bebokk
17.09.03, 22:48
Greuel-Steinbach-propaganda ma pewną zasługę: wywołała pytanie o to, kim chcą
być Niemcy. Ta propaganda nie jest dziś jedyną niemiecką mistyfikacją. Mamy w
Niemczech wielu przyjaciół, w tym wielu niezapomnianych - jak Karl Dedecius,
który dla zbliżenia kultur polskiej i niemieckiej zrobił więcej niż
ktokolwiek inny. Otaczamy uznaniem wielkich polityków Niemiec, którzy razem z
innymi mądrymi rodakami, podnosząc swój naród z moralnej katastrofy
hitleryzmu, budowali nowe Niemcy, pokojowe i przyjazne sąsiadom. To bowiem
rokuje inną przyszłość. Sami staraliśmy się uwolnić od pamięci koszmaru. Nie
w imię wybaczenia. Dla zdrowia psychicznego. I dla przyszłości. Ale w zbożnym
zapale pojednania staraliśmy się o niepamięć tak skutecznie, że młoda polska
kretynka sprzedaje dziś w Holandii "koszulki z Auschwitz", a młode pokolenie
Polaków nie zna historii tak nieodległej. Niepamięć niemiecką eksploatuje owa
Greuel-Steinbach-propaganda: krzywda niemiecka w drugiej wojnie światowej ma
zrównoważyć bezmiar zbrodni, zawinionych nie przez abstrakcyjnych "nazi",
lecz przez ówczesny naród niemiecki.
Czy pośród niemieckiego narodu nie spotykaliśmy przyzwoitych Niemców?
Zdarzali się. Każdy z nas próbuje sobie takich przypomnieć. Ale kobiety z
dziećmi pędzili przed czołgami na barykady powstańcze w 1944 r. w Warszawie
zwykli żołnierze Wehrmachtu. I oni wystrzelali setki bezbronnych rannych w
powstańczych szpitalach Warszawy. Zbrodnia była regułą, nie wyjątkiem.
Sąsiedzi Steinbachów
Powtarzam: Erika Steinbach nie wstydzi się swego miejsca urodzenia. Jej
ojciec, oficer hitlerowskiej armii okupacyjnej, spłodził ją w Polsce na
przedmieściach Gdyni. Niedaleko, w Piaśnicy, rozstrzeliwano wtedy sukcesywnie
dwa tysiące Kaszubów. Po drugiej stronie Gdańska, w Stutthofie, był obóz
koncentracyjny - ot, mały ułamek wielkiego przemysłu zagłady, pierwotnie
Zivilgefangenenlager, obóz "jeńców cywilnych", Polaków gdańskich, a od 1942
r. Konzentrationslager. Wykończył 85 tys. ofiar 24 narodowości. Komorę gazową
zainstalowano dopiero w 1944 r., przedtem oprawcy, znajomi pana Steinbacha,
sami ciężko pracowali, strzelając do więźniów, wstrzykując im fenol w serca
lub też wpychając w uszczelnione wagony towarowe, by wrzucić cyklon B. Zwłoki
mniej wycieńczonych zabitych szły do Gdańska, do Instytutu Anatomii
Patologicznej, gdzie prof. Rudolf Spanner wytapiał z nich tłuszcz i
produkował mydło. Może myto nim i małą Erikę (moi przyjaciele zachowali
znalezione egzemplarze tego mydła). I może rodzina Eriki wie, gdzie zatopiono
w Bałtyku w styczniu 1945 r. barki z kilkoma tysiącami więźniów? Około 20
tys. innych żywych szczątków ludzkich pognano na zachód kilkoma szlakami.
Przeżyła połowa; nie ma książki ani filmu o tych zatopionych i wypędzonych.
Ewidencja śmierci
Greuel-Steinbach-propaganda wymusi na Polakach pełny rachunek. Z obliczeniem
wysokości strat. Może i dobrze. Uzupełni to historię, dziś w Niemczech,
mówiąc delikatnie, zniekształcaną nie tylko przez tę propagandę. Rozbiory
Polski dotknęły państwo bogate, z dopływającymi nadal statkami pieniędzy za
eksportowane zboże i płody leśne. To bogactwo odebrało wcześniej polskiej
szlachcie państwowy instynkt samozachowawczy, to prawda, ale impuls rozbiorom
dała chciwość. Fryderykowi Wielkiemu śpiewano piosenkę z takimi słowami
(cytuję za Jerzym Topolskim): "...w naszej ojczyźnie/ dużo ludzi, a mało
dóbr./ A tam, gdzie można by zbierać plony,/ przychodzą jelenie i dziki./
Miód jest jak cukier słodki,/ nie można go jednak znaleźć./ Dlatego powstań/
i skacz przez kamienie i pola/ do polskiej krainy Kanaan,/ gdzie spotka się
miodu dosyć".
Wielkopolska w latach 80. XVIII wieku eksportowała swe sukna aż do Chin.
