dziennik zbuntowanego nastolatka

IP: 80.51.244.* 20.11.03, 13:34
30.4.97
"Idź pojedź do wujka."
Weź oddaj mi wiertarkę!"
Język potoczny jest pełen zeskakujących z drzew przeciwieństw.

Czasowniki "wziąć" i "iść" używane są bardzo często. Jakież to
poprzednie zdanie zdrętwiałe.

[Oszust. Zdania z "Idź pojedź..." wcześniej nie słyszał, a "Weź
oddaj mi wiertarkę." to to samo co "Weź wiertarkę i oddaj mi."
Brzmi dziwnie, ale jest poprawne. Język potoczny jest jednym
wielkim skrótem myślowym. Chociaż czasowniki iść i wziąć
(wymawiany: wziąść) używane są rzeczywiście bardzo często. Na
przykład, kiedy ktoś wkrwawia to mówi się: Weeeź!!! (10.5.97)]

1.5.97
Wszelkie prawa obywatelskie nie są gwarancją mojej wolności. To
właśnie one moją swobodę działania (wolność) ograniczają.
nagie mabo
A obowiązki obywatela wobec państwa to jawne naruszenie praw
człowieka. Mam robić coś, czego nie chcę, bo tak sobie wymyślił
jakiś wypierdek?

Człowiek - zwierzę, które wszystko co robi, robi "dla dobra
siebie", pod pozorem "dla dobra innych".
[często bez pozoru]
Nie ma wyjątków od tej reguły.
Każdy uczony bełkot próbujący to podważać można wrzucić w sedes
i spuścić wodę.

So
I should go
and
I leave you [next time - love]
any more

Isn't it a pity
to go with dignity

I don't know [dunno]
I don't know
I don't know

So
the show
is over ?
and
you should
go home

2.5.97
Fragment dramatu:
STARY (lekceważąco-aktorski ton)
Młody, gdzie są nożyczki?

MŁODY (naśladuje ton STAREGO)
Schowane.

STARY (powtarza; niby nie słyszy)
Młody, gdzie są nożyczki? Stara mówiła, że brałeś.

MŁODY (ton - jak wyżej)
Schowane. Na półce w korytarzu.

STARY (z nożyczkami w ręku)
Znalazłem na półce w korytarzu.
(do młodego)
Słabiutko coś z twoją pamięcią, słabiutko, musisz ćwiczyć...
Wierszy się uczyć na pamięć...

MŁODY
Przez cały czas wiedziałem, gdzie są nożyczki.

STARY
(idzie do pokoju; myśli: "Ja głupi? Ja stary? Ten młody to
niedoświadczony dureń! Nie ja!"; nic nie mówi; siada na fotelu i
zaczyna skracać sobie paznokcie)

3.5.97
Fragment dramatu:
POETA (patośnie)
Nie płaczcie matki
nie warto
i tak
wszyscy

mają was

głęboko w

nie warto
naprawdę nie warto

Etiudy na tle powszechnej nudy.

A gdzie w tym ja? Nie ma mnie od paru dni. Wstydzę się. Nie
wpisałem opisu tych paru dni. Pewnie dlatego, że pyta mnie
swędzi. Co to pyta? Nie co, tylko kto. Ja. Metafora? Przeciwnie.
Żeby mnie oskarżać o... !? Nieładnie. Brzydko. Śmierdząco. Jak
ktoś niżej, to w tego wyżej. We mnie. Zazdrość. Paskudnie.
Koszmarnie. Ohydnie. Dlatego mnie nie było. Ale jestem. I już
wiem. Drążenie języka okazało się właściwą drogą.
Ale co wiem? Kto mnie oskarżał o... ? Dlaczego śmierdząco?
Ale to już, zdaje się, było. Nie było?
Tajemnice się mnożą. Pełno tajemnic.

Czytaj dalej.

5.5.97 Poniedziałek
To bezczelstwo!

Kupiłem za 4 złote i 40 groszy książkę, która kosztuje 9,10.
Czuję się podle.
A było to tak. Na egzemplarzach Tablic Matematycznych baba
nalepiła papierki z ceną 9,10. Ale na jednym z nich cena była 4
złote i 40 groszy. Wziąłem właśnie ten egzemplarz, podszedłem do
kasy, zapłaciłem i wyszedłem. Szybko wyszedłem. Książka ma 72
strony. Jestem potworem. Nawet pomimo to, że ta niższa cena jest
moim zdaniem właściwsza (adekwatniejsza) niż ta wyższa. A piszę
o tym po to, aby przestać o tym myśleć.
A Tablice kupiłem po to, aby skorzystać z nich na maturze w
środę.
Odkłamanie części wielkiej bujdy jaką jest nauka w szkole
niebawem.

Jutro matura z języka polskiego.
Jestem w środku wielkiego gówna. Kłamstwo, oszustwo i kant. Ale
krowa jest uczciwa. A przy tym robi rewelacyjne wrażenie ogólne.
Na mnie nie. Ale to i tak koszmarna zaleta.
Nie znam pewniaków. Nie byłem pod kościołem. Po codziennej
majowej mszy następuje giełda. Tematami maturalnymi. Pewniakami.

Przeczytałem parę sztuk Głowackiego. AwNJ, K, PnK, Fsu. Kopcich
wywoływał we mnie największe emocje.
[Do poprawczaka dla dziewcząt przyjeżdza reżyser kręcić film.
Niby o przygotowywanym przez dziewczęta "Kopciuszku", a naprawdę
o nich samych. Kopciuch (dziewczyna grająca w przedstawieniu
Kopciuszka) nie chce o sobie mówić. Kończy się...]
Kopciuch... Największe wrażenie... Wywołał...
Zaczął to robić od zdania: Ona miała więcej chujów w gębie niż
ty kartofli.
Na końcu dziewczyna tnie się żyletką.

A poza tym jutro matura z polaka. A'dios. (sic! czyli
tak-ma-być!)

6.5.97 Wtorek
Zadawać proste pytania. Co to jest śmierć? Co to jest życie? Co
to jest czas? Co to jest przestrzeń? Gdzie jesteśmy? Co to jest
świadomość? Dlaczego słońce jest żółte? Dlaczego?

Dziś był egzamin maturalny z języka polskiego. Matura z polaka.

Wylosowałem numer 19. Trzecia ławka od biurka komisji. Środkowy
rząd. Przede mną siedzi Białas. Piotr. Dyrektorka... Dyrka
siedzi jako jedyna przy stole komisji. Reszta się ulotniła.
Zielona zasłona okienna na trzech ławkostołach. Miałem
zdemaskować wielkie oszustwo, a tu co? Grzecznie siedzą i piszą
głupoty. A ja?
Tekst mojej matury.

Temat: Literatura wieków minionych czy utwory powstałe w naszym
stuleciu? Uzasadnij, które teksty czytasz chętniej sięgając do
kilku wybranych.

Literatura wieków minionych czy utwory powstałe w naszym
stuleciu?
Odpowiedź na tak postawione pytanie nie jest prosta, a można
nawet powiedzieć, że nie będzie (w dalszej części tekstu)
jednoznaczna, chociaż z punktu widzenia idei postępu: wszystko
co było jest gorsze od tego, co postępowe, czyli od tego, co
jest. Czy jednak w literaturze możliwy jest postęp? Jeżeli
postępem nazwiemy rozszerzenie ilości słów w danym języku - to
tak. Ale jeżeli ktoś chciałby powiedzieć (albo już powiedział),
że talent również podlega (ulega) postępowi, to należałoby
uznać, że - jak to określa Różewicz w "Przyszli żeby zobaczyć
poetę" - byle kto mówi byle co.
Jak wynika z powyższych słów idea postępu nie dotyczy
literatury, jako że w literaturze ważny jest wspomniany
wcześniej talent, którego nie można się nauczyć.
Jaki jest wniosek z powyższego zdania? Ano taki, że nieważne
kiedy, ale ważne jak.
Nawiązujac do drugiej części tematu: Które teksty czytam
chętniej? Te dwudziestowieczne czy wcześniejsze? Otóż nie należy
robić podziału na teksty z XX wieku i wcześniejsze. Można
powiedzieć: Genialne dzieła się nie starzeją.
Ale które są genialne?
Odpowiedź nie jest prosta. Zwłaszcza kiedy mamy do czynienia
(sic!) z przekładami dzieł uznanych za genialne. Otóż
beznadziejny przekład genialnego dzieła robi z tego dzieła
potwornie nudne czytadło. Co ciekawe, nawet tak okaleczony utwór
jest uznawany przez niektórych ekspertów za genialny. Głupota,
snobizm, zaślepienie, brak własnego zdania?
W jednym z esejów krytyczno-literackich S. Barańczak pisze, że o
ile, jego zdaniem, trudnego Hopkinsa rozumiał w oryginale, to w
polskich przekładach już zupełnie nie wiedział, o co chodzi.
Ale dość o nudzie.
Przykłady dzieł, które się nie zestarzały (jeden z warunków
genialności) można mnożyć (policzyć na palcach rąk?).
Biblia.
W bardzo dobrych XX-wiecznych przekładach (przypowieści w Biblii
Tysiąclecia; Miłosz...) Biblię fragmentami czyta się jak... Tak
prosto, łatwo, zrozumiale i głęboko.
Można przytoczyć jeszcze wiele przykładów dzieł, które pochodzą
sprzed XX wieku, a mimo to się nie zestarzały. Na przykład
"Kubuś Fatalista i jego pan" D. Diderota. W rewelacyjnym
przekładzie Boya podróż pary przyjaciół - Kubusia Fatalisty
(wierzącego w fatum - przeznaczenie, jednak czasami o tym
zapominającego, zwłaszcza kiedy dostanie w twarz - wtedy,
zamiast "ze spokojem przyjmować wyroki boskie", klnie jak
szewc.) i jego pana nie-wiadomo-dokąd jest opisana (ta podróż) w
taki sposób, że aż dech zapiera i nie można się oderwać.
A Szekspir w przekładach Barańczaka to co - gruszka? A "Faust" w
    • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 13:44
      nowym przekładzie pana Burasa? Nie, zaprawdę powiadam wam, nie
      ma podziału na dzieła XX-wieczne i resztę, jest jedna wielka
      księga pisana przez wszystkich pisarzy świata (Borges), w której
      jednak tylko niektóre rozdziały są niczym sól w... (w
      brudnopisie: jajecznicy) jakiejś wykwintnej potrawie.
      Nie należy oczywiście zapominać o powieściach (utworach)
      dwudziestowiecznych. "Sto lat samotności" G.G.Márqueza jest
      przetłumaczona bardzo ładnie. Natomiast zakończenie "Kroniki
      zapowiedzianej śmierci" tegoż autora jest tak plastyczne, że
      można zwymiotować.
      Z polskich utworów podobać się może "Tango" S. Mrożka (absurd),
      a na przeciwnym biegunie wrażeń "Kopciuch" J. Głowackiego
      (obrzydliwa rzeczywistość wywołująca odruch wymiotny; w
      zakończeniu dziewczyna tnie się żyletką).
      Wracając do genialności. Czytając teksty w języku, w którym
      powstały ma się natychmiast tę dogodność, że "od razu" wiadomo,
      czy utwór jest dobry, wybitny, ponadczasowy czy nie. Przekład
      najczęściej zubaża dzieło (Chociaż niekoniecznie. "Wielki
      Testament" F. Villona jest podobno lepiej napisany w przekładzie
      Tadeusza Żeleńskiego - Boya niż w oryginale.).
      Powraca jednak pytanie: Które teksty są atrakcyjniejsze?
      (XX-wieczne czy wcześniejsze). Jak już wcześniej pisałem dużo
      zależy od przekładu (jeżeli tłumacz nie jest co najmniej tak
      samo utalentowany i genialny jak autor książki przeznaczonej do
      tłumaczenia to szansa przełożenia genialności stylu oryginału
      jest niewielka (zero?), a sama genialność myśli nie wystarcza do
      tego, aby uznać przekład dzieła za genialny utwór).
      Jednak dla przeciętnego czytelnika (a któż to taki?) współczesne
      "dzieła" współczesnych "autorów" brak talentu nadrabiających
      bluzgami (absolutnie nie pasującymi do kontekstu) są zapewne
      zdecydowanie atrakcyjniejsze od dzieł autorów używających ich
      rzadko, wcale lub często (lecz tylko w odpowiednim kontekście -
      po czym poznać, że kontekst jest odpowiedni? - "Jesień
      patriarchy" Márqueza być może na przykład).
      Na zakończenie podsumujmy. Literatury nie należy więc dzielić na
      XX-wieczną i inną, tylko na dobrą i złą (ew. ciekawą i
      nieciekawą, wybitną i denną). W literaturze przed-XX-wiecznej
      jest wiele utworów być może lepszych, ale na pewno też sporo
      gorszych od tych współczesnych. Ustalenie, które teksty czytam
      chętniej nie jest możliwe. Ważne kto (nie do końca), jak, po co
      i o czym, a nie kiedy.
      Ponadczasowość przede wszystkim.

      Temat maturalny bzdurny. Właśnie dlatego go wybrałem. Mogłem o
      jego bzdurności napisać. A siostrze powiedziałem, że pierwsze
      zdanie wyglądało tak: Kurwa mać, kto na maturę takie tematy
      wymyśla. Kutas jebany. Do dupy. Początkowo uwierzyła.
      Koledzy i koleżanki zostawili plecaki ze ściągami w kiblu
      (łazience) na pierwszym piętrze i chodzili tam w czasie trwania
      matury.
      Poprzednie zdanie sugeruje, że czytali tam przygotowane
      wcześniej w domu treści. A co.
      Tekst matury niepostrzeżenie przepisałem na kartkę z wierszami
      do interpretacji (do 4. tematu), karkę zawłaszczyłem,
      przyniosłem do domu, a tam wpisałem ten tekst tutaj. Jakie to
      przyjemnie niezgodne z przepisami. (Tekst matury leży w szkolnym
      archiwum, nie wolno go powielać na maszynie ksero, ewentualnie
      tylko przeczytać za zgodą dyrekcji. Cha, cha, cha!)

      Tekst matury jest mam wrażenie [Błędne. Właściwe.] częściowo
      niezgodny z moim zdaniem, ale nie miał to być tekst artystyczny
      lub tym bardziej moje credo artystyczne (to, czym się kieruję
      pisząc). Ale... Jest nim? [Tak, baranie. Nie, bałwanie.]

      MOMENTAMI (NIE)LOGICZNOŚĆ SŁÓW ROZLEWA SIĘ PO ZDANIACH I TRUDNO
      ZROZUMIEĆ OGÓLNY SENS AKAPITÓW, A CO ZA TYM IDZIE CAŁEJ TEJ
      PISANINIY.

      7.5.97
      Dziś był egzamin maturalny z matematyki. Matura z matmy.
      Pisałem pięć godzin. Zwoje myślowe w mózgu zrobiły się
      koszmarnie ciężkie. Łęb mi pęka. W nosie zbiera się flegma.
      Auuu...
      Napisałem trzy zadania z pięciu. Akurat na piatkę. Pomogła mi
      Kaczyńska. Podała parę wzorów. Olbryś nie miała ochoty.
      W jednym z zadań nie opisałem szczegółowo drzewka rozkładu
      prawdopodobieństw. Jeżeli nie dostanę piątki będę musiał zdawać
      egzamin ustny. Cholera jasna! Mam dziwną pewność, że tak się
      stanie.

      9.5.97 piątek
      Język polski - pięć. Matematyka - cztery.
      [Skala ocen: 1-6.]
      W pracy z polskiego za duży luz (określenie z komentarza:
      dezynwoltura). Zwymiotować okazało się za mocnym słowem.
      Niektóre fragmenty mogły też zaboleć. Ostatnie zdanie
      komentarza: "Nie każdy musi byś gładki." I słusznie.

      W zadanich z matmy za mało opisów i złe wzory. Tak jest w
      komentarzu do mojej pracy. Wszystkie wyniki były dobre.
      Sprawdzała (zdaje się) moja była już wychowawczyni.
      Będę musiał w piątek (za tydzień) zdawać egzamin ustny z
      matematyki.
      W środę z jęzora angielskiego.
      Za to polski mnie ominie.
      [To nie moja wina! To oni! Tak to my twoje żylaki. Przyznajemy
      się! Wasze szczęście. A naprawdę?]

      Jak się teraz czuję? To przyjemne uczucie. Nie wiem dlaczego,
      ale czuję się dobrze. Mogę przywołać każdą myśl i nie czuję się
      przez nią źle. Teraz myślę o tym, że mogę nie zdać egzaminów
      wstępnych na studia. Nic się nie stanie. Inna myśl. Brak
      przyjaciół. Dokładniej. Brak ludzi, którym mógłbym powiedzieć co
      myślę. O nich, o sobie, o otaczającej (nie)realności. Ani
      dobrze, ani źle.

      Fragment dramatu:
      MATURZYSTA (sfrustrowany)
      Kurwa, zaraz zwymiotuję! Chuj postawił mi z polaka czwórę,
      zamiast piony! Będę musiał zapiżdżać na ustnym. Kurwa mać! Z
      matmy pizda jebana też mi dała czwórę. Cipa pieprzona. Wszystko
      miałem dobrze, a ta kurwa napisała, że za mało komentarzy.
      Kurwa, teraz ustny na tapecie! Jak tą dziwkę zobaczę na ulicy to
      jej łeb rozpierdolę. A ty czego się kutasie gapisz. Spierdalaj!

      Nieważne umiejętności.
      Ważna wiedza.
      Encyklopedia na pamięć
      i masz spokój.
      W szkole postawowej,
      średniej i na studiach.
      Później możesz sobie wsadzić.
      Gdzie chcesz.
      Jeśli zamierzasz tworzyć,
      a nie się uczyć.
      [Ładny patos, wróbluniu. Podoba się? No...]

      Fragment dramatu:
      LEKARZ (do pacjenta)
      Jest pan psychologicznie zdrowy. Ale mentalnie są pewne zakręty.
      Niech pan uważa, bo wyrżnie w słup. Ale proszę się nie martwić,
      ogólnie nic groźnego. Tak zwana klaustroschizofobia. Pocieszę
      pana. Jedna osoba na miliard na to choruje. Nie jest więc pan
      sam. Oczy do góry. Niech pan nie zamiata nimi podłogi...
      Następny!

      Ku zachowaniu w pamięci opiszę dzień.
      Rano budzę się.
      Przychodzi babcia.
      Ogląda (transmisję z budynku) sejm(u) i wszystkie dzienniki.
      Pyta gdzie będę studiował.
      Chce żebym w Białymstoku.
      Ja nie chcę.
      Pierdu, pierdu,
      chlastu, chlastu.
      O piątej idę do szkoły po wyniki matury. (5,4)
      Rozmawiam z dyrektorką.
      Umawiam się, że jutro przyjdę
      (zadania z matmy), albo nie.
      Jutro sobota.
      Wracam do domu.
      Mówię o ocenach.
      Jestem wkrwawiony.
      Ale pozytywnie.
      Zaczynają się pocieszenia.
      "Nie martw się."
      Nie chcę ich słuchać.
      Ale cały czas je słyszę.
      "Wiedziałam, że tak będzie. Przeczuwałam."
      Trzy razy ten sam tekst.
      Wychodzę do swojego pokoju.
      Pukanie.
      "Daj busiaczka."
      Nie daję.
      Pod pretekstem
      "Idę po orzeszki"
      idzie i wypija piwo.
      Słabość psychiczna.
      Wraca i zapala papierosa.
      Koszmarnie się czuje.
      Przepraszam.
      Trochę pomaga.
      Oglądam "Kroniki Seinfelda".
      Zaczynają rozmawiać o maturach.
      Ogólnie.
      "Nie uczyłeś się. Ale to bardzo dobry stopień..."
      Wychodzę.
      Przestają rozmawiać.
      Typowe.
      Nie powiedziałem,
      że to przez jego gadanie jest mi niedobrze.
      Przez jej też.
      Ale głównie przez jego.
      Piszę dziennik.
      Rozwiązuję kilkanaście zadań na maturę ustną.
      Z 80-ciu.
      Przestaję.
      Rozmawiam chwilę o jutrzejszym tenisie.
      Dziewiąta lub 10.
      Zależnie od pójścia na spotkanie z dyrektorką.
      Przez parę chwil myślę,
      czy zapisać dzisiejszy dzień.
      Siadam, zapisuję.
      Zapisawszy, myślę trochę o sobie.
      Zastanawiam się jak to zapisać.
      Przypominam sobie okres, kiedy by
      • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 13:48
        łem na dnie możliwości.
        Niżej nie było nic.
        Ale odbiłem się i wszedłem na sam szczyt rozumienia.
        A teraz,
        w momencie,
        kiedy
        to
        piszę,
        wiem
        to,
        co
        wtedy
        wiedziałem.
        Ale nie rozumiem.
        To znaczy nie wywołuje to we mnie emocji.
        Przywołuję te myśli,
        ale nie mogę myśleć wyłącznie o nich.
        Natychmiast się rozmywają.
        Inaczej.
        Trafiają na mur nie do przejścia.
        Przeszkodę nie do pokonania.
        Przykład.
        Słowa nie są tym, co opisują.
        Słowo las nie jest lasem.
        Inny.
        Najważniejsza jest miłość.
        Reszta to wielkie oszustwo.
        Oszukujesz sam siebie, aby nie myśleć o śmierci.
        Żyjesz tylko
        po to,
        aby przedłużyć nieśmiertelność życia.
        Rozmnażając się.
        Reszta służy wabieniu płci przeciwnej.
        I tylko temu.
        [A panie i panowie o przeciwnej orientacji? To samo.
        Tyle że w kręgu tej samej płci. Czyli bez możliwości
        prokreacji.]
        Odpowiedź na pytanie:
        Po co piszę?
        jest więc prosta...

        Piszę po to, aby uniknąć myślenia o tym, co mnie zniechęca do
        myślenia.
        To zdanie ma ukryte (pozornie) znaczenie. Wysil mózgownicę, to
        je zrozumiesz. [Shi]

        Piszę po to, aby pozbyć się myśli, które mnie przygniatają i
        związują, i (przez to) nie mogę się od nich uwolnić. W momencie
        zapisania przestają mnie męczyć.

        Oto i przyczyny.
        [Oczywiście doraźne.]

        11.5.97
        Argument zmuszający do okazywania szacunku: Ja cię urodziłam!

        Szacunek - niższość; okazywać komuś szacunek - okazywać komuś
        swoją niższość.

        14.5.97
        Przypomniałem sobie o matmie i zacząłem przejmować się
        angielskim. W żołądku mnie ssie. Myślę o tym, czego nie umiem.
        Boję się, że wylosuję "topic", którego nie będę potrafił długo
        referować. Raise, rise, arise - czym się różnią i jakie są formy
        czasy przeszłego. Lay - jakie ma znaczenia, a te - jakie formy
        czasu przeszłego. Z powodu braku snu mogłem zapomnieć większości
        słówek angielskich. Ta myśl też powoduje nerwowy ścisk żołądka i
        szum nieprzyjemnych przypuszczeń w mózgu. Objawy strachu. A
        jeżeli nie zdam na piątkę, a jeżeli nie zadam na czwórkę, a
        jeżeli nie zdam na tróję, mierną, a jeżeli w ogóle nie zdam? W
        ogóle mało możliwe. Nie dostanę świadectwa maturalnego z
        czerwonym paskiem jeśli nie dostanę co najmniej czwórki i piątki
        z obu ustnych egzaminów z matmy i angielskiego. Cholerne gówno.
        I tym się przejmuję. Kartką papieru z przedłużoną flagą Polski -
        biało-czerwonym paskiem na dupie maturalnego świadectwa. Po
        ustnej z angielskiego będę miał dwa dni na rozwiąznaie 60-ciu
        zadań z matematyki. Żoładek ssie nie-myśląc, że nie zdążę.
        Zatłuszczony zależny od mózgu worek. Odpierdol się. Próbuję
        znaleźć winnego moich obaw. A przecież jestem nim ja sam.
        Zapisując co myślę, kontroluję własne emocje. Do jakiegoś
        stopnia. Nie mogę bowiem wybrać o czym będę myślał potem. Bo
        kiedy zapiszę już myśli i tym samym przestają mnie męczyć,
        przylatują następane i zaczynają mnie żreć.
        Przypomniałem sobie o matmie i zacząłem przejmować się
        angielskim...

