Kryzys małżeński...

13.09.07, 23:26
Hej... w sumie rzadko piszę, a więcej czytam, ale odczułam potrzebę by napisać
coś od siebie. Otóż w moim związku jest coraz gorzej. Zaczęło sie już w sumie
jak byłam w ciąży. Wszystko rozchodzi sie o to, że ja jestem w domu i wedle
mojego faceta powinnam w tym domu wszystko robić. Ja kompletnie nie jestem
typem "perfekcyjnej pani domu", która musi mieć wszystko tip top. Gdy pod
koniec ciąży byłam w domu to tez oczywiście sie czepiał, ze nie ma obiadku, że
pranie nie zrobione itd.

Ja w zasadzie sama opiekuje sie dzieckiem i teraz jest juz w miare ok, bo
Oskar jest bardzo pogodnym i kochanym dzieckiem. W nocy już normalnie śpi ale
wczesniej budził sie ze dwa razy i byłam tym wykończona. W dzień ciagle spałam
albo dochodziłąm do siebie po cesarce. Mój Nie-Mąż coraz bardziej i cześciej
sie mnie czepiał. Oczywiście sam prędzej by zdechł niżby miał sobie pralke
włączyc. Woli poswiecic energie na wypominanie mi, że nie ma czystych gaci.
Nie mam od niego za grosz wsparcia. Na dodatek potrafi mi wyjechać z tekstem,
że nie dbam dobrze o naszego syna. Siedzę z nim sama cały dzień, karmie,
przewijam, często kąpię sama, bo tatuś gdzieś wywala z domu do kolegów albo
szanownej rodzicielki. Ja oczywiscie tez wychodze z domu, np. chodze raz w
tygodniu na konie, ale on o wiele cześciej niż ja jest poza domem.

Gdy coś robie w domu to nawet tego nie zauważy, gdy zrobię obiad to nie
podziękuje tylko wrzuci talerz do zlewu. Zdarza mu sie, ze cos zrobi w domu,
ale potem przy okazji kłótni mi to wypomni, że on niby ciagle sprzata, a ja
nic cały dzień nie robię. Szczytem było jakmi powiedział, że zmarnował na mnie
swój urlop, bo siedział ze mna w domu po cesarce i mi pomagał przy dziecku.
SŁABO???!!! Szczeke zbierałam z podłogi! Wiem, ze mówił to w złosci, ale nawet
mnie potem nie przeprosił za to.

Obecnie po tych wszystkich awanturach nie chce mi sie z nim gadac. Musze
panować mocno nad nerwami, bo gdy Oskar marudzi to momentami mam ochotę nim
potrząsnac a czasami sie na niego wydrę żeby sie zamknął. Dzisiaj waliłam
rękami o ścianę z wsciekłości, bo juz nie wiedziałam co zrobic ze soba po
kolejnej akcji.

Wszystko co robie, robie xle i nie tak jak trzeba. Na dodatek Nie-Teściowa
codziennie wydzwania z pytaniem jak się ma jej dziubdziuś (Oskar). Jak mały
płacze akurat to jest 100 pytań w stylu "może ma kolkę? może jest chory?".
Oskar płacze tylko gdy jest głodny. Jak każde dziecko musi kiedys kurde
popłakać! Ciagle słyszę od tej cholernej rodzinki pytania w stylu "a na
spacerku byłaś? a nakarmiłaś? a byłaś u lekarza?" Synek i mamusia w tandemie
mnie wypytują jakbym do cholery była jakaś niepełnosprawna.

Dzisiaj szlag mnie trafił, bo miałam pojechać po Pesel dziecka i nie
wiedziałam dokładnie gdzie. Zadzwoniłam wiec tu i tam i dowiedziałam sie gdzie
mam jechać. Za chwilę dzwoni Nie-Teściowa z informacja, że ona sie dowiedziała
gdzie mam jechać (wiedziała, że bedę dzwonić by sie dowiedziec). Za godzine
dzwoni z pracy Nie-Maż żeby mi powiedziec to samo. Jakbym kurde nie umiała
sobie sama poradzić. Wkurza mnie to, że nie moge nic zrobic sama, bez żadnej
kontroli, bez wiszących mord nade mną.

W obecnej chwli jestem doprowadzona do takiego stanu, ze wrzeszcze na Nie-Męża
by sie odpierdolił, spierdalał, spieprzał i wyzywam go od najgorszych. Jak on
nadaje to mam ochotę zatkać uszy i śpiewać. Dzisiaj nawet posprzeczalismy się
kto komu zabierze dziecko.

Wszystko wymyka sie spod kontroli... a na poczatku próbowałam normalnie z nim
rozmawiać, ale juz nie mam siły. Mam ochotę by zamknał ten ryj i polazł do
matuli, która na pewno mu wypierze skarpety i poda obiad do stołu.

Sorki, ze tak sie wyflaczyłam, ale normalnie nie mogę... Mam ochotę gdzieś
zwiać i wydaje mi sie, ze to koniec naszego wspólnego życia. Juz od dawna
żyjemy obok siebie a nie ze sobą. Dosć mam tego...