Gdańsk ze swymi Niemcami pozostał wierny Polsce i bronił się przed Prusami
jak mógł. Polscy Niemcy na ochotnika szli potem z Polakami w wojnach
napoleońskich bić Prusaków. I to Prusy udusiły kurę znoszącą złote jaja. Nie
ma jak wyrazić w pieniądzu skutków narastającego potem przez ponad sto lat
ucisku germanizacyjnego, prześladowań wszystkiego, co polskie. Ani likwidacji
szkolnictwa polskiego. Ani katowania dzieci, które nie chciały uczyć się
religii po niemiecku. Ani sądów nad nastolatkami, których za potajemną naukę
historii Polski odbierano rodzicom i odsyłano do pruskich sierocińców. Da się
obliczyć skutki małpio złośliwych szykan gospodarczych. I da się liczbami
uchwycić emigrację chłopską, która wychodziła z Pomorza i Wielkopolski do
Westfalii i Nadrenii, do Francji i Ameryki - kilkaset tysięcy ludzi.
W 1914 r. paręset tysięcy Polaków wcielono do armii niemieckiej; podczas
pierwszej wojny światowej zginęło około 4 mln ludzi z terenu przyszłej
Rzeczypospolitej, głównie Polaków. Gdyby nie to, Polaków byłoby w 1939 r.
jakieś osiem milionów więcej. W 1918 r. jedna piąta kraju wyglądała jak
zrównane z ziemią tereny walk nad Marną. Z zajętego tzw. Królestwa Polskiego
Niemcy wywieźli wszystko, czego nie zdążyły wywieźć uciekające władze
carskie - od pasów transmisyjnych po silniki elektryczne i obrabiarki. Na
przymusowe roboty wywieźli już wtedy kilkaset tysięcy ludzi!
To był jednak tylko przedsmak drugiej wojny światowej. Od jej pierwszych
chwil niemal w każdym miasteczku zajmowanym na Pomorzu i w Wielkopolsce tzw.
Mordkommando wyłapywało działaczy organizacji społecznych i przedstawicieli
inteligencji, wieszało ich lub rozstrzeliwało - jak tych Kaszubów. Potem
powtarzało się to samo w głębi Polski. W Palmirach pod Warszawą leży takich
ofiar prawie dwa tysiące, rozstrzeliwanych od grudnia 1939 r. do 1941 r.:
profesorów, pisarzy, artystów, a nawet mistrza olimpijskiego w biegu na 10
km. Później rozstrzeliwano masowo ludzi z łapanek w egzekucjach ulicznych. Do
obozów koncentracyjnych zsyłano najpierw tysiącami Polaków, wspomnienia
więźniów rysują porażający koszmar - warto je wznowić i przetłumaczyć na
niemiecki. Po dwóch latach rozbudowano kacety w obozy zagłady, by gazować
przemysłowo najpierw Żydów polskich i Polaków żydowskiego pochodzenia - trzy
miliony, a potem Żydów z całej Europy - łącznie sześć milionów. Za pomoc
udzieloną Żydom zabijano w Polsce na miejscu, do uratowania jednego Żyda
trzeba było konspiracji kilku osób; tak uratowało się ponad sto tysięcy
polskich Żydów.
Mordowano i dzieci. Mój rówieśnik, dziś profesor SGGW, nie znalazł się w tym
transporcie dzieci z Zamojszczyzny, których zamarznięte trupki sypały się z
wagonów chyłkiem odplombowanych przez kolejarzy polskich w Warszawie; trafił
do obozu, gdzie kapo malców mających kłopoty z wypróżnieniem spychał przez
otwór w latrynie na śmierć w kale; starsi chłopcy mogli przeżyć. Malcom
żydowskim przy likwidacji getta rozbijano główki o mur.
Mąk zadawanych w katowniach gestapo nie sposób opowiadać. 440 polskich wsi
Niemcy wymordowali i spalili jak Oradour. Wywozili na roboty do Niemiec
miliony ludzi. Rabowali dobra kultury; jeśli w muzeum czegoś pożądanego nie
znaleźli, potrafili kustoszy zabić na miejscu. Zniszczyli całe milionowe
miasto, nie było zresztą w Polsce rodziny, która by nie straciła części lub
całego dorobku życia - o czym nie wypadało mówić wobec dramatu śmierci
milionów. Przykładowo: moja rodzina straciła poza mieszkaniem trzy tysiące
starodruków, poloników, skupywanych latami przez ojca w Niemczech, spalonych
miotaczami ognia wraz z mieszkaniem. Nikt z takich rodzin warszawskich nie
wystąpił z powództwem przeciw generałom, którzy unicestwili w 1944 r.
Warszawę. Wystarczyła nam likwidacja Prus, zarodka zbrodni.
To tylko skrót ewidencji śmierci, strat i zniszczeń. Bez wypędzeń, masowych i
morderczych. Warto ewidencję taką sporządzić dla równowagi psychicznej
Niemców z pokolenia dzieci morderców, którym się wszystko myli. Także - na
marginesie - dla DPA, która potrafiła napisać o "polskich obozach
koncentracyjnych".