        Dzisiejsza środowa matura ustna z angielskiego zaczęła mnie
        denerwować po tym jak przypomniałem sobie o piątkowej maturze
        ustnej z matematyki. Poza tym nie wyspałem się i mam ciężką
        głowę. Spróbuję położyć się i zasnąć. Do matury pozstały trzy
        godziny i 43 minuty. Do powtórzenia pozostały tak zwane topiki,
        kilka słówek i zwroty używane przy opisywaniu obrazków. Po
        maturze zaś zacznę rozwiązywać zadania z matematyki. Zostało ich
        blisko 6-dziesiąt. Teraz spróbuję się zdrzemnąć.

        Po maturze ustnej z angielskiego...
        Dostałem tróję.
        Jestem zawiedziony.
        Zrobiłem proste błędy.
        Nabełkotałem o niemieckim zamku i mieszkającym w nim Hitlerze.
        Zabieram się za zadania z matematyki.

        Fragment dramatu:
        PISARZ (monologuje na ulicy; trzyma katkę, pióro i mówi do
        siebie; kilka wypowiadanych zdań zapisuje)
        A teraz napiszę z powodu nudy. Nudno. Wiem o tym, ale co z tego.
        Wiele. Mieszkam w bloku na ulicy. Prawdę mówiąc jest to aleja.
        Aleja. Aleja pełna smutku. Bardzo mnie smucą moje myśli. Jestem
        samotny. Nie mam przyjaciół. Ale bardzo chciałbym mieć. Poznanie
        przyjaciela zależy od przypadku. A ja nie doświadczam
        przypadków. Pieprzę... Mięso. Zupę. Kartofle. Ludzi nie spotykam
        wielu. Nie wychodzę za często. W ogóle nie wychodzę. Nie mam
        zamiaru wychodzić. Ci, którzy wyszli nie wrócili. Zaczęli pić.
        Palić. Podziurawili sobie żyły. Ja nie mam na to ochoty.
        Wcześniej spotkałem parę osób. Brzydką i inteligentną. Potem
        mniej brzydką i mniej inteligentną. A później rozmawiałem raz, a
        długo, z najmniej brzydką i średnio inteligentną. Wszystkie trzy
        mniej lub bardziej mnie odpychały. Dwie pierwsze bardziej.
        Trzecia ma okropną buzię. Ma też ładny biust. Jestem
        zwierzęciem. Bardzo się staram, aby moje pisanie było smutne.
        Zasmuć się ze mną gnoju oborny, zasmuć się ze mną niedźwiedzia
        padlino, zasmuć się ze mną wszawa gnido. Zasmućcie się ze mną
        wszyscy. Po to jesteście. Otaczające nas drzewa rzucają cień...
        Nie ma dla mnie pod nimi miejsca. To nie są myśli o śmierci. O
        co to, to nie. Te myśli wyrażają podziw i uwielbienie dla
        przyrody żywej i martwej. Nie sądźcie mnie wielcy malcy. Nie
        macie do tego prawa. (przechodzący mężczyzna, nie zatrzymując
        się, łapie go bezwiednie za rękaw) Pan nie ma prawa! Pan mnie
        puści! (puszcza) Nie rozumiecie. Kto rozumie, ten mnie nie
        czyta. Nie piszę o śmierci. To złudzenie. Tematem jest nuda.
        Tulipan rośnie tak wolno, tak nudno. Co za nudny tekst. To nie
        patos. To prawda. Co pisać. Co pisać. W głowie pustka. Bardzo
        ładna. O, zrymowałem. To pisanie jest. Brzydkie. Kiczowate.
        Grafo-jakieś-tam. I takie ma być. (zauważa kobietę z dużym
        biustem) Kobieto! Podejdź no, chcę ci pogłaskać włosy! (nie
        zauważa go) Poszukajmy po drugiej stronie lustra! Patrząc w
        lustro widzisz swoje odbicie. Nie widzisz swojej twarzy w taki
        sposób jak to widzą inni. Widzisz na przeciw. Nie wprost. Zbliż
        dwa lustra do siebie. Zobaczysz nieskończoność. Próbuję
        kłusować. Wprowadzać w jeżyny. Tworzę tekst niezrozumiałym, aby
        wydawał się wielki. Tak robi każdy wielki pisarz. Zrozumiałość
        nie jest doceniana. Wielkie dzieła to wielkie kicze. Kicze!
        Słyszycie! Ja też taki napiszę. Będę sławny i dostanę nagrodę, o
        której marzą wszyscy beznadziejni pisarze. Znam jedną, co to
        nawet uczy się szwedzkiego. Inna się załamała, kiedy powiedziano
        jej, że ma okropny styl. Pogoń za forsą wynalazcy dynamitu.
        Sławą. Mnie to nie wzrusza... To sens mojej egzystencji! Mój
        upragniony cel! Kiedy go dotknę... Sens zniknie. O krwawa nać!
        Nie pomyślałem o tym! O Boże! O Jezu! Maryjo! Dziewico! Co ze
        mną będzie? Położę się na łóżku. Popatrzę w sufit. Głośno
        wypuszczę pawia i się uduszę. Potem głośno pierdnę. Uwielbiam
        zapach swoich pierdów. W przeciwieństwie do cudzych. Jak wy
        wszyscy. Jak wy wszyscy. Jak wy wszyscy... (zasypia)

        16.5.97
        Z matury ustnej z matematyki dostałem 5. Gdybym dostał 6 miałbym
        świadectwo maturalne z biało-czerwonym paskiem. A że jest tak,
        jak jest, to mam bez.
        Wracam do domu, tata podaje mi rękę i mówi:
        - Słyszałem, że dostałeś piątkę. Gratuluję.
        - Tylko piątkę. Do dupy - dodaję.
        - Nie umiesz na więcej. Z matury pisemnej czwórka, z ustnej
        ledwo piątka. Do szóstki daleko.
        - A skąd ty wiesz na ile umiem?
        - Wiem.
        - Trzeba było siedzieć w komisji i słuchać, a nie teraz gadać.
        - Nie wymądrzaj się.
        - To ty się wymądrzasz. Nic nie wiesz i gadasz.
        - Nie pyskuj.
        Oto i on. Laik i dureń. Udaje wszechmądrego, próbując ukryć
        swoją głupotę. On wie. Ktoś mu powiedział o mnie. To teraz wie,
        bo zgadza się to z jego poglądem na mój temat. Kontakt z tym
        panem to dla mnie sama nieprzyjemność. Wkrwawia mnie i czuję się
        źle. Czasami myślę, że nie jestem taki, jak myślę. Jego gadanie
        ściąga mnie w dół. Bardzo nisko. Koszmarnie nisko. Czuję się jak
        kawałek porwanych gaci służących jako szmatka do porcelanowych
        kubków. Chociaż jest zupełnie przeciwnie. Ten pan jest
        łazienkową szmatą do czysz
        • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 13:50
          czenia sedesu. Jego myślenie jest tak
          karkołomne jak powyższe porównania. A swoje oczekiwania wobec
          mnie niech se wsadzi w dupę, ujebaniec. Poza tym zielona trawa
          rosła na polanie w lesie. Byłem i nie byłem. A będzie jeszcze
          gorzej. Mam brzydką, nieprzyjemną pustkę w głowie. Nie lubię
          tego.
          Przeczytam książkę i wyjdę ponad. To pomoże.

          19.5.97
          Wierszyk:
          Ich gehe
          (zur)
          Schule
          Ich höre
          die Leute
          Ich bin
          (krank)

          Ptasia moczo-kupa spadła mi na łeb. Gołębie gówno popłynęło
          po włosach, wytarło okulary, polizało policzek, skapnęło w dół
          i, zatrzymawszy się na brzegu szarej T-shirt, spłynęło kroplą
          czarno-wilgotnej wydzieliny na błękitno-wytarty jeans.
          [Patrzyłem zafascynowany przedziwnością całego zajścia.
          Obudziwszy się z zachwytu, wyciągnąłem z kieszeni chusteczkę
          higieniczną i zacząłem rozcierać ptasie ekstrementy po twarzy.
          Tak naznaczony ruszyłem do domu. Wszedłem do łazienki.
          Spojrzałem w lustro. Twarz pokryta cienką warstwą ptasiego sraja
          wydała mi się idealna. Zdjąłem podkoszulkę, spłukałem ubabrane
          ptasim kałem kudły i wyszedłem. Byłem szczęśliwy. Nareszcie
          miałem o czym myśleć.
          Włączyłem komputer i opisałem zdarzenie z kupą
          niewidzialnego ptaka. Postanowiłem wysłać ten fragment Annie
          Małgorzacie. Anna Małgorzata ma płaski biust i pali marihuanę.
          Liście konopi indyjskich. Szuka nieokreślonej prawdy.
          Wyszukałem jej numer w komputerowej bazie danych; potem
          włożyłem do dużej koperty wydrukowane na środku białej kartki
          dwa zdania z początku tego opowiadania i wysłałem pod
          odnaleziony adres.]

          Czytaj te zdania do momentu zaskoczenia.

          Używam przekleństwa: Ja pierdzielę. Nie chciałbym go używać.
          Potrzebuję zmiany.

          21.5.97
          Dzisiaj środa. Mecz Szwecja-Polska. W piłce nożnej.

          !!!
          Fragment dramatu:
          WARIAT (do siebie)
          Eksperyment genetyczny przeprowadzany przez istoty nieznanego
          pochodzenia. Ziemia była olbrzymią farmą. Nasza nieumiejętność
          zrozumienia nas samych nie była przypadkowa. Nie udało się nas
          powstrzymać. Pragnienie rozumienia nie mogło być kontrolowane.
          Nieśmiertelność świadomości i materii przestały być tajemnicą.
          !!!

          - Ziemia znajduje się we wszechświecie, który według jednej z
          teorii powstał po wielkim wybuchu. Z małej kropki w coraz
          większą kulę. Jeśli tak, to co jest za tą rozszerzającą się
          kulą.
          - Próżnia.
          - A czym jest próżnia?
          - Próżnia jest niczym. Próżnia to nic.
          - Skąd wiesz?
          - Tak myślę.
          - I to wystarczy?
          - Tak. Nic innego nie potrafię.
          - Poza myśleniem?
          - Tak.
          - A skąd wiadomo, że Wielki Wybuch to prawda?
          - Nie wiadomo.
          - A skąd się wzięła kropka, która wybuchła?
          - Nie wiadomo.
          - A czy mogła się wziąć z niczego?
          - Przy założeniu, że teoria Wielkiego Wybuchu jest prawdziwa, to
          jedna z możliwości.
          - Bóg ją stworzył?
          - Jeśli tak, to nie wzięła się z niczego. Ale zajrzyjmy głębiej.
          Skąd wziął się bóg? Jak powstał? Z poprzedzającego go boga? A
          tamten? Co było na początku?
          - Nie wiem.
          - Poza tym jeśli zakładamy istnienie początku, to tym samym
          również i końca.
          - A więc jeżeli na początku coś powstało z niczego, to na końcu
          to coś zamieni się z powrotem w nic, czyli przestanie istnieć?
          - Tak.
          - Tak jak wojna zaczyna się i również kończy pokojem.
          - Właśnie.
          - Nic, Coś i znowu Nic.
          - Tak.
          - Bardzo to wszystko nieprzekonywujące.
          - Też tak myślę.
          [- Czyli materia była zawsze, a bóg nigdy nie istniał.
          - Myślę, że...]
          - Myślisz... Ale to o czym rozmawiamy ma sens?
          - Jeśli przyjrzeć się poszukiwaniom naukowców i sposobie
          myślenia prawie wszystkich ludzi; ma go ogromnie dużo.
          - A jeśli się nie przyglądać?
          - To możesz sobie te rozważania wsadzić w dupę.
          - Ach tak?
          - Tak.

          Mecz Szwecja-Polska jutro.

          22.5.97
          Jeden z odcieni barwy czerwonej i zielonej jest przez niektórych
          (1 osoba na ok. 30) widziany jako jeden kolor. Resztę barw
          (również pozostałe odcienie czerwonego i zielonego) postrzegają
          tak jak reszta. Zjawisko to odkrył człowiek o nazwisku Dalton,
          który zaobserwował je u siebie. Następnie to opisał i stąd
          wzięło się określenie ślepota na barwy - daltonizm. Jest znanych
          kilka typów daltonizmu. Wspomniany wcześniej: Defekt
          zielony-czerwony. Zdarza się niebieski-żółty. A także widzenie
          wszystkiego w odcieniach szarości.
          Określenie daltonizm ma obecnie zabarwienie pejoratywne, ujemne.
          Wypowiadane bywa szeptem:
          - On jest daltonistą.
          albo z wyższością:
          - Czyli jesteś daltonistą, tak?
          Za każdym razem z przekonaniem:
          - On (ona) jest gorszy ode mnie, przecież jest daltonist(k)ą!
          Niektórzy okazują litość w tonie głosu:
          - Ale ty nie widzisz kolorów, tak? To nic strasznego. Nie martw
          się.
          W rzeczywistości wszyscy ci ludzie okazują swoją głupotę
          próbując zrozumieć (zobaczyć w wyobraźni) co widzą ci "biedni
          daltoniści".

          [Wytykają palcami: Patrz on jest... a my nie. Jesteśmy lepsi. W
          czym? W swojej przeciętności? W przynależności do masy debili?]

          Gdy słyszę moją matkę z tą jej litością w głosie, kiedy rozmawia
          o tym z kimś innym, albo kiedy wkładam ubranie, które nie jest
          zgodne z jej gustem: On jest daltonistą - szepcze (tłumacząc
          sobie w ten sposób wyższość swojego masowo-schematycznego gustu
          nad moim). I, chociaż dostrzegam wszystkie barwy, czuję wtedy
          bezsilną złość jaką czuje Krzysztof Patos nie potrafiący
          określić słowami tego, co myśli. Koszmar bezmiaru głupoty u
          przytłaczającej większości ludzi - w tym moich protoplastów -
          jest potworny i obrzydliwie trudny do przezwyciężenia.

          Fragment dramatu:
          DALTON (do zebranych)
          Załóżmy, że przez chwilę przestaję ślepy na barwy. Przestaję być
          daltonistą. Czy to cokolwiek zmieniło? Czy stałem się inny? Czy
          jestem teraz tak samo głupi i ograniczony jak większość z was?
          Niestety (dla prawie wszystkich was) nie! Po stokroć nie! Dla
          was jestem taki sam jak przedtem. Nie pomyśleliście o tym, co?
          Nie potrafiliście o tym pomyśleć! Puste łby! Nie żal mi was
          wcale! Żal mi siebie; żal mi siebie, że muszę z takimi debilami
          rozmawiać!

          23.5.97
          Fragment dramatu:
          INWALIDA (siedzi na wózku i wykrzykuje przez okno)
          No i co, kurwa, że mam nie mam czucia w nogach! Co z tego, że
          nic nie mogę poradzić na mój platfuzim rąk i nóg! Kurwa mać! Co
          z tego, że widzę wszystko na szaro! Kurwa! Co! Że mam, kurwa,
          krzywy ryj i kręgosłup! Że nie widzę na jedno oko i nic, kurwa,
          nie słyszę! To co, nie jestem człowiekiem?! Nie?! (zaczynają na
          niego patrzeć) Tylko gapić się, kurwa, potraficie! (zaczynają
          szeptać) Gapić i, kurwa, szemrać między sobą! Pierdolcie się!
          Skurwicóry i sukinsyny (wyskakuje przez okno)
          Pierdolcieeee...!!! (słychać odgłos rozbryzgującego się ciała)

          Byłem dziś "na" komisji wojskowej. Zważyli, zmierzyli, wypytali,
          obejrzeli fiuta i dostałem kategorię A. Zdolny do służby
          wojskowej.

          Wchodzi ojczulek i pyta: A stopy badali? Odpowiadam: Nie, to
          ohydne przeoczenie. Zacząłem myśleć o płaskostopiu, które
          miałem, kiedy byłem mały, a może jeszcze teraz mam. Sprawdzam
          palcem powierzchnię stopy. Teraz nie. Ale w umyśle tatunia cały
          czas tak. Ten wymigiwał się od służby wojskowej zapaleniem opon
          mózgowych.

          24.5.97 (zapisany dzień wcześniej)
          Co powiesz o wampirzycy?
          Znalazłem Bazyliszka. W łóżku.
          Uważaj na aligatory.
          (do tego momentu)
          Idę wypuścić sraja przez odbyt.
          Kobieta z krowim biustem.

          Katarzyna Wencel posiadła paskudne ciało z małym biustem,
          zachęcającą pupą, piegowatymi rękami, odbarwioną - dzięki
          paleniu papierosów - fascynujacą twarzą i niewielką jak na mój
          gust inteligencją. Zwróciła moją uwagę jako nowa twarz w liceum.
          Wygląda przyjemniej ze związanymi blisko przy czaszce włosami.
          Przeczytała mój tekst pod tytułem "Pasztety". Poprosiłem o
          komentarz. Zastanawiała się przez moment, a potem opisała prawie
          dokładnie to, co czułem pisząc te prowokacje. Powiedziałem jej,
          że nadaje się na krytyka, a ona na to, że prawie nigdy nie ma
          własnego zdania. Po maturze nazw
          • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 13:57
            ała mnie panem Tomaszem, ale to
            typowe dla tych którzy nie znają mnie zbyt dobrze. Powiedzieć:
            Panie Tomaszu to przeżycie nie do opisania. Zabójcza intuicja to
            z pewnością jedna z jej ogromnych zalet. Bardzo możliwe, że nic
            jednak o tym nie wie.

            Sylwia Pryszmont ma dobry biust, brzydką twarz i - o ile
            pamiętam - odpowiednie nogi. Kiedy zapytałem, czy chce być moją
            dziewczyną odmówiła. Jak się później dowiedziałem, żałowała
            swojego nie. Parę miesięcy później rozmawiałem z nią na jednej z
            imprez. Jej inteligencja wystarczyła, aby rozmowa była
            fascynująca. Dzięki niej doszedłem do zadziwiających wniosków.
            Na przykład takich. Słowo nie może być tym, co opisuje. Nie
            potrafimy opisać uczuć (w taki sposób, aby wywołać je u
            czytającego), możemy je jedynie nazwać (określić jednym słowem),
            a porozumienie między ludźmi może odbywać się tylko na bardzo
            podstawowym pozimomie, ponieważ każdy inaczej rozumie
            (definiuje) większość znanych przez siebie słów.
            [Dla przykładu. Na stole leży kartka z motylem narysowanym
            czułkami do góry. Patrząc na tę kartkę z góry Sylwia
            powiedziałaby, że czułki znajdują się na górze. Ale gdyby
            usiadła na krześle a kartka znajdowałaby się w jakiejś
            odległości przed nią i patrzyłaby na nią pod pewnym kątem, to
            powiedziałaby, że czułki są z przodu. W czasie tej rozmowy ja
            byłem zdania, że czułki za każdym razem będą "na górze" kartki.
            Niezależnie od jej ustawienia względem moich oczu.]
            W sumie Sylwia to świetny partner do rozmowy. Jak się zassie to
            robi się magicznie. Wcześniej spotkałem jednak takie osoby,
            których nie potrafiłem zamknąć w kilku zdaniach, pewny tego, że
            będą zupełnie prawdziwe. W przeciwieństwie do Sylwii
            zdradzającej się prawie każdym słowem, zdaniem i akapitem.

            Te opisy były złośliwe. Złudzenie myślowe. Konfrontacja z
            rzeczywistością okazałaby się tragiczna. Dla opisywanych osób.

            Też się zastanawiam, czy to zrozumiałe.

            25.5.97 Niedziela
            W swoim monologu rozpoznawczym powiedziała, że zadaję bez
            przerwy pytania tylko dlatego, że chcę denerwować. Na przykład,
            pytając: Co powiesz o wampirzycy? Denerwuję świadomie -
            określiła - również wtedy, gdy powtarzam bez przerwy to samo
            zdanie. Na przykład: Eta krasiwaja astanowka. Po dogłębnym
            zanurzeniu się w odmenty moich celów i zamierzeń stwierdzam, że
            tak, to prawda, wydaję z siebie dźwięki (zrozumiałe i nie) tylko
            po to, aby męczyć psychicznie innych. Powiem prawdę: Jestem
            potworem żerującym na cudzych umysłach.

            Ty też.

            Po tym jak parszywie celnie zostałem rozpoznany, odechciało mi
            się zagłębiać w cudze jaźnie. Stałem się zniechęcony do ludzi i
            zwierząt. Zacząłem rzygać białą wydzieliną. Nie będę więcej
            szukał tego, co już wcześniej znalazłem.

            Opisywanie. Nazywanie. Określanie. Baranie.

            Czułki motyla są z przodu mnie, na górze kartki. Ale wtedy
            ustawienie kartki nie ma znaczenia. Wystarczy, że będzie przede
            mną.

            Zdenerwowała mnie i odechciało mi się powtarzać.

            Fragment dramatu:
            TOMASZ
            Pizda na wskroś jebana.

            Co to znaczy "na wskroś"? Przelotnie? Przelotowo? Na wylot?
            Zupełnie? Całkowicie?

            26.5.97
            Wilk przespał się z Małgorzatą.
            Jan kupił więc od rozłożonego na drodze sprzedawcy nóż z tępą
            krawędzią i poszedł z nią do domu Małgorzaty.
            Małgorzata zauważyła nóż w ręku wchodzącego Jana i skojarzyła go
            z Wilkiem.
            - Czy to z powodu Wilka kupiłeś nóż? - zapytała.
            - Nie, po prostu brakuje nam noży - odpowiedział przybyły.
            Jan zbliżył się do Małgorzaty na odległość pchnięcia tępym
            przedmiotem.
            - I wcale nie zamierzasz mnie zabić - upewniła się.
            - Oczywiście, że nie - uspokoił Małgosię Jaś, wbijając w jej
            niewierne serce zupełnie tępe ostrze zakupionego wcześniej noża.

            [- Stop! Jeszcze raz! - wycharknął reżyser i zaczęliśmy od
            początku nagrywać tę samą scenę.]

            Czytam książki i nic się nie dzieje. Podczas czytania myślę o
            tym, że jestem głupszy niż byłem wcześniej. Nie potrafię obecnie
            stworzyć takiego układu graficznego zdań, który by mi w pełni
            odpowiadał. Momentami nie mogę wcale go dostrzec. Nie widzę, czy
            to, co napisałem jest dobre czy złe. Wydaje mi się złe, ale nie
            wiem jak to poprawić. Poprawiam przez kilka godzin, a wynik mnie
            nie zadowala. Nie mogę osiągnąć takiego efektu jak przed co
            najmniej półrokiem. Paradoksalnie, ten tekst, który teraz piszę
            jest całkiem dobry. Układ graficzny odpowiedni, treść akurat.
            Stąd wniosek, że tylko opisując prawdę jestem wystarczająco
            dobry, żeby moje teksty mnie samemu się podobały.

            Siostra się rozbestwiła. Naśladując rodziców i mnie, tak głęboko
            ukryła swoje kompleksy, że nie potrafi obecnie być sobą. Dla
            niej to pewnie lepiej, bo kiedy jest, to boi się wszystkiego i
            płacze. Teraz też boi się wszystkiego, ale okazuje to
            zniecierpliwieniem i krzykiem. Ale, ale... Właśnie dobiegło do
            mnie, że siostrzyczka ma już co pewien czas tak zwany okres.
            Wylewa z siebie okrwawione komórki jajowe. Napięcie nerwowe
            przed i po tak zwanej owulacji powoduje, że wkrwawia ją
            większość kierownych do niej wtedy słów. Ma świetną pamięć, ale
            nie rozumie przygniatającej większości tego, czego się uczy.
            Poza tym rzyga słowami jak zalany telewizor. Podobnie jak matka.
            Ojciec próbuje stosować ironię, jest w tym nawet niezły, ale nie
            mając racji paskudnie się kompromituje.

