sienmuza
24.06.10, 11:36
Witam. Mam 34 lata, dwoje dzieci. Pierwsze z pierwszym mężem, z
którym sie rozstałam dość dawno temu (uważam że zrobiłam dobrze), a
drugie dziecko jest owocem miłości do człowieka, któremu zaufałam, w
którego wierzyłam. On niestety, wbrew wcześniejszym zapewnioeniom
nie ożenił się ze mną, nie mieszkamy razem (on buduje dom i
twierdzi, że na wynajem szkoda pieniędzy). Ja niestety po urodzeniu
drugiego dziecka zmuszona byłam do zamieszkania z moimi rodzicami
(nie stać mnie już na wynajem). On twierdzi, że zależy mu na
dziecku, ale ja widzę że coraz bardziej sie od siebie oddalamy. W
ciąży nie wspierał mnie, prawie całą ciążę przepłakałam, po
urodzeniu dziecka także mi nie pomagał, owszem robił zakupy i co
kilka dni przyjeżdżał wieczorem. On musi dużo pracować, ponieważ ma
zobowiązania finansowe z poprzedniego małżeństwa, a sprawa o podział
majątku jest w toku. Ma dwoje dzieci z poprzedniego małżeństwa, na
które płaci wysokie alimenty. Obecnie jesteśmy na etapie widywania
się co ok. dwa tygodnie i niestety za każdym razem kończy sie to
widzenie kłótnią. Jestem tak rozżalona i zmęczona tą sytuacją że nie
potrafię się powstrzymać i wybucham z byle powodu. A on jest
niebywale chimeryczny i obrażalski. Efektem jest nie odzywanie się
do siebie całymi tygodniami, na czym traci tylko nasze dziecko.
Wiem, ktoś pewnie powie, że niby dojrzała kobieta a taka głupia.
Sama pewnie tak bym oceniła tę sytuację. Pod warnkiem że nie
dotyczyłaby mnie. Bo ja go nadal kocham i chcę żebyśmy byli rodziną.
To nie jest zły człowiek, tylko uwikłany jeszcze w przeszłość, nie
potrafiący sobie z nią poradzić. Nie mogę sobie darować, że tak
sobie życie schrzaniłam. A przede wszystkim, że schrzaniłam je moim
dzieciom. A ja tak chciałabym żeby on był nie tylko ojcem ale też
tatą, takim prawdziwym. Tylko wyć.