:(
    • aurinko Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 00:27
      Kurcze, przeczytałam kilka razy to, co napisałaś i nie potrafię nic sensownego
      sklecić. Tyle słów się ciśnie...
      Postaraj się być cierpliwa w stosunku do synka, sama piszesz, że jest kochany, z
      pewnością chcesz dla niego jak najlepiej; krzycząc na niego będziesz później
      czuła się jeszcze gorzej, bo dojdą Ci wyrzuty sumienia. Póki pogoda znośna
      staraj się jak najwięcej przebywać z synkiem na spacerach, może masz możliwość
      odwiedzić koleżankę, po prostu wychodzić z domu. Zwłaszcza w chwilach, kiedy
      Twój partner się czepia. Ja na Twoim miejscu wzięłabym go na przeczekanie, niech
      nie ma czystych gaci, niech wyjdzie do pracy bez kawy bo nie będzie miał
      czystego kubka, niech sobie sam obiad odgrzeje (o ile w ogóle obiad będzie),
      rączki mu nie odpadną a jeśli woli chodzić głodny albo stołować się u mamusi, to
      w ogóle nie gotuj przez jakiś czas, a sama zjedz na mieście albo sobie coś zamów
      gdy on jest w pracy. Tylko obawiam się, że będzie Ci ciężko znieść jego gadanie.
      W takich sprawach trudno cokolwiek radzić, dobrze by było, żeby on przeczytał
      Twój post. Przypuszczam, że nie rozmawiacie na spokojnie, po partnersku o swoich
      problemach i oczekiwaniach wobec siebie, może spróbuj do niego napisać list?
      Czasem napisać jest łatwiej, może pisany przekaz będzie bardziej zrozumiały dla
      Twojego partnera?
      A co Twojej "teściowej" - może ona naprawdę chce pomóc, tylko robi to nie w tym
      momencie, co potrzeba? Może nie bardzo orientuje się w czym mogłaby Ci pomóc
      stąd ten telefon z opisem jak dojechać po pesel? Może jesteś rozdrażniona przez
      to, że siedzisz prawie caly czas z synkiem i potrzebujesz więcej wyjść z domu?
      Moja mama też często wypytuje o spacery, lekarza itp., ale uważam, że to
      normalne, że chce wszystko wiedzieć o swojej wnuczce...
      Nie wiem, jak to jest być w takiej sytuacji jaką Ty masz, u mnie jest zupełnie
      odwrotnie, w każdym momencie i w każdej sprawie mogę liczyć na mojego nie-męża,
      on od umytych naczyń bardziej ceni moje dobre samopoczucie, a jeśli brudne
      naczynia bardzo mu zawadzają to po prostu sam je myje; przy Małej też pomaga we
      wszystkim, w zasadzie gdyby mógł karmić, to byłabym w domu chyba niepotrzebna. I
      dlatego, że nie jestem w stanie wczuć się w Twoje położenie, to nie umiem Ci
      udzielić mądrych rad.
      Mogę jedynie przytulić i trzymać kciuki aby szybko wszystko się unormowało.
    • narttu Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 08:15
      moje przemyslenia po twoim poscie...
      Po pierwsze opieka nad niemowlakiem to pelen etat i dowodem na to
      jest fakt ze jest cos takiego jak urlop macierzynski i dostajesz za
      to "wyplate". Tak samo jak maz za swoja prace. To ze robisz cos w
      domu powinno byc traktowane jako ekstra bo w domu nie siedzisz i
      odpoczywasz tylko pracujesz tak samo jak maz. I nie powinno sie dac
      sobie wmowic ze jest inaczej. Wiec jezeli maz sam z siebie nie
      pomaga to lepiej ustalic zasady: 1. rozdzielic obowiazki domowe po
      polowie (ja robie pranie, ty odkurzasz, ja robie kolacje i
      sniadania, ty obiady itp). Dodatkowo zrobie cos wiecej w domu jezeli
      bede miec na to czas= ty zrobisz cos przy dziecku. Wiec jezeli chce
      miec i 1.posprzatane i 2.ugotowany obiad to znaczy ze powinien
      wziasc na siebie cos co zajmuje tyle samo czasu np 1.kapanie dziecka
      2.zmienianie mu pieluch popoludniu i wieczorem. Jezeli sie zapyta
      czemu takie zmiany teraz jak sobie z tym wszystkim radzilas do tej
      pory to powiesz ze sobie nie radzilas, ze brakuje ci czasu, jestes
      zmeczona i nerwowa co doprowadza do takich a nie innych sytuacji. I
      tyle a propos co kto robi..
      Dodatkowo probowalabym "zawalczyc" o jakos zwiazku. Tzn "sprzedac
      dziecko" przynajmniej raz w tygodniu tesciowej (skoro sie tak
      interesouje) i spedzic troche "quality time" z mezem. Zrobic cos
      razem. Moze byc nawet spedzenie czasu przed TV z miska czipsow.
      Cokolwiek relaksujacego. Wtedy czas spedzany wspolnie nie bedzie sie
      wam kojarzyl tylko z obowiazkami i narzekaniem i bedzie latwiej
      rozmawiac. Poza tym cos co sprawdza sie u mnie (nie wiem czy to tak
      samo dziala w innych zwiazkach)- poswiecac duzo uwagi mezowi,
      interesowac sie co sie u niego dzieje i jak poszedl mecz, jak maz
      cos opowiada i dziecko zacznie cos gegac to nie przerywac
      natychmiast bo kazdy wtedy czul by sie zlekcewazony.. Przeczytalam
      ten post rano mojemu mezowi i stwierdzil ze to wcale nie taka dziwna
      i niekoniecznie bardzo kryzysowa sytuacja i ze jestescie po prostu
      oboje zbyt zmeczeni i rozczarowani tym jak zycie teraz wyglada stad
      tyle (niekoniecznie przemyslanych) zlych slow i frustracji. I ze
      zalozy sie ze maz tez chcialby to zmienic szczegolnie jezeli zalezy
      mu na dobru dziecka i jego matki. Mysle ze to sie da naprawic..
      Trzymaj sie
      • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 09:19
        Dzięki za odpowiedzi. Ja tez mam nadzieję, że bedzie lepiej, ale nie wiem czy to
        bedzie takie proste. Mój facet jest z gatunku tych co wiedza najlepiej i czesto
        jest tak, że rozmowa z nim jest po prostu niemożliwa. Ja raczej nie krzyczę,
        chociaż ostatnio osiagam w tym względzie szczyty swoich możliwości. On natomiast
        przekrzykuje mnie za każdym razem jak usiłuje cos powiedzieć. Nie potrafi mnie
        wysłuchać tylko zawsze wali jakies dobre rady, albo oskarża mnie o cos.
        Przykładem jest to nieszczęsne sprzatanie. Jak mi wyjechał z oskarżeniami to mu
        na spokojnie usiłowałam wytłumaczyć, że jestem zmeczona, że nie daję rady i
        dlaczego zamiast sie mnie czepiać nie zapyta jak mi pomóc. A on na to, że to
        tylko kwestia organizacji i zaczął mi tłumaczyć jak powinnam sie zorganizować by
        zrobic wszystko bez jego pomocy. Poczułam sie jakby mnie ktoś kopnął w łeb.
        Powiedział też, że "inne kobiety jakoś daja sobie radę, a jego mama jakoś dała
        rade z dwójka dzieci". Juz nie wspomnę, że wczoraj nawet wyjechał mi z tekstem,
        że jestem złą matką. Nie dosć, że mnie nie wspiera to jeszcze mnie dołuje i
        pogrąza. Muszę walczyc z własnym zmęczeniem, opiekować sie dzieckiem to jeszcze
        muszę znosić tego bezczelnego typa.