            A ja śpię i czekam aż zacznę znowu myśleć tak, jakbym tego sobie
            życzył. To znaczy tak, że będę mógł opisać co chcę, ale nie będę
            chciał tego opisywać.

            Teraz czekam na egzaminy na studia. Zostały trzy tygodnie, a ja
            jeszcze nie zacząłem się uczyć. Zacząłem. Wczoraj zajrzałem do
            książki od historii i zrobiłem kilka stron notatek.

            Mam zamiar zdawać na MISH i na psychologię. Jeżeli się nie
            dostanę, pójdę do wojska. Albo na fizykę. Paskudna perspektywa.

            Jaki ja jestem biedny. Taki biedny. Biedny...

            Łzy zalewają mi oczy i twarz.

            Położę się i umrę.

            Śmierć.

            Co to jest śmierć?
            Co to znaczy umrzeć?

            Co to znaczy...?

            Ptasia moczo-kupa spadła mi na łeb. Gołębie gówno popłynęło po
            włosach, wytarło okulary, polizało policzek, skapnęło w dół i,
            zatrzymawszy się na brzegu szarej T-shirt, spłynęło kroplą
            czarno-wilgotnej wydzieliny na błękitno-wytarty jeans!

            Acapulco.

            Teraz mam pewność, że moje pisanie jest prawdziwe. To bardzo
            nieprzyjemne uczucie. Źle się z nim czuję. Będę rzygał.
            Przewiduję jednak duże trudności z dostaniem się do łazienki.

            Fragment dramatu:
            WYNALAZCA ODKRYWCZOŚCI (w wannie)
            Już wiem! Opisywać wydarzenia! Myśli! Tylko inaczej!
            Alegorycznie! Symbolicznie! I na odwrót!

            27.5.97
            Krytyk

            W porządku chaosu
            wynalazł pan formułę
            aby opisać świat
            (który jest zawsze inny
            niż nam się wydaje)
            ale fraza pańska
            tak
            jakby tu rzec
            no tak...

            Można odnaleźć tam
            pewne smaczki

            i to jest ładne

            No coż, przyznaję, cierpię na spory kryzys twórczy. Nie mogłem
            tego, zdaje mi się, uniknąć. Problem w tym, co czytać, żeby
            wróciły te czasy, kiedy to pisałem, co chciałem z ręką w
            sedesie. Napisanie tych kilku słów ma za zadanie mi to wszystko
            przywrócić. Ale i tak nie mam żadnej pewności powodzenia.
            Chociaż nadziei mi nie brakuje. Mam jej tyle... (Zobacz wędkarza
            chwalącego się największą złowioną rybą.) A teraz... G'night!
            Będę śnił.

            28.5.97
            Nie wiem, co napisać. Ciągle nie wiem, czy już jestem sobą, czy
            jeszcze nie. Z płynności pisania wnioskuję, że jeszcze nie.
            Czuję, że coś mnie przygniata. Na garnku mojego łba leży
            przykrywka i skutecznie zatrzymuje moje myślenie. Blokada
            spowodowana czym...? Nie mogę tego zgłębić. Co za choroba?
            Niedostatek pytlowania? Brak odpowedniej zabawki? Zakaz wstępu
            do akwarium? Może kogoś kocham i tego nie wiem? Moje zęby. Kurwa
            tamta, ta, czy ta, Żadna? Za dużo tych znaków zapytania. Nie
            czuję się na siłach rozsupływać ten węzeł. Nie robiąc czegoś
            długi czas przesunąłem umięjętność robienia tego głębiej w
            podświadomość. Problem ter
            • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:00
              az w tym jak się tam wedrzeć.
              Powtórzenie doświadczeń to najlepsza możliwa ścieżka. Ale jak?

              Podarte spodnie. Człowiek. Spojrzenie. Możliwość. Złodziej. Zło
              i dobro dzieje się. Dobrodziej. Złodziej i Dobrodziej.

              29.5.97
              Od jakiegoś czasu czuję się; mam wrażenie, że jestem pospolitym
              durniem, że wcale nie jestem genialny w tym CO piszę, że wiem
              okropnie mało, że nie mam pamięci zawalonej wiedzą
              encyklopedyczną, na przykład nie mogę wymienić w jednym oddechu
              poszukiwaczy zrozumienia ludzkiej natury.
              Jednak z przeciwnej strony boję się, że jeżeli nauczę się na
              pamięć nazwisk tych wszystkich wyjaśniaczy i przyczytam
              większość książek uzanych za geniuszy autorów, to to JAK piszę
              przestanie wydawać mi się niepowtarzalne i nowe. Po okresie, w
              którym czułem, że rozumiem to, że cała egzystencja jest jedynie
              nabieraniem umysłu na łopatę tak zwanego życia, że niby może
              mieć jakiś tak zwany sens; zobaczyłem w lustrze, że machina
              oszustwa jest obecnie tak silnie rozbudowana, że większość
              ludzkich zwierząt nie wie co w niej: kiedy, jak i po co się
              przekręca.
              A moje pisanie miałoby oddychać demaskowaniem tych oszustw.

              30.5.97
              My w Krakowie urodzeni
              nie wkładamy do ust ziemi
              tylko ryż
              my w Krakowie zasiedziali
              nie będziemy wam płakali
              tylko dziś
              bo my z Krakowa ludzie
              mieszkamy jak psy w budzie
              tak jak ty

              Pawełek
              Brak wiary w siebie wynikał u czternastoletniego Pawełka z oceny
              pani psycholog. Sztywny, "z gruba cisany", bez polotu,
              przeciętna inteligencja, uparty, walczący. W trakcie rozmowy
              oczy spoglądaja w bok - nie utrzymuje kontaktu wzrokowego z
              rozmówcą.
              (+ -)
              kwalifikuje się z zastrzeżeniami
              Tak opisała Pawełka magister Wiesława Grażyna Gołąbek po
              egzaminie wstępnym do liceum. Po przeczytaniu tej oceny Pawełek
              zaczął myśleć o sobie jako o niepotrzebnie upartym
              średnio-głupim zesztywniałym baranie. Idiota albo geniusz -
              usłyszał inne zdanie.
              - Jestem pospolitym idiotą, jestem pospolitym idiotą - krzyczał
              do siebie.
              - Jestem genialny, jestem genialny - szeptał bez przekonania.
              Uznanie go za walczącego bez polotu przeciętniaka zaczęło
              wgryzać mu się w mózg, co spowodowało późniejsze załamanie
              poczucia własnej wartości, i w dalszej kolejności -
              odosobnienie. Pawełek szybko stoczył się na dno egzystencji.
              Rozpoczął się dla niego kolejny-nowy etap. Pozbawione
              pocieszycielki rozmyślanie o sobie jako o ograniczonym ze
              wszystkich stron bęcwale.

              Immanuel Kant obawiał się nosorożców. KLINICZNIE...!

              W chwili wymyślenia ósmego dnia tygodnia, Gagarin miał
              siedemdziesiąt cztery lata i należał do NSZZ-tu.

              Zaszyfrowane dane podważają sens kąsania mięsa.

              Myśli.
              Przypływają tratwami i gryzą.
              Przeszkadzają.

              Wiarą w Boga przekonujesz siebie, że twoje jestem! nie kończy
              się w momencie tak zwanej śmierci. Masz nadzieję, że niebo i
              piekło istnieją naprawdę.

              Wiara w wędrówkę jaźni - inaczej zwanej duszą - jest czymś
              podobnym.

              Wiara w jakąkolwiek formę nieśmiertelności.

              31.5.97
              Gdybyś przypadkiem uderzyła się czaszką (w potylicę), to
              pamiętaj, że na dwoje babka wróżyła.
              Gdybyś przypadkiem uderzyła się czaszką w ścianę, to pamiętaj,
              że na dwoje babka wróżyła.
              W środku nocy, gdy rodzice spokojnie śpią, zdejmuje obrazy ze
              ścian i ogląda je okropnie długo i namiętnie.

              Myślałem że będzie źle
              Myślałem że tak myślałem że nie
              Myślałem że będzie źle

              Polish team has failed in the match against English.
              Score: Zero-Two.
              Championship France'98 say goodbye.

              1.6.97
              We śnie widziałem babę zbierającą pieniądze za lekcje tenisa.
              Żonę instruktora. Barbarę. Policzyła, że mam do zapłacenia ponad
              cztery razy więcej niż zwykle. Byłem przekonany, że ma rację,
              ale przez chwilę próbowałem wykręcić się z płacenia. Nie udało
              się. Wtedy podszedł mężczyzna i zapytał Barbarę jak mi poszło.
              Odpowiedziała, że nie udało mi się jej przekonać i będę płacił.
              W tym momencie pomyślałem, że gdybym wypowiadał właściwsze
              słowa, to nie musiałbym. Ale ten gość, przy niewielkim
              sprzeciwie Barbary, wziął zeszyt i po upewnieniu się, że to ma
              sens, zaczął stawiać iksy w rubrykach płatności. Za Barbarą
              pojawiła się łąka, a przed nią ławka. W takim razie będziesz
              musiał odpowiadać na pytania tenisowe - powiedziała; i zadała mi
              pierwsze pytanie.
              Jego treść ropłynęła się zaraz po przebudzeniu.

              Rano zobaczyłem ją narysowaną kredką do rzęs. Barbarę. Przez
              chwilę patrzyła na mnie.

              Spojrzenie oskarżające przecięte błyskawicą podejrzeń nie należy
              do przyjemnych.

              Gruba i brzydka.

              moje przekonanie o słuszności barbary w sprawie płacenia
              wynikało ze złego założenia że w sobotę miałem dwie lekcje
              tenisa zamiast tak jak w niedzielę jednej

              Myślenie o nie moim myśleniu wywołało takie właśnie marzenie
              senne, które nie spowodowało jednak zniknięcia swojej przyczyny
              - wymienionej na początku tego zdania.

              DZIWACZNIE PASKUDNE SWOJĄ (NIE)WYTŁUMACZALNOŚCIĄ BEŁKOTLIWOŚCI.

              Zwrot schematyczny:
              nie wiem co -
              żeby (to) -

              2.6.97
              Studentów wydziału wiedzy cechuje tak zwany niedyskretny urok
              pieprzenia.

              Ostatecznym sensem wiedzy jest to, że nie możemy wiedzieć. Ale
              są dwa rodzaje niemożności wiedzenia. Pierwszy to niemożność
              wiedzenia wykorzystana od razu: gdy ktoś nie próbuje nawet badać
              i poznawać, skoro nie sposób wiedzieć. Drugi natomiast to ten,
              kiedy ktoś bada i szuka, aż przekona się, że nie można wiedzieć.
              A różnica między nimi - do czego najlepiej je porównać?
              Do dwóch, którzy chcą poznać króla. Jeden przemierza wszystkie
              królewskie komnaty, cieszy się królewskim skarbcem i zachwyca
              salami, po czym dowiaduje się, że nie może poznać króla. Drugi
              zaś mówi sobie: skoro nie można poznać króla, po cóż w ogóle
              wchodzić, trzeba pogodzić się z nieznajomością.
              (Baal Szem Tow, O poznaniu)

              Nie wiedzieć, ale czego? (Wiedzieć, ale co?)
              Pierwotny sens jest taki, że nie można poznać istoty boga.
              Jednak powyższy, wyrwany z kontekstu istnienia boga, tekst ma
              również inne znaczenie. Otóż zawarta jest w nim myśl, że nawet
              mimo prób z pewnością nie znajdziemy sensu naszego istnienia;
              czy rozpatrując zagadnienie nieco głębiej: Nie dowiemy się, czym
              jesteśmy (czym jest człowiek); a nurkując już zupełnie głęboko:
              Czym jest nasza świadomość i skąd się wzięła.

              [Na to ostanie pytanie wierzący w siłę wyższą może odpowiedzieć:
              Świadomość wzięła się od boga i jest urządzeniem służącym do
              kontaktów ze stwórcą. Jest wtedy tylko jeden, powtarzający się
              jednak bez przerwy, problem: Połączenie nie może być
              zrealizowane, proszę czekać na przyjęcie zgłoszenia -biiip!-
              Połączeni...
              Z tego też wniosek, że takie wyjaśnienie jest niewystarczające.
              A inaczej mówiąc: Do klozetu z tym.]

              Stwierdzenie "z pewnością nie znajdziemy sensu" jest trudne do
              zaakceptowania, a dla większości przypadków nawet niemożliwe.

              3.6.97
              Moja obecna egzystencja przypomina walenie głową w mur.
              Wahania umysłu w postrzeganiu, a bliżej określając: wrażliwości
              na otaczającą nie- i realność - raz podoba mi się koślawe, innym
              razem arcypoprawne i niesamowicie piękne - nie są przyjemne.
              Jakieś nie kończące się nostalgie za wcześniejszym stanem
              świadomości i, nie wiadomo skąd wyciągana, pewność idących z nim
              w parze sprawnością i oryginalnością pisania. Chęć poznania
              tego, co zostało określone jako niepojęte, obezwładniające
              uczucie nieprzekraczalności granic, to wszystko nie pozwala mi
              się wydobyć z dziwnego stanu ogarniającego znudzenia, zblazownia
              i braku chęci poznania tego, co już wcześniej wymyślone przez
              innych. Nieprzekraczalne granice... Jak określić świadomość? (I
              tym samym siebie.) Czy jest nieśmiertelna? Czy jest z czegoś
              zbudowana? Wyjaśnienia, że dusza (świadomość) jest niematerialna
              i nieśmiertelna nie przekonują mnie. Przeciwne również. Ale
              zaraz, rozumując w ten sposób istnieją tylko cztery możliwości.
              I tak kolejno: świadomość (dusza) jest mater
              • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:05
                ialna i śmiertelna,
                materialna i nieśmiertelna, niematerialna i śmiertelna lub
                niematerialna i nieśmiertelna. I tylko jedna z tych czterech
                możliwości jest prawdziwa.

                Ale pytanie: Co to jest świadomość, nadal przecież pozostaje
                aktualne.
                A poza tym czuję się dobrze. I uczyć się na pamięć jak zwykle mi
                się nie chce.

                Biografia E. Stachury Mariana Buchowskiego ma okropny klimat
                dyndającej nad nią pod sufitem samobójczej śmierci opisywanego.

                Pierwsze zdanie dzisiejszego dnia, w oślepiającym świetle tego,
                co napisałem za nim, przestało być aktualne. Prawdopodobnie
                nigdy nie mów nigdy takie nie było.

                Czyli cały czas jest.

                Takie sobie pozorne paradoksy.

                [Dla baranich głów: Jest aktualne w innym kontekście, niż ten po
                nim. To wyjaśnienie jest jak wrzód na dupie. Paskudnie mnie
                męczy. Wolałbym, żeby go nie było.]

                3.6.97
                Rodzisz się nie pamiętasz gdzie
                umierasz też nie wiedząc jak
                to wszystko czujesz tylko (jeden) raz
                jak każdy nie wiesz kim jesteś [kim-żeś jest]

                ale skoro tak ma być
                przestań (w końcu) martwić się
                ramionami tylko wzrusz
                i nie przejmuj (więcej) się

                olej filozofów [moralistów] wiedzą tyle co i ty
                ich uczony bełkot nie jest warty nic
                tajemnica życia nie jest poznawalna gdzieś
                nigdy się nie dowiesz czym twa dusza jest

                ale skoro tak ma być
                przestań (w końcu) martwić się
                ramionami tylko wzrusz
                i nie przejmuj (więcej) się

                księży polityków traktuj tak jak nic [pic]
                dziennikarzom pokaż (swój) goły tyłek
                wykrzywiają to gdzie (dzisiaj) żyjesz
                wszystko bierz za wielki pic [wielkie nic]

                ale skoro tak przez chwilę jest
                przestań w końcu martwić się
                zacznij wreszcie robić coś
                czas nadszedł (wreszcie) zmienić się

                i nie daj się ogłupić gnojom nawiedzonym
                wciąż sobą próbuj być - ciągle nieskończonym
                boś niewypowiedzianym jest zwierzęciem
                żadnym nie odczarujesz się zaklęciem, chyba że...

                ale skoro tak już jest
                przestań (w końcu) martwić się
                ramionami tylko wzrusz
                i nie przejmuj (więcej) się


                Ostania zwrotka może być mówiona, a następującego po niej
                refrenu może w ogóle nie być.
                Słowo w nawiasie [kwadratowym] może zastępować lub (zwykłym)
                uzupełniać wyraz je poprzedzający.
                Słowo martwić (w refrenach) znaczy udawać martwego.

                5.6.97
                Patrzyłem na twarz babki...
                Siedziała w fotelu ze spojrzeniem wlepionym w ekran
                telewizora... Jej kurze oczy i trzęsąca się dolna warga...
                Oklapła skóra szyi i policzków... Tak, przypominała mi krogulca.

                8.6.97
                Temat. Zdanie performatywne w literaturze dziecięcej na
                wybranych przykładach. (Czary)

                Zdanie performatywne - określenie wymyślone przez Austina;
                zdanie będą same w sobie czynnością; jego wypowiedzenie jest
                wykonaniem jakiejś czynności. Przykładowo słowo "Tak"
                wypowiadane w momencie zawierania ślubu jest właśnie zdaniem
                performatywnym-czynnością zawarcia ślubu.

                Wychodząc poza bełkot uzasadnień Austina należałoby zauważyć, że
                każde zdanie jest "performatywne"; ponieważ, kiedy wypowiadamy
                cokolwiek, za każdym razem wykonujemy (wykonywana jest) czynność
                mówienia.

                Obawa, że jeżeli nie zdam na studia, to nic nie osiągnę jest
                całkiem spora. Następna, że jeżeli zdam i się znudzę jest
                przygniatająca. Poza tym przywaliło mnie powiedzenie jednej z
                ciotek. Podaj mi ten fioletowy stołek. Przekonanie, że nie
                jestem jedynym myślącym nieschematycznie ludziem ciągnie mnie w
                dół. Takie uczucie. Rozkładane krzesełko turystyczne było
                zielone. Nie mogę zasnąć. Przypomina mi się nauczyciel od
                polskiego, baba od Niemca, patrzenie na siebie z góry, dystans
                do tego, co mówię. Patrzę na siebie jak na kogoś innego, obcego.
                Rimbaud. Nie podobają mi się tłumaczenia jego rymowanek. Proza
                bardziej. Jutro jadę do Warszawy. Pociągiem. Nie wiadomo - jak,
                nie wiadomo - gdzie, nie wiadomo - po co. Ktoś już to wcześniej
                napisał. Po Czekając na Godota zastanawiałem się, czy dalsze
                pisanie ma jakiś sens. Obszar głupoty w tym dramacie jest bardzo
                mały. Malutki. Mogł zresztą powstać celowo. Inaczej sztuka
                mogłaby być całkiem nie do przyjęcia. Przez co bardziej
                drażliwych dewotów. Ale właśnie ten niewielki margines daje
                jakąś nadzieję. Na co? Jak to napisać... Najważniejszego jeszcze
                nie powiedziano w zrozumiały sposób. R.K. Pomyśleć, to nie to
                samo co powiedzieć, a tym bardziej napisać. Zależy. Ja wolę
                smarować, niż nagrywać się na dyktafon. Czuję się mały. Teraz.
                Ale czuję też dziwaczną pewność, że to minie. Zaczynają mi się
                już przypominać nie moje sformułowamia. Każda chwila jest
                wiecznością. Na przykład. To pewnie wynik chaosu myśli w głowie.
                Pieprzone nietoperze. Jebać Zagłębie. Końcowy gwizdek arbitra.
                Dobra noc. Brak zakończenia. Spróbuję zasnąć.

                9.6.97
                Przedział w pociągu do Augustowa w międzyzatrzymaniem w
                Białymstoku.
                (Kurwa, co za pieprzenie. Niepoprawne bluzgi. Cholera, jak z tym
                skończyć.)
                Narysować kotka. Narysowałem. Paskudny.
                Przede mną fanatyczka literatury fanstastycznej. Obok wiejska
                twarz czyta encyklopedię. A przy oknie bleee wypełnia kratki
                krzyżówki.
                Nie zauważyłem pierwszego pociągu. Jakbym wykonał skok
                ponadczasowy.
                Zdarzają się stany i rozmowy, kiedy czas przestaje mieć
                znaczenie.
                Płynie tak szybko, jakby w ogóle nie istniał.
                Stałem na peronie i kupowałem słone paluszki.

                Czas to wymiar względny. Jako abstrakcja pozwala nam
                zrozumieć... Zależnie od skali obserwowanych obiektów płynie
                wolniej lub szybciej.
                Im coś mniejsze, tym szybciej poruszają się jego elementy.
                Z perspektywy człowieka. Z naszej perspektywy.
                Dla elektronu sekunda to wieczność. Dla nas niewiele znacząca
                duperela.
                W przedpoprzednim zdaniu nastąpiła antropomorfizacja.
                Przed państwem wystąpił: Myślący elektron. (oklaski)

                Fragment dramatu:
                NIE-WIADOMO-KTO-NIE-WIADOMO-GDZIE-NIE-WIADOMO-PO-CO
                Czerwony pies.
                I've got an idea.
                Chętnie bym przeleciał tę cipkę po prawej.
                Bardzo brzydką.
                Stara pochwa.

                Autor niepotrzebnie szasta obscenami.
                Wyraża się bardzo nieprzyzwoicie i niemoralnie.
                Jest obrzydliwy.
                Szarga nasze wartości.
                Obraża. Dyskryminuje. Poraża.
                A przede wszystkim:
                Chara.

                10.6.97
                Nawiedza mnie myśl.
                - Zapisuj, zapisuj, jeśli wiesz, to zapisuj!
                Wcześniej myślałem: Po ch... jaki? Zacznę pisać powieść, to
                wszystkie ciekawe myśli pojawią się jeszcze raz.
                A teraz myśl, żeby zapisywać, zagłusza te warte zapisania.

                Rozwiązania nierozwiązywalnych problemów.

                11.6.97
                Ewry muw ju mejk ajl bi łaczin ju.
                Jak widzimy, język angielski to bełkot.

                12.6.97
                Witaj, pięknotko.

                13.6.97
                W zeszycie od biologii sprzed ponad roku zobaczyłem cztery
                zdania.

                Człowiek staje się wolnym dopiero po śmierci.
                Ale co to za wolność bez życia.
                Gówno nie wolność.
                Wolność to utopia.

                I wszystkie moje.

                14.6.97
                W lesie zajączek narzucał swoje polecenia niedźwiedziowi. Poczuł
                się ważny po wygraniu meczu w szyszkę. Brunatny był tym okropnie
                wkrwawiony. Zaplanował odwrócenie ról. "Jeszcze mnie
                popamiętasz, ty głupi zajęcze. Wpuszczę ci sraja w nocnik i
                będziesz to żarł" - wymyślił.
                Jak pomyślał, tak zrobił. Wrzucił kloca w przenośną muszlę i
                zaniósł ważniakowi. Kilka niedźwiedzich słów i...
                Zając żarł jak oszalały. Po wąsach mu ciekło i prosił o jeszcze.
                Plan niedźwiedzia okazał się świetny. Jednym zdaniem,
                gigantyczny sukces i zaproszenie na występy do sąsiędnich lasów.

                Gaszenie zaczyna się od niemowlęcia, potem kolejne etapy
                zabraniania, straszenia wilkiem i złymi panami, a następnie kary
                sprawiające ból. Oto przyczyny. Potem już tylko potwierdzanie
                słowne zapoczątkowanej przez siebie beznadziei.
                ["Ty się do tego nie nadajesz." "Jesteś debil, przygłup i
                nieuk."]

