tubylec.cieszyn
17.02.06, 12:32
W 40 lat po pierwszym udanym przeszczepie nerki w Polsce, w Internecie
kwitnie handel ludzkimi organami. Czy mamy w Polsce transplantologiczne
podziemie?
Sprzedam nerkę, szpik lub dwa płaty wątroby. Tylko poważne oferty”, „Sprzedam
narządy, bez których będę mogła żyć. Grupa krwi A Rh–”, „Sprzedam nerkę z
powodu braku środków na utrzymanie rodziny”, „30-letni mężczyzna, bez
nałogów, tatuaży, oddający honorowo krew sprzeda nerkę z powodów finansowych.
Pilne!”. Takich ofert jest w sieci bez liku. Przeglądając Internet, można
mieć wrażenie, że w Polsce kwitnie handel ludzkimi organami. Kontakty do
potencjalnych dawców znaleźć można w kilka minut. Kategorie „medycyna”
lub „różne” pełne są ofert desperatów. Nerka, laptop, wątroba, BMW –
propozycje sprzedaży lub kupna ludzkich narządów przeplatają się z anonsami
autokomisów, firm komputerowych i biur nieruchomości. W cyberprzestrzeni
ludzkie organy to towar jak każdy inny.
Pod internetowymi nickami ukrywają się przeważnie ludzie młodzi, głównie z
dużych miast. Powód zwykle ten sam – pieniądze. Dadzą się pokroić, by zyskać
gotówkę. Byle szybko i dyskretnie. Często nawet najbliżsi o niczym nie
wiedzą. – To jedyny sposób, aby wyjść z kredytów. Miałem firmę, splajtowała.
Długi zostały – tłumaczy jeden z potencjalnych dawców. – Mąż mnie zostawił,
mam chorą córkę. Co mogłam, już sprzedałam – pisze inna desperatka.
Zdarzają się i nieletni, jak 17-latka z Zabrza. – Decyduję się na to tylko ze
względu na kasę. Zdaję sobie sprawę z ryzyka. Jest to moja przemyślana
decyzja – wyjaśnia. Trafiają się również tacy, którzy po prostu chcą szybko i
bez pożyczek kupić mieszkanie lub rozkręcić własną działalność. Ci w
negocjacjach cenowych są nieugięci. Co innego ci, którzy mają nóż na gardle. –
Jeśli się zdecydujesz, przyjadę we wskazane miejsce. Płacisz za badania.
Przed wwiezieniem na salę operacyjną dajesz pieniądze osobie, która będzie mi
towarzyszyć – zastrzega 33-letni Sławek. Gdy pada pytanie o cenę, tłumaczy: –
Mam długi, 35 tys. zł. Dlatego muszę uzyskać jak najwięcej. Poniżej 28 tys.
nie zejdę – odpowiada wprost. Żądania innych są bardzo podobne. Dziewczyna z
Zabrza chce 30 tys. zł. – To cena wyjściowa, możemy negocjować – zachęca.
Sieciowi dawcy zwykle po krótkiej wymianie korespondencji nalegają na
spotkanie. Im szybciej, tym lepiej. Gdy nie odzywam się przez kilka dni,
zapychają skrzynkę e-mailową ponagleniami. Wiedzą, że w Polsce odpłatne
oddawanie organów jest zabronione, dlatego godzą się nawet na wyjazd do
zagranicznych klinik. Wiedzą, że takie przeszczepy można zrobić w Egipcie,
Iranie, Indiach czy Izraelu. Ważne, by kupujący pokrył koszty.
Handel ludzkimi organami w Internecie przybiera na sile. Niedawno zamknięto
witrynę fikcyjnej fundacji, która powołując się na współpracę ze znanym w
Polsce Stowarzyszeniem „Życie po przeszczepie”, uruchomiła profesjonalny
serwis ułatwiający kontakt sprzedawcom i kupcom narządów. Wystarczyło
wypełnić dostępny na stronie formularz, zaznaczyć, czy jest się dawcą czy
biorcą, wpisać organ będący przedmiotem transakcji, grupę krwi, formę zapłaty
i cenę. Do wyboru była nawet waluta – opłatę można było uiszczać w
złotówkach, dolarach lub euro. Krzysztof Pijarowski, prezes „Życia po
przeszczepie” zaprzecza, by jego stowarzyszenie miało coś wspólnego z
serwisem. Nie kryje zaskoczenia: – W polskim Internecie to nowość. Do tej
pory można było znaleźć ogłoszenia osób prywatnych. Teraz jest już dobrze
zorganizowana strona, coś jakby hurtownia organów. Po konsultacji z
dyrektorem Poltransplantu prof. Januszem Wałaszewskim zgłosił sprawę
prokuraturze w Gorzowie Wielkopolskim. Podobne zawiadomienie złożył w
Bydgoszczy Szpital Uniwersytecki Collegium Medicum.
www.ozon.pl/tygodnikozon_2_15_1198_2006_7_1.html
Oferty:
ale.gratka.pl/ogloszenie/183570.html
ogloszenia.tojestto.pl/ogloszenia.php?nr=67655