Historia pewnej histerii

03.03.06, 08:23
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_060303/publicystyka/publicystyka_a_1.html
    • alex.stela Pytanie jedno dręczy mnie od wielu miesięcy: 03.03.06, 08:29
      Czy Tobie "Rzeczpospolita" płaci za te linki bez komentarza?????
      • fk5 Re: Pytanie jedno dręczy mnie od wielu miesięcy: 03.03.06, 09:56
        Jesli czujesz niedosyt, ze tylko link:

        Nie utraty wolności powinniśmy się przede wszystkim obawiać, ale możliwości, że
        jej nie urealnimy

        Historia pewnej histerii


        Naiwni korespondenci prasy zagranicznej, niemający wyczucia polskiej skłonności
        do groteski i tragikomizmu, dają się nabrać


        ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI

        #Historia pewnej histerii
        (c) MIROSŁAW OWCZAREK
        Ogłoszono alarm. Nie dla miasta Warszawy, lecz dla całej Polski, dla III
        Rzeczypospolitej. Od czasu wyborów rozdzwoniły się medialne dzwony, elity
        intelektualne zachrypły od krzyku, ostrzegawczy głos niektórych przywódców
        opozycji rozbrzmiewa przenikliwie jak róg Rohanu, gdy Boromir staczał swą
        ostatnią walkę z orkami. W Radiu Tok FM komentarze zamieniają się w rejestry
        błędów, uchybień, intryg i dyktatorskich zapędów. Na naszych oczach kona
        wolność.

        Zaczęło się od gejów i lesbijek w Poznaniu, skończyło - ale tylko na razie - na
        Muńku Staszczyku, któremu w Lublinie zakneblowano usta za koszulkę z napisem,
        że jest cyklistą. Kneblują wprawdzie zupełnie różni wrogowie wolności, ale
        wiadomo, kto za tym stoi - i jest ich co najmniej dwóch. Wraz z wolnością upada
        praworządność. Minister Ziobro zamierza podnieść kary za gwałt ze szczególnym
        okrucieństwem, a jednocześnie sam pogwałcił niezawisłość sądu, który orzekł w
        majestacie prawa, że odśnieżanie dachów nie należy do obowiązków właścicieli
        obiektów. Co więcej, postanowił samodzielnie dobierać sobie doradców. Minister
        Dorn zwalnia zasłużonych dla bezpieczeństwa III RP esbeków. Sojusznicy w NATO i
        na Kremlu denerwują się planami rozwiązania WSI.

        NIEZDROWA SATYSFAKCJA
        Załamał się kurs złotego. Becikowe sprawiło, że inflacja galopuje jak oszalała,
        ostatni inwestorzy pakują manatki, masowe porody obciążyły i tak niewydolną
        służbę zdrowia, a lekarzom pracę utrudniają dornowskie kamasze. Polska
        wyizolowała się z Europy, ze świata zachodniego. Dobrze, że ostatecznie nie
        zerwały się stosunki polsko-amerykańskie, chociaż prezydent Bush znowu
        przeszedł na "mister" z polskim prezydentem. Ale zostało to okupione wasalnymi
        deklaracjami o możliwości wprowadzenia wiz dla Amerykanów.

        Na scenie politycznej panuje bezwzględna walka o władzę dla samej władzy. Przez
        parę miesięcy niemal codziennie słyszeliśmy ze strony niedoszłego
        koalicjanta: "Jeszcze raz zostaliśmy oszukani". Zdarzało się to tak często, że
        budziło się podejrzenie, iż obie strony czerpią z tej gry jakąś niezdrową
        satysfakcję - i PiS jak "domina", i traktowana rozmaitymi politycznymi
        biczykami, masochistyczna PO. Nie lepiej PiS obchodzi się z sojusznikami.
        Poniżono Andrzeja Leppera, poniżono Romana Giertycha. Wstrząsające doniesienia
        o tym fakcie miały wzbudzić powszechne współczucie wśród Polaków. "Czy widzieli
        państwo ich twarze? " - pytano nas we wszystkich programach, radiowych i
        telewizyjnych. Któż odważyłby się założyć koszulkę z napisem - "Nie płakałem,
        gdy poniżano Andrzeja Leppera"?