        Wczoraj pojechałam po ten pesel i zostawiłam dziecko u moich dziadków. Potem u
        nich długo siedziałam, bo nie chciałam wracać do domu. On sie zdenerwował, bo
        nie odbierałąm telefonu i nie odpisywałam na smsy (miałam wyłaczony dźwiek i
        komórke w torebce i nie słyszałam) i jak wróciłam do domu to kazał mi oddac
        kluczyki do samochodu i powiedział, że od tej pory będę mu mówić gdzie jadę i
        kiedy wrócę. Najlepsze jest to, ż eto auto jest mojego taty w zasadzie... to
        znaczy juz jest nasze ale dostaliśmy je od mojego taty po promocyjnej cenie
        kilku tys, a samochód nie byle jaki bo Lancia Kappa. Owszem, to Nie-Mąż spłaca
        kredyt, ale nie dostałby auta za taką małą kwotę, gdyby nie fakt, że jest ze mną
        i jest ojcem wnuka mojego taty. Nie ma prawa zabierać mi kluczyków, bo ten
        samochód dostaliśmy po to bym mogła sie łatwo z dzieckiem przemieszczać.

        Wszystko to jest dla mnie jakąś paranoją. Jak normalnie w jakimś horrorze. Z
        człowiekiem nie da sie rozmawiać zupelnie. Niby ja jestem złą matką, ale z niego
        ojciec zaden, bo wraca do domu ok. 17, wywala sie na łóżko obok dziecka i gada
        do niego, że jest taki śliczny i słodki, ale potem mówi, że gdzieś jedzie i
        tyle. Owszem, on go kąpie jak jest w domu, ale w zasadzie dzieckiem opiekuję się
        tylko ja.

        Co do chwil razem, to wychodzilismy do kina itd. nie siedzimy w domu z dzieckiem
        cały czas. Ja co tydzień jadę na konie, bo czekałam na to od czasu gdy zaszłam w
        ciazę, on sobie wychodzi z kolegami. W domu jednak jest tak, że mieszkamy obok
        siebie a nie ze sobą. On nic mi miłego nie powie, nie pochwali za cos co
        zrobiłam tylko zauwazy to czego nie zrobiłam. To zazwyczaj ja planuję i
        załatwiam opieke nad dzieckiem żebyśmy mogli gdzies wyjsć. On nie popisał sie
        tym ani razu. Mam wrazenie, że go w ogóle nie obchodzę i jestem tylko jakims
        robotem do obsługi jego dziecka i niego.