                Fragment dramatu:
                JAN III SOBIESKI
                Ty psie bez węchu. Ty sedesie bez deski. Ty gołębiu bez
                skrzydeł. Ty gówno bez zapachu. Ty sucha wodo. Ty bezbarwna
                farbo. Ty samobójco bez życia. Ty kutasie bez napletka. Zwalniam
                cię ze służby. Twoja morda jest jak rozdeptan
                • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:09
                  y krowi gnój. Precz
                  mi z oczu świński ryju. Od teraz będziesz żreć własne łajno i
                  rzygać własną wątrobą.

                  Przeczytał gazetę. Idź do siebie; gasimy światło. Położył się w
                  łóżku. Telewizor. Ścisz albo idź spać. Wygrał mecz w tenisa i
                  poczuł się lepszy. To będziesz zdawać za rok. Naprawdę, czy żeby
                  ograniczyć stres. Jest zakompleksionym durniem. Ale wkurwić
                  potrafi. Chuj pieprzony o kant stołu. Kurwa mać. Wkurwia mnie
                  jak nikt inny. Kurwiarz wyrzygany. Niech się pierdoli ze
                  sztuczną pizdą. Nie jest wart nic więcej. Żryj własne gówno
                  kutasie od zdechłej kurwy. Sztuczna pizda. Chuj.

                  15.6.97
                  Nie przeszkadzaj borsukowi i nie męcz go. Powiedziane w formie
                  rozkazu zdanie. Przekłuwanie napuszonej głupoty bywa dość
                  trudne.

                  Leżę na łóżku i mówię: Jesteś psychicznie chora, wariatka.
                  Jesteś psychicznie chora, wariatka. Idzie do przedpokoju i mówi:
                  Tatusiu on mnie męczy. Tatuś wchodzi do pokoju z łóżkiem i mówi:
                  Słyszałem, że męczysz. Tak męczę - odpowiadam. Nie męcz i nie
                  przeszkadzaj - wydaje polecenie i wychodzi.
                  Powietrze wypełniają cząsteczki bezsilności.

                  [Ostatnie zdanie MNIE męczy.]

                  18.6.97
                  Czyste coś zabrudził ktoś wygrywając kilka fałszywych dźwięków.
                  - Uczyłeś się dzisiaj? - zapytał.
                  - Nie, jutro się pouczę. - odpowiedziałem.
                  W tym miejscu miał miejsce fragment rozmowy, zwany popularnie
                  pouczającym. Zakończył się poniższymi kwestiami.
                  - Jeden dzień to za mało, inni lektur szukali, czytali. Myślisz,
                  że jesteś najmądrzejszy na świecie?
                  - To ty myślisz, że ja myślę.
                  - Nie - typowa odpowiedź na pytanie retoryczne z domyślną
                  odpowiedzią przeciwną do wypowiadanej - tak wynika z tego, co
                  mówisz - dokończył ze świadomością bzdurności.
                  - Z tego nic nie wynika. (To tylko ty wykręcasz swoje wnioski -
                  mogłem powiedzieć, ale nie przyjechało mi to do głowy.)
                  - Jesteś zarozumiały.
                  - A ty piękny.
                  Dwa ostanie myślniki wymyśliłem, ale...

                  [Dalszy ciąg potyczki przeczytasz nigdy. Proszę patrzeć na
                  litery pod kątem jak najbadziej zbliżonym do IX-dziesięciu
                  stopni. Efekt przejedzie siebie samego. (sic-sic-sic-...)]

                  Ostatnia zawartość nawiasu kwadratowego jest efekciarska.

                  Wczoraj zdawałem na MISH. Od 8.30 dwuipół- z historii, a od
                  13.15 dwugodzinny test z języka polskiego. Na kartkach
                  pierwszego testu (historia) wpisałem sporo swoich komentarzy. Na
                  następnym - z polskiego - nie.

                  Czy ten test sprawdza moje umiejętności, czy pamięć? Mam
                  wrażenie, że to drugie. Mam nawet pewność.
                  Na przykład.

                  Wkurwiają mnie dzisiejsze zapisy. Mam nadzieję, że później coś
                  się z tych bełkotów wykluje. Ależ to poprzednie zdanie
                  irytujące.

                  19.6.97
                  Znam zarozumialca, który zdobył 11 punktów na teście z historii
                  i 46 z polskiego. W obu przypadkach na 100 możliwych. Tym
                  sposobem MISH przebiegły mu obok nosa. Nie zakwalifikował się do
                  rozmowy kwalifikacyjnej. Teraz przygotowuje się na wielki żal,
                  szkodę i współczucie. Tego ostatniego nikt nie doświadczy. Czego
                  nie mówić, był przygotowany na taki zbieg okoliczności. Teraz
                  pozostały mu jeszcze dwa egzaminy na psychologię w Warszawie i
                  Krakowie. A potem już tylko przewidywana przez niego fizyka. Z
                  Andrzejem Dratewką zostanie przeprowadzona rozmowa
                  kwalifikacyjna. W pamięci miał upchnięte więcej od niego.
                  Powodowane to tym, że Dratewka musi wpamiętywać to, co on
                  potrafi wymyśleć. Takie tam niegroźne prawdziwki-ludojady. Słowo
                  prawda nie przechodzi mu przez klawiaturę. Kiedy ktoś
                  inteligentny będzie czytał ten dziennik, ma niewielkie szanse
                  odgadnąć kim jest i co myśli. Sam nie mam pewności. Wiem tylko,
                  że nie nadaje się na pospolitego pracownika etatowego. Chociaż,
                  prawdę mówiąc, on do wszystkiego się nadaje. Będzie genialny we
                  wszystkim, czego się ułapi. Ta zarozumiałość jest jakaś taka
                  wstydliwa. To trochę dziwne mieć przeczucie, że cokolwiek by się
                  nie robiło, będzie się w tym najlepszym. Ale i tak coś go
                  hamuje. Nawet wiem co. Strach, że dorwą się do niego jacyś
                  bezmyślni i zaczną wmawiać mu zarozumialstwo, głupotę,
                  denerwować się, rzygać, dziwacznie patrzeć. A już myślał, że boi
                  się tylko sam siebie. A tu proszę, huśta się nad nim potencjalna
                  autocenzura. Jak długo jeszcze potecjalna? Bo tu się flaki
                  przelewają.

                  Z tym "wszystkim" to ostra przesada. Na 100 metrów nie "zejdzie"
                  poniżej 10 sekund.

                  22.6.97 (ok. 0:19)
                  Fragment dramatu:
                  PEWNOŚĆ-SIEBIE (do STRACHU)
                  Jestem najmądrzejsza. Nie myślę wcale, że jestem głupia. Mam
                  talent. Mam umiejętności. We wszystkim jestem śmiertelnie
                  genialna. Nic mnie nie złamie. Nie pozwolę się zastaszyć.
                  Wszystkich, których znam uważam za głupszych ode mnie. Nie
                  wierzę w Boga. Ja nim jestem. Wolność to mój nieosiągalny cel.
                  Będę was męczyć przez całą wieczność. Pokażę wam, że spokój i
                  szczęście nie są uzasadnione. Że tylko strach, niepewność i
                  szaleństwo mają sens. I nie będziecie mogli się ode mnie
                  oderwać. Ani przez chwilę. Moje myśli będą drążyć wasze mózgi.
                  Moje słowa będą bez końca wypowiadane. A wszystko wbrew waszej
                  woli. Wszelkie próby oporu będą beznadziejne. Nic was nie
                  uratuje. Nie będzie możliwości. Moja siła jest niewyobrażalna.
                  Teraz!

                  [Paskudny tekst. Można się przestraszyć. I wygląda na zaklęcie.
                  Zależnie od możliwości intelektualnych będzie odbierany jako
                  ironia albo patos.]

                  co gdzie kiedy jak czym dlaczego i kto

                  23.6.97
                  Obojętnie co piszę nie ma nawet przez chwilę tego z czym mógłbym
                  się identyfikować Prawie od razu pojawia się dystans A do tego
                  moje pisanie przestaje mi się podobać Oczekiwania względem
                  związków słów są coraz większe Chociaż teraz z jednej strony
                  jest mniejszy problem jak i z drugiej większy co

                  Sprawdzić, na czym kończą się możliwości pierwiastków. Jeżeli
                  można przewidywać kolejne ich właściwości w tej samej grupie
                  atomowej, to jakie właściwości będzie miał pierwiastek
                  kilkanaście -dziesiąt -set -... okresów niżej?

                  Babcia kontra telewizor.
                  - A miłosierdzie?
                  - Idź ty w pizdu z tym swojem miłosierdziem.

                  24.6.97
                  Nie mogę się wykupkać.
                  Już drugi dzień.
                  [Tekst piosenki.]

                  Improwizacja:
                  Czerwony Kapturek szedł lasem wymachując swym kutasem powiedział
                  rozgniewany Rabarbar do cichej rewolucjonistki kanapowej
                  Piździeliny Zaulicznej Rozdawała ciosy na lewo i prawo W pewnym
                  momencie usłyszała grzmot tęczy łączącej się z powierzchnią
                  ziemi Nie zastanawiając się długo opuściła drabinę i stanęła na.
                  Nie wiem jak dostać się do Gniezna uświadomiła sobie przytomnie
                  Ale to nic nie zawadza będę skrobać marchewkę póki starczy sił
                  Na wściekłe psy nie ma kagańca powiedział Kłapouchy i zrozumiał
                  że czystość i elegancja to przyczyny wielu napuszeń i wzdęć W
                  kilku miejscach miałeś rację króliku Archibaldzie Wszystką
                  jednak odnalazłem i zeżarłem twoje zapasy kawioru Jaja ryby w
                  śmietanie 18-procentowej To nie ma dużo wspólnego z dupkami
                  żołędnymi Dziki nie zwracają na nie uwagi A gdyby tak
                  zanieczyścić nocnik odchodami leśnych owadów pomyślała
                  Albertynka Nie sądzę żeby to był dobry pomysł odszczeknął Albert
                  Po czym poznajesz dobrość pomysłów Einsteinie? zapytała w
                  myślach samiczka muchomora Albert puścił pytanie mimo kapelusza
                  I gdzież w tym logika pomyślała zdrętwiała noga od fortepianu
                  Krzysztofa To przecież cud że żyjemy wtąciła zwyczajowo babcia
                  Nigdy nic nie wiadomo określił swój światopogląd klawesyn słowa
                  Nie sądzę żebyśmy kiedykolwiek poznali... Móów za siebiie
                  zjarany klaawesynie przerwał mu abderyta krakowski Zaczynam
                  rozumieć... Co takiego? Jeszcze nie wiem, ale to nie potrwa
                  długo. Co? Mówiłem że jeszcze nie wiem Zaskrzypały zawiasy w
                  drzwiach Klamka też się poruszyła Wszedł hrabia Koniecpolski
                  Fluknął nieprzyjemnie w lustro Zaraz wytrę powiedział i wymoczył
                  się na podłogę Odsuńcie się! krzyknął To jest silnie żrąca
                  substacja a ściślej mówiąc płyn Pierwsze wrażenie koloru jest
                  żółte ale nie należy się tym sugerować To tylko efekt odbicia
                  powietrza Coś pan wygadujesz panie Balcerzak to
                  • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:12
                    ż to zwykłe
                    szczyny W zasadzie tak W jakiej zasadzie toż to czysty kwas
                    Rozpatrując... W łazience dała się słyszeć rozległa eksplozja
                    Nie opierała się Balcerzak poślizgnął się na własnym moczu
                    Odwróćcie się dzieci zasugerował przodek z bujanego fotela
                    Oszczędzaj narząd głosu stary. Niewdzięcznicy! Ja was... A wy...
                    Oczy mu zwilgotniały i łzy spłynęły po policzkach Dziękujemy ci
                    żeś przybył ale czas mija i w związku z nim... Deszcz padał
                    przez całą noc

                    [Odlotu w inny wymiar nie stwierdzam. Chociaż hipoteza odbijania
                    się powietrza w moczu wydaje mi się ogromnie pasjonująca...
                    Wprost nie mogę uwierzyć. Ale że hrabia Koniecpolski metamorfuje
                    się w Balcerzaka?! Skandal!
                    Wszelka międzypunkcja zamierzona.]

                    25.6.97
                    by the light of a candle

                    O żabie
                    Żaba miała na imię Beata i składała jaja w zielonej sadzawce.
                    Ostaniej nocy wylęgły się kijanki i zaczęły wymachiwać ogonami w
                    mętnej od zieleniny wodzie. Żaba Beata nie interesowała się
                    swoim potomstwem, ponieważ żaby nie myślą. Tego dnia bocian
                    Bartek poczuł głód i wybrał się nad znaną mu dobrze sadzawkę.
                    Żaba opalała właśnie swoją żabią mordę w grzejącym dziś od
                    samego rana słońcu. Zamknęła oczy i oddychała całym ciałem.
                    Bartek, jak to bocian, natychmiast odróżnił żabę od sadzawki,
                    chwycił ją w swój długaśny dziób i pożarł, nie dzieląc się wcale
                    ze swoim świeżo wyklutym potomstwem. Tak to dokończyła żywota
                    żaba Beata. Na zakończenie morał. Nie opalajacie się podczas
                    snu, bo to grozi waszym dzieciom osieroceniem w wieku określanym
                    jako młodociany. Na pocieszenie dodam, że żaba była moralnie
                    zepsuta (puszczała się z ropuchami) i bocian Bartek również
                    zdechł.

                    [Wprawka przed czymś dłuższym. Parę minut.]

                    26.6.97
                    Babcia o samochodach.
                    - Duży wstrzymuje, a ten leci, kurwa, pod nogi same.

                    Babci się śniło.
                    - Dziś śniło mi się, że dziadek chciał mnie zabić.
                    - Czym?
                    - Nu, dusił mnie.

                    Babcia politycznie.
                    - Co mogę powiedzieć o Leninie? Lenin był dobrym przywódcą. Ale
                    Stalin był już wredny.

                    28.6.97
                    Jakiś taki pyziaty się zrobiłeś. Przeczytaliśmy twój tekst z
                    literkami. Bardzo ładny. Zostawiłeś. Zdawaj, zdawaj, za rok nie
                    będziesz już zdawał. Na pewno nie będziesz. Nie jesteś
                    humanista. Co to znaczy humanista? Jesteś ścisły. A pisać
                    będziesz sobie tylko tam na boku. Zaplećcie mi warkoczyki.
                    Jedziesz gdzieś ze znajomymi? Ja nie mam znajomych. Nie tutaj.
                    Ja jestem czarna owca. Może pojadę z innymi. Opowiedz jak tam
                    było. Matematyka i fizyka ci zostaną. Jesteś zasrajec.

                    Felitony Janusza Głowackiego:
                    Głowacki jest nieuleczalny w tym swoim tropieniu głupoty i
                    ukazywaniu jej w pozornie lizusowskim tonie, będącym w
                    rzeczywistości czystą ironią.

                    Fragment dramatu:
                    NASTOLATEK (głośno myśli)
                    Obiecałem, więc zaczynam. Nie mogę znieść tego jaja, że nie
                    potrafię w tej chwili smarować tego, co bym chciał. Nie wypływa
                    mi. W brzuchu mnie ssie od głupoty. Od ich głupoty. Koniecznie
                    chcą mnie poznać. Krawiec i szmatka. Moi dwaj najwięksi
                    wrogowie. Niech zdychają jak najszybciej. Tylko na to czekam.
                    Nienawidzę ich. Pewnie dlatego, że nie dorastają mi do pięt. Są
                    po prostu głupi. Cokolwiek im powiedzieć, zaczynają
                    interpretować na własny kanał. Uważają mnie za głupszego od
                    siebie. Próbują mi wmówić, że jestem taki, jak im się wydaje.
                    Chcieliby, żebym im o wszystkim mówił. Opowiadał o sobie. Co
                    myślę, czuję i zamierzam. Nic im od teraz nie powiem. Dla mnie
                    nie istnieją. Dwa śmierdzące serdelki gówna. Zasrańcy bez
                    intelektu. Won.

                    29.6.97
                    27;28 - egzaminy wstępne na psychologię do Warszawy. Angielski;
                    matematyka, polski, historia i biologia (pierwsze trzy).
                    Angielski - 5 "zadań", reszta - testy z czterema odpowiedziami
                    do wyboru (niekoniecznie jedna właściwal; np. trzy).

                    Fragment dramatu:
                    JA (próba opisu zewnętrznego)
                    Na głowie rosną długie, grube ciemne-słońce-jasne blond włosy
                    "związane" gumką-frotką w "koński ogon". Na nosie
                    bezbarwne-zmiana kąta patrzenia-żółte "łapki" okularów "minusów"
                    z czarnymi, metalowymi oprawkami. Na nogach gęste, "futrzane"
                    owłosienie. Podobnie na torsie, "pupie" i nad kopulkiem. Bardzo
                    długie palce u rąk. (Nie "spotkałem się" z dłuższymi.) Wydatne
                    (bez przesady), "namiętne" usta. Oczy koloru morza - zależnie od
                    nastroju(?) - szare, niebieskie, szaro-niebieskie (utopić się
                    można) albo zielone. Zależnie od masy: Czasem płaski - często
                    wystający "brzuszek". Uszy nieodstające. Nos średni, "akuratny".
                    Zęby zdrowe. Niewielka przerwa między, "wyszczerbionymi"
                    pestkami, górnymi "jedynkami". Język duży, długi, "mięsisty",
                    czerwono-różowy, często z białym osadem od całorocznego kataru.
                    Ręce pokryte gęstym, długowłosym "meszkiem"; bez wystających
                    żył. Oczy - zależnie od wyspania - małe, "zapadnięte" lub duże
                    ("średnie") "wykluczające" okulary. "Pupa" jędrna,
                    "zachęcająca", kopulek bez podniety mały, z - "trzykrotny".
                    Wzrost 170-171; waga 67-71. "Klata" obszerna, nogi silnie
                    umięśnione, ręce - w porównaniu - słabiej. Niezarysowne wyraźnie
                    rysy twarzy, przy rechocie widoczne rowki śmiechowe. Cera
                    noworodka. Zależnie od długości brody nastolatek -
                    ...-dziestolatek (... = dwu-, trzy-). Spojrzenie "podobno"
                    inteligentne.

                    Oceny innych:
                    Kiedy pisze - stary. Na żywo - ? (zadaje pytania w rodzaju: co
                    robisz na klozocie oprócz tego co zwykle się tam robi).
                    Wariat. Wrzeszczy, denerwuje, fascynuje - "mam na ciebie
                    uczulenie". Idiota, geniusz. "Na siłę chce być oryginalny".

                    30.7.97
                    Dzisiaj piszę z ciekawości, co będę myślał po napisaniu, a nie
                    dlatego, że czuję potrzebę.

                    Miał miejce incydent. Zapatrzony w monitor krawiec usłyszał
                    słowa: "Proszę opuścić to pomieszczenie." Na taki przejaw
                    chamstwa nie pozostał obojętny. "Czy kiedykolwiek odzywałem się
                    w ten sposób?" - zapytał retorycznie. Odpowiedź nie zgoziła się
                    jednak z jego wersją kłamstwa, ponieważ brzmiała: "Czasami tak."
                    - jak słychać bardzo ostrożnie. Wtedy to krawiec skręcił się w
                    sobie, zdusił, nabuzował i wydał dźwięki: "A kiedy...?" -
                    zaczął. "A wtedy..." - usłyszał zdanie przykładu. "Może
                    zasłużyłeś." - sobie wytłumaczył przekonująco. Na zwrócenie
                    uwagi, że: "To bez znaczenia, ja tylko podaję przykład",
                    powiedział, że już wytłumaczył niejasności i czeka na następny
                    example. Nie doczekał się, bo nadziei niewiele na to, żeby dureń
                    przyznał, że jest durniem. Przy takim obrocie dyskusji użył
                    bełkotu: "To jest mój dom i ja tu ustalam zasady. A jak zechcę,
                    to przestanę cię finasować." Tu pojawił się problem ucisku
                    człowieka przez człowieka, który to w obecnej trudnej sytuacji
                    finansowej jest niezwykle ciężki do przełknięcia. A do
                    zdławienia tym bardziej.

                    1.7.97
                    Jak by to powiedzieć? Szmatka monologowała głośno przez pół
                    godziny albo dłużej. Wywaliła swoje żale i czuje się lepiej.
                    Pierdolnięta na umyśle kobieta. Teraz jadę na trzy dni do
                    Krakowa. Przewiduję krwawe starcia z krawcem i szmatką.
                    Popierdolone mózgi znajdą ujście w wyjącym pieprzeniu słów.
                    Kończę, bo para dupków żołędzia interesuje się wyjazdem. Mała
                    też próbuje gryźć. Lejec łazienkowy.

                    5.7.97
                    Tak zwana piosenka poetycka to drabina banalno-idiotycznych
                    wersów. Napiszę taką.

                    Piosenka poetycka
                    ("Jesienią barwne kolorowe płatki...")

                    Jesienią barwne kolorowe płatki sfruwają z drzew
                    Jesienią odlatują ptaki tam, gdzie lecieć chcą
                    Nie płaczę pośród dzikich białych mew
                    Ja nie wiem czemu płakać mam
                    Za rok może dwa zły los odwróci się
                    Nie zrobię sobie nic co bym zrobić mógł
                    Za wcześnie na odlot w krainę wiecznych snów
                    Odloty odloty ptasie odloty
                    Przygnębiają bardzo mnie
                    Odloty ptasie odloty
                    Czuję jak starzeję się
                    Wieczorem siedzę przy oknie i patrzę na gwiazdy
                    Potem kładę się do snu i przez całą noc śnię o tobie
                    Moja ty stworzona z niczego stokrotko bez łodygi
                    Widzę nas na łożu pełnym gwiazd i dotykam twoich ust
                    Nie wiem jak długo bo sen szybko kończy się
                    Zbyt krótko trwają te przyjemności chwile
                    Dziś zn
                    • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:14
                      owu kupię chleb i żółty ser
                      Na śniadanie zrobię sobie kanapkę
                      A każdy kęs przypomni mi ciebie
                      moja ty piękna
                      moja ty piękna
                      moja ty piękna
                      moja ty piękna
                      stokrotko bez łodygi

                      6.7.97
                      Drugiego lipca - egzamin wstępny na wydział psychologii na
                      Uniwersytecie Jagiellońskim.
                      Przy takim jakie miało miejsce strzelaniu w odpowiedzi nie
                      przewiduję przyjęcia mnie na uniwersytet ani w Warszawie, ani w
                      Krakowie.
                      W tym ostatnim mieście poznałem Magdę Rzeszot z Ostrołęki.
                      Wysłałem jej parę tekstów. Zdawała tam, gdzie ja, na identyczne
                      wydziały. Dwa razy psychologia.

                      Kiedy brak (niepodważalnych) dowodów można napisać bajkę o
                      nieuczciwym urzędniku lub przedsiębiorcy nie wymieniając jego
                      nazwiska, a zamiast tego wymyślając dla niego jakieś
                      dźwiękonaśladowcze (podobne w brzmieniu) imię.
                      [Jak już to napisałem, to widzę i myślę, że to żadnym w kawałku
                      nie odkrywcze. Ale niech sobie zostanie.]

                      8.7.97
                      Dlaczego niektórzy boją się burzy? Błysków pioruna (i grzmotów).
                      W dzieciństwie ich rodzice zapalali w nocy światło - kiedy wyli
                      wysrani w pieluchę - a następnie trzaskali po dupach.
                      (Albo i nie trzaskali.)

                      - Rzygasz masłem i pierdzisz naleśnikami.
                      - Czep się naleśnika.

                      TSA - Ty Srasz Arbuzami

                      A jeszcze... Dostałem się na UJ. Jestem siódmy na liście
                      przyjętych na psychologię. Na 997 zdających.
                      Do Warszawy się nie udało...