        Prezydent ogłosił orędzie godzinę później, niż zapowiedział. Co więcej, nie
        rozwiązał parlamentu, udaremniając w ten sposób bujny rozwój społeczeństwa
        obywatelskiego, które nie mogło się wykazać obywatelskim nieposłuszeństwem.
        Także Trybunał Konstytucyjny pozbawiony został okazji, by pokazać, że
        wątpliwości co do jego odwagi są tylko czczą insynuacją. Jakby tego wszystkiego
        było mało, bulwersującą wiadomość przyniósł śp. "Nowy Dzień". Okazało się
        mianowicie, że sąsiedzi odetchną z ulgą, gdy wreszcie prezydent z małżonką
        przeniosą się do Pałacu Prezydenckiego, bo państwo Kaczyńscy nie przyjmują
        zaproszeń sąsiadów na herbatę. Co za niemiły kontrast - państwu Kwaśniewskim
        zarzucano nawet, że zbyt pochopnie przyjmowali niektóre zaproszenia.

        MOWA PRZECZY TREŚCI
        Takie i podobne alarmistyczne doniesienia należy oczywiście traktować z
        przymrużeniem oka, ale niektórzy naiwni korespondenci prasy zagranicznej,
        niemający wyczucia polskiej skłonności do hiperboli, groteski, do tragikomizmu,
        do emfazy, dają się nabrać. My wiemy, że zbyt wiele jest w tych doniesieniach
        hipokryzji, aby mogły być wiarygodne, że ci, którzy powołanie pana Borysiuka
        ogłosili klęską narodową, nie tylko z największym spokojem znosili panią Danutę
        Waniek i inne dziwne postacie w KRRiT, ale także bynajmniej nie protestowali
        zbyt gwałtownie, gdy redaktor Gembarowski flekował Mariana Krzaklewskiego.
        Pamiętamy, że Andrzeja Leppera i Romana Giertycha przedstawiano latami jako
        największe polityczne zagrożenie. Dlaczego więc teraz tak martwi rzekome
        poniżenie populistów i endeków? Wszak po pierwszym głosowaniu w nowym
        parlamencie rozległy się wzburzone głosy, że IV RP ma twarz Leppera. Czyż
        wypadało tym samym ludziom biadać nad upokorzeniem malującym się na tej twarzy?

        Z tego całego zgiełku można wydobyć motyw poważny i szlachetny - troskę o
        wolność i praworządność. Czy jednak rzeczywiście jest ona zagrożona? Jeśli
        wybitny socjolog skarży się na postępujące jej ograniczenia i jednocześnie
        porównuje ministra sprawiedliwości do zetempowca, a o ministrze spraw
        wewnętrznych mówi per Lutek, to jest to typowy przykład sprzeczności
        performatywnej - samo wykonanie aktu mowy przeczy jego treści.

        MÓWIĆ, ABY NIC NIE POWIEDZIEĆ
        W istocie w kraju rzekomej dyktatury to PiS i rząd są pod nieustannym atakiem.
        Premier, ministrowie muszą tłumaczyć się jak uczniowie przed dziennikarzami. Ci
        wykrzykują, przerywają, sami odpowiadają na swoje pytania, przywołują ich do
        porządku, pouczają i donoszą, co na nich powiedział inny polityk w innym
        programie. Już w kampanii wyborczej skoncentrowano się niemal zupełnie na
        sprawach personalnych - dzień bez nowej awantury, czasami sztucznie wywołanej
        lub podsycanej wydaje się stracony. O premierze mówi się, że jest medialny. W
        rzeczywistości jego medialność polega wyłącznie na tym, że wbrew doniesieniom i
        komentarzom pozostaje popularny wśród wyborców.

        Oczywiście, wina leży także, a może przede wszystkim, po stronie polityków.
        Tylko postkomuniści pamiętają o podstawowej zasadzie skutecznej polityki - nie
        pozwala się zaglądać publiczności za kulisy. Jedną z największych umiejętności
        nowoczesnego polityka jest takie wypowiadanie się, aby nic nie powiedzieć. W
        Polsce po wyborach postulat przejrzystego państwa został w pewnym momencie
        jawnie sprowadzony do absurdu, gdy pierwsza runda negocjacji koalicyjnych miała
        toczyć się przed kamerami. Politycy zrywają się skoro świt i zarywają noce, by
        pojawić się w studiu radiowym lub telewizyjnym. Nader szybko puszczają im
        nerwy, a język lata jak łopata - niezależnie od orientacji politycznej. O
        prezydencie, który nie uległ tej manii i naciskowi żądnej igrzysk publiczności,
        mówi się, że jest pasywny.

