej,po miedzynarodowych,polsko/japonsko/nowozelandzkich tancach zbiegamy do domu pomiedzy potopem,a ulewa lokujac sie w 2 drzwiowym garbusiku parujaco/mokrzy.Chwile po 23-ciej wymykam sie ze swojej sypialni i zachecony wypitym piwem,winem i odrobinoscia likieru-jak rowniez i szumem wody,gdzies tam wsiakajacej w ziemie-wlaczam w pokoju goscinnym muzyke i tancze tak sam-przez nastepne 4 godz-do 3 nad ranem,jakbym zupelnie oszalal.Gne sie w wezowatosci serpentnowego poruszania i nastepnego dnia wiem co moze czuc waz po 4 godzinach pustynnej,lub jakiejs innej,ciaglej,wezowatej ruszalnosci.Jeszcze nigdy mi sie cos takiego nie zdazylo,ale moze to ta muzyka Claptona,deszcz,atmosfera i jakis specyficzny rytm powoduja,ze wpadlem w jakis szamansko/opetanczy taniec zapominajac o czasie,i calym bozym swiecie.Rano boli mnie wszystko co moze bolec w miesniach,ale musze sie jakos przelamac,poniewaz kolo 13-tej mam jecha z Erykiem po pania Gienie,94 letnia kobietke,i przywiezc Ja z Domu Starcow na proszona Wigilie,a tego zawalic nie mozemy. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 16.01.11, 11:33 Pomimo,ze w nocy wpadlem w taneczny uklad tropikalnej choreografii,to raniutenko,o 6.30, bylem na nogach pierwszym domownikiem.Slucham przepieknie mocnego pohukiwania olbrzymiego,bialawego,australijskiego golebia siedzacego gdzies w poblizu kokosa,i mimo iz jest to niesamowicie rozchodzacy sie glos,to jednak nie powoduje jakiegos dysonansu w tym porannym,dzwiecznym odglosie wszystkiego co zyje.Golebiowe pohukiwanie jest po prostu mocniej zaznaczone niz jakikolwiek inny dzwiek,i slychac je wszedzie.Nawet nie wiedzialem,ze mamy takiego golebia o glebi glosu odbowiadajacej didzuridu.Stoje cichutenko pod prysznicem,on pohukuje,a ja mu odpowiadam i,co dziwne,nikogo tymi odglosami nie budzimy.Widzialem go kilka razy,ale jest bardzo plochliwy i nie daje do siebie podejsc zbyt blisko.Przy sniadaniu wszyscy mamy usmiechy na twarzach,jakbysmy przed momentem ockneli sie z przepieknego snu i wiedzieli cos,ale nie chcieli o tym mowic.Robimy ostatnie zakupy,gdyz ma byc nas osmioro plus-Pani Gienia.Pada,ale to nie jest specjalna przeszkoda w kupowaniu lub przyrzadzaniu czegokolwiek.Gospodarze racza sie piwnym oczyszczaczem nerek,ale ja zostaje przy wodzie.Alkoholi,tak jak ostatniej nocy,nie mieszalem juz od kilkunastu lat.Nie zebym pil duzo,ale zmieszalem slabiutkie z mocniejszymi,i w tych mieszankach zabraklo madrosci bylej,wieloletniej degustacji."Klina" tez nie uzywam,ale mam specjalna wode z miejscowego zrodla,ktora wspomagam odrobinka heksagonalnosci,wodno-technologicznego produktu reklamowanego przez Masaru Emoto,japonskiego,fantastycznego specjaliste od wody.Szklanka rano i chwile po 10-tej i czuje,ze moge zaczac tanczyc od nowa.Kolo 14 wyruszamy z Erykiem po pania Gienie,ktora Jej wnuczka,Sonia, umiescila w domu starcow,kilka miesiecy temu.Sonia przeprowadzila sie z Adelajdy do Cairns,kupujac,z finansowa pomoca babci Gieni,piekny domek z duzym ogrodem na przedszkolny wybieg.Zamieszkali wszyscy razem:Sonia,Jej maz Jacek,babcia Gienia i dwojka fajnych dzieciaczkow.Sonia otworzyla przedszkole,ktore przepieknie operowalo,a majac niesamowita zylke do biznesu,stworzyla z tego przedszkola bardzo ladnie prosperujaca instytucje.Jej maz,Jacek,nie pracowal od lat,ale korzystal ze zdolnosci Soni w biznesowym swiecie.Ona prowadzila,i zajmowala sie wszystkim,natomiast On zajmowal sie sprawami finansowego wydawania.Mianowal siebie,za swoja,i jedyna zgoda,dyrektorem przedszkola,wyrobil sobie swoje wizytowki zarzadcy przedszkolnego biznesu i... zajmowal sie internetowska aktywnoscia.Rente babci Gieni,Jacek przejmowal i wydawal rowniez twierdzac,iz babcia nie potrzebuje az tak duzej gotowki,gotowki,ktorej On,bedac dyrektorem przedszkola,potrzebowal bardziej niz Ona na roznego rodzaju rozchody.Konikiem Jacka byly ebay'owskie,tanie transakcje.To pasjonowalo Go najbardziej.Kupowal rzeczy dlatego,ze byly tanie,a takiej okazji-jak taniosc-dyrektor Jacek odposcic nie mogl.Dom mieli zawalony roznego rodzaju rzeczami,ktore,czasami,udawalo Mu sie sprzedac znajomym taniej niz je kupil.To bylo ryzyko,ktore bylo wkalkulowane w tego rodzaju ebay'owska aktywnosc.Ta idylla trwala kilka lat,az w koncu Sonia miala wszystkiego dosyc i zarzadala rozwodu.Jacek jednak nie akceptowal takiej sytuacji,gdyz taka decyzja pozbawiala Go dyrektorskiego"stolka",wiec awanturowal sie o rozne roznosci,a poniewaz mieszkanie bylo zapisane na Sonie,a pieniadze pochodzily w duzej mierze ze szkatulki babci Gieni,wiec podzial majatku stanowil dosyc trudna sprawa do rozwiazania. Sonia rozwiazala ten problem,kupujac Jackowi duzy,mieszkalny,mercedesowski autobus,taki jaki chcial,i kiedy wydawalo sie,ze wszystko sie juz jakos unormowalo i zostalo zaakceptowne przez obie strony,to Jacek,dobrze po alkoholu,wdarl sie kiedys w nocy do domu Soni,i o malo co nie udusil Jej w Jej wlasnym lozku.Gdyby nie interwencja starszego,osmioletniego syna,ktory slyszac jakies dziwnie glosne odglosy wszedl od matczynej sypialni,powodujac ucieczke ojca/rowiedzionego meza,to Sonia pewnie juz by nie zyla.Policja pojmala Jacka po kilku dniach poszukiwan,i teraz czeka do rozprawy majac na koncie jakies inne,rozne machlojki z Adelajdy.Sonia,kilka miesiecy temu,zdecydowala sie przeniesc babcie do domu starcow,gdyz nie dawala sobie rady z osoba wymagajaca stalej opieki,a z Cairns chciala sie rowniez wyprowadzic ze wzgledu na nieustajace konflikty z bylym mezem.Z tego Domu Starcow mielismy zabrac pania Gienie na kilka godzin wigilijnej przezywalnosci.Przyjechalismy garbuskiem,niezbyt zrecznym pojazdem do zabrania tak wiekowej osoby,ale innego nie mielismy.Weszlismy do pokoju pani Gieni,ktora siedziala w wozku inwalidzkim,a zabaczywszy Eryka,a moze nawet i mnie,krzyknela-"Bede plakac,bede plakac.Wlasciwie to juz plakalam,ale bede jeszcze raz".Eryk,znajac Jej zachowanie,przedstawil mnie spokojnie,nie zwracajac uwagi na Jej chec placzu,i powiedzial,ze poznalismy sie kilka lat temu,kiedy odwiedzilismy Ja i Sonie w Ich bylym domku.A Ona,nie zwracajac najmniejszej uwagi na to co On mowi,i z reka w gorze,jak zwycieski sportowiec na podium, wykrzykuje,ze juz myslala,ale zle myslala,iz nie przyjedziemy,ale rozumiala nasza nieobecnosc,gdyz pogoda tak straszna,a ta Ewka,ktorej Ona nie lubi,przygotowala Jej nawet ubranie wyjsciowe,tylko ze Ona nie ma jeszcze stanika na sobie,wiec cos trzeba z tym niezalozonym stanikiem zrobic.Patrzy sie na nas wyczekujaco,jakbysmy to my mieli podjac decydujaca decyzje stanikowej ubieralnosci.Proponujemy,ze zawieziemy Ja do tej toalety w Jej pokoju i tam moze sie rozebrac i zalozyc ten nieszczesny stanik."Ty jedz"-krzyczy pani Gienia,wskazujac palcem na Eryka-"a ty do pokoju.Tylko nic tam nie ruszaj.Broszki juz nie mam".Przysiegam Jej,ze nic nie rusze,wiec mnie lustruje czy aby to co mowie jest prawda,i wyglada na to,ze mi wierzy.W miedzyczasie Eryk wymanewrowal juz ten wozek i jada oboje do duzej lazienki,przystosowanej do wozkowej operacyjnosci.Tam,pani Gienia zada,zeby Eryk rozebral Ja do pasa i nalozyl Jej ten cholerny stanik,ktory ja mam doniesc z krzeslowego wieszaczka znajdujacego sie w pokoju,w ktorym nie ma juz broszki.Dostarczylem ten stanik,a On rozebral Ja do pasa i jakos wepchnal Jej te piersi w ten wcale niemaly stanik,zakladajac,z Jej pomoca,nowe,goscinne ubranie przygotowane przez nielubiana,mlodsza Polke,Ewke.Ruszylismy do wyjscia,ale w miedzyczasie przyszla do pani Gieni osrodkowa pielegniarka,wiec wytlumaczylismy Jej spokojnie nasze tam przebywanie,zyczac Jej,i drugiej,nadchodzacej pielegniarce,pieknych swiat i duzo spokoju.Pani Gienia,z nasza pomoca,przeniosla sie z tego wozka na podloge,wspomagana bezkolkowym chodzikiem,i nagle,pomimo 45 lat pobytu w tym Kraju,krzyczy do tych pielegniarek po polsku-"Tylko pilnujcie mojego domu! I zeby mi nic z niego nie zginelo"!!!.A my z Erykiem,zeby juz nic nie krzyczala,jeszcze raz zyczymy Im pieknych swiat,obiecujac odwiezc Ja do tego osrodka kilka godzin pozniej.Uffff,jedziemy,ale musimy wylaczyc radio,gdyz muzyka jest za glosna,a Ona chce mowic."Jedzenie maja w tym osrodku do dupy.A te pielegniarki zjadaja wszystko z tej kuchni-wszystko!!!A ja prawie nic nie jem"-ale nie wyglada na zaglodzona-"Niedobre to wszystko.Czym oni,do cholery,sie tutaj zywia? Ta Ewka-tfffu-potrafi zjesc wszystko i ... och ,tak pada i pada.A ta droga,to Sonia mnie tu przywiozla.Jacek nie byl taki zly,ale to waaariat!!! Pieniadze bral,i owszem,ale wydawac to umial-uuuuuu-uuh".Cale szczescie,ze w tym Cairns nigdzie nie jest daleko.Dojechalismy.Posadzilismy pania Gienie na kanapie,a Eryk zrobil Jej masaz bateryjnym masazysta,i na moment przysnela,ale przedtem kazala wylaczyc nam muzyke,wiatraki i zapalic wszyskie lampy,gdyz chcialaby wszystko lepiej widziec.Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i w Odpowiedz Link
