Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom?

IP: *.mpss.osi.pl 08.09.05, 23:36
Panie Wójcik - to skandal żeby na pańskich plakatach jako rekomendację
wymieniał Pan niejakiego wicemarszałka senatu tow. Kutza, który
niejednokrotnie - publicznie spzreniewierzył sie temu co jest fundamentem PO;
dziwię się władzom wojewódzkim PO że dopouściły do takiego skandalicznego
wyglądu Pańskich plakató; napewno nie oddałbym głosu na Pana;
    • Gość: TDD Re: Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.09.05, 09:13
      A ja oddam!!! :)
    • Gość: Krzycho Jak można tak szpecić miasto?? IP: *.crowley.pl 09.09.05, 09:38
      Luisty gończe z twarzami na każdym słupie, barierce, przybute pineskami do
      drzew. Nie wstyd wam pokazywać się publicznie mimo tego że nic prócz wziętej
      kasy nie zrobiliście przez 4 tata?. Z drugiej strony to dobrze bo widać po
      wypasionych pyskach jak wam się dobrze tam siedzi. Kolej na następnych.
    • Gość: piotrek Re: Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 09.09.05, 13:26
      Panie Konarski gdyby był pan taki mądry na jakiego się pan kreuje to rozdawałby
      pan pomidory bo dostać takim jabłkiem to przyjemne dla pana nie będzie!
    • l-ewa Jest kiełbasa wyborcza 09.09.05, 15:25
      jest wata cukrowa

      Oj nie odrobił dziennikarz lekcji...
    • Gość: palant Re: Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.09.05, 12:57
      Kiełbasę?
      • Gość: debil Re: Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.09.05, 13:00
        woszt?
    • Gość: księgowy Re: Co kandydaci do parlamentu rozdają wyborcom? IP: *.inteko.com.pl 10.09.05, 13:42

      01 września 2005
      M. Szenborn, K. Kwiatek: Tuskomania
      Boimy się otworzyć lodówkę, ba!, nawet konserwę, bo może z niej wyskoczyć
      Donald Tusk. „Człowiek z zasadami” patrzy na nas z tysięcy billboardów w całej
      Polsce. Sprawdziliśmy, kto płaci za tę gigantyczną kampanię reklamową.

      Finansowanie kampanii wyborczych wygląda modelowo tak: partia polityczna
      otrzymuje dotację z budżetu państwa. Jest to kwota zależna od kilku elementów.
      Trzeba zaznaczyć, że są de facto dwie kampanie: parlamentarna i prezydencka. Ta
      pierwsza, zgodnie z prawem, ma być finansowana głównie (teoretycznie) ze
      składek członków i dotacji budżetowej. Owa dotacja zależy od wyników wyborów.
      Innymi słowy, jeśli do sejmu weszła Liga Polskich Rodzin, to musisz sobie zdać
      z tego sprawę, Czytelniku, że w jakiejś części sfinansowałeś luksusowy obiad
      Romana Giertycha, nie mówiąc o jego wyjazdach, wiecach oraz plakatach i
      ulotkach LPR-u itp. Oprócz dotacji z budżetu, czyli z naszych kieszeni, każdy
      sympatyk danej partii może przekazywać jednorazowo i anonimowo darowiznę do
      kwoty 840 złotych. Jak chce dać więcej, to już nie może być anonimowy i
      powinien przelewu na konto partii dokonać oficjalnie ze swojego konta.
      Maksymalna wpłata to 10 tys. złotych. Po co ten limit? A po to, żeby
      (teoretycznie) rozmaici biznesmeni nie kupowali sobie przychylności przyszłych
      polityków. Oczywiście jest to prawo martwe, bowiem biznesmen Malinowski może
      wpłacić na konto kandydata Kowalskiego dowolną kwotę, rozpisując ją na
      poszczególnych członków swojej rodziny, znajomych, pracowników itd.