                      9.7.97
                      Gadałem przez ponad trzy godziny z gadającym dziewczęciem.
                      Magdą Rzeszot.
                      Jutro mi opowie swoje sny. Zapiszę i zobaczę, co da się zrobić.
                      Teerotycznie mi się nie podoba.

                      13.7.97
                      Chciała mnie pocałować.

                      wiara w boga (Boga) to: wrażenie, że ktoś jest nad nami, że jest
                      od nas mądrzejszy, że ma na nas wpływ, że jesteśmy od tego
                      kogoś, tej osoby gorsi. Ale to tylko wrażenie, uczucie (nic
                      więcej) i nie każdy go doznaje. A ten, kto je odczuwa nie jest
                      wcale lepszy od tego, co go nie doświadcza i (tym samym) nie
                      zna. Uczucie, że jestem tylko ja, a nade mną nie ma nikogo jest
                      o wiele przyjemniejsze od uczucia zależności od kogokolwiek (czy
                      czegokolwiek), a już na pewno od wrażenia własnego umysłu.

                      Sen. Metamorfoza może odbyć się tylko przy pomocy ognia.

                      Ale to w sumie banalne. Podgrzewanie zmienia stan skupienia
                      substancji (metal można kroić jak masło); i nie moje to
                      odkrycie. Tyle że metamorfoza to coś więcej.

                      Przekształcenie jednej substacji w inną.

                      14.7.97
                      Nie napisałem w podaniu na studia, że zdaję na inne kierunki.
                      Jedynie w tym na Psychologię do Warszawy dopisałem, po zwróceniu
                      mi uwagi na puste miejsce w rubryce, że zdaję na ten sam
                      kierunek do Krakowa. MISH-u nie wymieniłem, a nawet
                      powiedziałem, że w Warszawie nie zdaję już na nic innego. Pannie
                      Rzeszot nie powiedziałem co o niej myślę. Nie powiedziałem też
                      X.-owi gdzie zdaję naprawdę. Kłamałem, kłamałem, kłamałem... Nie
                      mówiąc prawdy, zatajając przyszłe fakty, i wreszcie kłamiąc. Na
                      zakończeniu roku szkolnego wręczając Olbryś kwiaty,
                      powiedziałem: Dziękuję bardzo... Nie wiem, co powiedzieć.
                      Wykrzywiła się pobłażliwie. Tylko za co jej dziękowałem? Za to,
                      że się oburzyła, kiedy napisałem na maturze próbnej, że
                      "korzystam z mózgu". Czasem myślę, że gdybym poszedł na maturę
                      ustną z polskiego, to miałbym szansę na biało-czerwony pasek na
                      świadectwie maturalnym. Musiałbym dostać szóstkę. Męczy mnie to
                      ostro. Ale minęło i pies z tym. Przedwczoraj urodziny u
                      Katarzyny K. Ognisko, gitara i mój śpiew. Pełna improwizacja.
                      Część rechotała, a Niemiec zgrywał malkontenta. Wyżej... Pisałem
                      w "Moich gębach". Agnieszka (kolejna) kompletnie pijana ściskała
                      mnie za ręce, w miarę trzeźwienia coraz słabiej i słabiej, aż w
                      końcu puściła. Opowiadała koszmarnie - moim zdaniem -
                      (auto)kompromitująco o skromności. "Jesteś mądra? Nie. Jesteś
                      głupia? Nie. No, to jaka jesteś? Trzeba być skromnym." Trochę
                      przekręciłem. Przyjemnie być zabujającym. Rano wróciłem do domu.
                      Przespałem się na przystanku. Pies też spał. Mój ostatni brak
                      pewności działa mi nieprzyjemnie na samopoczucie. Ale to minie.
                      Pewnego dnia...

                      Nie dałem świadectwa na ekonomię.

                      16.7.97
                      Siedzi księżniczka i gra na forteklapie.
                      Podchodzi książę i mówi:
                      - Pięknie grasz księżniczko.
                      Na to księżniczka:
                      - Ot, tak napierdalam sobie.

                      Fragment dramatu:
                      BLABLARZ (smaruje)
                      Siedzę w pokoju na beznogim krześle, czytam fragmenty dziennika
                      i myślę, co napisać. Jakiś czas temu wróciłem ze śródmieścia.
                      Kupiłem sobie loda śmietankowego. Zjadłem. Wcześniej zaszedłem
                      do sklepu z gazetami. Przeglądałem pisma specjalistyczne w
                      poszukiwaniu konkursów literackich. Znalazłem jeden aktualny.
                      Pisanie recenzji. A szukałem tych konkursów, ponieważ przed
                      wyjściem zadzwoniłem do Marcina Krajewskiego z Kożuchowa.
                      Rozmawialiśmy o wakacjach. Mieliśmy pojechać z jeszcze kilkoma
                      osobami nad jezioro Białe. W trakacie rozmowy powiedział mi, że
                      wygrał właśnie konkurs literacki w Nowej Soli. Wydrukowali go
                      też w jakiejś gazecie, a ma też zamiar wydać książkę. Matka
                      otworzyła drzwi i wysadziła łeb. Połaskotało mi to ambicję.
                      Dlaczego nie ja? Wysłałem teksty na dwa konkursy i nic. Niedawno
                      obiecałem sobie, że niczego już więcej nie napiszę. I co? Piszę
                      dalej. Brak silnej woli? Przecież kilka miesięcy temu to było
                      nie do pomyślenia. Ale kilka mięsięcy temu wygrałem konkurs
                      literacki. W nagrodę pojechałem na wycieczkę do Berlina i byłem
                      very happy. W listopadzie. Potem samopoczucie stopniowo leciało
                      w dół, aż na samo dno. Odechciało mi się czegokolwiek.
                      Zakochiwały się we mnie kobiety, na które nie mogłem patrzeć.
                      Słuchać owszem, ale na ich widok robiło mi się niedobrze.
                      Ostatnio Magdalena. Ale to nawet one mnie podrywały (poza
                      jedną), a nie ja je. Jestem cholernie nieśmiały. Nie odzywam się
                      pierwszy, kiedy nikogo dookoła nie znam. Ale to wynika raczej z
                      braku okazji. Niechęć do używek skutecznie mnie izoluje od
                      rówieśników. Nie chodzę po knajpach, nie palę ani trawy, ani
                      tytoniu. Siedzę w domu i myślę, próbuję czytać książki, ale w
                      większości przypadków drętwota stylu nie pozwala mi się przebić
                      przez pierwsze strony. Piszę dziennik, ale nie zauważam żadnych
                      wzlotów. Ciągle ten sam gnój. Może napiszę recenzję na ten
                      konkurs? Mam już na oku książkę. "Siostrę" Małgorzaty
                      Saramonowicz. Kiedy byłem w dobrej formie wydała mi się świetna.
                      W gorszej słaba. W zależności od samopoczucia - od grafomanii po
                      artyzm. Jeśli spełnianie podświadomych życzeń jest faktem (a
                      kilka razy już mi się zdarzyło), to obecnie nie mam ochoty
                      bełkotać na papierze o byle czym. Nie czuję obecnie ciężaru w
                      głowie, a był on obecny, kiedy powstawały moje najlepsze teksty.
                      Prawie żadnych słów w rodzaju: może, kiedyś, jakiś, chyba,
                      żaden, nigdy (oprócz: "nigdy nie mów nigdy"), zawsze;
                      ewentualnie w konteście je wyśmiewającym. A zresztą może
                      (znowu!) użyłem ich kilka razy nieświadomie. Tyle razy już
                      czytałem Mono-dia-log, Mysz-masz (...i znikł), Zielone Kawasaki,
                      Tortury, że rzygam tymi tekstami i niewiele pamiętam. Tyle
                      tylko, że najlepiej było napisane "Opętanie". Słowa opisywały
                      myśli z... Nadmierne chwalipięctwo irytuje mnie. Akurat w tym
                      miejscu wyczuwam granicę. No i stanęło. Patrzę w ekran i nie
                      wiem co dalej. Jestem piękny, mam brzuszek i
                      zielono-szaro-niebieskie oczy. Patrzę w lusto i co widzę? Swoją
                      mordę z okularami na nosie. Badające spojrzenia dziewczynek,
                      raczej ciekawskie, niż lekceważące. Ale niewiele z tego wynika.
                      Poza tym, że mogę o nich napisać. A pisanie, to opisywanie.
                      Zdanie performatywne, będące czynnością same w sobie, można
                      znależć w bajkach dla dzieci. Czary-mary, jesteś teraz
                      królikiem. Czynność zamieniania zawarta w zdaniu. Sama będąca
                      tym zdaniem. Czy to, co teraz piszę jest zrozumiałe i
                      przejrzyste, a jednocześnie wieloznaczne? Skąd mam wiedzieć. W
                      momencie kiedy pisania jest teraz we mnie niewielki dystans do
                      tego, co rysuję. Żeby to były jakieś obrazy! A tu wielość pojęć
                      i żal
                      • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:16
                        ów. Zaczynam rozumieć tych, co mówią: Za moich czasów, to
                        były czasy. W wieku dziewiętnastu lat wiem tyle, ile nie wiedzą
                        nawet umierający, uznani za mądrych ludzie. Ale jakie to ma
                        obecnie znaczenie. Takie, że mogę sobie myśleć zmyślony-bóg wie
                        co i mało z tego wynika. Co za cholera z tym pisaniem! Czego się
                        boję? Już wiem, pieniądze. Brak niezależności to poważny
                        problem. Dobrze, że zdałem na studia psychologiczne do Krakowa.
                        Wyjadę w końcu z tego domu idiotów. Dzisiaj zadzwonię do Joaśki
                        w sprawie wakacji. Też chciałbym pojechać. I pomyśleć, żeby w
                        tym wieku wymieniać płyny tylko raz i do tego koszmarnie słabo i
                        nieprzyjemnie. A co dopiero kiełbasa. Leży w lodówce i
                        zielenieje. Naprawdę jest na niby. Po nieprzyjemnym telefonie
                        odechciało mi się wojska. Mam kategorię A. Nie nudząca się
                        muzyka zaczęła mnie nudzić. Pisanie po polsku tym bardziej. A ta
                        z łąki pojechała do Kanady. Angielski i francuski w jednym.
                        Zazdrość spływa po policzkach i dziurawi szyję. Wdech, wydech.
                        Wdech, wydech. Powódź w połodniowo-zachodnich regionach kraju
                        osiągnęła niebotyczne rozmiary. Szabrownicy rabują sklepy.
                        Koniec drugiej wojny światowej. Opuszczone domy również są
                        okradane. Rząd polski pierdzi w stołek i kamufluje robotę. Być
                        może ustalony zostanie okresowy podatek na rzecz osób
                        dotkniętych przez powódź. Wezbrana rzeka Odra jest głównym
                        źródłem nieszczęść. Zalane zostało śródmieście Wrocławia,
                        zagrożony jest Szczecin. W 1996 roku laureatką Nagrody Nobla w
                        dziedzinie literatury została polska poetka Wisława Szymborska.
                        Wcześniejszy laureat Czesław Miłosz wysłał telegram
                        gratulacyjny. Polowanie na nagrodzoną pisarkę przybrało
                        groteskową postać. Tysiące zdjęć, setki wywiadów, artykuły w
                        prasie przypominające PZPR-owską przeszłość. Wyczerpane nakłady
                        tomików wierszy wydawnictwa a5. Albumy wspominające młodość.
                        Wkładka z wierszami w codziennej Gazecie Wyborczej. Papieros
                        między palcami i kilkaset wierszy, z których każdy można by
                        napisać od nowa. We wsi się cieszą, świeża dostawa gnoju.
                        Popularność zapewniona. Zrozumienie... Z tym gorzej. Zróbmy
                        gwiazdę ze świeżej kupy. Pomalujemy ją na złoty kolor i prawie
                        nikt się nie zorientuje, że je starawe gówno... Myśląc na odwrót
                        i pisząc takie bzdety daleko nie zajadę. Momenty ładnego pisanie
                        są krótkie, acz soczyste. Agooń! Pal! Kapitulacja zupełna.

                        Sen Magdaleny Rzeszot:
                        Ciemno jak w dupie. Przede mną krzedła, za mną krzesła. Siedzę w
                        kinie. Czwarty rząd. Zawsze wybieram czwarty. Na ekranie
                        poruszające się obrazy. Skadrowana głowa kobiety z kiełbasą
                        szatana w pysku. Wsuwa ją coraz głębiej i głębiej. Jest już w
                        szyi. Na czole pojawiają się żyły. Coraz większe i większe.
                        Nabrzmiały siur zaczyna pulsować. Szyja porusza się razem z nim.
                        Kobieta zaczyna się dusić. Nie mogę na to patrzeć. Wychodzę. Nie
                        oglądam się za siebie, ale wyczuwam czyjąś obecność. Obok mnie
                        przechodzi młody z długimi włosami. Może on? Czerwone niebo
                        odbija się w kałuży oświetlanej pomarańczowym światłem latarni.
                        Ktoś za mną jest. Gwałtownie odwracam się przez prawe ramię.
                        Czerwona chmura waty z fosforyzującymi zielono oczami. To ten.
                        Gwałciciel z kina. Zaraz mnie udusi swoją przywielką kiełbasą.
                        Przebiegam przez ulicę. Wpadam na klatkę schodową. Wbiegam na
                        górę. Jestem w swoim mieszkaniu. Zaraz mnie zgwałci przez usta.
                        Okna! Zamykam wszystkie okna w mieszkaniu. Zatrzaskuję drzwi.
                        Wyglądam na ulicę. Nie wyglądam, on zasłania mi widok. Oczy
                        fosforyzują mu nieznośnie. Boję się, on też. Jeszcze chwila i
                        będzie mnie miał. Dzwoni telefon! Otwieram oczy. Moje mieszkanie
                        na jawie... Nie dopadł mnie.

                        I jeszcze jeden:
                        ...aż tu nagle pojawiam się w białej bluzce i czerwonych
                        spodniach. Barwy narodowe, myślę. Przede mną ciężarówka.
                        Zielona, wojskowa, zachęcająca. Ładuję się na plandekę. Za mną
                        dwie kobiety i facet. Latynoski z czarnym owłosieniem i blondyn
                        w okularach. Te dwie mają wielkie brzuchy. Będą rodzić. W środku
                        już ktoś siedzi. Jak mnich, spokojny. Ciężarna się rozkraczyła.
                        Z pochwy plunęła krwią. Zbryzgała okularnika. Urodziła. Spod
                        ławki wyłaniają się jakieś ręce. Dłonie. Chwytają
                        czerwono-sinego noworodka. Wielkie oczy przykryte powiekami. To
                        mnie przeraża. Nie tylko mnie. Obserwuję matkę dopiero co
                        wydalonego. Okularnik szturcha mnie łokciem. Ten zbyzgany.
                        Dopiero zauważył, że odbył się poród...

                        I koniec:
                        Mam też sny jak latam. Zawsze w białym swetrze. Bez żadnych
                        przyrządów. Po prostu rozkładam ręce i leeecę...

                        [Wydalony jako odpowiednik urodzonego. Rodzenie jako wydalanie
                        przez pochwę. Tłumaczenie się z...]

                        17.7.97
                        Już wiem. Niedźwiedź poszukuje jaskini, w której mógłby
                        zamieszkać, ale niestety, mimo mnogości przed chwilą
                        wymienionych, nie może znaleźć żadnej dla siebie, ponieważ
                        zamiast szukać, siedzi pod drzewem i myśli, że nie ma gdzie
                        mieszkać.

                        18.7.97
                        Fragment dramatu:
                        NASTOLATEK (do drugiego)
                        Jak by to powiedzieć. Rano budzą mnie monologami o zgniłej
                        piertuszce. Wieczorem przywalają kazania na temat: Wypiłeś, nie
                        pomyślałeś o nas. Nie czytam, bo mnie to nudzi. Ale na szczęście
                        niedługo wyjadę i pozbędę się tego rzygania słowami. Gołąbki
                        pokoju srające na dachy. No cóż, ciężko z nimi wytrzymać. Srają
                        w kółko tymi samymi związkami wyrazowymi. "Jestem zrozpaczona."
                        "Nie mogę już patrzeć jak leżysz." "Nic nam nie mówisz."
                        "Odzywasz się tylko kiedy chcesz." A odklejcie wy się ode mojej
                        dupy. Precz do nory, karaluchy.
                        Mówię ci, tacy właśnie są.

                        20.7.97
                        Czytam "Kosmos".

                        Pukanie w skorupkę...
                        I ta myśl okropna, że nie podoba mi się dlatego, że za mało,
                        zbyt mało (myślę) widziałem, doświadczyłem... I zaraz z drugiej
                        strony przypuszczenie, pewność nawet, że nie tak, nie dlatego;
                        że fałsz, wymysł, nabieranie gości, i że to właśnie jest
                        przyczyną, a nie co bądź innego, znacznie gorszego, dobijającego
                        nawet...

                        Wyklucie...
                        Kiedy mam zapisać jakąś myśl ogarnia mnie dziwny niepokój,
                        strach nawet, że nie będzie to wyglądało tak, jak bym chciał
                        żeby wyglądało.
                        A właśnie - wyglądało, nie brzmiało! Bo jeśli wygląda dobrze, to
                        brzmienie także staje się właściwe - w tej samej chwili, od
                        razu, bez żadnych tam jakichś specjalnych zabiegów.
                        Oczywiście jedno łączy się nierozerwalnie z drugim, ale
                        brzmienie jest, myślę, drugorzędne. Jeśli układ znaków (liter,
                        przecinków, wykrzykników, itd.) ma wygląd przyjrzysty i
                        przyjemny dla oka (nie każdy to widzi), to czyta się to,
                        obojętnie czy na głos, czy wzrokiem z ogromną przyjemnością
                        (poczuciem dotykania tajemnicy, nieistniejącej, ale jednak).
                        I w końcu pojawia się pytanie: Jak? Bardzo prosto. Wystarczy
                        pisać prawdę. Zaklętą w bajkę, opisaną dosłownie, jakkolwiek.
                        Byle by obrazować to, co już się stało lub dopiero ma ochotę się
                        wydarzyć.
                        Logiczne uzadnienie (uprawdopodobnienie) wymysłu jest na tyle
                        trudne, że szansa na nie wpadnięcie w bełkot jest
                        niewyobrażalnie mała.
                        Chociaż zdarza się tak, że tekst traktowany jako wymysł jest zawile zapisaną
                        prawdą. Wygląda bowiem tak doskonale, że nie
                        można go odróżnić (tego niby-fałszu) od idealnie prosto
                        sformułowanej wcześniej wymienionej (prawdy).
                        I jeszcze dopowiadając. Zapisując dokładnie słowa wypowiadane
                        podczas rozmowy, podczas której nie słychać było (znowu nie
                        każdy słyszy) nieporadności językowej, i która była
                        (niekoniecznie, nie każdy przecież...) była jako tako logiczna i
                        rytmiczna (jeśli mówienie nie sprawia kłopotów mówiącemu, to
                        jest rytmiczne), a więc zapisując taką rozmowę otrzymamy
                        graficznie (zapisując odpowiednio litery, przecinki,
                        wielokropki, średniki, itd.) idealny wzór. Chociaż czy nas to
                        pisanie porwie na strzępy, czy też nie, zależy już od atmosfery
                        podczas rozmowy i dosłowności zapisu.
                        Dosłowność zapisu to podstawa, ponieważ w rozmowach, aby
                        utrzymać rytm wypowiedzi pojawiają się (spowodowane
                        nieumiejętnością znalezienia odpowiednich słów) chrząknięcia,
                        gwizdnięcia, bełkot
                        • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:19
                          liwości, które są dosyć trudne do
                          "dosłownego" zapisania. Ale zapisanie tych dźwięków jest
                          oczywiście, przy niewielkiej wprawie, możliwe; kłopot pojawia
                          się dopiero, kiedy mówiący na przykład rzuci: "I zrobił tak",
                          wykonując jednocześnie odpowiedni gest. Tu możliwe jest
                          wrzucenie opisu widzianego ruchu w nawias, co jednak z cała
                          pewnością wprowadzi tak zwaną arytmię, czyli że tekst przestanie
                          być rytmiczny, i tym samym idealnie czytelny ("przyjemny" w
                          czytaniu). Co prawda przy pisaniu sztuki nie ma to większego
                          znaczenia, przecież widz nie słyszy opisu gestu, tylko go
                          widzi... Ale zakładając, że dramat ma być również czytany... W
                          tym przypadku rytmiczność tekstu rozkłada się pod ziemią.
                          Znajdzie się pewnie niejeden taki, co to pomyśli, co ma
                          wspólnego rytm i proza. Otóż tyle, że nierytmiczna proza, to
                          przerażający ogromnie twór niekoniecznie idioty, ale z pewnością
                          grafomana i beztalencia. Można się tym oczywiście nie zgadzać,
                          ponieważ taka postawa to przecież wsadzanie bagnetu w mrowisko,
                          określanie jako grafomanów i beztalęć przygniatającej większości
                          piszących. Ale co tam, bełkomania i beztalenctwo nigdy nie mów
                          nigdy nie zniosą faktu, że pisanie nimi to przejaw głupoty i
                          ignorancji.
                          Tych, co to mieli tak zwane "momenty" było (jest) zaledwie
                          kilku, ale że to były tylko momenty, a reszta była nieudolnym
                          zapisem prostych (do pomyślenia) myśli, nie doprowadzonych
                          najczęściej do końca (należy stawiać pytania do momentu, kiedy
                          brak już na nie słownych odpowiedzi, kiedy wytłumaczenia okazują
                          się w końcu różnymi określeniami na, jak się okazuje,
                          nieopisywalne), to pisanie, jako takie nie mogące tak naprawdę
                          niczego wyrazić, ma sens (a przynajmniej perspektywy), bo
                          większość tematów (myśli) nie została doprowadzona (zapisana) do
                          momentu, w którym to na zadane pytanie: Co to znaczy? może już
                          odpowiedzieć tylko rzeczywistość.
                          Nieumiejętność zapisania własnych myśli to najczęściej jedyny
                          (ale za to niepokonywalny i przez to koszmarnie wyniszczający i
                          upokarzający) problem piszących osobników "genialnych myśli,
                          brudnych słów". Z tego płynie więc wspaniały dla wszystkich
                          piszących wniosek: twierdzenie, że wszystko (jakież to
                          szczerbate słowo) już było, nie ma sensu, to czysty bełkot,
                          zostało bowiem jeszcze całkiem sporo do odkrycia, a tym bardziej
                          zapisania (w sensie z poprzedniego akapitu).
                          Może akurat tobie się uda?

                          [No jasne.]

                          21.7.97
                          Przeczytałem.

                          Znalazłem kartkę z wierszykiem o koledze z ławki. Niedokończony
                          i niedopracowany co prawda, ale... Brzydki. Nieuprzejmy. I
                          złośliwy. Pisałem też wierszyki o wyczynach erotycznych innego
                          kolegi. Ale tego akurat nie zachowałem.

                          Siedzieć w ławce z takim młotkiem
                          To doprawdy nie jest słodkie
                          Kiedy wpatrzy się w tablicę
                          Zauważam w nim sinicę
                          Wzrostem nikt go nie pobije
                          Zębów często też nie myje
                          Z ust mu czosnkiem zalatuje
                          Lecz on tego sam nie czuje
                          Na każdego patrzy z góry
                          Głowę kiedyś schowa w chmury...

                          Jego myśli takie wdzięczne
                          Jego zęby niezbyt piękne
                          Jego rozum taki mały
                          Cóż... nikt nie jest doskonały.

                          Tak naprawdę kolega nie był aż taki beznadziejny, ale czasami
                          irytował.

                          Wyczytałem w znalezionych przypadkiem kartkach w kratkę, że w
                          szkole podstawowej byłem przez pierwsze trzy lata prezydentem
                          klasy.

                          Znalazłem też...