        LEKTURA NA KOLANACH
        Usprawiedliwiony wydaje się niepokój, że następuje tylko wymiana osób, i to nie
        zawsze na prawe i kompetentne, a nie zmiana reguł. Tyle że gdy przyjrzymy się,
        o jakie reguły chodzi krytykom, okazuje się, że najczęściej są to reguły, które
        chroniłyby osoby i grupy dotychczas nadmiernie chronione i uprzywilejowałyby
        dotychczas uprzywilejowanych. Tym, którzy twierdzą, że państwo
        jest "zawłaszczane", chodzi często raczej o "wywłaszczanie" tych, którzy czuli
        się w III RP jak pączki w maśle. Dotyczy to także "klasy interpretatorów".
        Ostatnio profesor Jerzy Jedlicki zdefiniował inteligencję jako
        czytelników "Gazety Wyborczej", "Tygodnika Powszechnego" i "Polityki".
        Zapomniał dodać, że sama lektura nie wystarczała - musiała to być lektura na
        kolanach.

        Pozornym tylko paradoksem jest fakt, że ludzie, którzy pieczołowicie strzegli
        swego monopolu ideowego, uprawiali "przemoc symboliczną" i gotowi byli wypychać
        ze sfery publicznej polemistów, krzyczą teraz o zagrożeniu wolnego słowa. A
        jeśli tak się denerwują intelektualiści, to co dopiero powiedzieć o biznesowych
        i politycznych elitach III RP? Co powiedzieć o funkcjonariuszach zagrożonych
        zwolnieniem lub
        • fk5 cd 03.03.06, 09:57
          cd.:

          Pozornym tylko paradoksem jest fakt, że ludzie, którzy pieczołowicie strzegli
          swego monopolu ideowego, uprawiali "przemoc symboliczną" i gotowi byli wypychać
          ze sfery publicznej polemistów, krzyczą teraz o zagrożeniu wolnego słowa. A
          jeśli tak się denerwują intelektualiści, to co dopiero powiedzieć o biznesowych
          i politycznych elitach III RP? Co powiedzieć o funkcjonariuszach zagrożonych
          zwolnieniem lub osobach z trwogą myślących o lustracji? Nic dziwnego, że
          zdenerwowanie wyraża się agresją, wybuchami nienawiści - z jednoczesnym
          ubolewaniem nad degradacją języka.

          JEDYNY KOALICJANT DLA PO
          Tylko po części można te nastroje tłumaczyć frustracją, że nie powstała
          koalicja PiS i PO. Rzeczywiście, wydawało się, że wynik wyborów umożliwia
          realizację programu liberalno-konserwatywnej przemiany Polski. Jednak nie udało
          się skonstruować większości parlamentarnej. Przez parę miesięcy polska opinia
          publiczna obsesyjnie zajmowała się dociekaniem przyczyn, usiłując ustalić
          winnego. Z perspektywy czasu coraz bardziej należy wątpić, czy rzeczywiście
          koalicja byłaby najlepszym rozwiązaniem, czy byłaby bardziej stabilna niż
          obecna tak niedoskonała koalicja parlamentarna.

          Coraz wyraźniejsze są różnice programowe i mentalnościowe między PiS i PO.
          Trudno także nie zauważyć, że żal za niedoszłą koalicją wynika bardzo często
          nie tyle z obawy, że stracono możliwość szybkiego i skutecznego przeprowadzenia
          radykalnych reform, co z płonnych nadziei, że jeszcze raz wszystko rozejdzie
          się po kościach, że skończy się na zapowiedziach. Dzisiaj już niebardzo
          wiadomo, na czym mogłoby polegać "szarpnięcie cuglami", które kiedyś zapowiadał
          Jan Rokita - musiałby wziąć w ryzy swą własną partię. Jeśli na najbliższym
          zjeździe PO dojdzie do władzy grupa związana z Pawłem Piskorskim, wszystko
          stanie się jasne. Uczciwość, konsekwencja i honor nakazywałyby wówczas tym,
          którzy opowiadali się za gruntowną przebudową państwa, wystąpienie z tej
          partii. Tym bardziej że jedynym możliwym koalicjantem PO staje się SLD.