mister1 c.d. 16.01.11, 11:36 Przy stole,pani Gienia stala sie bardzo rozmowna.Stwierdzila,ze zupy grzybowej jesc nie bedzie,ryby tez,a nad ciastem sie zastanowi.Zaspiewala cos co pamietala,a pamiec do piosenek i wierszykow ma dalej niesamowita.Pozniej zmienila zdanie i zajela sie zupa,ale stwierdzila,ze grzybow,w tej zupie grzybowej,nie ma,a te ktore sa,to to nie sa grzyby.Na rybe tez ruszyla dzielnie,ale nagle,bez podnoszenia glowy do gory,zaczela krzyczec-"aaaaaaaaaa-aaah"!!!-jakby sie dlawila oscia bezoscijnej,filetowej ryby,po czym nagle przestala,zeby szybko zaspiewac-"Chrystus sie rodzi..."-i zrobila to z taka moca,ze wszyscy zamilklismy,a proboszcz,w jakiejkolwiek parafii,dalby duzo,zeby miec taka zapiewajlowke. Nikt nic nie mowil dopoki nie skonczyla.Jezu kochany,co to byl za wystep!!!Po "Chrystusie"-juz urodzonym- skrytykowala kapuste poszatkowana ciut za grubo,jak na Jej przelyk,ale makowiec pochwalila,chociaz ta ciastowa kratka,na wierzchu makowczyka,nie wprawila Jej w najlepszy humor.Moze to byl Jej ostatni,taki swiateczny "wystep" w zyciu-w tak "mlodziezowym" gronie-wiec pozegnalismy Ja serdecznie sciskajac i calujac w poliki.Chichotala smiesznie.Eryk odwiozl Ja do domu garbuskiem,ale w drodze powrotnej zazadala,zeby kupil sobie nowy smochod,gdyz stac go na to,a nie jezdzil takim gruchotem.Obiecal Jej,ze sie nad tym zastanowi.Nie obchodze wigilii i Swiat ze wzgledu na komercjonalnosc i zaklamanie tych dni,ale nie mam nic przeciwko towarzyskim spotkaniom,nawet z alkoholem i ... starszymi osobami.Nastepnego dnia idziemy w gosci do polsko/nowozelandzkiego malzenstwa z dwojka przepieknych corek,z ktorych jedna jest przepiekna,6 letnia blondynka,a druga,5 letnia,przesliczna brunetka.Obie wygladaja tak przepieknie,ze nie mozna sie na Nie napatrzyc.Tereska,Nowozelandka,mowi troszeczke po polsku z przepieknym,slodkim akcentem,i te 3 "kobiety" tworza niesamowity urok tej swiatecznej przyjeciowosci. Buzia Zbyszek Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 22.02.11, 12:06 Dzwiek w Tropikach jest czyms nieodlacznym,i przepieknym zarazem.Taka zywotnosc nie moze wyrazac sie cisza.W nocy jakis dzwiekowiec zaangazowany byl w powielanie odglosow starej tarki do prania.Robil to z niesamowita systematycznoscia i dominujacym odglosem.Przewodzil wszystkim dzwiekom i zdawalo mi sie,ze w tym lesie maja sporo roznych brudow do prania,gdyz ten dzwiek bylo slychac nawet w porannych,glosnych odglosach lesnego wstawania wszystkiego co zyje.Byl dominujacym,ale nie natretnym,i nie wykomponowanym ze wszystkiego,dzwiekiem.Nigdy nie udalo nam sie zlapac tego "pracza" na dzwiekowym uzywaniu tarki.Dzikie swinie pracowaly niesamowicie dzielnie w naszej okolicy,i zastanawialismy sie,dlaczego one tak tam ryja majac jadla w brod w kazdej piedzi tej wspanialej,Tropikalnej Istoty.Z dzika swinia jest w Australii niesamowity problem.Mozna ja znalezc w calej Australli,oprocz Tasmanii.Na dzika swinie sie poluje,lapie,eliminuje i wykancza wszelkimi mozliwymi srodkami,ale ona wszystko przezywa.Wygladaloby na to,ze jest niezniszczalna,ale w tej niezniszczalnosci my,ze swoja wspaniala madroscia,zawsze maczamy palce.Jak sie np.swinke wytrzebi,i sprzeda wszystko Niemcom,ktorzy kupuja to dzikie mieso na potege,to w nocy,do akcji zaswiniania tych terenow,ktore wlasnie zostaly odswinione,wkraczaja mysliwi,i wypuszczaja,w dzikosc natury,jeszcze niezbyt dzikie swinki,gdyz nic tak pieknie nie utuczy i nie uodporni dzikiej swinki na wszystkie bezecenstwa hodowlane,jak las i otwarta przestrzen.Pozniej,oczywiscie,zglasza sie w rzadowych instytucjach ilosc nowych,zauwazonych swin i ...polowanie i odswinianie zaczyna sie od nowa,a wszystko oczywiscie za rzadowe pieniadze.Dzikie tereny potrafimy zaswiniac fantastycznie i,jak to zwykle w buszu bywa,jest niezmiernie ciezko cokolwiek,komukolwiek udowodnic.To samo jest z krolikiem,rybkami czy innymi,zywymi stworzeniami.Nie mozemy ich usunac sami wiec wypuszczamy,zeby pozniej placic innym za ich eliminacje.Madroscia jestesmy przesaczeni.Caly swiat jest w nas zapatrzony.A sam swinka jest niesamowitym szkodnikiem,poniewaz dla takiego duzego osobnika swinskiego nie przedstawia to specjalnego problemu pozrec cielczaka lub owce,wiec coz dopiero moga zdzialac miejscowe zwierzeta.Cassowary,czasami,bije sie ze swiniami o swoje ulubione opadziny,ale z wieksza swinia nie ma szans nawet,jak uderzenie z nogi i glowy ma opanowane do perfekcji.Myjemy sie pod kranikiem samochodowym,zazywajac kapieli "recznej". Lapiemy troche wody w rece i spryskujemy sie tylko troszeczke,gdyz jeszcze sie niczym nie pobrudzilismy.Sniadanko meskie zjadamy,bez specjalnosci talerzowego,zenskiego,pieknego nakladania,i przygotowywujemy sie do wejscia w las. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 22.02.11, 12:08 .Nie pada,jest przepieknie cieplo,i wilgotno zarazem,ale przeciez jestesmy w Lesie Wodnym,a nie w jakichs borach sosnowych europejskiego pochodzenia,wiec ta wigotnosc ma swoja wage i atrakcyjnosc.Po tygodniowym pobycie w tropikach w Porze Mokrej,skora na twarzy i na calym ciele jest tak fantastycznie oczyszczona i,jakos,nawilgocona,ze nie trzeba wogole uzywac zadnych kremow.Wlasciwie to nie wiem po co my sie myjemy;chyba z przyzwyczajenia.Wypad w las konczy sie dla nas niesamowitym fiaskiem.Po 200-300 metrach jestesmy oblepieni blotem i...pijawkami,ktore nie wiadomo skad sie biora.Idziesz spokojnie przez las wyznaczona sciezynka i nagle widzisz,iz masz ich z dziesiec na sobie,a jak sie zatrzymasz,zeby je usunac,to liczba pijawkowego przyklejenia automatycznie wzrasta.Cale szczescie,iz nie rzucily sie na nas kupa,gdyz bylibysmy w opalach.Jestesmy octowo przygotowani,ale przy takiej ilosci przyklejen,nawet litr octu na glowe nie wystarczy do prowadzenia aktywnej walki.Cos niesamowitego.Jak ci wczesniejsi podroznicy przebijali sie przez takie lasy w nocy lub w porach mokrych??? Przeciez te pijawice jedne sa tak nienasycone,iz oproznic goscia z "czerwonych zasobow" to zaden problem dla takiego,pijawczego swiata.Nawet po wyjsciu na teren suchy "splawiamy" je z cial przez dluzszy czas nasza mikstura octowa.Ufff!!!Co za przezycie.Na gore nie wejdziemy,gdyz jest chroniona przez pijacy,pijawkowy swiat.Taka dzika swinia,to przeciez nie moze w nocy chodzic sobie tak sama w tym tropiku,gdyz nad ranem lezalby pol zywa z uplywu krwi.Swinki chodza w las parami,przynajmniej w tropikach,i jedna drugiej pomaga pozbyc sie tych wysysaczy.Innymi slowy,dosyc czesto swinki zywia sie krwia kumpelki,wampirzyce jedne.Decydujemy sie na pozostanie w lesie jeszcze przez jeden dzien.Kolo 11-tej przyjechal miejscowy lowca swin z trzema,duzymi psami.Psy przybiegly przed Nim i zobaczywszy nas troche sie zjerzyly,ale mamy w szufladzie samochodowj karabin wiec wybic pieski,atakujacy swiat,nie byloby dla nas jakims specjalnym problemem-tylko po co.Pozniej zjawil sie wlasciciel psow,ktore,wypuszczone z samochodu,pracowaly awangardowo,zarabiajac w ten sposob na dawane im papu.Zrozumielismy ich "zjerzone" zachowanie.Inaczej nie mogly.Musialy byc czujne i nastroszone pomimo,ze nie przypominalismy swinek.No moze troszeczke,ale chcielismy sie zdecydowanie poprawic. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 22.02.11, 12:09 Wlasciciel psow opowiadal o polowaniu.Zwykle psy lapia swinie za ogon i ucho starajac sie ja zastopowac,i obalic na ziemie.Pozniej nadbiega zziajany mysliwy i nozem w serce konczy zywot swinskiego zycia.Walka swini z psami jest zawsze zazarta i nie zawsze one wygrywaja,ale,cos mi sie zdaje,ze one to lubia.Maja nakladane specjalne "pancerze" skorzane chroniace je od klow wscieklej,zagoninej swini,ale w ferworze walki takie "opancerzenie" nie zawsze pomaga.Przy dobrym dniu,zabijacz swinski moze zarobic kilkaset dolarow dziennie,a przy zlym ze dwiescie-oczywiscie po odliczeniu wszelkich kosztow podrozy i jedzenia dla siebie i psiej wspolnoty.Kilkaset moze byc i 300 i 900 zarazem.Nie tak zle,jak na pare pchniec nozem.Z mysliwym wypijamy po piwku i oddajemy sie tropikalnemu relaksowi.Psy nas polubily,mysliwy zaprzyjazniony,pijawek sie pozbylismy,komarow nie ma,a na inne bezecenstwa wigotnosciowej cieploty stosujemy spreparowanego bambuska.Jest bosko i chyba tylko kilku milych kobiet brakuje do pelnej,tropikalnej nirwany.Taki Budda np to byl klas gosc.Oprocz tego,ze tyl w lesie,dolaczajac do tego tycia filozoficzne usprawiedliwienie,to jeszcze otaczal sie mlodymi kobieto-dziewczynkami,ktore mialy wyrownywac Jego zachwiany balans energetyczny w wymyslaniu tych filozofek.Ghandi rowniez sypial pomiedzy dwoma 12-sto letnimi dziewczynkami dorabiajac sobie do takiego sypiania teorie doenergetyzowywania.Teraz,za takie sypianie,mozna by Go bylo zamknac za pedofilie. Tez z Erykiem kombinujemy co by tu powymyslac,zeby nas jakies panienki wspomagaly energetycznie,ale czas jakis teraz taki dziwny,ze nikt na filozofowanie nie leci.Kasa,nawet w tych tropikach,przelala sie kolo nas w postaci mysliwego-nozownika.Moze trzeba sie bylo Jego zapytac o jakas kobieca energie???Nic,odpoczywamy. Przepuscilismy tak okazje.Moze po uczciwym odpoczynku uda nam sie udowodnic innym nasze racje filozoficznej egzystencji,opartej na kolaboracji z zaistnialymi juz kierunkami.Mamy plan i potrzebujemy troche czasu na jego pelne wprowadzenie w zycie.Siedzimy.Takie jest to nasze dzisiejsze,tropikalne zycie.Eryk przysypia,gdyz nawet jak nic nie robi to musi odespac tego raka,ktorego z Niego wycieli fachowi chirurdzy kilka lat temu.Odganiam z Niego muchy,gdyz w takich tropikach,po kilku godzinach spania,mozna sie obudzic nawet z kilkoma muchami w nosie; i co wtedy??? Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 12.03.11, 08:47 Nastepnego dnia,po powrocie do Cairns,bylismy zaproszeni na przyjecie do Darka,ktory-tak przynajmniej sam twierdzi-ma 1000 stacji radiowych na komputerze i mozemy sluchac,z tego komputera z podlaczeniem do kolumn stereo,wszystkiego czego tylko dusza zapragnie.Rzeczywiscie,zaczelismy sluchac,ale jakos nic specjalnego nie mozemy znalezc,gdyz sluchamy po kawalku utworow z wielu stacji i po godzinie poszukiwan stwierdzamy,iz chyba bedzie lepiej,jak zagramy cos z CD'ska.Dawniej bylo kilka stacji i sluchalo sie wszystkiego z ciekawoscia,nie mowiac o slawnej stacji-Radio Luxembourg-ktorj mozna bylo sluchac na okraglo,a teraz mamy dostepnych tysiac stacyjek,i nic sie nikomu specjalnie nie podoba.Ciekawe,gdyz cos mi si zdaje,ze z mozliwoscia wyboru nie idzie jakosc. Znajoma Japonka stwierdzila,ze jest dziewczyna Darka i wobec tego,kiedy On zadzwonil do swojej bylej zony w sprawie rozwodu,bez porozumienia z Nia,to dostal od Niej slowna reprymende,gdyz o sprawach takich telefonow Ona tez powinna wiedziec,zanim one zostana wykonane.Wyglada na to,ze z Japonkami trzeba byc bardzo ostroznym i nie przesadzac z telefonami,szczegolnie rozwodowymi.Shi-no-bu miala podobno ojca alkoholika,ktory pil sake jak wode,a kiedy juz nie mogl jej pic,to robil w domu draki i zamykal zone z corka w pokoju,zeby zjesc sobie rybke z akwarium.Lubil zakasic sak'usie swiezutenka rybka,i to egzotyczna;inne okazy mu nie smakowaly.Kobietki musialy sie z nim rozstac,gdyz jego "zakaski" rujnowaly je finansowo,a zlikwidowanie akwarium nie wchodzilo w ogole w gre .Ojciec,jak byl trzezwy,lubil lypac na te egzotyczne okazy godzinami,i wtedy w domu bylo cicho i spokojnie.Pewnie wybieral sobie nastepna "zakaske" sak'usiowego upojenia.Za cieplo,zeby tanczyc wiec siedzimy i rozmawiamy.Znowu slysze teorie o nieszkodliwosci papierosow palonych w malych ilosciach,ale nie biore udzialu w tych pustych dyskusjach.Jakis cizio,z amerykanskiego aktorstwa,dozyl stowy palac cygara wiec teraz sluzy,jako wzor dlugowiecznosci dla wielu palaczy.Eryk jest bardziej zaangazowany w argumentacje,wiec jak juz sie wda w stolowa dyskusje,to zwykle zasycha Mu w gardle i musi je czyms nawilzac,co zwykle podnosi Jego bojowosc w dyskusyjym ferworze.Zapomina,ze ma auto,ale nie jestesmy daleko od domu,wiec nawet w duzy deszcz byloby przyjemnie spacerowac.Wracamy szczesliwe,nie zaczepieni przez policje,ktora skads sie pojawila przed samym skretem do domu.Nastepnego dnia jest Sylwester i bedziemy musieli nalozyc wszyscy dlugie spodnie,gdyz takie sa wymogi klubu.Nie przepadam za klubowymi Sylwestrami,ale bilet kupiono mi w prezencie gwiazdkowym wiec jedyne co mi pozostaje,to isc lub go odsprzedac.Ide,pomimo ze pierwszego stycznia wyruszam do Brisbane spotkac sie ze swoja przyjaciolka,ktorej nie widzialem ladnych kilkanascie lat.W klubie bufet szwedzki z herbata i kawa,a trunki trzeba kupowac w barze.Tance w klubie zaczynaja,jak zwykle,kobietki.Dwie panie kolo 50-tki tancza na bosaka,pomimo duzej tablicy ogloszeniowej przed wejsciem pokazujacej,i mowiacej o odpowiednim obuwiu.Moze weszly w butach,ale parkiet wola czuc bosa stopa.Muzyka jest dostarczana zespolowym graniem,ale zdaje mi sie,iz ci wszyscy zespolowcy zaczeli pic dzien przed Sylwestrem i... gdzies "gubia" nuty.Powaznie wygladajaca,emerytowana wokalistka jest tak wstawiona,ze trzezwiejszy,zespolowy basista daje Jej wsparcie gitarowym gryfem,gdyz inaczej zeszlaby do horyzontalnego wokalu,ktory nie jest zbyt dobry dla strun glosowych,a i zespol bylby wykonczony takim wystepem.Ratuja sie,jak moga.Kiepskie to wszystko jakos,ale do 12 dotrwalismy.Pozniej zyczenia,muzyka z CD-ska,pare strzelajacych konfeti chinskiego wyrobu,wliczonych w cene biletu,no i oczywiscie "zwijany jezyk kameleona" z wprawionym,rowniez w Chinach,gwizdkiem pobudzajacym do akcji.Calosc,jak z badziewia amerykanskiej kinematografii.Umykamy cala ekipa do domu w cieplutkim,noworocznym deszczyku,zeby wypic ze wszystkimi lyczka szampana i...lulu.Wstaje o 4.30,zeby byc na lotnisku 0 6.20 rano,a mam do zabrania i caly,okragly serniczek,i salatke jarzynowa,podarki,ktorych zostawic nie moge.Na lotnisku mowia mi,ze moj lot zostal odwolany z niewiadomych powodow wiec jestem upowazniony do kuponu kartkowego na $10,za ktory moge sobie wypic kawe i cos zjesc,a oni-sluzba lotniskowa-powiadomia mnie o locie,jezeli,oczywiscie,takowy zaistnieje.Do Brisbane leci sie 1godz i 20min,a opoznienie wynosi 6 godz i nawet pilot,w zastepczym locie,nie byl w stanie powiedziec co sie wlasciwie stalo.Podejrzewam cala zaloge o gorzalkowe ekscesy i utrate poczucia czasu,ale nie mowie nic glosno.Moj przyjaciel twierdzi,iz zaczal sie sterowany,noworoczny bajzel,polaczony z manipulacja Rzadowa w celu wywolania sztucznego niepokoju w spokojnych duszach ludzkich.Moze i cos w tym jest,ale ja,jak do tej pory,widzialem dosyc przyzwoity spokoj na lotnisku,nawet po 6 godz oczekiwania,wiec moze nie wyszlo im wszystko tak jak trzeba z tym manipulowanym niepokojem.Lot z Brisbane do Sydney odbywa sie,absolutnie,spokojnie.Slowo "absolutnie" stalo sie amerykanizmem zastepujacym proste slowko"yes",i wszedzie slyszy sie od kilku lat,ze absolutnie wszystko jest okay,absolutnie wszystko mozna zalatwic,absolutnie wszyscy beda tam,gdzie mieli byc,wiec i ja dolaczam sie do tego absolutnego okay'stwa,konczac swoja podroz w cieplutkim Sydney. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 12.03.11, 15:38 Hirudo Medicinalis,to jest lacinska nazwa pijawki.Jak twierdza fachowcy,tylko 3 rodzaje pijawek stosuje sie w lecznictwie tzw. hirudoterapii.W starozytnym Egipcie przystawiano je co lepszym Egipcjanom,angazujac pozniej mistrza w rzezbiarstwie sciennym do upamietnienia tego zdarzenia.W Rosji,natomiast,w XVIII i XIX wieku podobno dochod z eksportu pijawek byl rowny z eksportem zboza.Nie tak zle,jak na pijawkowego ssacza.Ta "nasza",tropikalna,chyba nie jest lecznicza,ale zachowuje sie tak,jakby byla zywcem wyjete z filmow rysunkowo/animowanych,ukazujacych pelzajaca gasiennice.W swojej podrozy po czymkolwiek najpierw robi ze swojego ciala lutnie,po czym prostuje sie w muzycznym wyrazie fletu prostego,zeby zaraz potem przejsc z powrotem do instrumentu szarpanego.To co robi,robi z gracja swojego rodzaju w "dwu-instrumentalnym" pochodzie,i jest niesamowicie milo ja obserwowac nawet,jezeli wiesz,iz za moment moze sie do ciebie przyssac.Zmysl wywachania najcienszego naskorka,i najlepszego pokarmu krwiobiegowego,ma wkomponowany w swoja DNA, i przez ladna chwile obserwowalem jedna z nich nie pozwalajac jej na zbyt przesadne,pijawkowe zachowanie na mojej skorze.Milo jest obserwowac przepiekna harmonie w jej ruchu i dazeniu do celu,ale jakos ciezko jest nam "zaprzyjaznic" sie z pijawka,a przeciez jest uzywana nie tylko w medycynie "oczyszczajacej",a i to co robi,robi najlepiej jak moze.Obserwujemy troche ptakow,motyli i przenajrozniejszych,bezimiennych latajacych cudow natury,ktore laduja na nas,i w poblizu obozowiska,nie czujac sie niczym zagrozone.Duzy szaranczowo/podobny osobnik wyladowal mi na dloni i gigantycznym wasem "odgonil" zgraje pylku powietrznego,niepotrzebna w badaniu ludzkiego ciala.Wasy chodzily mu,na tej dloni,jak Chinczykowi rece w Tai Chi-Martial Art.Wygladalo to na walke z czyms co on widzial,a ja nie moglem zauwazyc.Moze one tak sie doenergetyzowywuja,a moze to Chinczycy sciagneli swoje taichi'owanie od tego tropikalnego osobnika? Kiedy zaczal mnie laskotac musialem go zdmuchnac,podmuchem ustnego huraganu o szybkosci okolo 150km na godz,ale mimo takiej szybkosci,przez moment trzymal sie dzielnie na dloni,przyzwyczajony do tropikalnych tajfunikow.Pozniej wskoczyl mi na szyje,ale w tamtych okolicach szyjnych,kilka lat temu, ugryzla mnie liszka drzewna,ktora na pajeczej niteczce,ze zrecznoscia wytrawnego alpinisty,a ciszej niz miejska cisza nocna,opadla na mnie w jej wiadomych celach,i kiedy zaintrygowany laskotaniem chcialem ja usunac,to w ramach protestu wpuscila mi cos pod,lub na,skore.Swedzenie po ugryzieniu komara jest czyms dziecinnym w porownaniu do tego co ja odczuwwalem przez miesiace,i to,a'la,wrazenie niesamowitego swedzenia czuje,w jakims stopniu,do dzisiaj.Skokowo/powietrzny pojadacz zieleniny nic o tym pewnie nie wiedzial,ale musialem przenies go w inne,bardziej tropikalne miejsce.Nie protestowal.Te przenajrozniejsze zyjatka lubia na nas siadac,gdyz emanujemy inna,jakby przyciagajaca dla nich energie,i nawet czasami mozna nas ciutenke nadgryzc.Wczesnym popoludniem wrocil ublocony,jak po bagiennej kapieli,nasz znajomy mysliwy.Psy,w specjalnych uprzezach, przyciagnely dzika swinie-okolo 90-100 wagi-rowniez przecudnie ublocona na podobienstwo sloniowej,blotnej kapieli.Wszyscy wygladali,jak jakies stwory z innego,nierealnego swiata,ale bylo kupe smiechu i zabawy.Ubranie,i caly ublocony sprzet,wedrowaly do oczyszczenia,co tez bylo wkalkulowane w koszty czystego zarobku.Don twierdzil,ze teren jest troche za blotnisty na dluzsze polowanie,gdyz tracisz za duzo energii na"walke" z mokrosciami,i zarobek nie jest tego wart,ale psy musza miec trening,zeby w bardziej suchej porze nie byly bez kondycji.Wierzymy Mu na slowo z ta psia kondycja,gdyz czesto widzimy upasione psiny w bezkondycyjnym,jezykowym zwisie do ziemi z usatysfakcjonowanymi,i rowniez bezkondycyjnymi, wlascicielami. Pomoglismy Don'owi wrzucic te wartosciowa miesistosc na van'a.Pojechal ze smiercia wieprzowego ciala,cialka ktore bedzie moze nawet konsumowane w Polsce w rodzaju pasztetu z dzikiej swini,i-oczywiscie-importowanego z Niemiec.Zrobilo sie cicho i bezsmiertelnie.Skubniemy sobie a to serka,a to owocka z gotowanym jajeczkiem i zakasimy to wszystko czysciutka woda i czujemy,iz pocichutenku samo zdrowie wkrada sie w nasze organizmy,"zaproszone" czystoscia mysli,powietrza i nastroju.Czasami spadnie jakis delikatny deszczyk,ale on spada w limicie niemoczenia naszej ubraniowej suchosci,wiec nie mozemy na nic narzekac i oddajemy sie zraszalnosci tej czystej,opadowej wody,niosacej ze soba pieknosc dzisiejszego,obopolno-istnieniowego przezywania.Zadne nowoczesne gadzety informacyjno-rozrywkowe nie sa nam potrzebne do radosci i smozadowolenia z samego faktu istnienia i bycia tam,gdzie bycie jest prawie czystym byciem.Z zapadaniem wieczoru dzwieki w tropiku zmieniaja ton i staja sie nocnym,dzwiekowym ukojeniem.Tam,w tropikach,dopiero widac ile tracimy w tym miejskim dzwieku jazgotu zelazistych pojazdow,i nienaturalnych dzwiekow naszego nowoczesnego,"wspanialego" dzwieko/poruszania sie w konglomeracjach minimalnej owado/roslinnosci.My sami nie jestesmy w stanie okreslic ile tracimy,gdyz prawie cale nasze