        Na przetrzymanie go nie będe brać, bo on mi życie zatruje,a ja jestem kłębkiem
        nerwów. Będę dbać o dom i dziecko, ale obiadów gotować nie będę. I tak nie mam z
        czego, bo on zakupów tez nie zrobi dopóki go nie wyślę z kartką. A nie bede
        jeszcze wymyślać co mu zrobić na obiadek. Za dużo mam juz na głowie i na dodatek
        jestem strzępkiem nerwów. Jakiś czas temu rozpisalam sobie plan porzadków, by
        codziennie robić cos w domu i jednoczesnie mieć wiecej czasu dla dziecka i
        siebie. Trzymam sie tego i powoli dom zaczyna normalnie wyglądać. Zrobie tak by
        sie nie miał czego czepiać, ale jednoczesnie nie chce mi się z nim gadać, nie
        bede robić tego wszystkiego dlatego, że książę hrabia sobie zażyczył. Nigdy nie
        marzyłam by zpstac czyjąś kuchtą i sprzataczką, tym bardziej gdy nie czeka mnie
        za moja prace nawet jedno miłe słowo.
        • edzia.79 Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 09:36
          wiesz co sorry ale ja mam dla ciebie inna rade;zabieraj Oskarka i uciekaj gdzie pieprz rosnie.z takim despota i jego mamuska nie da sie zyc.sama dasz sobie rade i wychowasz malego bez niczyjej pomocy a napewno bez pomocy ZAKICHANEGO tatusia.
          • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 10:07
            Szczerze ci powiem, ze chciałabym bardzo to zrobić, ale nie mam jak. U mojej
            rodziny nie ma miejsca na mnie i na dziecko, bo mieszkają w trzy osoby w dwóch
            pokojach. Ja zarabiam za mało żeby sie samej utrzymać. U mojego taty tez nie
            moge zamieszkać, bo on ciągle zmienia miejsce zamieszkania i jeździ po całej
            Polsce. Nie-Mąż zarabia więcej ode mnie a w tej chwili wynajmujemy mieszkanie.
            To cholernie niesprawiedliwe, bo czuje sie zaszantazowana finansowo. :(

            Naprawde chciałabym sie z nim dogadć, bo przecież nie zawsze tak było jak teraz,
            ale nie umiem. Mam wrazenie, że on kompletnienie docenia tego co ja robię, tego,
            że przeszłam całą ciazę, że przeszłam cesarkę, po któej miałam powikłania (bóle
            głowy po znieczuleniu). Wypomniał mi nawet to, że został ze mną jedna noc w
            szpitalu żeby mi pomagac przy dziecku jak leżałam pod kroplówkami. Kiedy mi z
            tym wszystkim wyjechał to dech mi w piersi odjeło... nie wiedziałam co mam
            powiedzieć.

            Ja wiem, że nie jestem może ideałem, bo mam czasami wyjatkowo wredny charakter i
            jestem z natury leniwa, ale staram sie. Wczoraj mu powiedzialąm, ze sie staram
            jak mogę, a on odpowiedział "może i sie starasz, ale ci nie wychodzi". Ręce
            opadają... Na każdym kroku musi mi powiedzieć cos przykrego, cos co mnie
            zdołuje. Po wczorajszej rozmowie telefonicznej, kiedy zadzwonił do moich
            dziadków na telefon stacjonarny, nie mogłam sie uspokoic i cała rodzina mnie
            uspokajała. Trzęsłam sie z nerwów, bo zaczął cos gadać o tym, że mi dziecko
            zabierze, bo ja mu nie mówię, gdzie jestem i takie tam. A sam mi kazał po ten
            pesel jechać!

            Wcześniej była taka sytuacja, ż emyślałam, iże bede musiała pojechać po pesel na
            drugi koniec miasta, tam gdzie rodziłam. Musiałabym jechać sama z dzieckiem,
            któe fotelik ma z tyłu, bo z przodu jest poduszka powietrzna. Nie mam więc nad
            dzieckiem żadnej kontroli. Na dodatek nie wiedziałam jak tam dojechać, a ja sie
            zawsze wszędzie zgubię. Zapytałam Nie-Meża czy mógłby wziac dzień wolny w pracy
            i pojechac ze mną, a on sie wkurzył i stwierdził, że ja sobie wymyślam problemy
            jak zwykle i ze to żaden problem pojechac tam z dzieckiem. Nic do niego nie
            docierało, że ja nie bede miała jak dziecka nakarmic jeśli za dlugo bede tam
            jechać, że bede musiała jechac z rozwrzeszczanym dzieckiem przez pół miasta,
            jeszcze sie zgubię gdzieś itd. Nic do zakutej pały nie dotarło i jeszcze mi
            wypomniał, że ja w ogóle śmiem go prosić o wziecie dnia wolnego skoro wiem, że
            on nie moze, bo brał ostatnio jeden dzień na egzamin poprawkowy.

            Nie jestem w stanie z nim rozmawiać... nic a nic...

            Jego mama nie jest aż taka tragiczna, bo bardzo nam pomaga, ale jest momentami
            nadgorliwa i to mnie wnerwia. A jak ja jeszcze chodzę po ścianach z nerwów to
            jej telefony jeszcze bardziej mnie wyprowadzaja z równowagi. Tym bardziej, że
            ona jest dosć mocną osobowościa i lubi przeforsowywać swoje. Na szczeście ja do
            mimoz tez nie należę i jakos sobie z tym radzę. Natomiast gdy jej synalek
            doprowadza mnie do obłędu, wytyka mi ż ejestem złą matka i sobie stwarzam
            problemy to jej wypytywanie czy z Oskarkiem na pewno jest wszystko dobrze, po
            prostu mnie wnerwia na maksa, bo juz sie czuję kontrolowana przez całą tą
            rodzinkę, jakbym nie umiała sie dzieckiem zając.