          POWODY POPARCIA DLA RZĄDU
          Jest jeszcze jedna, zupełnie odmienna wersja wydarzeń. Część polskiego
          społeczeństwa - większa, lecz mniej hałaśliwa, bo nie tak elitarna - podziela
          wprawdzie zdanie, że w Polsce wolność jest zagrożona, ale nie przez ostatnich
          parę miesięcy, lecz przez ostatnich paręnaście lat, nie przez rządy PiS, lecz
          niejawne, skorumpowane postkomunistyczne struktury oligarchiczne. Zadziwiające,
          że o tym już zupełnie zapomniały media i antypisowscy intelektualiści oraz
          politycy. Od czasu wyborów jak ręką uciął skończyły się doniesienia o
          postkomunistycznej korupcji. Problem zniknął w cudowny sposób. Nikt już nie
          zajmuje się tajemniczymi interesami i powiązaniami panów Żagla, Kuny, Wiatra,
          Dochnala, Ałganowa, Kulczyka, Kaczmarka itd.

          Lecz Polacy nieulegający apokaliptycznym wizjom nadchodzącego autorytaryzmu
          widzą, że kończy się bezkarność, że zaczęto się brać za korupcję, że to, co
          zapowiadano przed wyborami, to nie były tylko słowa. Mimo że zapewne nie
          czytali raportu Banku Światowego, z którego wynika, że Polska jest jedynym
          krajem postkomunistycznym, w którym rośnie, a nie maleje ubóstwo, oczekują
          wyrównywania różnic społecznych. Widzą, że pozycja międzynarodowa może się
          umocnić, że prezydent Putin odkrył w nas pobratymców, prezydent Chirac pozwoli
          nam otworzyć usta, a prezydent Bush zauważył różnicę biografii obecnego i
          poprzedniego polskiego prezydenta i wyciągnął z tego stosowne wnioski.

          Dlatego mimo bicia w bęben antypisowskiej propagandy, poparcie społeczne dla
          rządu jest tak znaczne. Nie jest ono niczym dziwnym. Program, który zakłada
          zmniejszanie, a nie zwiększenie różnic społecznych, wzmacnianie, a nie
          osłabianie państwa, stanowczą politykę zagraniczną i szacunek dla przeszłości
          narodowej, jest słuszny. Od jego realizacji zależy, czy uda się Polakom wybić
          na lepszą demokrację, na dobrobyt, nie tylko dla nielicznych, na niepodległość
          w pełni tego słowa. W razie przegranej kolejna szansa pojawiłaby się pewnie
          dopiero w następnym pokoleniu. Rzeczywiście może okazać się, że taktyka zjada
          strategię, że skończy się znowu na wymianie osób, że od dekonstrukcji nie
          będzie przejścia do działań konstruktywnych, że walka o stabilizację władzy nie
          będzie miała końca, że zwycięży wąski, partyjny wymiar polityki.

          Może się także okazać, że siły nowej transformacji okażą się zbyt słabe, że nie
          uda się przełamać oporu "czworokąta". To drugie zagrożenie wydaje się znacznie
          bardziej realne i bezpośrednie. Nie utraty wolności powinniśmy się przede
          wszystkim obawiać, ale możliwości, że jej nie urealnimy, nie ostrych decyzji i
          cięć, lecz ciągłości i kunktatorstwa, nie dyktatury, lecz chaosu i inercji.

          ZDZISŁAW KRASNODĘBSKI, Socjolog i filozof, profesor Uniwersytetu w Bremie oraz
          Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Ostatnio wydał
          książkę "Drzemka rozsądnych"
          • tomek9991 Hmm 03.03.06, 10:24
            Ma rację.
        • albrecht1 Re: Pytanie jedno dręczy mnie od wielu miesięcy: 03.03.06, 11:20
          No i przegiąłeś w drugą stronę.
Pełna wersja