                          Fragment o mrówce:
                          Idąc przez las mrówka zauważyła drzewo. Stanęła obok i
                          pomyślała: Dlaczego drzewa są większe od zajęcy? Drzewo nie
                          odpowiedziało, gdyż nie usłyszało pytania (mrówka wypowiedziała
                          je przecież w myślach). Z zamyślenia wyrwały mrówkę kroki
                          ślimaka. Tupiąc swoją nogą spowodował, że mrówkę ogarnęła chęć
                          na gotowane zające. Powiedziała o tym ślimakowi, który udając,
                          że nie słyszy, wpadł do domu puchatka. Mrówka nie znała osła,
                          więc nie pogoniła za znikającym w drzwiach domku kubusia
                          winniczkiem. No cóż, mrówka nie znała żadnego ssaka prócz
                          prosiaczka, który miał taki duży rozumek, jak bakteria atakująca
                          komórki wazeliniarza. Zniechęcona wyruszyła nad jezioro.
                          Zbliżając się do brzegu, zauważyła leszcza skaczącego nad
                          powierzchnią wody. Niesiona żądzą odwetu za prosiaczka, rzuciła
                          w latającą rybę ziarnkiem piasku. Ziarnko piasku wpadło
                          leszczowi w oko, co spowodowało, że zrozpaczona mrówka rzuciła
                          się w toń jeziora...
                          Ale, o dziwo, nie utonęła. Kiedy opadła na dno, w ataku delirium
                          zaczęła rozkopywać czarny piach z dna jeziora. W niedługim
                          czasie dokopała się do piekła. Gdzie po krótkiej rozmowie
                          zapisała się do partii miłośników boruty. Odtąd stała się
                          prawdziwym diabłem, takim, jak przystało na każdą pewną swoich
                          postanowień czarną mrówkę.
                          Teraz już mogła pomścić prosiaczka.

                          [Dwa razy rzuciła. Najpierw piaskiem potem sobą. "Prócz"
                          zupełnie niedomaga. Też niedpieszczone. Ale świetne w porówniu z
                          rymowanką. A z czymkolwiek innym? Też, oczywiście.
                          Niedościgniony wzór. A jakże. Na pohybel nie-prosiaczkom.
                          Również. Głupota ponad wszystko. Do przyjaciół drwali. Słownik
                          wyrazów obcych pozwala łaskawie zrozumieć wyraz ironia. Pa, pa,
                          frr, frr.]

                          23.7.97 (po północy) Wczoraj był poniedziałek (ur.)

                          Siedziałem, stałem, tak, stałem, podchodzi do mnie najgrubsza i
                          mówi: Agnieszka chce z tobą porozmawiać. Agnieszka po napojach
                          odurzających nie czuje się najlepiej. Podchodzę, napijesz się ze
                          mną herbaty - pyta. Mogę. Podaje kubek, wypijam łyk. Gorąca.
                          Bierze mnie za rękę, maca palce, twarz, popija herbatę, nie
                          czuje się dobrze, idzie do łazienki, idę z nią, robi coś nad
                          muszlą, wychodzi, myje ręce, twarz, wracamy na krzesła, pluje do
                          kubka. Pójdziemy na spacer? - ja. Idziemy. Siedzą na krawężniku
                          i rozmawiają o mnie. Nie narzuca ci się za bardzo, nie -
                          odpowiada. On jest szajbnięty - słyszę, słyszałem to - mówię,
                          idźcie dalej, w stronę ogniska, jesteś psycholog, a mnie nie
                          możesz rozszyfrować, no to mów coś, teraz nie... Plastikowe
                          białe krzesła, ogień, siadamy, chce nie swojej kiełbasy, zaczyna
                          rzucać słowami, on odrzuca jej swoje, chcę kiełbasy! jak bardzo,
                          bardzo, pokaż jak, mogę pokazać nogami, tupie bezładnie, powoli
                          trzeźwieje, trzyma coraz mniej, już tylko ramię, ognisko grzeje,
                          za mocno, odsuwam krzesło do tyłu, patrz, specjalnie odsuwa się
                          od Agnieszki, słyszę to, nie odzywam się, żre kiełbasę, zaczyna
                          padać, przynoszą parasole, duże z podstawami, przyniosę gitarę,
                          Tomek zagrasz, zagram, przynosi, gram, śpiewam, improwizacja
                          kompletna, próbuje przeszkadzać, Agnieszka, zamknij mordę,
                          zamknij mordę, zamknij paszczę swą, nie przestaje, śpiewam,
                          przeszkadza, gram, przeszkadza, zabiera gitarę, gra, śpiewa,
                          zaczyna opowiadać o skromności, trzeba być skromnym, a ja jestem
                          skromny? nie, nie jesteś - Kaśka, nie jestem skromny? nie, to
                          jaki jestem, ty jesteś sobą, - , skromność nie popłaca - znów
                          Kaśka, a ja uważam, że trzeba być skromnym - Agnieszka - bo
                          skromni ludzie..., a ty jaka jesteś, mądra? nie, głupia? nie, no
                          to jaka, nie odpowiada, skromna, co? nie mówi wprost, coraz
                          bardziej cię poznaję, jesteś upierdliwy, jak się przyczepisz do
                          jednego, to wszystko chcesz wiedzieć, to źle? nie, ale ludzie
                          może nie chcą wszystkiego mówić, - , świat mnie nie chciał, a co
                          to znaczy świat, - , poszła tańczyć, rączki w górę, rączki w
                          bok, baletnica, uwielbiam tańczyć, w miarę trzeźwienia oddala
                          się coraz bardziej, kłamie, kogo kochasz, nikogo, włączam moją
                          kasetę, rączki w górę, rączki w bok, zmiana rytmu w piosence,
                          rączki w dół, wyłącza, denerwuje, włącza co było przedtem,
                          tańcuje, rączki w górę, rączki w bok, włączam swoje, wyłącza,
                          włącza to, co przedtem, tańcuje, rączki w górę, rączki w bok,
                          baletnica, nóżka w bok, siadam za biurkiem, Ondrasz przede mną,
                          wpisuję cenę, podaję, wpisuje swoją, oddaje, dodaję obie liczby,
                          wpisuję wynik, pokazuję, uśmiech, zapisuje godzinę, skreślem,
                          zapisuję swoją, (pieczątki ze słowami: oryginał, kopia), on
                          swoją, ja moją, jego, moja, oryginał, kopia, wpisuje godzinę na
                          kart
                          • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:21
                            kę, wbija oryginał, skreślam, piszę swoją, przybija kopia,
                            wygrał, poszli spać, baletnica nie tańcuje, zmiana dźwięku, puk,
                            puk, Łukasz, ogląda papiery z pięczątkami, (oryginał, kopia),
                            chwyta za spinacze, podełko z walcem-magnesem, obrót i jest
                            spinacz, deszcz, ognisko, zabierają parasole, Kaśka, Ondrasz
                            Łukasz, mamy razem wracać, idę po dychę, mała śpi, przynoszę jej
                            plecak, wyciąga banknot, oddaje, wracam, Ondrasz z Łukaszem
                            poszli, siadam na parapecie, Agnieszka, Kaśka i ja, o której
                            następny autobus, siódma piętnaście, przyszedł kolega małej,
                            pucaty, suszy go, sok, krzywi się, czuję... niesmak w ustach,
                            właśnie, siada, przypominają sobie szkołę podstawową, z
                            pomnikiem wodza, zamiast się kłaniać, rzucali jajkami, mieli
                            ciekawych nauczycieli, uderzył w twarz, pociekła krew, na
                            podłogę, idź po szmatę do wytarcia, teraz się śmieją, spalona
                            firanka, to z zewnątrz, zamknijcie okna, Agnieszka idzie do
                            środka (tam gdzie biurko), która godzina, za dwanaście siódma,
                            to ja jadę, odprowadzić cię do bramy, czy sam sobie poradzisz,
                            odprowadzić, pucaty na górę, do małej, Kaśka odprowadza, idę na
                            przystanek, ponad kilometr, jest autobus, odjeżdża, beze mnie,
                            siódma cztery, następny czterdzieści, kładę się na ławce, na
                            przystanku, na ziemi pies, zamykam oczy, idzie facet, matka w
                            domu - pyta, pewnie tak, niewyraźnie, matka w domu - powtarza,
                            ja tu nie mieszkam, a pies pewnie służbowy - błyska dowcipem,
                            poszedł dalej, za mną chałupa, jeans'y przetarte na kolanach,
                            szara marynarka, pomyślał, że... Podchodzi kobieta, będzie o
                            siódmej czterdzieści - mówię, coś odpowiada, siada, podchodzi
                            druga, będzie o czterdzieści - ta pierwsza, jeszcze facet, stoi,
                            po prawej, przy rozkładzie jazdy, baby po lewej, pies na ziemi,
                            czterdzieści, autobus, wsiadam, jedzie, przystanek, wysiadam,
                            piechotą do domu, dzwonię, otwiera drzwi, wchodzę, zdejmuję
                            buty, ubranie, i szybciej - piżama, łóżko, spać.

                            4:03 Dobranoc.

                            Później...

                            Fragment dramatu:
                            GOŚĆ-W-DOŁKU (ot, tak)
                            Czuję się źle, nie bardzo wiem z jakiego powodu, bardzo mało się
                            odzywam, idioci dookoła to wykorzystują, czuję się wtedy jeszcze
                            gorzej. Kolejne poczucie gorszości od wcześniejszego
                            samopoczucia. Brak tym razem uczucia kogoś ponad, ale smutek, i
                            dziwna wszechogarniający niemoc. Pełno pytań, w rodzaju, którą
                            gitarę wybierasz, przy takich przeznaczonych środkach, że magę
                            tylko wybierać z łajna, a wybrać ewentualnie takie, które mniej
                            śmierdzi. Gitarę mi kupił na urodziny, najgorzej, kiedy się
                            czegoś chce, a nie ma się na to pieniędzy. Zupełnie źle to
                            rozegrałem. Na cholerę mi ta gitara, przecież wcale jej nie
                            musiałem mieć. Gdybym tak do tego podszedł, nie byłoby, zednego
                            rozczarowania, a tak czuję się koszmarnie. Miałem wybierać
                            jedzenie na urodziny. Z mięsa sam wybrał, nie ma sprawy, ale
                            kupując lody nawet nie zapytał mnie o zdanie. Kupił tańsze.
                            Odtłuszczone, jak się potem chwalił. Wybranie tortu z kilku
                            podobnych i do tego bez żadnych rewelacji, po prostu żaden mmi
                            się nie podobał, normalnie nie zwróciłbym uwagi, a tak mam
                            wybierać z tego co jest mi całkiem obojętne. Wtedy okazuje się,
                            że jestem niby strasznie niezdecydowany. W tych akurat momentach
                            jestem; nie odróżniam jednego gówna od drugiego. Rozmawiać z
                            durniami też nie mam ochoty. Umyj ręce. Naczynia zmywaj z
                            płynem, wtedy są lepiej umyte, i szmatką, a nie ręką. Polecenia
                            wydawane tak na wszelki wypadek. Bez sprawdzenia nawet, co
                            robię. Ty nie umiesz. Ty nigdy nic nie zrobisz dobrze. Koszmar.
                            Przychodzi babka i monologuje, wstań, pomóż, nie wstałeś, nie
                            pomogłeś, ty całe życie prześpisz, chcesz całe życie przespać,
                            przez cały czas gadasz głupoty, telewizor nie działa, znowu coś
                            przełączyłeś, nie, chodź włącz, bo chcę obejrzeć dziennik.
                            Przychodzi matka. I znowu ich rozpuszczasz (to o gitarze). To
                            dobra gitara? Beznadziejna. To dlaczego kupiłeś taką? Nie było
                            więcej pieniędzy. Ale zawsze się zaczyna od gorszej. A
                            przecież jakby się zaczęło od lepszej, to łatwiej i szybciej
                            można by się było nauczyć. Coś tam bełkocze. To teraz będziesz
                            sobie grał, zaprosisz mnie na koncert. Czysty idiotyzm -
                            rozmawiać z kimś, kto nie potrafi logicznie myśleć. Przyszła,
                            żeby powiedzieć: Wspaniałą masz gitarę, prawda. Będziesz teraz
                            sobie grał. A kiedy nie słyszy potwierdzenia. Śmieje się głupio.
                            Ale tak się chyba nie trzyma gitary - mówi. Nie mamy pieniędzy.
                            Nie mamy pieniędzy. To jest ponad stan. Nie ma pieniędzy na to
                            czego ja chcę, na to, czego oni, jest. Wchodzę do pokoju, może
                            byś posprzatał talerze. Brak sprzeciwu, wytłumaczalny strachem,
                            że nie wyśle mnie na studia do Krakowa. Straszy, że "przestanę
                            cię po prostu finansować". Przecież nie muszę jechać na żadne
                            studia. Straszy zakompleksiony głąb, udaje kogoś, kim nie jest.
                            List Marka Kotańskiego był świetny. Pokazał cały koszmar
                            sytuacji. Rodzice grają wielkich wodzów, a w rzeczywistości są
                            pełni lęków, które tak się wstydzą, i obawiają się okazać, że
                            przybierają maski despotów. Do tego jestem nie wyspany. I
                            jeszcze te gadanie, że mają być same piątki. A jak nie pojadę,
                            bo nie załatwi mi mieszkania? To nasuwa mi się taka możliwość.
                            Nie pojechał, bo nie załatwił sobie mieszkania. A dlaczego ty mu
                            nie załatwiłeś. A dlaczego miałbym załatwiać, przecież on już
                            jest dorosły. Jakkolwiek by nie było wszystkie zasługi przypisze
                            sobie, to my umożliwiliśmy ci wyjazd. Gdybym cię nie
                            zdopingował, nie poszło by ci tak dobrze. To nie jest dla mnie
                            przyjemność pisać takie teksty. Ten kiepski, jak na mnie,
                            objechany styl, te dołujące myśli. Ale co z tym robić. Dusić w
                            sobie? Jak tu nawet porozmawiać nie ma z kim. Wkoło mniejsi lub
                            większi debile. Tylko trzymać się myśli, że to nie otaczająca
                            realność się zmienia, tylko moje spojrzenie na nią, inaczej
                            mógłbym zwariować. Jedyny myślący facet, to dziadek, co zdradza
                            babcię głupią wiejską krowę. Nie wszystkie kobiety na wsi, ani
                            gdziekolwiek indziej, są głupie, inteligencja nie zależy od
                            miejsca urodzenia, ale ta stara kobieta idealnie pasuje do
                            stereotypu wiejskiej, ciemnej baby. Ogląda dzienniki
                            informacyjne, z których rozumie tylko niektóre zdania, głosi, że
                            "pan bóg istnieje i trzeba w niego wierzyć". Na stwierdzenie, że
                            nie można do niczego zmuszać, mówi, że do niczego nie zmusza,
                            ale "wierzyć trzeba". Cóż za bzdura. Chciała się napić kompotu.
                            Powiedziała więc: Nalej Szymkowi kompotu (też miał pustą
                            szklankę). Ani razu nie przyznała się, że to, co robi, robi dla
                            siebie. Ja nie chcę wcale tam jechać, ale chcę dla was zarobić
                            parę groszy. I jeszcze ten ironizuje. Gdzie przycisk? W środku,
                            żeby się nie zgubił, nie chce mi się rozkręcać. Czemu tam, za
                            szafką leży angielska gramatyka. Coś mruczę. Też, żeby się nie
                            zgubiła? Jeszcze jeden. Wymyślona sytuacja. Wydarł się.
                            Przestaję cię finansować, wynocha z domu! Co ty potrafisz poza
                            otwieraniem mordy. Won, nie masz prawa tak się do mnie w taki
                            sposób odzywać. A ty do mnie masz. Tak, mam. Skąd? Ja cię
                            finansuję! Ale od tej chwili radź sobie sam. Nie masz prawa tu
                            mieszkać. No, to wyrzuć mnie. Won! Ależ ty jesteś
                            zakompleksiony. Takie sobie myśli.

                            28.7.97
                            Pomidory

                            Rano głos:
                            - Idź na rynek i kup kilogram pomidorów. I owoce, jakie chcesz.
                            - Idź na rynek i kup kil...
                            - Dobrze, już wiem.
                            Ciekawe zdanie.
                            Leżę jeszcze przez zarośnięty okres czasu.
                            Wstaję, myślę o...
                            Włączam muzykę. Słowa i dźwięki.
                            Przychodzi babcia, wytwarza obiad z zabitych roślin i zwierząt.
                            - Idź-jedz zupę.
                            - Nie.
                            - Idź jeść zupę, powiedziała. (ja, czyli ona).
                            - Nie.
                            Idę.
                            Zjadam zupę.
                            - Nałóż sobie ryby i ziemniaki, ile chcesz.
                            Nakładam, bełtam ze sobą. Zjadam.
                            Kładę się. Słucham muzyki.
                            Wczoraj grałem w piłkę nożną.
                            Trzecia po południu.
                            Wracają z pracy.
                            - Kupiłeś pomidory?
                            Nie kupiłem.
                            - Jak mogłeś nie kupić! Jak mogłeś nie kupić! Co ci
                            przeszkodziło! No, powiedz, co ci przeszkodziło! Masz takie dw
                            • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:23
                              ie
                              ręce jak ja, co ci przeszkodziło! No powiedz! Masz po piętnastu
                              minutach wykonywać, to, o co cię poprosimy! Myślisz, że co! Jak
                              ci nie damy pieniędzy, to będziesz musiał wrócić do domu! Jutro
                              rano masz przynieść trzydzieści słoików z zakrętkami i umyć!
                              Kupię ogórki i będę robić!
                              Zmiana monologiarza.
                              - Ja się boję, co z tobą tam będzie jak wyjedziesz! Gdybyś
                              pokazał, że wszystko umiesz! A to ja z ojcem pracujemy, a ty
                              leżysz cały dzień w łóżku!
                              - To niesprawiedliwe, co?
                              - Jak można pomidorów nie kupić! Gdybyś chociaż kupił pomidory,
                              to rozumiem! Wyjdź z łazienki teraz ja chcę się umyć! Jak
                              wejdzie do łazienki to siedzi, że nikt nie może wejść! Żeby
                              pomidorów nie kupić!
                              I jeszcze jeden:
                              - Twój brat to sprytniejszy od ciebie, zjadł cały talerz zupy,
                              jak mu nalałam.
                              I tak dalej.

                              Powtarzanie komuś, że niczego nie umie, do niczego się nie
                              nadaje, nic nie potrafi i jest ogólnie do niczego, powoduje, że
                              ktoś tak silnie indoktrynowany w końcu uwierzy w swoją głupotę,
                              chociażby był o wiele bardziej inteligentny od tych, którzy w
                              ten sposób do niego mówią.


                              Prawdę mówiąc, zdziwienie wywołane wypowiedzią babci, że Marlena
                              powiedziała, że można ze mną rozmawiać o wszystkim, nie trwało
                              długo. Rozmawiać, owszem, mogę z każdym i o wszystkim, ale tylko
                              w przypadku, kiedy ten ktoś, nie udaje kogoś, kim nie jest. A w
                              przypadku pewnych dwóch osób, którym wydaje się, że są dla mnie
                              jakimkolwiek autorytetem, z tego prostego powodu, że są moimi
                              protoplastami, ambicja bycia kimś dla mnie godnym szacunku
                              (czyli niższości, jeśli dobrze się zastanowić) przerasta
                              niestety rzeczywiste predyspozycje. Zadając pytania i nie mówiąc
                              nic w zamian oczekują, że będę im opowiadał o wszystkim co
                              myślę. "Rodzice powinni wiedzieć" - uzasadniają. A kiedy pytam
                              dlaczego, nie potrafią odpowiedzieć (mętnie bulgoczą). Brak
                              podstawowych informacji powoduje powstawanie domysłów w rodzaju:
                              nic nie umiesz, nic nie potrafisz, nigdy nie myślisz. Słowa:
                              nigdy, zawsze, wszystko są używane jako wytrychy do większości
                              napotkanych problemów. Nigdy nic sobie sam nie zrobisz i temu
                              podobne zdania, wyznaczają codzienny zakres narzekań. Niczego
                              cię nie nauczyliśmy. No cóż, rzeczywiście, udawania lepszego od
                              siebie, reagowania krzykiem na byle nie-kupione-pomidory,
                              niestety się nie nauczyłem. To ciągłe ściąganie mnie do swojego
                              poziomu, próby nawiązania kontaktu, z wyżej wymienionych powodów
                              kończące się z reguły niepowodzeniem, są dla mnie okropnie
                              myślowo męczące i wyczerpujące. Silna indoktrynacja z reguły nie
                              jest przyjemna. Chyba, że ktoś lubi. Ja nie.

                              30.7.97 ok. 0:20
                              Dwie męczące myśli.

                              Przy ognisku. Poszukiwania (poważnej) osoby do gry w "pomidora".
                              - Jak masz na imię? Paweł... - wymienia kika imion.
                              - Tomek.
                              Dookoła ognia siedzi sporo dzieciaków.
                              - Jestem Tomek - głośno mówię i od razu wiem, że to nie ta
                              kwestia.
                              - Brawa dla Tomka.
                              Słabe brawa.
                              Koszmar (chwilowej, na szczęście) kompromitacji.

                              Tekst próbnej matury. Leży w szkolnym archiwum. Pójść do szkoły
                              poprosić o przejrzenie i spalić.
                              Element, przez który ułożone części układanki na powrót się
                              rozsypały.

                              Książka.
                              Leży w łóżku i czyta moją książkę.
                              - Czytasz moją książkę bez pozwolenia?
                              - Twoją książkę?
                              - Kupiłem ją za swoje pieniądze.
                              - Nie za swoje, swoje będziesz miał, jak będziesz zarabiał...
                              - Za swoje, dostałem je na urodziny.
                              - Mam ci ją oddać?
                              Milczę. Stary chwyt. Powtórka.
                              - Mam ci oddać?
                              Wystawia rękę z książką.
                              - No bierz.
                              Wziąłem. Wstałem z siedziska. Podszedłem do łóżka.
                              - Masz czytaj.
                              - Zabieraj.
                              - Masz i czytaj jak już zaczęłaś.
                              - Nie chcę.
                              - Obrazisz się, jeśli nie będziesz czytać?
                              - Tak.
                              - No to bierz i czytaj.
                              - Nie chcę. Przyglądam się twarzy. Typowe dla takiej sytuacji rozbiegane, na
                              nic nie patrzące oczy. Zamyka je. Obraziła się. Wychodzę z
                              pokoju. Kładę książkę na stertę z reszty. Zadziwiająca cisza.
                              Słyszę uderzanie kropli z cięknącego kranu o zlew. Przewaga
                              rośnie. Wyłapuję najsłabsze dźwięki. Zmiana schematu zachowania
                              w takiej sytuacji, spowodowała, że (podobnie jak w wersji, w
                              której nie biorę książki) czuję się pokonany. Ciekawe jak to się
                              rozegra dalej. (31.7.97) Dalej to ja czuję się winny. A z
                              jakiego niby powodu? Nie mam pojęcia. Rano odezwała się. Zamknij
                              drzwi, kiedy wyjdę. Na razie tyle. Ostanio babka za dobrze się
                              poczuła i nazywa mnie głupim i durnym. Uważa mnie za wariata i z
                              tego powodu czuje się mądrzejsza. Zadaje bez przerwy pytania w
                              rodzaju: A kiedy wraca, a kiedy jedziesz, a kiedy wrócili, a
                              czemu nie jadłeś pączka. Wkrwawia mnie. Dziadek daje z nią sobie
                              radę w bardzo prosty sposób. Nazywa ją ciemną babą i każe się
                              zamknąć. No i zamyka się, najprawdziwsza z prawdziwych ciemna
                              baba. (2.8.97) I dalej. Niby wszystko w porządku, dzwoni z
                              pracy, żeby zapytać o to i tamto, ale wieczorem, a właściwie w
                              nocy, kiedy chciała wejść do łazienki w celu wydalenia płynów i
                              zajrzała przez okno, powiedziałem, że zajęte. A powiedziałem
                              tak, że określiła, że jeżeli bez kultury, to ja. Później, kiedy
                              okazało się, że moja rakieta tenisowa ma odrapaną farbę i
                              mówiłem, że stało się to w czasie przebywania tej rakiety w
                              rękach siostry na obozie tenisowym, temat książki powrócił,
                              okazując się przykładem na moje chamstwo, którego nie może już
                              wytrzymać, z każdym dniem jest coraz gorzej, a kiedyś byłeś taki
                              grzeczny. Poza tym babka nie wierzy, kiedy mówię prawdę, lejesz
                              wodę, a potem opowiada, że ze mną nie można rozmawiać. Tak, to
                              prawda, rozmowa ze mną jest niemożliwa. Ale jeśli...