            Wczoraj gdy byłam u moich dziadków, moja mama powiedziała mi "jak ty sie pięknie
            Oskarkiem zajmujesz, az miło popatrzeć". I to był najcudowniejszy komplement
            jaki usłyszałam ostatnio.
            • edzia.79 Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 10:17
              przeciez z tym czlowiekiem nie da sie zyc!!!!!!
              jesli nie masz co ze soba zrobic to poczekaj az odchowasz malego,wrocisz do pracy i wtedy odejdz od niego.inaczej bedziesz tego zalowala do konca zycia,poniewaz on nie jest oparciem ani dla ciebie ani dla dziecka.
              a co do mieszkania;ja gdy mialam kryzys finansowy mieszkalam z mezem i synem w 2 pokojach w 7 osob i dalismy sobie rade,a mieszkanie bylo malusienkie.
              • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 10:30
                Owszem, tylko ,ze moja mama jest niestety chora na schizofrenie, dziadkowie maja
                juz swoje lata i nie chce im sie zwalać na głowę jeszcze z małym dzieckiem. I
                tak opiekują sie moją mamą, wiec nie potrzeba im wiecej przeżyć. :/

                Dam sobie jakos rade. Przeczekam ten czas, a potem jak będę mieć okazję, to po
                prostu od neigo odejdę i koniec. W tak trudnym dla mnie czasie on jeszcze mi
                dokłada... Nie sadzę by się zmienił. Nie sprawdził sie... ot co.
                • burda3 Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 10:55
                  Kochana!
                  Ja rzuciłam wszystko- miałam jesc sniadanie ale wolałam dokładnie
                  przeczytac co napisałas. Ja jestem przerażona Twoją sytuacja - nie
                  spotkałam jeszcze nigdy takiego buca- sorry ze wyrazenie - jest to
                  ojciec Twojego synka, ale szacunku do takiego człowieka mieć nie
                  mozna. Uwazam,ze powinnas mu wydrukowac i pokazac nasze posty- moze
                  cos do tej zakutej pały dotrze. Takie mamisynki-leworączki niech
                  sobie wynajma pomoc domowai kucharke- zapłaci i zobaczy,ze nie ma
                  nic za darmo...Kurcze, moj Mały sie budzi - ale napisze jeszcze do
                  Ciebie. Poki co, to uwazam,ze powinnas wyprowadzic sie do Dziadkow-
                  jakaby nie była sytuacja- kąt sie dla Ciebie powiniem znalezc- moze
                  ti go otrzeźwi? A jako nie-mąz- to sabie zdaje sprawe,ze sąd przyzna
                  Tobie dziecko bez dwóch zdań- i moze dlatego sie tego boi bo cos
                  przeczuwa. Zostaw drania na czas jakis- chociaz watpie,zeby sie
                  zmienił na zawsze - a Ty zycie sobie jeszcze zdązysz ułozyć.
                  Trzymaj się, nie ma sytuacji bez wyjsciam na szczescie masz
                  Dziadkow, Tate- na pewno nie wylądujesz na bruku, kobiety sa w
                  gorszych sytuacjach i dają radę- chowają sie po noclegowniach z
                  małymi dziećmi. Więc popatrz,ze masz o niebo lepsza sytuacje- a
                  jeszcze jedno - tesciowa,tez powinna przeczytac twoj post- moze
                  wpłynie na synalka...
                  • narttu Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 11:34
                    kurcze.. moze jestem naiwna ale wierze ze to sie da jakos uzgodnic i
                    ze twoj nie-maz to nie zaden buc tylko normalny czlowiek..nie wierze
                    ze sie zmienil o 180 st odkad jestescie razem a przeciez jakos do
                    tego doszlo ze jestescie razem.
                    Rzadko jest tak ze wszystko jest czarno-biale. Jakos sie musi dac
                    pogadac. Moja mama tez nie potrafi sie klocic tylko od razu krzyczy
                    i nie slucha drugiej strony a moj tata generalnie przeczekuje az ona
                    sie uspokoi i zaczyna jeszcze raz tlumaczac spokojnie.
                    Argumenty ze twoja mama sobie radzila nie jest zbyt trafiony. To czy
                    sobie czlowiek radzi zalezy w duzej mierze od dziecka i od
                    charakteru matki.. moze ta mama sobie nie radzila ale nie miala
                    wyjscia poza tym miala naokolo same matki polki i nie wiedziala ze
                    mozna inaczej. Poza tym czasy byly inne..faceci nie rodzili z
                    zonami..wiekszosc pracowala fizycznie a nie w biurze.. do pracy
                    jezdzilo sie rowerem a nie samochodem.. bylo ciezej nie tylko matkom
                    ale i ojcom. Teraz skoro czasy sie zmienily i ojcowie maja lzejsza
                    prace tzn przy komputerze zamiast zasuwac z lopata 12 godzin to
                    matkom tez nalezaloby cos dac od zycia i pomoc? Poza tym pomaganie
                    przy dziecku przywiazuje dziecko do ojca co w dzisiejszych czasach
                    jest wazne a kiedys bylo pomijane bo i tak dziecko bylo z mama,
                    ciotkami i babciami do pomocy a teraz nikt nie ma czasu..
                • aurinko Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 11:35
                  Skoro już mowa o odejściu...
                  Przez 10 lat żyłam z psychopatą, bo uwierzyłam w to, że gdy odejdę to nie dam
                  sobie rady. Uzależniona finansowo, mieszkaniowo, bez doświadczenia zawodowego, z
                  dzieckiem, bez możliwości powrotu do rodziców, bez pracy, w końcu bez pieniędzy
                  na chleb dla dziecka. Wszystkim sterował mój mąż, pyłek na telewizorze czy
                  łyżeczka od herbaty w zlewie to były powody do kary a karą było np. wyrzucenie
                  wszystkich moich kosmetyków, bo "tylko k... się malują". Wyjście do sklepu to
                  był kwadrans ze stoperem w ręku, spóźnienie = kara. Bez przerwy wmawiał mi, że
                  jak mnie poznał to byłam szczuplejsza, że się zapuściłam i roztyłam (ważyłam
                  wtedy 55kg przy wzroście 171cm) i ja w to ślepo wierzyłam, odchudzałam się przez
                  wiele miesięcy, nic nie jadłam, w końcu odzwyczaiłam się od jedzenia mając
                  skrajnie wyczerpany organizm (efekt - po odejściu od niego spędziłam 2 lata na
                  terapii bo to już nie było zwykłe odchudzanie tylko anoreksja), a ciągle
                  słyszałam, że mam za grubą dupę. Nie będę opisywała skrajnych sytuacji, ale
                  latanie za mną z nożem to lajcik. A zaczęło się tak niewinnie, od nieumytych
                  naczyń i braku obiadu na czas, bo nie wyrabiałam się przy dziecku. W końcu
                  odważyłam się odejść, wyszłam z domu gdy on był w pracy, zabrałam syna, jego
                  książki do szkoły i kilka ciuchów na przebranie. Nie miałam dokąd pójść ale
                  wiedziałam, że jak wrócę to albo wyląduję w wariatkowie albo na cmentarzu.
                  Miałam dla kogo walczyć, mój syn był dla mnie wszystkim. Kilka nocy spędziłam u
                  koleżanki, w tym czasie poszukałam pracy, o dziwo okazało się, że mogę łatwo
                  znaleźć pracę, zwierzyłam się ze wszystkiego szkolnej pani pedagog, która
                  załatwiła bezpłatne obiady dla syna w szkole, pomogła w dofinansowaniu
                  podręczników. Znalazłam mieszkanie do wynajęcia, chociaż nie było mnie na nie
                  stać, ale mając zapewnioną pracę szybko wyrobiłam sobie kartę kredytową,
                  zadłużyłam się żeby opłacić 3 miesięczny wynajem mieszkania i wreszcie miałam
                  upragniony spokój. W wielkim skrócie - było ciężko, nieraz cieszyłam się, że
                  mogę masłem chleb posmarować i napić się herbaty, moją całą wypłatę pochłaniał
                  wynajem i opłaty, na jedzenie nie było nic, ale udało mi się uzyskać niewielkie
                  alimenty. Mój syn zaczął się lepiej uczyć, przez kilka tygodni z rzędu potrafił
                  wrócić do domu bez uwagi w dzienniczku, zaczęły się pochwały, a on zrobił się
                  pogodniejszy.
                  Ułożyłam sobie życie zupełnie inaczej, przetrwałam najgorsze chwile i wiem, że
                  nigdy nie będę żałowała swoich decyzji. Jednego tylko żałuję, że tak długo
                  zwlekałam z odejściem od męża, bo dopiero jak od niego odeszłam to zaczęło mi
                  się wszystko układać, przy nim nic dobrego by mnie nie spotkało.

