slazak.slowianin
06.01.04, 15:42
"Nasze pierwsze starcie w Polsce.
Dotychczasowe wydarzenia nie zdają się wróżyć niczego dobrego. Przedwczoraj
nasz starszy sierżant z jadącego powoli samochodu zastrzelił ze swej "ósemki"
jakiegoś 60- czy 70-letniego chłopa, który chciał zaprowadzić do obory swoją
krowę, prawdopodobnie po to, by nie wałęsała się po szosie. Był bardzo dumny
z tego wyczynu strzeleckiego, dokonanego - należy o tym pamiętać - z jadącego
samochodu z odległości 12 metrów. Nie mogę po prostu tego zrozumieć. Zaledwie
przed kilkoma tygodniami ożenił się i był taki czuły dla swojej żony, tak
miły dla starych teściów. A może chciał trafić tylko w krowę? Niestety, pycha
nie pozwoliła mu zamilczeć o tym strzeleckim wyczynie, nie można więc dojść
do tego wniosku. Poza tym jako doświadczony starszy sierżant, który chce się
dosłużyć stopnia oficerskiego, nie ryzykowałby w czasie marszu zastrzelić
krowę, której nie mógłby oddać na zaopatrzenie wojska. Byłaby to przecież
kradzież "własności wojskowej". Wobec tego, że kolumna wkrótce po strzale
zatrzymała się, można było jeszcze ujrzeć, jak jakaś stara, szpakowata
kobieta rzuciła się z płaczem na martwe ciało. Przypuszczalnie "bohater"
zastrzeliłby również i tę kobietę, gdyby samochód akurat się nie zatrzymał,
co oczywiście nadwerężyłoby jego "strzelecką sławę".
Tego dnia wciąż jeszcze nie braliśmy udziału w żadnej akcji bojowej. Jedynie
z prawego i lewego brzegu szosy widziało się powracających w pojedynkę
rannych żołnierzy polskich z podniesionymi do góry rękami. Oberjäger K.
zastrzelił z jadącej ciężarówki rannego żołnierza dlatego, że podniósł do
góry tylko jedną rękę. Widziało się dokładnie, że prawa ręka żołnierza
zwisała bezwładnie, gdyż całe jego prawe ramię było zmiażdżone. Oberjäger
uczynił to z czystej żądzy strzelania. Widziałem, jak mierzył z automatu do
tego człowieka, i krzyknąłem do niego z oburzeniem: "Oberjäger!" Wtedy
opuścił automat. W 10 sekund później, kiedy akurat zwróciłem głowę przed
siebie, rozległ się strzał. Polak się zwalił. K. nie mógł się jednak wyrzec
strzału. Jak zdołam to zrozumieć? Takie to były bohaterskie wyczyny naszej
kompanii, zanim jeszcze choćby jeden strzał padł w naszym kierunku.
A teraz w lesie ciepielowskim, niedaleko przed Zwoleniem, w czołówce
znajdowała się 11. kompania naszego batalionu. Posuwaliśmy się za nią. Słyszę
ogień karabinów maszynowych. Czołówka jest ostrzeliwana. Wysiadać! Jakoś
ogarnia mnie strach. Nie chcę nawet - to niedobrze być odważnym, jeśli nie
wiadomo w jakim celu. Zdenerwowanie, rozkazy, tyraliera, 10. kompania na lewo
od szosy. Robię to, co wszyscy. Wyczuwam niebezpieczeństwo, teraz mogę być
zakatrupiony za karę, za moją niekonsekwentną postawę i to usuwa wszelkie
uczucie strachu. Skradam się razem ze wszystkimi, lecz nie widzę żadnego
Polaka. Strzelec, oparłszy na ramieniu karabin maszynowy, strzela jak
wściekły. Brzęczą rykoszety. Teraz orientuję się, że Polacy także strzelają.
Gwizdnęło mi krótko przy samym prawym uchu. Wtem upadł kapitan Lewinskiy -
pierwszy. Postrzał głowy z góry. A zatem strzelcy na drzewach. Podziwiam
odwagę tych strzelców z drzew. Jeden zostaje wykryty. Sanitariusz
zestrzeliwuje go z pistoletu. Nagle urywa się łączność. Każdy jak szalony
pędzi przez las. W godzinę później zbierają się wszyscy przy szosie. Kompania
ma 14 zabitych, łącznie z kapitanem Lewinskiym. Dowódca pułku, pułkownik
Wessel [z Kassel], szaleje z monoklem w oku.
Na odwrocie fotografii napis:
"2 maruderów przed pułkownikiem Wessel. Jeden z polskich żołnierzy tłumaczy
błagalnie, że chciał tylko bronić swoich 4 dzieci.
Pułkownik z monoklem daje ruchem kciuka rozkaz rozstrzelania".
"Co za bezczelność, chcieć nas zatrzymać, a mojego Lewinskiyego mi
zastrzelili". Nie liczy się z tym, że to są żołnierze. Twierdzi, że ma do
czynienia z partyzantami, jakkolwiek każdy z 300 polskich jeńców ma na sobie
mundur. Zmuszają ich do zdjęcia kurtek. No, teraz już prędzej wyglądają na
partyzantów. Teraz zostają im jeszcze ucięte szelki, widocznie po to, by nie
mogli uciec.
Na odwrocie fotografii napis: "300 polskich żołnierzy, którzy w lesie pod
Zwoleniem [Ciepielów] wstrzymali posuwanie się zmotoryzowanej jednostki
piechoty [III./Inf.Rgt.15 (mot) 29.Inf.Div.], zostają odprowadzeni i
niezwłocznie rozstrzelani".
Następnie jeńcy muszą iść brzegiem szosy, rzędem jeden za drugim. Powstało
pytanie, dokąd się ich prowadzi?
W powrotnym kierunku do taborów, skąd ich wkrótce przeniosą do jenieckiego
punktu zbornego? W 5 minut później usłyszałem terkot tuzina niemieckich
automatów. Pośpieszyłem w tym kierunku i o 100 metrów z powrotem ujrzałem
rozstrzelanych 300 polskich jeńców, leżących w przydrożnym rowie.
Zaryzykowałem zrobienie dwóch zdjęć, a wtedy stanął dumnie przed obiektywem
jeden z tych zmotoryzowanych strzelców, którzy na polecenie pułkownika
Wessela dokonali tego dzieła".
Tu maszynopis się urywa...