                              4.8.97
                              Szedłem Lipową w kierunku stołu z tanimi w porównaniu z
                              księgarnią książkami. Po drugiej stronie ulicy zauważyłem
                              Marlenę z siostrą. Weszły do jakiegoś sklepu. Postanowiłem, że sie przypadkiem
                              spotkamy. Przeszedłem na drugą stronę i zacząłem
                              iść na przeciwko nich. Nie zauważyły mnie, weszły do kolejnego
                              sklepu. Zawróciłem i podszedłszy do witryny zakładu
                              fotograficznego, zacząłem oglądać zdjęcia. MArlena z siostra
                              wyszły ze slepu i zaczęły iść w moją stronę. Zauważyły mnie i
                              staneły. Powiedziałem: Cześć i usłyszałem w odpowiedzi to samo
                              słowo. Weszły do zakładu fotograficznego. Ja wszedłem i zaraz
                              potem wyszedłem. Zacząłem oglądać drugą część zdjęć
                              umieszczonych za szybą. (Zakład stoi na końcu ciągu sklepów i
                              tym samym ma witrynę za dwiema szybami.) Kiedy wyszły i, nie
                              zauważając mnie, zaczęły przychodzić przez ulicę, poszedłem za
                              nimi. A dokąd teraz - zapytałem. Do księgarni. Marlena kupiła
                              książkę z opowiadaniami Rolanda Topora. Ja powiedziałem
                              znajomej-niezajomej sprzedawczyni: Dzień dobry. W odpowiedzi
                              usłyszłem to samo. Książki kupujemy? - zaczęła. Na razie
                              patrzymy - skończyłem. Nie kupiłem niczego i wyszliśmy na
                              zewnątrz. Następna będzie Księgarnia Rolnicza. Po drodze
                              polonista z dzień dobry, pomieszczenie z chińską tandetą i
                              kiosko-sklep z pocztówkami na różne okazje. Marlena Zapytała
                              skąd znam sprzedawczynię. Powiedziałem, że z księgarni. Na
                              miejscu (w Rolniczej) kupiła kilka podręczników do pierwszej
                              klasy liceum. Ja nie znalazłem tego, czego szukałem i znowu nie
                              kupiłem niczego. Kiedy wyszliśmy spostrzegliśmy, że siostra
                              gdzieś zginęła. Mówiła gdzie Marlenie, ale ta już nie pamiętała
                              jej słów. Podeszliśmy kawałek w prawo. W sklepie z zabawkami
                              brak siostry jest nad wyraz wyczuwalny. Marlena nie wie gdzie
                              szukać. Wracamy do kiosko-sklepu z pocztówkami i nie tylko i
                              tamże odnajdujemy siostrę. Ta przypomina, że zawiadomiła dokąd
                              pójdzie. Teraz się rozdzielamy. Siostra wróciła do sklepu z
                              tandetną chińszczyzną, a Marlena poszła ze mną. Czy raczej na
                              odwrót. Wracała do domu drogą wybraną przeze mnie. Zapytałem
                              jakiej słucha muzyki. Opowiedziała, a ja mam chęć na wymienione
                              między innymi dwie kasety Nirvany. Umówiliśmy się, że dostanę je
                              na jakiś czas (chwila ciszy z wyczuwalnym niemym sprzeciwem), a
                              w zamian pożyczę jej Romans z Kokainą (po
                              • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:25
                                wietrze wypuszczne z
                                ulgą, i słowa zgody). Kaset z kawałkami Perfectu nie chciała, bo
                                w szkole podstawowej uczyli się ich piosenek na lekcjach muzyki
                                (zastanawiający powód). Przechodząc obok mojego mieszkania,
                                powiedziałem, że: Teraz dam ci książkę, a ty mi jutro kasety.
                                (Umawiliśmy się na trzecią, przed wymienionym wcześniej zakładem
                                zdjęciowym.) Chwilę potem wbiegłem do domu. Przez dość długi
                                czas szukałem książki. (Wkładam sobie w rękę kasetę i myślę, że
                                jeśli nie znajdę kartek w okładce to dostanie na razie
                                nadprogramową taśmę.) W końcu znalazłem, wybiegłem na dwór i
                                wręczyłem Marlenie książkę i kasetę-składankę (sam wybrałem i
                                wgrałem utwory). Na widok taśmy zrobiła zdziwiono-ucieszoną minę
                                i poszła w kierunku domu babci.
                                A ja sobie teraz myślę, że. Początkowy etap pokonuję całkiem
                                sprawnie -

                                [Wyczuwam tylko, że albo coś się jej we mnie nie podoba, albo
                                dziwi się zainteresowaniem własną osobą, albo - trzecia
                                możliwość - myśli, że bedzie kolejnym elementem w mojej
                                (wymyślonej przez nią) kolekcji zaliczonych panienek.]

                                - ale dalej nie posunę się z tego prostego powodu, że nie mam
                                pojęcia co robić z dziewicą, a to ona oczekuje ode mnie
                                innicjatywy - zupełnie tak samo jak ja od niej. Z tego też snuje
                                się nić prostego nadzwyczaj wniosku, że na wzajemnym pożyczenu
                                kaset i książki zakończą się podchody mające za cel - jak jest
                                najczęściej - wspólną kopulację. Ciekawe myślnie kiedy wzajemne
                                zwilżanie ust jest już wielce mało prawdopodobne, a cóż dopiero
                                dyskretny urok pieprzenia.
                                Jutro o trzeciej przyniesie mi kasety. Wprost nie mogę się
                                doczekać. Zdycham z tęsknoty i pierdzę pod kołdrę.

                                5.8.97
                                Przyniosła. Ubrała się specjalnie dla mnie w letnią sukienkę w
                                kropki, czy w kwiatki...
                                Wymieniliśmy się słowami i poszła w swoją stronę, a ja w swoją.
                                Ja do wypożyczalni książek, a ona do domu.
                                Jedynym niepasującym elementem jest to, że starsza kobieta wie o
                                pozyczeniu książki, którą chciała przeczytać.
                                To zdecydowanie utrudnia przyjemność zadurzenia.
                                Zwrot pożyczonych rzeczy nastąpi pierwszego września, W
                                poniedziałek.
                                Prawdopodobnie się tego dnia nie zobaczymy. Ona zostawi książkę
                                i kasetę u babci, która mieszka w następnym za moim klocku
                                budowlanym, a ja je tam odbiorę, jednocześnie zostawiając
                                Marlenie kasety.
                                Tylko ta myśl, że ktoś wie...
                                Psuje poczucie latania nad powierzchnią.
                                Teraz 24 dni myślenia i pisania.
                                [26 dni. Kołek.]

                                Początek:
                                Będzie pamiętać, a kiedy przyjdę odebrać pożyczone rzeczy odda
                                je osobiście. Nie będę wiedział co powiedzieć, ale zaprosze ją
                                na spacer. A co tam powiem? To zależy od kolejnych od tej chwili
                                24 dni. [26. Śrubokręt.] To zależy jak na mnie spojrzy. To
                                zależy co powie. To zależy czy będzie.

                                Pozna kogoś, zapomni i nie przyjdzie.

                                Przyjemne, wspaniale przyjemne uczucie.
                                [Żebyś się nie przeliczył, krokodylu.]

                                6.8.97 Środa
                                Temperatura spada.
                                Nie myślę teraz o Marlenie zbyt intensywnie. Przez większość
                                dnia wcale nie myślałem. Słowo myślenie zyskuje za to dużą
                                popularność. Nie mogę się wręcz opędzić od myśli, żeby go użyć.
                                A któż to taki ta Marlena? Marlena to córka córki brata dziadka.

                                Siedzisz na brzegu lasu i nie widzisz nic Nie masz okropnego
                                wrażenia pustki I to że do obecnej pory deszczowej nie
                                zwariowałem A jeśli to tylko złudzenie Jestem wariatem Nie
                                odkrywanie własnego siebie Udawanie kogoś lepszego Kiedy
                                zniknąło dawne wyostrzenie zmysłów Brak uczucia Bez końca
                                powtarzany zbiór dzwięków Drzwi zamykaj klamką Ależ gdzież tu
                                właściwość oceny Brak sensu jest sensem Wypowiadanie pytań na
                                które odpowiedzią jest jej brak Brak zrozumienia w tak młodym
                                wieku Dzięwiętnaście tysięcy kilometrów stąd znajduje się nic To
                                to samo miejsce Nie obrzydliwe słowo bez granic i wartowników
                                Sam jesteś jednocześnie więźniem i strażnikiem Nie poddając się
                                Nieskończony zbiór oszustw Na wpół świadome naśladownictwo
                                Cięknąca woda z kranu Sączący się płyn Szum za oknem Słabo
                                oświetlająca poświata ekranu Pojazdy na drogach oplatających
                                siecią cały glob Nie kończcące sie zabijanie istnień Zabija i
                                pożera by istnieć Martwe jest zbędne Nie odkryte źródła
                                Niewłaściwe narzędzie Im więcej przeczytanych słów tym mniej
                                potrzeby zapisania własnych Pozornie własnych Różne konfiguracje
                                i połączenia a na końcu milczenie To pozornie lepsze od nic
                                Jeszcze jeden sposób oszustwa Istnieć bez zabijania Nie istnieć
                                Niewyobrażalnie zadziwiający kawałek materii Zachłannośc bez
                                wyobrażenia końca Wiara w nieśmiertelność świadomości
                                Nieśmiertelność ciała raczej Powtarzanie do wygaśnięcia gwiazdy
                                centrum Klonowanie Dzika wycieraczka spadających gwiazd The east
                                is the beast

                                7.8.97
                                Dzwoni do matki i informuje: Śpi na podłodze przy otwartym
                                oknie.

                                12/13.8.97 (przed i po 0:00)
                                Kiedy nagraną kasete magnetofonową odtwarzać w przyspieszonym
                                tempie, to wyraźnie słychać, że większość piosenek to powtarzany
                                bez przerwy zestaw odgłosów - krótka melodyjka (około pięciu
                                dźwięków), połączona ze zwykle nieprzerwanie wybijanym rytmem,
                                mysim głosem i piskiem gitar.
                                Zależnie od twórcy (kompozytora) myzykę przyspieszonego utworu
                                można wystukać palcem na stole, lub czasem - w przypadku
                                geniusza muzycznego (lub idioty) - nie jest to takie proste, i
                                przyspieszony fragment jest równie ciekawy (beznadziejny) jak
                                odtwarzany w prędkości nagrania.

                                Melodia lub jej brak.

                                Melodia jest...

                                Czytałem przy otwartym oknie. Kiedy skończyłem, na jednej
                                ścianie, pod sufitem, siedział ogromny komar, niżej, gdzieś w
                                połowie mała komarzyca, a na drugiej i na firance czekały dwie
                                ćmy. Poszedłem do pokoju siostry po odkurzacz. Po drodze z
                                powrotem obudziłem rodziców, a kiedy zacząłem odkurzać matka
                                idąca się odlać powiedziała: Tobie już zupełnie odbiło. To tobie
                                odbiło - odbiłem i zacząłem wciągać owady. Z tymi na ścianach
                                poszło łatwo, ale ćma na firance opierała się nieco
                                odkurzaczowi. Albo zleciała na dół, na podłogę, albo dołączyła
                                do reszty. Chwilę potem, kiedy odkurzałem z dywanu odrapaną
                                wcześniej z drzwi białą farbę, wszedł ojciec. Dochodziła
                                jedenasta w nocy.
                                - Odkurzać można tylko do dwudziestej drugiej, nie jesteś tu
                                sam, są sąsiedzi i jesteśmy my, a to, że wleciały komary nie ma
                                żadnego znaczenia, mogłeś je zabić w inny sposób. Jak będziesz
                                mieszkał sam, to będziesz robił, co będziesz chciał, a teraz,
                                kiedy mieszkasz z ludźmi i gdziekolwiek będziesz mieszkał z
                                ludźmi, to masz tego nie robić - powiedział.
                                Jego - wypełniona dobrą wolą i chęcią wpojenia niezbędnych do
                                funkcjonowania w społeczeństwie zasad - wypowiedź zmusiła mnie
                                do opisania wyżej opisanej sytuacji. Pewnie dlatego, że wydała
                                mi się niesamowicie mądra i pouczająca. Jak większość wypowiedzi
                                łysego barbarzyńcy.
                                A taki był piękny nastrój po przeczytaniu książki...

                                Fragment dramatu:
                                [fragmentami pisany 14.8.97]
                                UCISKANY-W-MÓZG (wali w ścianę)
                                Wkrwawia mnie okropnie. Jakby mi kowadło na łeb usiadło. I nie
                                mogę odpowiedzieć, bo strach, że zacznie wrzeszczeć. Przecież
                                wiem, że to dureń i chałturnik, zamiast zbierać ładne wiśnie, to
                                zbierał wszystkie, nawet te pomarszczone. A jak zacznie
                                przywalać tym swoim wszystko-wiedzącym tonem, to robi się
                                obrzydliwie. Wiem, że pieprzy bez sensu, ale się nie odwgryzam,
                                i to mnie straszliwie wkrwawia. A, krwawa, mógłbym.
                                Na przykład.
                                - Dobrze się czujesz? Dlaczegoś nie poszedł na klechę, żeby
                                posyłać swoje umoralniające bełkoty z podwyższenia? Jak to się
                                nazywa?
                                Hipokryzja.
                                Jak ja go nienawidzę. Będąc na dole, wydaje mu się, że jest na
                                górze i odpierdala swój kabaret, jakby się tam rzeczywiście
                                znajdował.

                                Nożyczkami do paznokci urżnięty.

                                Obecny stan jest dosyć krępujący. Oglądanie się na to, co mówi
                                reszta. Niemożliwość postawienia się ponad czytanym tekstem.
                                Zwracanie uwagi na głosy krytyków przed czytaniem. Doskwierająca
                                niepewność. Ciągłe myślenie o ograniczeniach. A wtedy było tak,
                                a teraz je
                                • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:27
                                  st źle. Trudności z wyborem własnego zdania.
                                  Zatracenie właściwości ocen. Brak celnych domysłów. Zamiast
                                  półświadomie, całkowicie przytomne postępowanie. Brak dystansu
                                  do siebie i tego co piszę. Nieprzyjemne wrażenie nieprawdy w
                                  zapisanych słowach. Strach przed wypowiedzeniem własnych myśli.
                                  Nieumiejętność dobrania słów. Nieśmiałość w patrzeniu w oczy
                                  nieznajomym. Uczucie strachu na widok znajomego lub kogoś
                                  podobnego. Obawa nieznalezienia właściwych słów. Znudzenie
                                  słuchaną muzyką. Wysłuchiwanie beznadziejnych pytań retorycznych
                                  i próby nieporadnych odpowiedzi. Ciągła powtarzalność tych pytań
                                  o byle nic, z żądaniem odpowiedzi. Uczucie równości do kogoś,
                                  kto nie był równy przedtem. Koszmar niemyślenia i niekontroli
                                  wypowiadanych słów. Niepewność spotkania. Trzęsące się nogi i
                                  ręce. Obrzydzenie w zabijaniu mniejszych istnień. Ciągłe
                                  oczekiwanie. Problemy z zaśnięciem. Sny z myśleniem i
                                  zachowaniem jak na jawie. Złe samopoczucie. Przypływające: Już?
                                  A wtedy? i rozsypanie ułożonych chwilę wcześniej myśli.
                                  Poczucie niższości i niemocy. Szybkie i powolne czytanie.
                                  Natrętna świadomość nieodkrycia niczego więcej ponad to, co
                                  wcześniej przeze mnie wymyślone, a obecnie zapomniane, z
                                  ewentualną możliwością przypomnienia. Brak potrzeby pisania.
                                  Ogólne zniechęcenie. Niewierzące w nadejście oczekiwanie na
                                  impuls. Świadomość, że to, co piękne teraz się takie nie wydaje.
                                  Porównywanie wrażeń do wcześniejszych - w domyśle - lepszych.
                                  Brak wpływu na innych. Ślepota na dwie barwy. Nieznajomość
                                  połączeń nazw reszty z odcieniami. Nieokreślanie. Strach przed
                                  głupotą. Brak inwencji i wstydliwość.

                                  25.8.97
                                  I pojawiające się pytanie: Czy to już teraz? Czy to już teraz?
                                  Czy to już teraz? Czy to już teraz? Czy to już teraz?
                                  Odpowiedź: tak, nie - bez znaczenia - i następujące od razu
                                  wirowanie w mózgu.

                                  [Wariat, wariat.]

                                  Marlena oddała książkę i kasetę babci przed 1 września.
                                  Odebrałem je dzisiaj i zostawiłem pożyczone kasety. Po "Romansie
                                  z kokainą" Agiejewa i "ptasiej moczo-kupie..." na mojej taśmie
                                  (wgrałem tam to zdanie) myśli, że próbuję ją "namawiać" do...
                                  okropne, i jestem obleśnie wulgarny. Myślę tak - jest na odwrót.
                                  Myślę na odwrót - jest tak. Wpisałem na wkładkach kaset:
                                  I was thinking about you.
                                  And you?
                                  The number is...
                                  (on the other tape)
                                  425-727
                                  Czerwonym długopisem.

                                  [Ach, jakie to... - potocznie - romantyczne. Serce kurczy się i
                                  rozkurcza - potocznie - wali: buch buch. Klatę mi rozrywa.]

                                  Ja pisać co myśleć.

                                  Zamiast abstrakcji opisy wydarzeń i odczuć. Dla kogo ja to
                                  piszę? Nie dla siebie przecież. Każde słowo opisujące jest
                                  abstrakcją. Słowa, które nie opisują (określają) nie istnieją.
                                  [Można oczywiście zabulgotać nic-nieznacząco, ale wtedy dochodzę
                                  do wniosku, że jeżeli słowa to dźwięki i muzyka to dźwięki, to
                                  różnica między nimi jest taka, że jej nie ma. Argument przeciw:
                                  słowa coś znaczą, a muzyka nie. Pudło. Dźwięki muzyki też coś
                                  znaczą (są znakiem, określeniem, naśladowaniem natury), tyle że
                                  słowa przestały być dzwiękonaśladowcze w toku ewolucji języka,
                                  ale jednocześnie narząd mowy nie jest tak doskonały (jest?) jak
                                  instrumenty muzyczne, obecnie można nagrać odgłos
                                  "rozbudowanego" grzmotu w czasie burzy, a na wypowiedzenie go za
                                  pomocą słów nie ma sposobu. Odechciało mi się smarować...
                                  DOKOŃCZYĆ! I poprawić bzdury.]

                                  Słowo "tak" obrazuje poruszanie głową w kierunkach góra-dół. Na
                                  pytanie co znaczy to kiwanie głową, dowolna osoba (człowiek) na
                                  Ziemi odpowie "tak" w znanym sobie języku. Jeśli jakiś zna.

                                  26.8.97
                                  Fragment dramatu:
                                  MATKA (analizuje zachowanie syna, na głos)
                                  Czytasz takie straszne książki, a potem się utożsamiasz z
                                  najgorszymi bohaterami. Zaczynasz się zachowywać tak jak oni,
                                  tak, jak ten z tej książki, jak on traktował matkę, ty tak samo
                                  się odzywasz do mnie.

                                  SYN (odpowiada)
                                  Tak, to prawda, utożsamiam się z najgorszymi bohaterami ze
                                  strasznych książek. Wynajduję takie książki, czytam je i
                                  naśladuję najgorszych bohaterów. Szukam zwłaszcza takich, którzy
                                  źle odnoszą się do matek, ci najbardziej mi imponują i dlatego
                                  uważam ich za godnych naśladowania. Podsumowując, sądzę że moje
                                  postępowanie jest wzorowe; i w przyszłości będę się starał
                                  zachowywać tak samo.

                                  28.8.97
                                  Fragment dramatu:
                                  MATKA (analizuje...)
                                  Jakim ty chcesz być psychologiem, jeżeli doprowadzasz człowieka
                                  do takiego stanu. Mówiłam, że mi niedobrze, a ty nie skończyłeś,
                                  cały czas się obawiam, że wybrałeś niewłaściwy dla siebie
                                  kierunek. My z ojcem się obawiamy.

                                  SYN (odpow...)
                                  Twoje (a wyciągając za uszy wnioski z tego, co powiedziałaś -
                                  wasze) przypuszczenia są słuszne, zupełnie nie nadaję się na
                                  psychologa. Kiedy mówiłaś, że ci niedobrze, postanowiłem nie
                                  przerywać, ponieważ moim celem było doprowadzenie cię do
                                  ostateczności, co jak widzę całkowicie mi się udało.

                                  3.9.97
                                  Babka:
                                  Ja oglądała w telewizji, że ci co się odchudzają, to idą później
                                  do szpitala dla psychicznie chorych i tam umierają.

                                  4.9.97
                                  Zupa.
                                  - Naleję ci zupę.
                                  - Nie.
                                  - Co? Naleję ci i zjesz.
                                  - Nie. (nalewa)
                                  - Naleję, zjesz z bułką. Jak chcesz dobrze zjeść, to idź po
                                  śmietanę.

                                  - Chodź zjesz zupę.
                                  - Mówiłem, że nie.
                                  - Chodź, już nalała.
                                  - To teraz jedz.
                                  - Chodź, bo jak nie zjesz to zabieram się i idę.
                                  - To idź.
                                  - Chodź, bo jak nie zjesz to nie dostaniesz pięciu złotych w
                                  sobotę.
                                  - To nie dostanę.
                                  - Chodź, dziadek je z mlekiem, a ty nalejesz kefiru.
                                  - Nie zjem.
                                  - Zjesz.
                                  - Nie.

                                  [Kiedy powiedziałem, że zrobię kotlety, czy placki, I can't
                                  remember what and when it was, obraziła się i wyszła. A
                                  następnego dnia tak się starała, że przyrządziła najlepsze
                                  kotlety z piersi kurczaka od czasu jak u nas gotuje.]

                                  Za niecały miesiąc wyjeżdzam do Krakowa. Powiedziała, że nie
                                  może spać z tego powodu.

                                  8.9.97
                                  Fragment dramatu:
                                  PISARZ (wie i nic; niezwykła sytuacja)
                                  Wierzę, że można opisać miłość. Bzdura. Wierzę, że można opisać
                                  wszystkie uczucia. Wydaje mi się - głupio - że wystarczy znaleźć
                                  odpowiednie słowa. Wierzę, że jest możliwe zapisanie
                                  wszystkiego. Wydaje mi się - wydaje! - że wystarczy nazwać
                                  uczucie, żeby zostało opisane. Sporo (nie wszystko) mi się
                                  jeszcze wydaje. I chociaż wiem, że tylko się wydaje, to nawet
                                  pomimo tego nie przestaje się wydawać.

                                  9.9.97
                                  Najlepiej pisało (mi) się w stanie krowiego zatopienia.
                                  Myślenie bez przerwy (love) o jednej osobie pozwala przy okazji
                                  pisać (myśleć nie, w myśleniu pojawia się chaos) z większą
                                  jasnością o otaczającej reszcie.

                                  Oczywiście zależy od piszącego.