                  Myślę, że masz dwa wyjścia i jeśli zdecydujesz się na odejście, to wybierzesz
                  wyjście uzależnione od Twojej siły psychicznej.
                  Pierwsze - postawisz wszystko na jedną kartę tak jak ja kiedyś. Ty też z
                  pewnością sobie poradzisz.
                  Drugie - będziesz zdecydowana ale będziesz czekała na dogodny moment, ale
                  pamiętaj, że ten moment, który wg Ciebie wyda Ci się dogodny może nadejść za
                  wiele lat albo wcale. Przynajmniej przygotuj się jakoś i zabezpiecz. Załóż sobie
                  osobne "tajne" konto w banku i odkładaj sobie tam nawet niewielkie kwoty, nawet
                  jeśli z codziennych zakupów odłożysz do skarbonki 2zł to za jakiś czas będziesz
                  miała coś na początek.
                  Jeśli naprawdę czujesz, że nie da się nic w waszym związku naprawić, to myśl
                  wyłącznie o sobie i dziecku.
    • boazeria Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 11:22
      jestem przerazona zachowaniem twojego faceta! co za cham i prostak!
      on wraca z pracy i chce miec ugotowane, sprzatniete itd... a ty
      kiedy mozesz wyjsc z pracy i odpoczac???? robota 24/dobe! to on
      powinien ci robic sniadania rano, kupic pizze zamiast obiadu i
      usypiac dziecko zebys miala czas dla siebie! nie jestes robotem!