      Prawo zabrania przekazywania jakichkolwiek funduszy na kampanię wyborczą przez
      firmy – czyli podmioty gospodarcze. Śmieszny to przepis, bowiem jeśli nasz
      biznesmen Malinowski chce wspomóc kandydata Kowalskiego kwotą znaczniejszą, to
      robi tak: wypłaca swoim pracownikom ekstrapremię, a oni muszą tę premię zanieść
      do banku i wpłacić na konto kampanii wyborczej. Proste, prawda? Jeśli nie do
      końca proste, to dodajmy, że jest jeszcze jeden sposób dotowania wyborów
      (praktykowany zwłaszcza przez prawicę, i to często). Otóż np. za druk ulotek,
      folderów czy innych wyborczych gadżetów firma X naszego Malinowskiego powinna
      wystawić fakturę na, powiedzmy, 100 tys. zł. Ale wystawia na 20 tysięcy. Owa
      różnica 80 tysięcy stanowi właśnie darowiznę.
      I to jest taka legalna nielegalność. Nielegalność w świetle prawa!

      To tak w skrócie w kwestii wyborów do parlamentu. Istnieją przecież jeszcze
      wybory prezydenckie. Kto i z jakiej kieszeni je finansuje?

      Skąd Donald Tusk – szef partii, która w telewizji chwali się, że nie bierze z
      budżetu państwa ani grosza – ma miliony złotych na tysiące billboardów i setki
      telewizyjnych spotów reklamowych? Zaraz to wyjaśnimy.

      Na razie sprawdźmy, o jaką kasę w czasie całych wyborów chodzi. Popatrzmy na
      przykładzie Platformy Obywatelskiej i policzmy, ile kampania Tuska może
      kosztować. Otóż samo miejsce na byle jakim billboardzie warte jest minimum 600
      zł miesięcznie. Droższe – podświetlone i w stolicy – mogą kosztować ponad 3
      tys. zł na miesiąc. I tyle kosztują. Według naszych operacyjnych danych, owych
      luksusowych billboardów ma Tusk w całym kraju około 2,5 tys. To daje kwotę 7,5
      mln zł miesięcznie (wariant bardzo ostrożny i zminimalizowany). Jak wiadomo –
      kampania prezydencka trwa dwa i pół miesiąca, tak więc wychodzi nam ponad 18
      milionów złotych. Ale są przecież billboardy zwykłe. Na nich wisi około 10 tys.
      Tusków (znów wariant zaniżony). Za wieszanie siebie na tych płaszczyznach Tusk
      musi zapłacić dalsze 6 milionów złotych razy dwa i pół miesiąca, co daje 15 mln
      zł. To razem i szacunkowo (możliwość rabatów) daje ok. 30 mln zł.

      12 mln zł to jest kwota graniczna, jaką według Państwowej Komisji Wyborczej
      jeden kandydat może wydać na całą swoją promocję. Ale przecież Donald Tusk
      reklamuje się także w telewizji. Przyjmijmy najtańszą cenę spotu w TV, w czasie
      niskiej oglądalności. Wynosi ona 800 zł za reklamę (30 sekund). Oczywiście jest
      to bzdet, bo w najlepszym czasie antenowym (np. przed Wiadomościami TVP 1) za
      30 sekund zapłacić należy nawet 70 tys. zł. Ale niech tam... Nie bądźmy
      drobiazgowi. Z bardzo oszczędnych wyliczeń wynika, że Tusk za kampanię w
      telewizji (nie licząc radia) zapłacił co najmniej milion. Kwotę tę proponujemy
      pomnożyć co najmniej razy trzy, bowiem jeszcze raz mówimy, że przyjęliśmy
      wariant taki, jak gdyby Tusk reklamował się wyłącznie w nocy w... np. TV 4.
      Dodajmy do tych paru milionów koszty wieców wyborczych, spotów radiowych, druku
      ulotek itp., itd.). Jak by nie liczyć, wychodzi co najmniej 35 milionów
      złotych.

      Ogłaszamy zatem wszem wobec, że pan Donald Tusk łamie prawo, przekraczając – i
      to znacznie, bo około trzech razy! - limit przyznany przez PKW na kampanię
      wyborczą. Czy w PKW jest jakiś jeden jedyny marny kalkulator?!