myslenie jest nastawione,zeby z cisza cos zrobic,a nie ja przezywac,wiec skad mamy wiedziec co oferuje nam cisza,ktora na okraglo czyms zagluszamy,a tropikalna,naturalna "cisza" dziewiekowego odbioru jest dla nas czyms zupelnie nieznanym.Szkoda,niesamowita szkoda,ze prawie calkowicie potrafilismy wyalienowac sie z naturalnego oddechu "Ziemskiego Cudu Natury".Zostawiono nam skrawki trawnikowych obrzezy poprzeplatanych odpowiednio posadzonymi drzewami,i parkowymi zywoplotami,ale jakos dzikosc,z tego sadzeniowego wyregulowania,umknela i nie chce tak latwo wrocic.Wieksze,naturalne tereny pierwotnej pieknosci musimy chronic prawami,gdyz inaczej wysypywalibysmy tam smieci i wszelkiego innego rodzaju ludzkie gawno.Brrrr.Spimy radosnie i wstajemy jeszcze radosniej.Nie mowi sie komplementow o poranku,poniewaz poranek sam w sobie jest juz komplemenciarska zacheta do radosc,a szczegolnie juz w tym cudzie porannego,lesnego budzenia sie wszystkiego.Nikt sie tutaj z niczym nie spieszy wiec i my oddajemy sie naturalnosci porannego wstawania.Nikt nie martwi sie wczesnym lub poznym sniadaniem,czy jakas sniadaniowa niezjadliwoscia.Nikt nie marudzi i nie fochuje bo,prawde powiedziawszy, nie ma o co i po co.Ide na polpolanke,zeby zrobic pare ruchow przeciagajacych energie i przyciagam ja rowniez dla Eryka,gdyz On nie zna ruchow przyciagajacych,ale chetnie z nich skorzysta.Dzielimy sie tym,czego tutaj jest w nadmiarze i jest fajnie.Zjemy cos lub nic nie zjemy-to nie ma dla nas specjalnego znaczenia.Dzikie swinki musialy byc dobrze najedzone,po nocno/ryjowatym posilku,gdyz skupaly sie obficie w kilku,niedalekich miejscach,ale natura poradzi sobie tutaj ze wszystkim,i juz cos tam sie krzata w poblizu tych kupowanek z zadaniem nawozowego przerabiania.Wszystko w swoim czasie.Wyruszamy,tez w swoim czasie,do malej miejscowosci,Trapez,w ktorej Eryk jeszcze nie byl-ja tez-a ktora byla kiedys jakas osada na starej drodze do Cairns.Jest przepieknie polblekitnie,polchmurzyscie,poldeszczowo i poltropikalnie,i cale cialo chce sie radowac z tymi pol-polowkami. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 02.05.11, 14:26 Kilka dni temu,po poludniu,nakrylem John'a,91 letniego rezydenta z mojej pracy,jak strzelal z procy,schowany za drzewem,do bialych papug,kakatu. Niedawno,te kawalarski papugi,potargaly kwiatki w Jego ogrodku i John,oprocz wygrazania im piescia,i ublizania,skonstruowal sobie proce,i czasami sie na nie zasadza.Proce,to moze za duzo powiedziane,poniewaz u Johna wszystko co jest przez Niego konstruowane,wyglada jak z bardzo odleglej epoki.Kawalki detki pociete w paski i przymocowane do czegos przypominajacego widelki,sluza John'owi do wojny z kakatu. Lubie Johna,gdyz opowiada niesamowite historie o swoich wyczynych podczas II Wojny Swiatowej,i w powojennej sluzbie w Quantas'ie.Z Jego opowiadan wynika,iz mogl nawet zrzucic bombe na Hiroszime,a Kokode Track,w Papui Nowej Gwineii,przeszedl w rekordowym czasie,pomimo dwukrotnych ran z wystrzalowek japonskich.Kokoda Track jest uwazany za "Australijskie Termopile"(Grecy dostali tam lanie od Persow w V wieku pne),gdyz Australijczycy tlukli sie w tej dzungli dosyc przyzwoicie z Japonczykami o jakis kawaleczek ladowiska samolotowego,ale zeby dotrzec do tego ladowiska,i sie ciutenke powybijac,musieli wedrowac przez dzungle okolo 100km w niesamowitych warunkach.Oprocz roznych,duzych sum wygrywanych przez John'a w roznego rodzaju loterie,ktore to sumy-jak twierdzi John-sa zwykle rozdawane Jego rodzinie,gdyz On nie moglby nie dzielic sie wygrana,John dosyc czesto podkrada mietowe pastylki z supersamow,i czasami daje mi te najlepsze,najmietowsze,ktore biore i oddaje swojej przyjaciolce,ktora z kolei oddaje je swojemu ojcu,ktory je bardzo lubi.Jestem,wobec tego,zamieszany w paserstwo bezgotowkowe,i przez sam ten fakt jestem wspolnikiem John'a,jak rowniez jest nim moja przyjaciolka i Jej ojciec,ktorzy sa nieswiadomi paserstwa lancuszkowego.Kilka razy zlapano juz John'a na tym podkaradaniu,ale nic nie moga Mu zrobic,gdyz jest wiekowy.Teraz stal sie ostrozny i jednorazowo kradnie tylko kilka pudeleczek.Raz chcial okrasc miejscowy klub RSL'u,ale robil to po kilku wodkach z piwem,ktore,w takiej mieszance,jakos Mu zaszkodzily,i zostal zlapany.Wywalono Go z klubu na zbity pysk,i teraz,jak jest lekko wstawiony,to troche zaluje tego swojego zlodziejstwa.Mowil mi ostatnio,ze podczas II Wojny Swiatowej mial zatrag ze Stalinem i o malo co Stalina nie sprzatnal ze swoimi kumplami z oddzialu,ale tamten,podobno, obstawil sie Kozakami,i tym sposobem udalo Mu sie przezyc jeszcze kika lat w Rosjii.Przypomnialem John'owi,ze sluzyl w Papui Nowej Gwineii i na Filipinach,gdzie zostal podobno ranny,kiedy upil sie z miejscowymi obywatelami i pokazywal im sztuczki pistoletowo-karabinowe dopoki nagle cos nie wypalilo,i nie ranilo Go-prawie smiertelnie-w szyje,wiec nie mialby mozliwosci zatargu ze Stalinem,ale opowiadal,ze za zaslugi i bojowosc,po wyleczeni rany postrzalowej,przerzucono Go do Palestyny i tam operowal w specjalnej brygadzie przez 1.5 roku,wiec mial duzo czasu,zeby uknuc plan pozbycia sie Stalina.Ostatni obejrzal jakis program w TV o polskich oddzialach stacjonujacych w Palestynie podczas II WS.Liczba polskiego wojska,stacjonujacego na tamtych terenach,troche Go zaskoczyla,ale mimo wszystko gratulowal mi-jakbym to ja tam stacjonowal- ich zolnierskiej walecznosci.Powiedzialem John'owi,ze mielismy tam,w Palestynie,najlepszych,wyborowych strzelcow ze wszystkich wojsk,jakie przeturlay sie przez Europe w tamtym czasie.Sam ma dobre oko,gdyz ksiazki dalej czyta bez okularow,wiec zapytal sie mnie dlaczego uwazam,ze byli najlepsi??? Opowiedzialem John'owi o wywieszaniu polskich,wojskowych kurtek z naszytymi na pagony,kapralskimi,dwoma lub trzema belkami,ktore byly "zdejmowane" z tych pagonow przez wyborowych strzelcow,z jakichs 70-80 metrow, bez najmnieszego uszkodzenia pagonu. To wprawilo Go w niezle zdumienie i podczas naszej wymiany opinii o wyborowych strzelcach przyznal mi racje,ze to kwalifikuje sie do czegos wiecej niz wyborowy strzelec.Zgodzilem sie z Jego opinia.Czasami John opowiada mi,ze mial,i dalej ma,tyle punktow z pracy w Quantas'ie,iz moglby obleciec swiat kilka razy naokolo,ale wykorzystuje je tylko do lotow krajowych.Juz pare razy zlapalem Go na tym,ze mowil iz leci do Melbourne,a siedzial zamkniety cichutenko w domu.Zdradzal Go szum wody w kibelku i kuchni.John duzo czyta wiec moze przyswaja sobie rozne,ksiazkowe historie i pozniej je nam opowiada,jako swoje wlasne przezycia.Ostatnio prosilismy John'a,zeby nie karmil ptakow Kit-katami,poniewaz to przyciaga roznego rodzaju gryzonie.John mowi,ze On nie wie dokladnie dlaczego,i jak to sie dzieje,ale kiedy On wychodzi z domu,to te Kit-katy jakos tak same wypadaja Mu z reki,a jak juz te Kit-katy upadna na ziemie,to te miejscowe,krukowe ptaszki juz tam sa,i zanim On sie schyli,zeby je podniesc,to prawie wszystkie Kit-katy sa juz zjedzone,wiec co On ma robic??? Bic sie z tymi ptakami,czy co??? Mowimy John'owi,zeby zmienil droge podrozowania z tymi slodyczami,ale to nie wchodzi w rachube,gdyz to jest tak,jakbysmy chcieli pozbawic Go wolnosci.Ostatnio John kupil sobie sweterek w kolory podobne do obic autobusowo/tramwajowych.Lubi chodzic do pub'u w tym sweterku podczas chlodniejszych dni,gdyz jak sie tam troszeczke zakrecic,i ktos pusci pawia na ten Jego kolorowy sweterek,to specjalnie nikt nie zauwazy zadnych sladow wymiotu,tak jak to mialo miejsce z innym sweterkiem.Do chwili kupna tego sweterka myslalem,ze to John troche "haftuje" na siebie,ale okazuje sie,ze to na Niego haftowano i stad ten pomysl z "grafitowym" sweterkiem.Lubie zamienic z Nim pare slow,gdyz jak nie doslyszy tego co mowie,to wymysla jakies odpowiedzi stosowne do tego co mysli,ze usluszal,i smiechu jest co niemiara. Buzia Zbyszek P.S.Pisze to wszystko w czasach wielkich manipulacji medialnych,wielkich slubow,krolowej okradajacych swoich poddanych w Anglii i innych krajach czlonkowskich,krajowej beatfikacji i 3 Majowego Swieta,bez ktorego,podobno,Polak nie moglby czuc sie Polakiem,gdyz bez Kosciuszki,krolow,legionikow Dabrowskiego,Pilsudskiego i Nowo-Swietego nie mamy nikogo z kim moglibysmy sie identyfikowac.Ja,majac dwa obywatelstwa,jestem PODDANYM krolowej angielskiej,ktora czesc z moich dochodow,bez mojej zgody,jakos sobie przywlaszcza,popijajac za nie,w wolnym czasie,soki z McDonaldsa.Place rowniez podateczki na politykow australiskiego rzadzenia,ktorzy tez tych podateczkow potrzebuja,gdyz inaczej nie mogliby zyc dostatnio,nie mowiac,oczywiscie,o ich podrozach zagranicznych lub innych,burdelowych wydatkach,ale ja,bedac rownoczesnie Polakiem,jestem pewiem,ze za te moja prace,i cichutenkosc myszkowego zachowania,pojde-z protekcja Nowo-Swietego-prosciutenko do nieba,gdyz nawet mi przez glowe nie przejdzie taka mysl,ze polski swiety moglby mnie,jak rowniez i innych Polonusow,tam nie zabrac. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 23.01.12, 17:00 Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 23.01.12, 17:01 Rozbijamy sie szybciutenko stwierdzajac,ze toalety-z dwoma prysznicami-sa otwarte,pozwalajac nam na oblucyjnosci w nocnej,niesamowitej cichosci czasowego,cobbolt'owego zapomnienia. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 29.01.12, 09:45 Noc spedzona w Cobbolt Gorge byla noca jakby przespana w kompletnie innej realnosci. Tam nie bylo zadnych innych dzwiekow,oprocz naturalnosci Natury,a ta potrafi sprawic paradksalna cisze dzwiekowa.Cos gdzies cyknie,cos gdzies przebiegnie i zaszelesci lub dopusci wiatr do wyrazenia wiatrowego szumiku,opartego na cichutenkim,podmuszkowym operowaniu.Blogosc byla tak piekna,iz nawet przestalismy sie zastanawiac dlaczego nikogo tam nie bylo.Tylko przez moment oddalismy sie znakom zapytania,ale nie dlatego,zebysmy tesknili za dzwiekiem wspolbiesiadownikow kempingowego zycia,lecz raczej ze wzgledu na nienaturalna opustoszalosc duzego,i zawsze tetniacego jakims zyciem,kempingu.Idylla takiej cichosci trwala do wczesnego switu,kiedy troche przed piata rano obudzil nas tak niesamowity ryko/krzyk,krzyk tak straszny,iz wszyscy wybieglismy ze swoich spaniowcow zobaczyc kto,i po co tak niesamowicie wrzeszczy.Wycie dochodzilo z drzew i bylo polaczeniem ryku diabla tasmanskiego,wyjca kapucynskiego i rodzinnej kukubary.Pierwszy raz w zyciu,a jestem tutaj juz 30 lat, uslyszalem krzyk blekitno/skrzydlatej kukubary w "walce glosowej" o uzytkowanie terenow lowieckich.Krzyk jej jest tak straszny,ze nie bardzo wiem,kto moglby z nia konkurowac w tej glosowo/terytorialnej "aneksji",ale moze dla ptakow takie ptasie "wycie"jest bardzo wazne,gdyz inaczej pewnie nie uzywalyby takiej glosowosci.W kazdym razie pogrozilismy jej piescia,co wcale jej nie speszylo,gdyz z innych punktow,godnych aneksyjnosci,darla sie dalej krzykiem mogacym wzbudzic zazdrosc w wariatkowskim domku szalenczych wypowiedzi.One konkurowaly pomiedzy soba w sposob podobny do slabeuszowskiego diabla tasmanskiego,nadrabiajacego strasznym darciem geby swoja lekko/kreposc cielesna,w walce o wczesnopadla padline.Moze one sa takim naturalnym, countr'owskim budzikiem,gdyz Natura,bedac zarazem bardzo poblazliwa,moze w country nie przepada jakos za zaspaniowcami???Moze.My juz specjalnie spac nie moglismy.Kolo siodmej zobaczylismy-z naszych pozycji-jakis ruch samochodowy kolo recepcji,ale auto pojechalo w innym kierunku.Wiemy wobec tego,ze ktos tam jest wiec proponuje,zebysmy wpadli do kogokolwiek-kto tam jest-zaplacili za nocleg i dowiedzieli sie co tu sie wlasciwie dzieje,gdyz do samej Cobbolt Gorge nie mozna dotrzec bez autobusowo/przewodnikowej rezerwacji,ale Eryk z Goska oponuja mowiac,ze jezeli Gorge jest zamknieta-a wyglada na to,ze jest-to umkniemy z kempingu nie placac,poniewaz Oni uwazaja,ze ci wlasciciele sa bogaci i uciekajac zrobimy im przysluge.Nie wiem czy wlasciciele tego osrodka sa bogaci czy nie,ale zapewnili nam-jakos w tym pustkowiu-toalety,wode, prysznice i cichutenkie miejsce do kempingu wiec nie bardzo widze Ich "sensownosc" w jakiejkolwiek ucieczce-a i wlasciwie przed czym??? Oplata moze wynosic jakies 5-10 dolarowa od glowy za takie krajowo/country'owskie cudo.Oponuje,gdyz gospodarzami osrodka moga byc podnajemcy,ktorzy tak samo pracuja za pensje i musza jakos ten osrodek utrzymac.Nie mowia nic,ale atmosfera jest dosyc dziwna,poniewaz ja obstaje przy tym,iz przed takimi minimalnymi oplatami definitywnie nie bede uciekal.A poza tym umknac niezauwazalnie z takiego osrodka,kiedy przejezdza sie przez jakas recepcyjnosc-nawet zamknieta-jest dosyc trudno-nie niemozliwie-ale na boga!!! po co??? Zwijamy sie kolo 10 i mkniemy w strone Centrum Turystycznego,gdzie ja wysiadam z smochodu i...osrodkowe drzwi sie otwieraja i wychodzi z nich para Australijczykow,opiekujacych sie tym osrodkiem.Rozmawiamy milo i dowiadujemy sie,ze wszystko w osrodku jest zamkniete juz od 15 grudnia ze wzgledu na pore mokra,wlaczajac w to rowniez cala te cobboltowska okolice. My jakos sie tutaj dostalismy-pomimo-niewidzianych przez nas-wielu znakow informacyjnych, a gospodarze Osrodka widzieli w nocy jakies swiatla w naszym kempingu,ale mysleli,iz sa to ich swiatelka oparte na sensorkach zmrokowych,wiec nie przywiazywali specjalnej uwagi do naszych lampeczek .Zapytani o cene za kemping machaja reka mowiac ,ze nic od nas nie pobiora ze wzgledu na osrodkowa zamknietosc,i zycza nam pieknego Nowego Roku zapraszajac nas do ponownych odwiedzin w kwietniu.Sama ucieczka przed taka serdecznoscia wygladalaby,jak jakis wariacki pomysl udarowego szalenca,ale ja czasami nie bardzo potrafie zrozumiec Ich sposob myslenia odnosnie takich ucieczek.Dziekuje tej przemilej Parze za serdecznosc ,pytajac sie o agatowe pola oddalone o jakies trzydziesci kilometrow od Ich Osrodka ,a polozone w kierunku naszej podrozy.Twierdza,ze powinnismy miec pozwolenie,zeby tam dotrzec,ale poniewaz nie ma zadnej mozliwosci otrzymania takiego permit'u, udajemy sie tam nielegalnie.Mijamy po drodze-w spokoju radosci wzrokowego odbioru-piekny,wielokilometrowy kawaleczek rozkwitajacego buszu i swiezutenkiej zieleni,zieleni oddajacej sie juz tej czteromiesiecznej,wodnej rozpuscie.Jest przecudnie spokojnie,spokojem nadchodzacego,i od wielu miesiecy oczekiwanego,deszczu.Docieramy do pol agatowych-w tej bezzezwoleniowej podrozy-ale nawet gdyby ktos nas zapytal o jakies pozwolenie,to bedac tam jedynymi podroznymi-niezbyt dobrze poinformowanymi o zamykalnosciach osrodkowych w porach mokrych-bylibysmy uwazani za jakas szalona nieastralijskosc,jezdzaca w deszczowce,ktora w przeciagu kilku minut moze z pustyni zrobic niezle jeziorko,polaczone z rwacymi rzeczkami.Pewnie tez machnieto by tam na nas reka,ale nikogo nie spotykamy .Jestesmy tam wobec tego nielegalnie,i te agaty,ktore zbieramy,zabierajac je ze soba,maja tez status nielegalnosci.Nie jestesmy pazerni wiec taka agatowa nielegalnosc nie parzy nas w kieszeniach,a sam zbierano/zabierany kamien jest raczej symbolem bycia w "agaciznie",niz symbolem jakiegos nielegalnego wzbogacania.Zreszta te poletka-do poszukiwania agatow-nie przedstawiaja zadnej wartosci dolarowo/agatowej,i dlatego sa udostepnione pamiatkarskiej publice.Zaspokojeni agatowoscia-i nielegalnoscia naszego zbioru-zawracamy,udajac sie w stukilkudzisieciokilometrowa droge od Undura Lava Tube. Mijamy kika malutenkich, gleboko country'owsko osiadlych miasteczek,a w Georgetown oddajemy sie kawowaniu i toaletowaniu.Pomimo bezludnosciowego miasteczka toaletki sa czyste,co jest zawsze dla mnie jakas ciekawostka,kto te toaletki -w takim bezludziu-czysci,zaopatruje w papierek i mydelko,i kto za to placi,jezeli tam jest tylko 45 domkow z 200 osbowa populacja ? Z Georgetown mamy juz prosta asfaltowke do Undary, i docieramy tam gdzies przed 14 wykupujac bileciki na dwugodzinna-nastepnodniowa-przewodnikowa ture po czesci Undary. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 07.02.12, 15:42 Dojezdzamy w deszczu do Undara Lava Tube,ktora bedac o stokilkadziesiat kilometrow blizej linijeczki falujacej,pacyficznej wody,jest bardziej narazona na pore opadowej obfitosci.W recepcji kupujemy bilecik kempingowy za 30 backs'ow i placimy 38 zielonych od glow,za nastepnodniowa,dwugodzinna ture po jednej z tubek undarowskiego wylewu lawowego.Wulkan,ktory nie ma nic z bozkowatosci,wylal wszystko co mial do wylania,jakies 190 tysiecy lat temu,a poniewaz zbieral sie do tego wybuchowego wylewu przez dzisieciolecia,wiec lalo sie to wszystko ladnych kilka lat,rozciagajac sie pieknie na ponad 160 kilometrow z zawilosciach plynnosci skalnej.Wulkanik jakos sie pozniej lekko opamietal,wyluzowal,przestal lawowac i oddal sie czynnosci oziebieniowej,a kiedy sie to cale lawowanie dobrze ostudzilo i skurczylo,to powstaly tam tunele niektore do 40 metrow wysokosci i 80 metrow szerokosci.W 1991 roku Undare otworzyl oficjalnie niejaki Sir David Attenborough,znany z wielu filmowych seriali o Naturze,a ostatnio z serialu pt.Frozen Planet.Okazuje sie ,ze nawet gosc z taka reputacja-i jakas szlachcicka sir'owoscia-jak Attenborough, dopuszcza sie szwindli dokumentalnych swingujac w serialu "Frozen Planet" zdjecia spiacych,malutenkich niedzwiedzi polarnych,ktore filmowano w holenderskim ZOO,jak rowniez zamrozonej stonogi,znalezionej podobno pod arktycznym kamieniem,a sfotografowanej w pudelku.David bronil tego idiotycznego przekretu tlumaczac,ze wszelkie dokumentalne historyjki podlegaja jakiejs manipulacji,ale opinia publiczna ma troszeczke inne zdanie,i chcialaby wiedziec-w zapowiedzi komentatorskiej-ze takie niedzwiedzie jest niesamowicie ciezko sfotografowac w naturze,gdyz przy takim bliskim ujeciu zdjeciowym, albo zginie kamerzysta,albo matka niedzwiedzica wykonczy i male niedzwiadki i kamerzyste,wiec lepiej-do takiej krotkiej sekfencji filmowej-srotografowac je np w ZOO,a nie krecic i oszukiwac.No, ale z ta Stonoga to juz zdrowo przesadzili.Nie dosc,ze fotografowali ja w pudelku ,wyjetm z jakiegos zamrazalnika,to jeszcze kazali publice wierzyc,ze wywracajac kamien w arktycznej zamrazalnosci,trafili na stonoge,ktora-bedac ukryta gleboko pod tym kamieniem polarnym-zamarzla w tym wdzierajacym sie wszedzie mrozie.Publika nie jest jednak tak naiwno/glupia,wykryla te szwinelki dokumentalne i oczywiscie troche sie oburzyla,gdyz pare wyjasnieniowych zdan rozwiazaloby caly problem,szczegolnie,ze David jest darzony dosyc duzym autorytetem,jako wieloletni glosiciel ochrony tego piekna Ziemskiego i Jej niezliczonej roznorodnosci zyciowej.Ciekawe ile jeszcze takich dokumencikow swingowanych nakrecono? Chyba,po tym szwindlu ze ...stonoga,przestane ogladac jakiekolwiek dokumentalne historyjki.W Undarze postawiono Mu tablice pamiatkowa upamietniajaca takie oficjalne otwarcie,a poniewaz w tamtym okresie czasu David byl juz-w krolestwie angielsko/mowiacym- rycerzykiem pasowany przez angielska krolewne,wiec Sir-jako ten juz wypasowany-stoi przed jego imieniem.Nie bardzo wiemy w czym przyczynilo sie to do atrakcyjnosci tego obszaru,gdyz te okolice znane byly juz w XIX wieku,i spora czesc z nich zbadano.Teraz jest ta tablica upamietniajaca otwarcie przez Sir'a,Australia stala sie bogatsza,ale pieniedzy rzadowych na dalsze poszukiwania,i otwarcie nowych tubek, brak.Wyslac zolnierza do Afganistanu za 1.5 mil dolarow rocznie,zeby zabijal innych-nie ma problemu,ale dostac dotacje na zbadanie i otwarcie nastepnych czesci tego unikalnego systemu,to jakies marzenie rozbicia kasyna w