      moj maz na poczatku zwiazku tez probowal mnie tak ustawiac ale w
      koncu walnelam talerzami, spakowalam go i sie uspokoil jak zobaczyl
      ze to nie na zarty... :-) zaczelam sie ladnie ubierac, malowac i
      zobaczyl ze ini faceci tez na swiecie... teraz przewija, kapie,
      wstaje w nocy, pozmywa, podloge na kolanach zmyje...

      moja mama tez na poczatku mnie wnerwiala bo nic mi nie pomogla a
      tylko opieprzala ze jejejaja jak w domu masz brudno albo cos w tym
      stylu... ale zaczelam specjalnie do niej jezdzic z mezem w porze
      obiadu, wlosy rozczochrane, nieumalowana i udawalam ze przysypiam ze
      zmeczenia i w kolko opowiadalam jak to maly w nocy 10 pieluch
      zasikal i 8 razy jadl.... wreszcie sie odczepila!


      wiesz co teraz moj maz powiedzial jak mu to przeczytalam twojego
      posta???????
      zebys go zostawila na 1 dzien samego z dzieckiem! zostaw mu
      odciagniete mleko i jedz do rodzicow sama! niech zobaczy jak fajnie
      jest opiekowac sie dzieckiem 24 na dobe, niech sprobuje w tym czasie
      zrobic sobie obiad, isc sie wykapac itd! niech zobaczy ile pracy
      jest przy malym dziecku!
      aha i nie sadze zeby i odebral dziecko bo po takim dniu raczej nie
      bedzie chcial miec wylacznej opieki.......
      a jak sie boisz zostawic dziecko z nim to jedz podrzuc tesciowej na
      caly dzien z melkiem odciagnietym.... moze wtedy ona jakos na niego
      wplynie jak zobaczy ze nie jest tak kolorowo z dzieckiem siedziec...

      wiem ze latwo radzic a jak sie ma dola to wszystko wydaje sie takie
      ciezkie ale pamietaj- to TWOJE zycie i musisz o nie walczyc...
      bedzie dobrze, glowa do gory! najwazniejsze ze masz malego brzdaca
      ktory niczemu nie jest winien a jako jedyny bedzie kochal zawsze
      bezwarunkowo ;-)

      ps.pamietam ze na pocztaku moj maz np. zwracal uwage "o maly chyba
      ma pelna pieluszke" a ja na to "ojej... hm to wez zmien bo ja musze
      do toalety- juz nie wytrzymam a chyba dlugo mi zejdzie!" i
      siedzialam sobie na wc czytajac gazetke jakies pol godzinki....

      • narttu Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 11:54
        hehe.. sztuczke z toaleta stosowal moj maz jak przychodzil do domu z
        pracy i na progu dostawal ode mnie kwiczace dziecko :)))
        • narttu Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 12:55
          z doradzaniem odejscia, tajnego konta itp bylabym ostrozna. Nie
          wierze ze twoj nie-maz to psychopata (ale tez mnie tam nie ma). Moze
          z jego punktu to wyglada inaczej.. Nie wie ile pracy jest przy malym
          dziecku jezeli sie stara wszystko robic dobrze (i nie zostawia sie
          dziecka placzacego bo moze przestanie i nie unika sie noszenia go bo
          plecy bola). wiec mysli ze to takie wakacje tylko z dzieckiem. Wiec
          wraca do domu a tam nie ma nic do jedzenia, po podlodze walaja sie
          jakies ciuchy i pieluchy, kurz 2tygodniowy, dziecko spi w lozeczku a
          zona przy kompie znow czyta forum. On moze nie wiedziec ze to jej
          jedyna wolna chwila a dziecko spi od 10min a zona nie ma sily sobie
          zrobic sniadania wiec sie walnela przed kompa zrelaksowac. Mysli
          sobie "no ja tu zapierdalam 8godzin a w domu syf. A przeciez dziecko
          wiekszosc czasu spi lub je. Przeciz ona nic nie robi". Wiec go szlag
          trafia, ze on zapierdala i dziecka nawet nie widzi no i nie ma
          ochoty z nia gadac bo ona nie dosc ze nic nie robi to narzeka wiec
          idzie sie spotkac z kumplami i dzieckiem sie zajmowac nie chce (bo
          to ona powinna skoro ma tyle czasu zeby przed kompem siedziec).. Wg
          mnie to moze tak wygladac. Teraz wyobrazcie sobie ze zona planuje
          uciec a w dodatku ma tajne konto..
          Ja mowie ze powinniscie jednak sprobowac pogadac (bez wyzywania sie
          o ile sie da)
          • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 14:22
            Właśnie wróciłam z Oskarem od lekarza. Okazało się, że ma alergie i teraz na
            receptę będę mu dawać Bebilon Pepti. Mało karmie piersia, w zasadzie prawie
            wcale, ale raz na jakiś czas udaje mi sie do tego zmusić. Mam uraz, bo poczatki
            miałam bardzo trudne i teraz karmie odciagnietym albo sztucznym. Niestety w
            całej tej atmosferce, mój pokarm zaczął zanikać... :/

            A jeśli chodzi o Nie-Męża, to właśnie tak to wyglada z jego strony i nie
            przemawia do niego to gdy mówię, że jest inaczej i że naprawde nie mam czasu.
            Dzisiaj zjadłam.. uwaga... jednego batonika. Dosłownie! Pomijam fakt, że w
            sytuacjach stresowych odechciewa mi sie jeść i trace apetyt, ale dzisiaj robiłam
            wszystko od rana żeby wyrobić sie do lekarza. No i pisałam jeszcze do was, bo
            mnie już rozsadzało.

