a.zaborowska1
21.06.07, 17:14
Ostatnie tygodnie ciąży to ciągły strach, stres, jeżdżenie na ktg, wydana
fortuna na usg aby tylko nic nie przegapić aby w każdej chwili coś lekarze
zrobili... powoli myślałam, ze już wariuję a panika była tak duża że nie
umiałam się uspokoić.
Rano byłam na wizycie ok. 9.3o zrobiono mi ktg skurczy zero, zapis prawidłowy
Ufff później Pani doktor zbadała. Pani na razie na pewno nie urodzi, szyjka
długa zamknięta, przepuszcza jeden palec. Mówię, jej, że boli mnie brzuch tak
jak przy miesiączce. No tak już może być odpowiedziała.
Ok. godz. 16.00 zaczęły się skurcze ale noc wcześniej też były więc zeżarłam
nospy, magnez i się położyłam. Poszłam do łazienki. Zobaczyłam dziwny śluz
galaretkowy. Pomyślałam ochooo to może być czop. Więc zaczęłam czytać w
internecie o czopie ale skurcze zaczęły się co raz bardziej robić dokuczliwe.
Więc myślę sobie kurde może pojadę znowu do szpitala więc lepiej się wykąpie
i umyję głowę. Wyszłam z wanny i opatulona w ręcznik usiadłam sobie przed
wiatrakiem (był straszny upał) patrzę a tu giga czop już zabarwiony na
brązowo, policzyłam skurcze co 5,6 min. Telefon do męża: nie chowaj samochodu
do garażu jedziemy do szpitala, dziecko do wanny (ubrudzone z podwórka).
Andżelika się wystraszyła bardzo. Zadawała mi tysiące pytań a ja nie umiałam
jej odpowiedzieć bo już nieźle bolało. Weszła do samochodu i zaczęła mówić „
Ojej, żeby tylko dziecko nie umarło, żeby było zdrowiutkie...” i tak cały
czas. Chyba nigdy w życiu nie widziałam takiego przerażenia w jej oczach.
Zawieźliśmy ją do teściowej i pojechaliśmy do szpitala. Na izbie następne
Ufff znajomy lekarz, który znał naszą historię (nie musiałam wszystkiego od
początku tłumaczyć) na samolot bez kolejki i mówi „ no zaczyna się rozwarcie
rodzimy „ a ja „ale kiedy?” a on ”dzisiaj na górę i cięcie” Była godz. O.k
20.30 może później nie pamiętam. Reszta to: dokumenty, przyjęcie, ważenie,
wenflon, kroplówki, cewnik itd. Na szczęście ciśnienie nie skoczyło. Maciek
głaskał mnie po rękach a od środka czułam jakby ktoś mnie uspokajał. Ktg
zapis dobry ufffff. Pojechaliśmy na górę, ktoś powiedział, że lekarz musi
wyrazić zgodę na obecność męża, jak to ???? Przecież mieliśmy być razem, na
szczęście lekarz pozwolił następne uffff. Maciek zaczął mnie rozśmieszać, że
teraz są unijne plasterki, igły i takie tam głupoty. Potem znieczulenie
operacja... czekaliśmy na głośny donośny krzyk. Czekaliśmy na to ponad 2 lata
wielka cisza i jest Mały zapłakał ale po cichu... Maciek wyszedł z
pielęgniarką. Ja mówię, że mały cichutko płakał lekarz na to „ale mocno
wierzgał nogami J „ Jak mi go M. Przyniósł już spał... był taki śliczniutki,
zero wymęczenia porodem, taki cieplutki. Pani doktor powiedziała: Chłopczyka
oceniam na 10 pkt, wszystko wpożądku, nie ma objaw wcześniactwa (to był
dokładnie 37.2tc) Nie mogłam się już doczekać kiedy skończą ze mną...
W końcu skończyli, małego zabrali, żeby go ogrzać, wywieźli mnie pod salę co
chwila pytali jak się czuję. Pojechałam na położnictwo, kroplówki, przyszła
położna przywiozła małego powiedziała, że ssie palec. Przystawiła go do
piersi od razu załapał o co z tym chodzi i z czym to się jee. Wrażenia
niesamowite, nie do opisania. Leżał sobie nagusieńki przytulony do mojego
ciała tak 3 godziny. A ja nie mogłam uwierzyć, że go mam !!!! Że teraz już na
pewno będzie wszystko dobrze, że Andżela jutro się dowie że ma braciszka J
Maciek pojechał do domu. Ja próbowałam usnąć, niestety z wrażeń się nie dało.
Ok. 2 w nocy zabrali małego przywieźli o 9.00 i tak już ze mną został.
13 czerwca o 22.45 3 tyg. Przed terminem, 8 dni przed planowanym cc urodził
się mój kochany synek. W życiu jednak nie ma co planować to co ma być to
będzie. Ja teraz to już tylko pragnę jednego aby moja rodzina była zdrowa
żeby Maciuś, Andżelika nie chorowali a z resztą damy sobie radę. Na dzień
dzisiejszy wiem, że wszystko może się zdarzyć i w dobrym i w złym tego słowa
znaczeniu.