Las Vegas. Obozowisko nasze rozbijamy w trzydziestodolarowym obozie,gdzie-obok samochodu- mamy wode z kranu,toalety,oddalone tylko o jakies 40 metrow od naszego obozowiska,ale nieczynne ze wzgledu na remont-tak glosil napis,ale zadnego remontujacego pracownika nie widzielismy-no i palenisko drzewne,gdybysmy znalezli jakis suchy opal,i chcieli sie troche podogniskowac.Nie znalezlismy.Obozowisko samo w sobie jest dosyc duze,i oprocz obszernego obszaru kempingowego,ma do wynajecia duze namioty z kuchenkami w srodku,pionierskie domki za jedyne 157 back'sow,pociagowe pokoje z cena od 50 do 125 dolarow za pokoje rodzinne,jak rowniez zaopatrzone w elektycznosc miejsca dla van'ow.My powinnismy byc w tej najtanszej,bezpradowej, dziesieciodolarowej oplacie od osoby,jednak rozbilismy sie w miejscu z gniazdkiem na prad ,ale nikt nas nie sprawdzal.Wprawdzie nie uzywamy tego gniazdka,ale ono tam jest i przez sam ten prosty fakt jestesmy w strefie pietnastodolarowej,gdyz gniazdo zauwazylismy pozniej,po calkowitym rozstawieniu wszelkiego sprzetu spiaco/odpoczynkowego.Kiepskie oznaczenia terenu zwalamy na deszcz.Do jedynej,okolicznej toalety musimy wedrowac jakies 150 metrow,ale taka wedrowka nie jest czyms strasznym,gdyz sa tam zaprzyjaznione kangury,ktore cos tam sobie skubia w kempingowych krzakach,jakby tych krzakow brakowalo w pobliskiej okolicy.Rozkladamy daszek,pod daszkiem mamy sucho i chlodne,erykowskie piwko pieni sie domowej roboty pianka bablujacego procentu.Obserwujemy kangura,a czasami dwa,i zastanawiamy sie nad rozmowa w recepcji przeprowadzona przed zakempingowaniem.Kobietka za kontuarem-z jakims gosciem tez zakontuarowcem-proponowala nam poranna wycieczke z szamapanem za jakies.... dwiesciekilkadziesiat zielonych.Myslelismy,ze sie pomylila,biorac nas za kogos innego,ale nie ,te 237 dolarow jest skierowane do nas.Przez moment spojrzelismy sie na siebie,jakbysmy sie rzeczywisie zastanawiali czy wydac 237 na osobe za jakas ture z szampanem przy porannym ognisku,a ja w koncu zapytalem sie jakie maje te szampany do tego porannego sniadania.Odpowiedzieli nam,ze australijskie,i chyba jakies jeszcze inne,ale-zapytani czy maja rosyjskie-stwierdzili ze nie maja,a ja do nich, ze innych nie pijemy,tylko rosyjskie.A Eryk do tego recepcjonist mowi,ze raz,jak ktos sprobuje napic sie szampana rosyjskiego,to w zyciu pozniej francuskiego,czy jakiegos innego,do ust nie wezmie,wiec jezeli oni nie maja rosyjskiego,to my nawet nie myslimy o jakiejs turze z szampanem nierosyjskim.Spojrzeli sie na nas lekko zdziwieni,ale poniewaz obaj z Erykiem pilismy szampana rosyjskiego,a Goska tez dobrze zna rozne szampanskie smaki,wiec stwierdzili-po naszych smakoszowatych,poprawnych minach-prawdziwosc opinii dobroci rosyjskiej trunku,i powiedzieli nam,ze beda musieli porozmawiac z bosem,zeby tego rosyjskiego szampana ,w tych porannych sniadaniach,tez im w przyszlosci nie brakowalo,a poki co,to sa sorry,ze ich nie maja.My tez bylismy sorry,i tak skonczyla sie nasza przygoda ze sniadaniowym szampanem.Moze dla miejscowych kempingowcow sniadaniowy szampan ma jakis specjalny smak porannej przygody,ale my za ponad $700 mozemy sobie kupic tyle szampana,ze tego szampanskiego buzowania wystarczyloby nam na kilka ladnych porankow.Ostatnio w TV reklamowano sporo porannego szampanika w gondoli balonikowej wyniesionej gdzies w przestrzeni pradowego ,country'owskiego podrozowania,ale kiedy jakas szostka szampanujacych porannistow spadla-po wypiciu wysokosciowego toastu z ladnie brzmiacego krysztalu- ze stumetrowej wysokosci,i zginela na miejscu,balonowanie-nawet z szampanem-przestalo byc atrakcyjne.Pod wieczor przestalo padac wiec udalem sie w ogledziny pobliskiego buszu,gdzie natknalem sie na miejscowe,szare pszczoly w czarne-jakby osowe-odwlokowe paseczki,ktore-po pracowitym, pszczelim dzionku-nocowaly na jakichs suchych, buszowych badylach ,przyczepiajac sie do nich-jak nasza,zmeczona pszczolka do kwiatka- i oddajac sie momentalnie sennosci pszczelego snienia.Wygladalo to przepieknie,gdyz tworzyl sie,tak jakby, "otwarty ul" w badylowo/pszczelej wykonalnosci,a takich badylkowatych ulikow bylo sporo ,ktore lekko poruszone przeze mnie,buczaly formujac nowooblepieniowosc badylkowej galazki.Obserwowalem je do zmroku,i jezeli nie widzialbym ich wczesniejszego,przyczepialnego lotu,to rownie dobrze moglbym je wziac za galazke buszowej roslinkowosci.Ciekawy kemping; bezbojazliwe kangury,pszczoly oddajace sie nocnej,galazkowej oblepialnosci,jedna toal Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 12.02.12, 09:26 Po przepieknej,cichutenkiej nocy,mkne raniutenko do jedynej toalety,zeby zakolejkowac sie do prysznica,gdyz sa tylko dwa na okolo 45/50 turystow.Eryk tez jest prawie gotowy do WC-owej podrozy,ale nie czekam na Niego.Mijam otwarty basen,do ktorego moglbym wskoczyc i oddac sie kempingowemu bombelkowaniu ,wylatujacym z dziureczkowego SPA,ale rezygnuje.O dziwo,w toalecie jest tylko jeden golacy sie gosc,strojacy przed lustrem poranne miny przy napinaniu goleniowej skory twarzowej.Najpierw sie prysznicuje,a pozniej golonko,sniadanko i-zanim pomkniemy na przewodnikowa ture-wedrujemy z Erykiem w ten przewspanialy busz,ktory,widziany z gorujacej gorki,rozciaga sie az po horyzont.Buszowa nieskonczalnosc jest zdominowana wspaniala cisza rzadzacej Natury.Najwiekszym,oficjalnym zwierzatkiem-w tym ogromie gorzysto/pieknej zieleni-jest kangur,ktorego meskie,rude osobniki osiagaja dobre 2 metry wzrostu.Taki kangur,podczas walk godowych-lub w zagrozeniu,ma kopniecie lepsze od wszelkich kung fu'gowcow.Obalic male drzewko czy huknac przeciwnika w klatke,pozbawiajac go oddechu-lub wysylajac w zaswiaty-to jakies naturalne,kangurze leberko.Ogonik,ktory,widziany z boku, czasami wyglada przekomicznie, utrzymuje go we wspanialym balansie walkowo/odwrotowym.Widzielismy je z Erykiem skaczace po skalach w takich niesamowitych ewolucjach,ze wygladaly tak jak naturalno/australijska,wojownicza wersja chinskiej produkcji martial art'u.Cudo,ale trzeba je tylko lekko przestraszyc naglym pojawieniem sie;chociaz,czasami wyglada na to,ze one jakby czekaly na to,zeby byc przestraszone.Skoki takiego kangura pod gore-w przenajdziwniejszych ufaldowaniach terenu-sa zawsze niesamowicie wdzieczna lekkoscia skokowa,ktorej nie da sie porownac do naszej lekkosci podgorskiej wspinaczki w zaden sposob,poniewaz pod gore nie skaczemy,a nawet jak biegniemy,to to nie jest juz taki naturalny bieg,jak po plaskim terenie.Nie jestesmy stworzeni do biegow-nie mowiac o skokach-pod gore.Jest przepieknie.Mamy kilka godzin na buszowanie,gdyz Goske zostawilismy w obozie: po pierwsze,iz stwierdzila porannym badaniem nadmiar cukru we krwi,a taki nadmierny wykaz cukrowy troche Ja "oslabia", i musi sie uspokoic wyrownujac poziomik winkowatoscia shirazowa-a po drugie,to z Erykiem wedrujemy w buszu o wiele szybciej niz z Nia,i mamy-moze-mozliwosc spotkania yowie'go,ktorego Goska spotkac nie chce.Jestesmy kilkaset kilometrow-w linii prostej-od pacyficznej brzegowosci ,i to oddalenie,polaczone z dzikoscia terenu,tworzy wpaniale warunki do takiego spotkania.Nie wiemy tylko czy yowie tez chcialby sie z nami spotkac,ale liczymy na Jego intuicyjnosc,czyli odczyt naszych dobrych,spotkaniowych intencji.Wedrowka w takim terenie jest czyms tak przecudnym,ze pofaldowanie terenowe,z gorkami i opadajacymi dolinkami jest wysilkowa przyjemnoscia,neutralizujaca jakiekolwiek zmeczenie wspaniala harmonijnoscia zyjacej Ziemi.Przeszlismy jakies 6/7 km i dotarlismy do ogromnego kamienia,zbalansowanego- na stalej skale-przez dwa malutenkie,skalne "wsporniczki".Taki bambul wazy kilkanascie ton,ale Natura jakos to wszystko sama potrafi tak pieknie ustawic,ze nie trzeba tutaj ani nic dodawac,ani nic poprawiac.Cala okolica emanuje jakas energia ciszy ziemskiej wiecznosci,iz siadamy sobie tak na moment,zeby poprzezywac kapeczke tej wiecznosci.Yowie ma chyba inne plany,jezeli oczywisci jeszcze jest w tej okolicy,gdyz nie zauwazylismy zadnych malych,lub wiekszych owlosionych,buszowych osobnikow.Szkoda,ale dzikosc,oddalenie i czesto niedostepny teren,kryja w tym wspanialym Kraju tyle nieodkrytych niespodzianek,ze nic dziwnego,iz ludzie spotykaja w tej przestrzeni jaszczurki gigantycznej wielkosci,dinozaury,pantery,jak rowniez male i wieksze osobnikowosci yowie'go.Wracamy,ale jest to taka sama wspaniala podroz,tylko w odwrotna strone.W oddali jest kopiec wygaslego wulkanu,ktorgo erupcja spowodowala najdluzsza na swiecie droge lawowej wedrowki.W kierunku polnocnym ciagnie sie to przez 90 km,a w polnocno/zachodnim przez 160 km,a poniewaz Undara Volcanic National Park jest ulokowany na wysokosci 762 metrow,wiec ta lawuniu miala troszeczke spadku,zeby sie roz....ciagnac.Specjalisci ocenili,ze wylalo sie tam okolo 23 kilometrow szesciennych lawy,co przy wysokosci 8.8km Mount Everest,czyniloby ten wylewik niesamowicie gigantyczna gora.W powrotnej podrozy towarzysza nam przepiekne papugi,a w pewnym momencie natknelismy sie na ponad setke,czerwono/ogoniastych,czarnych kakatu.Nigdy do tej pory nie widzialem ich w takiej ilosci,a i sam widok takiego licznego stada tych duzych ptakow jest niesamowita ciekawoscia.W Poludniowej Australii stada ciut mniejszych,czarnych kakatu,osiagaja liczbe 1000 papug,zywiacych sie przewaznie w pasach przenicy,ale te tutejsze zyja w zgodzie z natura,sa wieksze i-chyba-zdrowsze.Zreszta gatunkowosc,i kolorowosc tutejszych papug jest tak niesamowita,ze to co przylatuje do obozu,i przelatuje w buszu,trzeba sprawdzac w atlasiku ptasim,zeby miec jakies rozeznanie w nazewnictwie.Kolo 11.30 jestesmy z powrotem w kempingu,ktory likwidujemy blyskawicznie i jedziemy do recepcji na wykupiona ture.Undara,jako osrodek,jest nastawiona