                                  [Opisuje swoje doświadczenie i myśli, że tak jest zawsze,
                                  gnojek. A jest akurat na odwrót, tym lepiej piszesz, im mniej
                                  używasz emocji (używają tobą emocje). Co za pieprzony bełkot!]

                                  10.9.97
                                  Fragment dramatu:
                                  BABKA (do wnuczka wyjeżdzającego na studia do innego miasta)
                                  Ty się akurat rok pouczysz i wrócisz do nas, jak ta dziewczyna.

                                  Bez przerwy pierdzą, że nie dasz sobie rady, że za rok wrócisz,
                                  że na pewno się boisz.

                                  13.9.97 (14?)
                                  Fragment dramatu:
                                  ZALĘKNIONY (głośno myśli)
                                  Boję się, że coś się stanie.
                                  Zderzenie z rowerem, a potem zakonnice, czarny - wieczorem -
                                  kot, który zatrzymał się w pół drogi. Strach przed śmiercią,
                                  bardzo dziwaczne uczucie. Świadomość, że jest przypadkiem,
                                  zbiegiem okoliczności to, czy palnę głową w chodnik, czy
                                  rozbryzga mnie na ulicy samochód. A chęć oglądania zastanej
                                  realności przerasta o głowę pozostałą resztę chęci.
                                  Dziwne, dziwaczne. Okropne.

                                  14.9.97
                                  Fragment dramatu:
                                  SIOSTRZENIEC (do ciotki)
                                  Tak, przyznaję się, chciałbym być wyższy. Oto mój wielki
                                  problem, nie dający spać. Tak, cierpię, poduszka w nocy
                                  wilgotnieje od łez, prześcieradło przesiąka, kołdra staje się
                                  mokra, następnie całe łóżko, pokój, mieszkanie, piętro, piwnice.
                                  Organizm mi się odwadnia i wymiotuję wątrobą. Czuję się okropnie
                                  i nie mogę się doczekać operacji.
                                  Wycięcia twojego .
                                  • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:29
                                    .., ciociu.

                                    17.9.97
                                    To, że jestem zdrowy przypomniało przed chwilą, że są osobniki
                                    niewidzące, nie słyszące, bez rąk i/albo nóg, a to z kolei
                                    spowodowało, że poczułem się szczęściarzem i zacząłem się bać.

                                    Tego, że przestanę (nim) być.

                                    18.9.97
                                    - Są pewne zasady.
                                    - Pewne - to znaczy jakie?
                                    - On jest idiotą.
                                    - Dlaczego - idiotą?
                                    itp.
                                    Odpowiedzi odkrywają sposób myślenia (wyobrażania sobie) albo
                                    poglądy pytanych (o ile odpowiadają na zadane pytanie).

                                    Fragment dramatu:
                                    OSACZONY (wylewa z siebie)
                                    Uwolnić się, tylko uwolnić się. Ciągłe pouczanie. Powtarzająca
                                    bez przerwy babka: chodź zjesz zupę, chodź zjesz zupę, chodź
                                    zjesz zupę. Chcesz się od nas uwolnić, ale bez nas sobie nie
                                    poradzisz. Kiedyś będę to czytał i przerabiał na opowiadania i
                                    powieści, teraz czuję się osaczony, ogłupiany, uważany za
                                    głupiego, ja cię nauczę kultury - spierdalaj. Mętne spojrzenia,
                                    nawiedzone słowa. Ja niczego do nich nie czuję. Głupota.
                                    Wylazła, kiedy się napili. Pamiętaj, trzeba wierzyć w boga. Ja
                                    cię do niczego nie przy..., ja proszę. Ale powinieneś. Ja cię
                                    uczę. Uznał się za ... i mędrkuje. A jak spojrzy tym swoim
                                    zalęknionym wzrokiem, to żal się robi. Zasraniec. Praca, dom,
                                    praca, dom. I prawie nic więcej. Jeszcze wódkę piją. I oceniają,
                                    oceniają, przyrównują do siebie, nie potrafią wyleźć z
                                    przerażającego schematu i nie pozwalają wyjść mnie. Jeszcze
                                    tylko dwa tygodnie i wyjazd do Krakowa. Tylko. Powtarzalność,
                                    powtarzalność mnie przeraża. Nie kończący się koszmar. Ależ
                                    przecież pragniemy dla ciebie jak najlepiej.

                                    Bez prądu. (akustycznie)

                                    !!!
                                    Mam pełną świadomość, że ten dziennik jest w przytłaczającej
                                    części (nie całej!) klozetem z mało śmierdzącym gównem,
                                    nie wartym ponownego wąchania - czytania (nie powodującym takiej
                                    chęci), ale jest on przecież zaledwie zlewem
                                    średnio-zachwycająco opisanych pomysłów i doświadczeń, które
                                    zostaną - mam nadzieję - w niedługiej przyszłości gruntownie
                                    (bez przesady!) przeredagowane i podopowiadane. A na razie są
                                    jedynie zapisane dla niezapomnienia - formalnie nie-doskonale.
                                    !!!

                                    19.9.97 (0:00 - 0:30)
                                    Pełnia księżyca.
                                    Silne białe światło.
                                    Długie oświetlone obłoki.

                                    21.9.97
                                    - A wiesz chociaż na kogo głosowałeś?
                                    - Wiem.
                                    - Na kogo głosowałeś?
                                    - Na nikogo.
                                    - Nie powiesz?
                                    - Już powiedziałem - na nikogo.

                                    22.9.97
                                    Fragment dramatu:
                                    POETA (próba k...)
                                    Wyglądam przez okno Jak wspaniale zieleni się trawa, motyl
                                    łopocze bezgłośnie tęczowymi skrzydłami Słońce przysmaża
                                    taplających się w kałużach szkrabów, biały rumianek pachnie
                                    radośnie. Pogoda akurat na spacer, niezapomniany spacer.
                                    Zakładam dresy i wychodzę na długą przebieżkę. Biegam między
                                    pachnącymi dziko akacjami i wybijającymi rytm natury
                                    dzięciołami. Powietrze pachnie wiosną, nieśmiałe żuki objadają
                                    zieleniące się liście. Na przenikliwie niebieskim niebie mrugają
                                    zachęcająco puszyste obłoki. Postanawiam pobiec na alejkę
                                    zarośniętą czerwieniącymi się znienacka różami. Tam usiądę na
                                    trawie przy iglanym kopczyku; będę podziwiał wytrwałe nad wyraz
                                    mrówki, niestrudzone skowronki i sprytne wiewiórki. Zostanę tu
                                    do wieczora i razem zapatrzymy się na nieprzytomnie pełniejący
                                    księżyc.

                                    24.9.97
                                    Telefon.
                                    - Cześć, tu tatuś, wyspałeś się?
                                    - Nie.
                                    - No, to trudno.

                                    Kraków, studia, pokój, wczoraj.

                                    [Dziecko, które jeszcze nie istnieje ma dystans do wszystkiego,
                                    z tego prostego powodu, że niczego nie zna (nie może znać, bo go
                                    nie ma), następnie - po zapłodnieniu i urodzeniu - im więcej
                                    brzydkich doświadczeń (które to?) i nieprawdy - kłamstwa
                                    (cudzego a później własnego), tym mniej dystansu; pojawia się
                                    rozdwojenie osobowości na tą prawdziwą i fałszywą (ta ostatnia
                                    na codzienny użytek). Wtedy to pouczanie, wypowiadanie sądów na
                                    temat: Jak powinno być, staje się hipokryzją, jest sztuczne i
                                    denerwujące.
                                    Jest to bardzo niewygodne dla pisarza (nie (lub tak) zdającego
                                    sobie z tego sprawy), który próbuje pisać arcydzieło, a zamiast
                                    tego otrzymuje denerwujące, głupie (głupie! głupie! głupie!) i
                                    najczęściej nieciekawe (nudne) hipokrytyczne (ale słowo)
                                    pouczenie (kazanie).
                                    Jeśli myślisz, że pisząc te wyrazy myślałem o tobie, to siedzisz
                                    w błędzie, pomyślałem dopiero później.]
                                    {DOKOŃCZYĆ I POPRAWIĆ!}

                                    - Tatoo, tatoo, on mi kartofla do wanny wrzucił.
                                    - ...zachowyjesz się jak przygłup.

                                    25.9.97
                                    Prawie Bez przerwy widzę, że napisany tekst nie wygląda tak jak
                                    bym tego chciał, ale nie mam ochoty go poprawiać, nie chce się i
                                    to jest przyczyna, dla której teksty tego dziennika mogą być nie
                                    do końca w środku tarczy. Może, paradoksalnie, przez to czytanie
                                    go potrzebuje mniej wysiłku, niż gdybym je poprawiał.

                                    Czytanie złych stylowo tekstów...

                                    26.9.97 Piątek
                                    Siostra zaczęła ryczeć, wrzeszczeć i zawodzić.
                                    Ojciec powiedział, że nie zawiezie komputera do Krakowa, bo
                                    "komputer nie służy do pisania tekstów".
                                    - Wierszyki możesz sobie pisać ręcznie.
                                    [ten dziennik to jeden wielki wierszyk]
                                    Kiedy zapytałem, do czego służy: Do grania? odpowiedział:
                                    - Nie. (Komputer jest mu potrzebny jedynie do gry w
                                    elektronicznego brydża)
                                    I dodał: Może do grania, ale i tak komputera na razie nie
                                    dostaniesz, i nie ma dyskusji. Może później jak ci będzie
                                    potrzebny.
                                    - Jak ci będzie potrzebny, to ci ojciec przywiezie komputer
                                    samochodem. - dopowiedziała matka.
                                    Nie potwierdził tej obiecanki.

                                    Interpretacje:
                                    1. Nie chce w ogóle zawieźć komputera do Krakowa (tam będę
                                    studiował psychologię), bo chce sobie pograć.
                                    2. Jest idiotą, do Krakowa i z powrotem jest tysiąc kilometrów,
                                    przewiezienia komputera razem z rzeczami, które będzie wiózł do
                                    wynajętego pokoju, w którym będę mieszkał, byłoby tańsze.
                                    3. Kiedy zadzwonię i powiem, że jest potrzebny (komputer), to
                                    odpowie, że nie będzie jechał tysiąca kilometrów tylko po to,
                                    żeby (mi) go przywieźć.

                                    Jak widzę, interpretacja 3. jest najbardziej prawdopodobna.

                                    27.9.97
                                    Fragment dramatu:
                                    MATKA (wylewa; kawałki - bez kontekstu)
                                    A on sobie leży jak krowa, nie wiadomo czego. Krowy mają
                                    pracować, nie leżeć.
                                    Już nie mogę się doczekać, kiedy wyjedziesz.
                                    Co zabrudzi, niech pierze.
                                    Mnie tam nie interesuje jak będziesz tam żył. Wyjedziesz i to
                                    będzie moment, w którym ja się tobą w ogóle nie zajmuję. Twoim
                                    praniem, sraniem, sprzątaniem.
                                    Nic mi się nie chce dla ciebie robić.
                                    Babcia ci dała pieniądze, których już nie masz, oczywiście.
                                    Jesteś podobny do ojca, a charakter masz dziadka.
                                    ?
                                    Nie wiem jak w sporcie, ale jak wstajesz z łóżka to jesteś
                                    flegmatyczny (zagryza górną wargę, unosi brwi). Tak. Flegma.
                                    Chcesz zobaczyć moje stare zdjęcie?
                                    ...
                                    Co za obojętność na wszystko.

                                    SYN (odpowiada)
                                    Tak, przyznaję, leżę jak krowa, jestem nieodróżnialnie podobny
                                    do ojca, mam dokładnie charakter dziadka, jestem niepodważalnie
                                    flegmatyczny oraz doskonale obojętny na wszystko. Masz jak
                                    zwykle absolutną rację, więc całkowicie się z tobą zgadzam.

                                    ------------------

                                    Przychodzi babcia do wnuczka:
                                    Kto ciebie na dwa spusty zamknął. Ty by nie wylaz. Nie mówisz
                                    dzień dobry babciu. Jak ty wychowany. Czemu nie odzywasz się
                                    nic. Ty, co nie odzywasz się jak mruk? Co piszesz? Słyszysz, co
                                    gotować dziś. (Nie wiem.) Jak to nie wiesz. Nic tobie nie
                                    mówili... Pusta lodówka. A, jest mięso mielone. Ale nie ma
                                    kartofli. Kartofli trochę jest. Ale starczy? Dziadek młody to
                                    nie był taki mruk, aż za dużo gadany. A ty takie mruczydło.
                                    Ciebie zamknęli na dwa spusty, żeby nie uciekł z domu, tak? Na
                                    dwa spusty zamknięty był. Szymek jak mnie zobaczy, to zaraz
                                    dzień dobry babciu, a ten - to ja go nie obchodzę nic. Nie
                                    pogada niczego. Kiedy jedzie(dze)cie do tego. Dwa Paulincy
                                    cukierki. Kiedy jedziecie do Krakowa? Ty, mruczydło. (Nie wiem.)
                                    Jak to nie wiem. Nie rozmawiacie w domu na ten temat, że [nic]
                                    nie wiem. Pójdziesz chyba po kartofle. Karze jakieś gotować. Ja
                                    zobaczę. Tak wychowany, to niech jedzie z Bogiem. Ludzie go
                                    wychowa
                                    • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 20.11.03, 14:31
                                      ją. Nauczą mówić dzień dobry. Babki ma dość, ale żeby nie
                                      przyszła, nie nagotowała, to nie miałby co jeść. Czego [co]
                                      odkręcasz, to zakręcasz, psuje się. Trzeba do lodówki. Na stole
                                      stoi dżem i herbata z cytryną. Otwórz mi najpierw jeden a potem
                                      drugi słoiczek, a ja zobaczę czy nadają się na zupę. [starkowane
                                      ogórki] Otworzył? Otworzył dwa, czy jeden? Nadają się, kwaśne
                                      już. [wnuk smarka, kicha albo kaszle] Przeziębił się. Zaczął
                                      starać się o ten Kraków, to zdziczał. Wcześniej przychodził
                                      zobaczyć co..., a teraz nic. Tam zdziczeje u tych Mazuryskaw.
                                      Zdziczał. Zdziczał zupełnie. Tak jak dzik... Zachowuje się. Jak
                                      dziki człowiek. Co ja zrobię. Ani głowy, ani mowy. Weź chleba
                                      kawałek, najesz się tak? Albo bułkę.
                                      Jak mówił ten Wałęsa: Ani be, ani me, ani kukuryku. Herbatę pij
                                      z cytryną. Na stole stoi. Jak ty będziesz w szkole tak
                                      rozmawiać, to ciebie wygonią. Wygonią. Tak jak twój dziadek
                                      zaczął reperować wersalkę, zrobił jakiegoś garbusa. A ja mówię:
                                      Idzi twoju mać. Spieprzaj. A potem poszedł do Oli. Ja przychodzę
                                      - garbus... Moim zdaniem jak robić to dobrze... Jak była w twoim
                                      wieku, to na koniu jeździła... Ale wyszła za mąż za takiego
                                      durnotcz(k?)ika i wszystko zniszczyłoś. Jakies widziadło, ani
                                      be..., jak on chodzi do tych prostytutek, to ja nie wiem. A
                                      kręgosłup już... Że plaster przykłada. Wczoraj nie było ani
                                      jednego trafionego... Weż wygraj, chyba na fujarce. Jak nie ma
                                      szczęścia to na nic, ni na wygranie, ni na sranie... Ja zaraz
                                      zobaczę, bo ty nic nie zobaczysz. Jakaś kaszka... Kiedyś
                                      widziała. O, toło... Nie to mąka jakaś. Ja kiedyś widziała i
                                      patrzyła, co to za kaszka (t) jaka. O tuło leży. Masz
                                      przeczytaj, co to jest... Widziała w paczce... Co ty tam piszesz
                                      tak. Co to za kaszka, jak jej gotować. (Kuskus, trociny takie.)
                                      Co dzień kartofli? Przeczytaj jak jej gotuje się... [wnuczek
                                      głośno czyta; przepis wydaje się babci zbyt skomplikowany; sam
                                      gotuj - mówi; wnuczek nie chce] Nie chcesz, to niech matka
                                      gotuje, nie moje zmartwienie... Wojnę toczyć. Chodzi i pisze, to
                                      usiądź i napisz i wtedy przyjdź. Kto u ciebie tam w pokoju co
                                      prasował.
                                      Tak się nie chce iść do was.
                                      W domu nie ma z kim porozmawiać i tu.
                                      Co ty robisz? (Ćwiczenia mięśni brzucha.) Co?
                                      Pierdoły. Każdy może gadać i nic nie robić. Lewica najlepiej
                                      potrafi robić. I lewica dużo, dużo dobrego zrobiła.
                                      Ony tak(ie) wredne, (że) ja na nich patrzeć nie mogę. Jeszcze
                                      wezmą babę durną jak oni sami.
                                      Stare chui, pozbierają się i pierdolą.
                                      Włóż skarpetki i nie chodź bosy, bo temu smarkasz. Albo włóż
                                      jakie kapcie. Czemu nie ma dziennika?, bo nie na jedynce stoi, a
                                      na ósemce. [na ósemce przez video (magnetowid) "leci" jedynka;
                                      za chwilę rozpocznie się dziennik] Nie ma dziennika. Już po
                                      dwunastej minutę i nie ma. Idź przestawiaj. Na polonii postawił.
                                      Nu, już po dwunastej minutę...
                                      Włóż i zaraz jeść będziesz. Włóż szybciutko. Starczy śmietanki?
                                      Weż bułeczki, tam jest świeże(a). Tobie trzeba dużo jeść
                                      śmietany... Jedz, to później będziesz pisać, bo pamięć
                                      zapisujesz. Tomek, obuj skarpetki. Czemu ty taki jesteś uparty.
                                      I jedz. Z tobą to bardzo ciężko rozmawia się. Obuj skarpetki i
                                      jedz. Pisanie nigdy... Jak jesz, to nie pisz. Co ty tam piszesz.
                                      Jakie bzdury? Co... Obuj skarpetki i jedz. Obuj, później
                                      dopiszesz. Trzeba wstawać i obuwać się od razu. Ooch... Dobra
                                      zupa? Nie pisz jak jesz, bo, mówię, pamięć zajadasz. Kiedyś na
                                      nas nauczyciele krzyczeli, jak jeść, to nie pisać. Słyszysz?
                                      Spiszesz, jak zjesz. Coś dla dziadka kręgosłup boli. Nie da rady
                                      chodzić. Tu nakleja plaster. Zmęczył się. Nie wiem jak mi on
                                      naprawi wersalkę. Nie pisz, skończ wpierw zupę i nie pisz jak
                                      jesz. Ot, nie słucha. Trzeba starszych słuchać. Starszy wszystko
                                      wiedzą. Do mnie Gienio mówi: Ty jesteś znakotwórca, co tobie się
                                      dzisiaj śniło...
                                      To podjeł trochę. Smakowało? Już babci nie chce się iść, bo co
                                      nagotuj, to nie smakuje... Na takie musowe robotę.
                                      Przyprosiła, żeby dziadek przyszedł te zlewy i ponaprawiał
                                      t(w)am. Nie wiem (czy) przyjdzie. On mówi tam jest Tomek. Tomek
                                      się nie zna. Tomek się nie zna na zlewach. Jak go Jadźka nie
                                      wyciągnęła, to może przyjdzie. Co ty piszesz, powiedz? Co to
                                      takiego? Do szkoły? (Nie.) Czy gdzie już przenosisz się w inne
                                      miejsce? Jeszcze się przeniesiesz, jak pobędziesz w tym
                                      Krakowie. Siedzisz głodny, chłodny. Jak będzie chołodno, gołodno
                                      i damoj daleko. Taki byłeś matematyk. Trzeba było iść tutaj na
                                      komputerach. A poszedł na jakuś psychiatr(i)u. [Już] Durakoł
                                      uświadamiać. Jutro zupa będzie, bo dziś nagotowana, to i na
                                      jutro...
                                      Co pan każe sługa musi. Dziś zobaczyła, że mięsa kupili. Jutro
                                      może dziadek pójdzie na działkę, to rzodkiewki przyniesie.
                                      Na co ty kupił gitarę i na niej nie grasz. Kupił gitarę i na
                                      niej nie gra. Wydał tyle forsy.

                                      Kto idzie? {Ja, cześć.}
                                      Chodź Paulinku(a) na zupkę.
                                      Dobra naciągnij skarpetki. Od razu ucz się dobrze naciągać.
                                      [Patrz,] jak baszłyki...
                                      Zimno, weź tego...
                                      O, widzę zimno, Tomek w śpiwór nogi wsadza. Tomek ty nie marznij, wyciągaj
                                      pierzynę.
                                      Niech on wyciąga i śpi.
                                      On cały czas coś pisze. Kiedy ja przyszła, to pisał, i pisał, i
                                      pisał. Listy miłosne?
                                      [Daj mu pograć.] On niedługo wyjeżdża.
                                      {To niech już wyjeżdża!} [wychodzi]
                                      To idź graj, bo zezłościła się jak ja powiedziała...

                                      Wstawaj, idź po ziemniaki. Ziemniaki kupisz i śmietany. Do zupy
                                      trzeba, do ogórków. Ty Tomasz ubieraj się, nie siedź, bo kiedy
                                      ja ziemniaki obiorę.
                                      ...i kreśli! Będziesz kreślił jak przyjdziesz. Już wpół do
                                      pierwszej, a ty siedź(isz).
                                      [wnuk pyta ojca czy oddał babci pieniądze; mówi, że oddał,
                                      chociaż tym razem tego nie zobił] On mnie kiedyś za coś oddawał,
                                      ale teraz nie wspominaj. Idź Tomaszku teraz kup, a potem
                                      będziesz sobie pisał, co ty piszesz [tym] zielonym. Trzeba sto
                                      razy mówić...
                                      Słyszysz, co to jest? Zobacz jak brudno, przyjdziesz, to
                                      odkurzysz. Szybko zbieraj [ubieraj?]. Jak zupa zagotuje się, to
                                      zjesz. Bułeczek parę kup i śmietanę.

                                      29.9.97
                                      Fragment dramatu:
                                      BABKA (do wnuka)
                                      Pamiętaj, żeby wierzył w boga, to pan bóg wszystko da.

                                      Poszedłem na Lipową 32, żeby dostać odroczenie służby wojskowej.
                                      Przyniosłem zawiadomienie z podpisem sekretarki (Sekretarza
                                      Komisji Rekrutacyjnej), że dostałem się na studia, które
                                      pszyszło w lipcu. Facet powiedział, że trzeba się tym było
                                      pochwalić w lipcu, a teraz to trzeba przynieść zaświadczenie, z
                                      pięczęcią nagłówkową, pieczęcią okrągłą i podpisem rektora, czy
                                      prorektora, że jesteś studentem. A jak nie będziesz mógł, to
                                      niech rodzice przyniosą książeczkę wojskową i zaświadczenie, to
                                      dostaniesz odroczenie. (A jak książeczka zginie na poczcie? -
                                      pomyślałem. - A jeśli nie wyślę, będę musiał jechać tysiąc
                                      kilometrów, tylko po to, żeby mi wpisał do książeczki jedno
                                      zdanie) Dobrze - odpowiedziałem i wyszedłem. W drodze do domu
                                      poczułem się paskudnie, pomyślałem, ale jestem zasraniec, ale
                                      biurokracja, ale się poddaję, ale się nie buntuję, ale się
                                      milcząco zgadzam. Pieprzona nieśmiałość.

                                      [Jak nieśmiałość? Tchórz.]

    • Gość: cejmerynka Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: *.jgora.dialog.net.pl 21.11.03, 10:10
      ja se prowace takiego dzienika bo jestem zbutowanym dałnem
      • Gość: pojebany laluś Re: dziennik zbuntowanego nastolatka IP: 80.51.244.* 23.02.04, 12:12
        Tylko jeden komentarz?
Pełna wersja