      Wiemy, jakie macie pytanie: skąd Tusk i jego totumfaccy mają takie pieniądze?

      Już odpowiadamy. Po pierwsze Komitet Wyborczy Tuska wziął 6 milionów kredytu
      bankowego, który to kredyt poręczyła Platforma Obywatelska. Kto mu dał taką
      gigantyczna gotówkę? Tego nie da się ustalić w żaden sposób (tajemnica
      bankowa), ale według naszych ustaleń chodzi o PEKAO. Bank może mieć w tym
      wielki interes. Zależy mu bardzo, aby przyszły rząd nie zablokował fuzji banków
      PEKAO i BPH – fuzji zapowiadanej co najmniej od maja.

      Ale to jest wszystko betka. Dowcip polega bowiem na tym, że nawet jeśli Tusk
      zostanie prezydentem, to zwrotu za kampanię – zgodnie z prawem – nie dostanie.
      Dostanie zaś... jego Platforma za kampanię parlamentarną; dostanie z budżetu,
      czyli z naszych pieniędzy. Kto zatem finansuje kampanię Donalda Tuska? My,
      Kochani, my wszyscy!
      Nasz tajny informator z kręgu PO twierdzi, że umowa jest dokładnie taka: kasa z
      budżetu – po wejściu Platformy – zostanie przekazana na długi Tuska. Tylko że
      będzie to kolejny przekręt, bowiem zgodnie z prawem nie wolno finansować
      prezydenckich wyborów z funduszy przekazywanych przez budżet za partyjną
      kampanię wyborczą!
      Ale to nie cała kasa imć Tuska. Te superlatywy, które słyszymy w radiu i TV
      o „człowieku z zasadami”, też są pokrywane z tak zwanych cegiełek. To -
      powiedzmy - wolne datki od obywateli. Owe cegiełki są najlepszą formą
      korumpowania polityków, ponieważ nie podlegają żadnej ewidencji. Państwowa
      Komisja Wyborcza nie może (nie ma nawet prawa) zapytać, kto dał kasę i ile jej
      dał. Tak więc niewykluczony jest taki scenariusz: przychodzi ktoś z Wołomina –
      jakiś „Masa” czy „Kiełbasa” – i mówi: - Donald, masz to dużą bańkę w gotówce,
      ale kiedyś poproszę o przysługę...
      - Nie ma sprawy – odpowiada Tusk.
      Ciekawe tylko, o jaką przysługę będzie szło... Oczywiście tak może być z każdym
      z kandydatów, ale zasada jest zawsze taka, że ten, który przewodzi stawce,
      ściąga niemal wszystkich sponsorów. Podstawa to kupa szmalu na starcie, później
      spirala sama się nakręca i kandydat wygrywa. Tusk zainwestował najwięcej i w
      chwili obecnej zdobył już taką przewagę, że – jak mawiają polscy dziennikarze –
      „tylko cud” może mu przeszkodzić w zwycięstwie. Wiedział, co robił, kiedy
      podpisał się na billboardach per „prezydent”...
      Podsumowując „człowieka z zasadami”, powiedzmy tak: według najostrożniejszych
      wyliczeń pan Donald Tusk wyda na swoją kampanię prezydencką 35 mln zł.
      Przekracza to dopuszczalny limit, określony przez PKW o 23 miliony.

      Co tak naprawdę oznacza owe 35 milionów wydanych na to, byśmy uznali, że Donald
      Tusk jest prezydentem wszystkich Polaków. Tylko tyle, iż za taką kwotę 950
      tysięcy najbiedniejszych dzieci w Polsce dostałyby darmowe wyprawki szkolne.

      Marek SZENBORN, Karol KWIATEK
      Tygodnik "Fakty i Mity"


      « wstecz dalej »
    • Gość: Robi strona wyborcza- mikula.pl IP: *.internetdsl.tpnet.pl 10.09.05, 18:46
      a niektorzy nic nie rozdaja tylko solidnie pracuja: )
Inne wątki na temat:
Pełna wersja