na ekologie.Wlasne zbiorniki wodne na ponad 300 tys litrow,odpowiednia spadzistosc dachow do kolekcjonowania wody,ekologiczne oczyszczanie wody i setki drzew zasadzonych wsrod kempingowych poletek,daja temu duzemu osrodkowi wyglad kompletnej naturalnosci. Na przewodnikowa ture jest nas jakies 12 osob plus 4 dzieci. Dwoje Amerykanow,z dwojka dzieci,fotografuje wszystko.Moje fotografie nie wychodza przy takiej minimalnej ilosci swiatala w tych roznych tubikach,ale moze oni maja jakis aparat nowszej generacji,ktory rozswietla te ciemnosci jasnoscia halogenowego wspomagania,dajac im mozliwosc ladnych,fotograficznych ujec???Idziemy sobie najpierw w jeden kawalek lawowej wedrowki,pozniej wracamy do punktu wyjscia,i udajemy sie w odwrotnym kierunku ,a w pewnym momencie musimy nawet zdejmowac buty i wedrowac po pomoscie trzymajac sie prawej strony,gdyz czesc pomostu jest juz zalana przez leciutenkie opady pory mokrej,a druga-lewa czesc jest okupana nietoperzowa guanoscia, i przewodnik nie zalecia spacerku po tym skupanym terenie, chociaz czysciutenka woda pozwalalaby nieostroznym pomostowiczom obmyc ufajdane stopy.Troche smierdzi,gdyz tych nietoperzy jest tam tysiace,ale sa tylko w tym jednym miejscu pomostowej nieczystosci.W tych tubach sa takze rozne pytonkowate weze podjadajace te nietoperzyki,jak rowniez ladne,brazowe weze drzewne,ktore tez sie zakradaja do tych nietoperzy w celach konsumpcyjnych.Moze taki nietoperzyk ,to jakis miejscowy przysmak,gdyz i miejscowi Aborygeni tez robia sobie wycieczki po troszeczke tego latajacego mieska?Cholera zreszta wie,gdyz z aborygenskim smakiem nie bardzo mozna konkurowac.Oni moga rozne,nawet miesne rzeczy,jesc "surowe",co nie jest jakas nasza,daniowa normalnoscia-z wyjatkiem moze tatara,a obecnie i sushi.W kazdym razie miejscowi Aborygeni maja "licencje" na odlowy nietoperzowe.Konczymy te dwugodzinna,dosyc ciekawa ture, i w recepcji sprzedajacej roznosci pamiatkarsko/jedzeniowo/alkoholowe,raczymy sie powojnym-nawet dobrym-lodem Magnum.Wracamy do Cairns, i jeszcze przez kilkadziesiat kilometrow mamy w miare ladna i ciepla pogode,ale pozniej wszystko sie zmienia i na Tableland ochladza sie tak niesamowicie,iz nakladamy kurtki,a i dlugie spodnie tez bylyby mile widziane.Chcemy dotrzec do Atherton,malutkiego miasteczka, w ktorym jest podobno sklep o zaopatrzeniu iscie wielkoswiatowym,a pozniej zamierzamy wyruszyc w droge do Cairns,droge z ponad 200 zakretami.Zobaczymy. Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 20.02.12, 11:01 Wracamy do Cairns przez Atherton,a poniewaz zawsze jest cos ciekawego do obgadania w takiej koncowce wiec rozmawiamy troszeczke o gosciu z naszej ostatniej tury,ktory opowiadal nam o elektrycznych motorach produkowanych przez kilku mlodych gosci w Kwinslandii.Jezdzil tymi motorami gdzies po buszu,i mowil,ze sa fantastycznie cichutenkie i mozna nimi podrozowac w lesie az przez.... dwie godziny nie ploszac zwierzyny.Kiedy powiedzielismy Mu,iz juz na poczatku XX wieku Tesla jezdzil elektrycznymi samochodami po Nowym Yorku, a pozniej odkryl tzw "promienie kosmiczne" i jakos podlaczyl to kosmiczne,promienne cudo do auta i poruszal sie bezszmerowo,bezpaliwowo i bezsmrodowo,to nie chcial nam uwierzyc.Podobno Obama poprosil amerykanskich producentow motoryzacyjnych,zeby do roku 2015 bylo w Stanach milion pojazdow elektrycznych-juz w przeszlosci bylo ich kilkadziesiat tysiecy,ale wszystkie zostaly wycofane z rynku z... "braku czesci zamiennych"-wiec i Australia dolaczyla sie tez do tej prosby-bo jakzeby nie,kiedy my zawsze dolaczamy sie do wszystkich prosb amerykanskich-i teraz produkujemy cos elektrycznego na mala,buszowo/wycieczkowa skale.Okazuje sie,ze jezeli ktos zmieni fakty historyczne i przekona publike do "nowych" faktow zaistnialej historii,to nikt po latach takich faktowych machlojek nie bedzie miec zielonego pojecia o innosci tych historycznych przekazow.A przeciez taki gosc jak Tom Brown juz jakies 60 lat temu opatentowal kilka silnikow odrzutowych o napedzie jonowym,silnikow nie wymagajacych zadnego paliwa,robil doswiadczenia z bateriami skalnymi-Lintz Basalts-ktore krojone w plastry i umieszczane w odpowiednich pojemnikach produkowalyby niewyczerpalna energie.Robil tez doswiadczenia z wysokimi napieciami,w ktorych znikaly przedmioty fizyczne i wiel innych ciekawych rzeczy-lacznie z antygrawitacja i spodkowa ufo'woscia-o ktorych sie normalnie nie slyszy.A taki gosc jak George Pigott juz w 1920 roku budowal i eksperymentowal z maszynami o wysokim potencjale elektrostatycznym,w ktorych to energiach obserwowal elektrograwitacyjne efekty,albo taki Wegier,Stefan Pribil,ktory w 1936 roku demonstrowal swoj "niewidzialny system" operujacy na falach radiowych i powodujacy znikanie przedmiotow lub czynienie ich przezroczystymi.Nikt nie wie,co dokladnie stalo sie z ta technologia,jak rowniez nikt nie wie dokladnie,co sie stalo z "Tuba Rife'a" leczaca wszelkie rodzaje raka juz pod koniec 1939 roku,nie mowiac o Jego fantastycznym mikroskopie opartym na 22 szlifowanych krysztalach,a dajacym powiekszenie okolo 300.000 razy,i umozliwiajacym podgladanie najmniejszych wirusikow w ich zywej formie.T.Henry Moray tez eksperymentowal z mineralami-Adamsite- do baterii,jak rowniez Arthur L. Adams prowadzil wielce obiecujace doswiadczenia z odkrytym przez siebie srebrno/szarym,elektro/radialnym mineralem z Walii juz w latach 1950.Takich ciekawostek odkrywczo/naukowych-pod koniec XIX i na poczatku XX wieku-bylo dziesiatki,i wiekszosc z nich zostala przejeta przez system wojskowy,powodujac opoznienie w naszym rozwoju technologicznym o jakies 100 lat. Benzynke spalamy dalej jak szalency, a teraz jeszcze sprejuje sie spoleczenstwa na wszystkich kontynentach tzw. "chemtrails",i do tej pory nikt oficjalnie-z zadnej panstwowosci- nie zaprotestowal przeciwko temu kompletnemu idiotyzmowi,jakby tych wydajacych rozkazy takiego sprejowania,to sprejowanie w ogole nie dotykalo i nie dotyczylo,a przeciez w tamtym roku -na Ukrainie-ponad 1 milion osob mialo jakies zdrowotne powiklania po nieustajacych,samolotowych chemtrails.Oczywiscie wladze nic nie wiedza i nic nie widza, ale to przeciez jest normalne,gdyz takie widzenie/wiedzenie wymagaloby jakiejs akcji,a w przedsiewzieciu jakiejkolwiek akcji dochodzeniowej,wladza jest niechetna.Sydney -i wieksze miasta w Australii-tez sa dotkniete ta plaga "pokratkowanego" nieba i wolno/opadajacej bialej chmury jakiejs Mycoplasmy. Pathogenic Mycoplasma zostala opatentowana w American Registry of Pathology w 1994 roku,jako nanoczasteczka do "isolation & cloning" o zdolnosciach powodowania zapalenia pluc,wszelkiego rodzaju problemach oddechowych,symptomow AIDS'a,tocznia i wielu innych chorob,a 6 lat pozniej zostala wykryta we wszystkich szpitalach w USA-i teraz,podobno,leci to na nas z chemtrail,powodujac dziwnosci chorobowe raczej nieznane przedtem na taka skale.W Australii ten nowy rodzaj dolegliwosci nazwany jest "chroba drog oddechowych podobna do grypy".Gosh! alesmy gosciowi nagadali.Chyba nam nie uwierzyl,ale to Jego sprawa.W tamtym roku,w USA,rozbil sie taki sprejujacy samolocik,i dosyc ciekawe zdjecia byly zamieszczone w magazynie "Uncensored",jak rowniez i na YouTube.Dojezdzamy do Atherton w taka zimnice deszczowa,jakby to byl poczatek polskiej wiosny ,a nie tropikalne,kwinslandzkie lato.Sklep jest rzeczywiscie pieknie zaopatrzony i mozemy tu kupic rozne polskie kapustki kiszone,majonezik,chrzanik,ciasteczka i ogoreczki,a w sekcji zdrowotnej maja nawet daktylowy dzem,ktorego ja nie widzialem w Sydney od lat. Eryk oplacil miejscowego,marketowego gitarzyste,i ten gra troche glosniej rozne spiewne kawalki,i gra z dosyc dobra slyszalnosci w calym supersamie.Hmmm....sami dobrze widzimy widzimy ,co kilka dolarow robi z nagosnieniowka gitarowa.Wychodzac-z calego tego kompleksu sklepowego-dajemy Mu jeszcze paczke ciastek na te zimno/deszczowa oslode,co chyba nie zdarza sie tam zbyt czesto,poniewaz muzyk patrzy sie na nas troche zaskoczony ta pieniezno/ciastkowa oplata.Wracamy do Cairns przez Yungaburre i Gordon Vale i droga ma rzeczywiscie ponad 200 zakretow ktore zajmuja troche czasu,zeby je pokonac, przy takiej niesamowitej deszczowiznie.Na dole,w Gordon Vale, jest przecieplutenko,ale leje niesamowicie,i te kilkadziesiat kilometrow do Cairns jedziemy powolutenku.Pod domem jakos sie uspokoilo i mozemy rozpakowac sie na sucho.Jutro idziemy na przyjecie do Ryska,ktory podczas naszej nieobecnosci scial palme i wytrzezwial. Rikardo pracowal troche w dentystyce,jako technik dentystyczny,ale niskosc oplat za wykonane sprawy dentystyczne,duza korupcja-musial zaplacic 10 tys zlotych,zeby wejsc z powrotem do zawodu-i brak zawodowych perspektyw,zmusily Go do szukania innej pracy,co w sumie spowodowalo Jego przyjazd do Australii,gdyz bezrobocie-a obecnie emerytura,ktora dostaje-jest tutaj wieksza niz cale Jego apanaze w serwisie ochroniarza -i calej tej dentystyce polaczonej nawet z jakimis wykladami dla studentow we wroclawskiej szkole dla technikow dentystycznych.Nie wiem jak to jest z tym "szewcem bez butow",ale Rikardo nie ma wielu przednich zebow-zrobi je sobie tutaj-i wobec tego przez swoje mamrotanie dostaje ksywke "mamrot",gdyz rzeczywiscie troche mamrocze starajac sie przekazac nam jakies wiadomosci,a szczegolnie bedac po paru lekkich piwkach miejscowej produkcji. Zamierza sciagna tutaj zone,ktora musi wszelkie sprawy emigracyjne zalatwiac przez...Berlin,a ilosc folmularzy do wypelnienia zaokragla sie cyfra 35.Wpadniesz tutaj nielegalnie,na lodce lub samolocikiem,to masz natychmiast wszelkie sprawy zalatwione bezgotowkowo-no bo skad masz miec jakas kase,kiedy musiales wydac wszystko na lodke lub maly kuterek,ale kiedy masz obywatelstwo australijskie i chcesz sprowadzic legalnie legalna zone,to podobno zadaja od sprowadzajacego... 1536 euro do zaplacenia w... Berlinie.Nigdy nie przyszloby mi do glowy,ze sprowadzenie zony wiaze sie tutaj z takimi kosztami,ale tak podobno jest,a wszystko polega na tym,zeby utrudnic ci takie sprowadzenie,i przez takie utrudnienie tworzy sie zamierzona animozje do tych z latwiejszym dostepem do wszelkich spraw socjalnych.Oczywiscie,zeby nie bylo jakichs burd etnicznych,to ustanawia sie prawo antydyskryminacyjne,a jak wyrazisz swoje slowne niezadowolenie,to mozesz byc pociagniety do odpowiedzialnosci prawnej i pozbawialnosci gotowkowej.Ciekawe to wszystko,ale nie ma sie czym przejmowac,gdyz takiego metliku rodzinnego jest tu bez liku,wiec Rikardo nie jest jakims wyjatkiem.Chmielimy sie miejscowym piwkiem Odpowiedz Link
mister1 CD 20.02.12, 11:04 Chmielimy sie miejscowym piwkiem tasmanskiej,dobrej produkcji,zakaszjac to wszystko roznosciami noworocznej przygotowalnosci.Cieszymy sie momentem,gdyz jutro moga nas podtruc jakims nowym wynalazkiem Chemtrails o zakamuflowanej nazwie pogodowej/poprawialnosci.W powrotnej drodze nie moge wziac wiecej niz 7 kilo jakiegokolwiek bagazu,gdyz taki bilet zalatwil mi Eryk-tlumaczyl sie,ze innego nie bylo-a gdybym jednak chcial wziac jakis wiekszy bagazyk ze soba,to pobieraja $15 od kazdego ekstra kilograma.Czesc swojego bagazu wysylam-wobec tego-ekspresowa poczta,ktora jest kilka ladnych razy tansza niz te oplaty lotnicze,i tak lekko,siedmiokilowo,wchodze w ten ciekawy rok 2012,ktory moze przeniesc wieksza czesc z nas w inno/wymiarowosc nowej przezywalnosci Odpowiedz Link
mister1 Re: Korespondencja z Australii 10.04.12, 18:45 Umykamy od tej mokrej pieknosci "deszczowego lasu",pieknosci jakzez bogatej we wszelka floro/faunowatosc,ktora w tym przebogatym swiecie atakuje wszystko,co mozna podjesc,lub przynajmniej sprobowac wrzucic na zab.Nie tak dawno duzo mowilo sie o wspolnej swiadomosci zywotnych gatunkow w przekazywaniu na odleglosc przezytych doswiadczen tej samej grupie swiadomosciowej,grupie nie dotknietej jeszcze w jakis sposob takimi doswiadczeniami ,a zyjacej w innych okolicach lecz bedacej o takiej samej,zyciowej gatunkowosci.Klasycznym przykladem tego jest tzw.The Hundred Monkey Syndrom,gdzie malpki z japonskiej wysepki Koshima,przekazaly swiadomosciowo innym malpkom-na tej samej wyspie,jak rowniez na innych wysepkach-sposob na jedzenie brudnych,slodkich ziemniakow,przez mycie ich w strumyczkowej wodzie.Gzy,komarki,pijawki i inne tropikalne podjadacze nie wyciagaly-lub moze bardziej poprawnie-nie przekazywaly chyba nic swoim bliskim i dalszym pobratymcom ze swoich potyczkowych doswiadczen z czlowiekiem,gdyz nie wiem ile bysmy ich nie uszkodzili-nie zabili,ale uszkodzili-to i tak ataki roznosci faunowej trwaly dalej,jakby "spizarnosc"czlowiecza miala dla tych atakujacych wieksze znaczenie od ich zaglady.Nogi,a szczegolnie ich dolne partie,mielismy swedzaco popodgryzane,ale,tak sobie myslelismy,ze moze to glod czyni ten caly tropikalny tlumek nieczuly na roznego rodzaju "kalectwa" zwiazane z chwilowym,bardzo ulotnym,glodowym zaspokojeniem.Jedziemy asfaltowka w strone Forty Mile Scrub National Park-jakies 270/280km od Cairns-gdzie "deszczowy las" otoczony jest eukaliptusami i innymi,lisciastymi drzewkami,a wszystko to ozywa blyskawicznie w porze mokrej.Park wita nas pieknym okazem "drzewka butelkowego", mloda,jasniutenka zielonoscia roslinnosci wchodzacej w nowosc zyciowa po niedawno spadlych deszczach, i krzykiem roznorodnosci ptasiej.Wypijamy po kubku kawki,zakaszajac ten wczesniej przygotowany plyn niemieckim pierniczkiem bozonarodzeniowej produkcji,i wyruszamy w dalsza droge do Cobbolt Gorge.Mijamy Mt Surprise,ktory odwiedzilismy w tamtym roku,i skrecamy na szutrowe drogi przeuroczego,mokro/porowo/buszowego rozkwitania.Mamy jakies 200 km do pokonania,ale ta droga jest tak niesamowicie/urozmaiceniowo piekna,ze czlowiek zapomina o wszystkim,radujac sie ta naturalna cudownoscia.Mijamy setki kangurow,ktore operuja wszedzie w tej wspanialej dziewiczosci i wyskakuja prosciutenko pod kola samochodu z buszu,zza skal i z przydroznych krzaczkow,a jeden z nich byl nawet schowany za pacholkiem drogowym,i nie uciekal nigdzie,starajac wcielic sie w te przydrozna pacholkowatosc.Na calej tej 200 kilometrowej drodze nie spotkalismy zadnego samochodu wiec cisza,kiedy wyskakiwalismy czasami do "buszowej toalety",byla tak niesamowita,iz te wszelkie miastowe,gurowatosci medytacyjne odnoszace sie do "wyciszenia",definitywnie odnosza sie do australijskiego buszu.Nigdzie, ale to nigdzie w miescie nie doswiadczy sie takiej ciszy,i takie miastowe wyciszenie sie-polecane przez guru tego lub tamtego-bez wczesniejszego,wyciszeniowego doswiadczenia,nie moze zaistniec w miastowosci pozbawionej takiego przezycia-tak przynajmniej sobie mysle-chyba,ze przeniesiemy sie mentalnie do matczynego lona,ale to wcale nie jest takie latwe.Gosh,jakimi my musimy byc szczesliwcami mogac doswiadczyc czegos takiego na taka duza skale dwustukilometrowego,jednosamochodowego podrozowania????Czasami mijamy wolno/wedrujace krowy,pasace sie w tym niezbadanym buszu,ktore patrza sie na nas tym wszystko/wiedzacym,lub majacym wszystko w dupie,wzrokiem.One nigdy nie wybiegaly pod auto wiec moze te samochodowo/poturbowane przekazaly tym jescze niepoturbowanym swoje doswiadczenia z takich kolizji,i te zdrowe cenily swoje zdrowie wiedzac dobrze o nietrafnosci takich spotkan.Ale taki czesty,podsamochodowy kangur,zabity lub poturbowany,powinien juz dawno wiedziec o tych zdrowotnych,samochodowo/kolizyjnych komplikacjach,i przekazac pobratymcom te swoje doswiadczenia o glupocie samobojczosci drogowej przeskakiwalnosci,unikajac-jak mysliwych-juz dziesiatki lat temu ,tych smierdzaco/ryczacych pojazdow,nieprawdaz? One jednak dalej ryzykuja wszystko,zeby przeskoczyc przed pedzacym z duza szybkoscia samochodem kawaleczek niewaznej odleglosci,przeskoczyc wlasnie w tym najmniej odpowiednim czasie przeskakiwania,to moze z ta kangurza swiadomoscia jeszcze nie jest wszystko tak w 100% ok???Chociaz-musze uczciwie przyznac-z przeczytanych przeze mnie informacji wynika,ze kangury,poproszone mentalnie o zjadanie tylko jakiegos procentu laki,laki stanowiacej rowniez pozywienie dla innych zwierzat,dostosowywuja sie do tej mentalnie proszonej procentowosci,zostawiajac reszte lakowosci dla innych. Im bardziej oddalamy sie od linii brzegowej morskiego falowania,tym mniej deszczu na nas spada,a w pewnym momencie uklad chmurnej szarosci zmienia sie nagle na pieknosc zachmurna slonecznego ujawnienia,i czujemy sie jak w Rajskiej Wspanialosci,w odleglej, przedadamowej erze.GPS,ktory Eryk uruchomil jeszcze w Cairns,informuje nas ,ze mamy skrecic tam,gdzie nie ma nawet najmniejszego sladu zwierzecej sciezynkii,ale Eryk upiera sie ,ze ten drogi GPS powinien jednak w tym buszu dzialac,gdyz,myslac logicznie,im drozszy jest taki sprzecik,tym lepiej powinien odbierac w innosciach drogowych podrozy.Nic z tego.Ten Jego jest tak bledny,jakby byl kompletnie z innej epoki,a przeciez ten GPS ma-podobno-Boze Wszechmogacy!!! mapki na caly swiat.Och! Ty Silo Wysokosciowa!!! uchron nas przed taka drogowskazywalnoscia.Czasami glos gi/pi/esowego goscia milknie,gdyz on sam-zakodowany kodowalnoscia satelitarnych obserwatorow -nie wie w ogole gdzie jest,wiec o czym niby mialby nas innformowac,kiedy sam nie jest o niczym poinformowany.Od czasu do czasu Eryk mowi cos do tego GPS'u z pretensja w glosie-mowi tak,jakby ten gi/pi/esik Go slyszal,ale efekt odpowiadalnosci jest zerowy.Sila rzeczy jedziemy tam,gdzie nas prowadzi ta droga,poniewaz innej drogi nie ma wiec tym samym i my innej mozliwosci jazdy tez nie mamy,ale chcielismy zobaczyc czy moglibysmy zgubic sie w buszu bez satelitarnej namierzalnosci.Moglibysmy,i to bez specjalnego problemu, bo i po coz komus sledzic satelitarnie troje Polakow w country,kiedy w miastach roi sie od tej lachudrowatosci szpiegowsko/dywersyjnej,nie mowiac oczywiscie o jakichs organizacjach o religijno/pedofilskich sklonnosciach,czyhajacych tylko na zagarniecie wladzy bankowo/swieckiej,i uwiezieniu nas wszystkich z chip'kiem pod ramienno/krokowa skora.Niesamowite piekno tej ogromnej Natury,odzywajacej we wczesnych opadach pory mokrej,czyni ten caly system swiatowego,ekonomiczo/politycznego balaganu, jakims zapomnianym bzdetem zupelnej niepotrzebnosci.Kto w buszu-lub w pieknie Natury-przejmuje sie jakims problemem bezmetrykowskiego Obamy (podobno metryczke ma sfalszowana),czy smiercia koreanskiego przywodcy???Tam nie sprejuje sie nikogo Chemtrails.Chemtrails sa dla gosci miastowych,gdyz sprejowaniem minimalnoscia buszowego zycia nikt nie jest -jeszcze-specjalnie zainteresowany.Takie rzeczy nie maja tam zupelnie miejsca,jak rowniez nie maja tam miejsca wszelkie wyszukane technologie wolnosciowej pozbawialnosci,gdyz jedyna rzecza do szczescia-jakiej w tamtych okolicach potrzeba-jest bycie tam,i przezywanie tego,czego Wszyscy Miastowcy calego swiata szukaja-lacznie z tymi wielopanstwowymi/manipulatorkami-a mianowicie czlowieczej odradzalnosci w ciszy Natury,i Jej energetycznej-pozbawionej osadzalnosci-neutralnosci oddzialywania na wszystko,neutralnosci,ktorej nikt nigdzie indziej nie doswiadczy w taki lub podobny sposob.Do Cobbolt Gorge docieramy o zmierzchu,i jestesmy kompletnie zdziwieni,ze tam nikogo nie ma."Witaja" nas tylko- zupelnie bezszczekowo-jakies bezmerdajaco/ogonowe, szwedajace sie dwa psy,kiedy przejezdzamy przez centrum cobbolt'owskiej osrodkowosci,a poza tym cisza.Jestesmy kompletnie zaskoczeni,poniewaz tam zawsze powinien ktos byc,ale w tej zanikajaco/ jasnej ciemnosci nie mamy czasu na glebokosc zastanowienia.Rozbij Odpowiedz Link