            Jakis czas temu zostawiłam Nie-Męża sam na sam z dzieckiem i nie dał sobie rady.
            Wróciłam o północy a dziecko leżało w łóżeczku i nie spało, wanienka stała na
            srodku okoju z mydlinami, do wody dodał płyn do kąpieli a nie oilatum, nie
            posmarował mu buzi, dał mu nie to mleko co trzeba, otworzył okno a dziecko
            lezało po kąpieli bez czapeczki. W nocy jak dziecko płakało to nawet nie słyszał
            (a mu powiedziałam, że predzej sie zesram niż wstane do dziecka). Dopiero jak go
            w dupę kopnęłam to sie obudził i od razu powiedział "no idź go nakarm!". Ja nie
            poszłam to on poszedł obrazony. O 6 rano znowu ta sama sytuacja i znowu usiłował
            na mnie zwalić obowiazek. Tym razem poszłam do dziecka, ale wysmiałam go
            przedtem, że nie dał sobie rady, że jednej nocy nie wytrzymał, a ja tak o 7
            tygodni nie dosypiam i mam jeszcze zapitalać po domu jak jakis robot. Na pewien
            czas miałam spokój a teraz znowu się zaczęło.

            Teraz sie dowiedziałam od naszego kolegi, że dzisiaj sie z nimi umówił na grę
            (grają w takie gry RPG). Wiem juz, że kolejny wieczór będę siedzieć z dzieckiem
            sama. Dobrze, ze jutro jade na konie to przynajmniej sie wyżyję nieco... Moze
            poproszę o dwie godziny jazd i pojadę w teren. Odrobina swiezego powietrza i
            końskie chrapy zawsze człowiekowi dobrze robią. ;)
            • boazeria Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 15:22
              a jak idziesz na konie to komu malego zostawiasz? mezowi, tesciowej
              czy swojej rodzinie?
              • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 15:47
                Jemu zostawiam, bo nakarmić i przewinąc to on umie. Te konie też wywalczyłam, bo
                on długo nie mógł zrozumieć, ze to jest moje hobby, za którym teskniłam od roku,
                bo w ciazy przecież jeździć nie można. Uważał, ze ja chce chodzic na konie żeby
                uciec od dziecka... Oczywiście teraz on mówi mi, że nie ma problemu, że ja mogę
                sobie wyjsć i go zostawić z Oskarem itd. Ale co przeszłam to moje. Rozwalil
                nawet nasz wyjazd do znajomych mojego taty, którzy mają stadninę koni i za darmo
                mogłabym jeździć i nocleg też bysmy mieli za darmo. Stwierdził, że ja go
                zmuszam, robił różne wymówki i koniec. Nie pomyślał o tym przez chwilę, ze ten
                wyjazd to dla mnie było coś bardzo ważnego, bo mogłabym odetchnąc od domu,
                zaczać znowu jeździc i bysmy spedzili troche czasu cała rodziną. Zrobił wszystko
                byśmy nie pojechali i w końcu sie poddałam. W weekendy on zostaje czasem sam z
                dzieckiem, bo potrafi przy nim robić, wie jak zmieniać pieluszkę, jak karmic
                itd. Natomiast on ma problem z ogarnięciem wszystkiego. Nie pamieta już o
                szczególach typu witaminy, maści itd. Nie ma cierpliwości, gdy mały marudzi, nie
                umie go uspokoić. No ale jest tak przemądrzały, że zawsze wie lepiej niz ja.
                Nawet kiedyś mnie pouczał w sprawie koni, a nigdy nie siedział na końskim
                grzbiecie, podczas, gdy ja jeździłam już całkiem długo. Pamietam, że wtedy mnie
                krew zalała, bo ja nie udaję, ze znam sie na tym czym on sie interesuje i mu
                kitów nie wciskam.

                Umówiłąm sie jutro na dwie godziny jazdy. Z samego rana bede musiałą sie zebrać,
                ale trudno. Przynajmniej sie troche pomęczę i moze ujdzie ze mnie ta wściekłość.

                Na razie musze ochłonąc, bo wszystko co teraz robie, robie w złosci. Jeśli mam
                zamiar poczynić jakieś plany co do naszego dalszego życia to muszę jasno myśleć
                i nie moge ulegać emocjom.
    • asia19813 Re: Kryzys małżeński... 14.09.07, 14:01
      dziewczyny Wasze historie są ... az brak mi słów, aż mam dreszcze,
      że takie rzeczy się dzieją,... trzymajcie się.
    • ajila32 Re: Kryzys małżeński... 15.09.07, 17:22
      Tak sobie na spacerku dzisiaj myślałam o tym co napisałaś..
      Trochę mi to przypomina mojego ojca i mamę. Obydwoje nie powinni być
      ze sobą, ale są i czasem sie zastanawiam czy dobrze to czy źle.
      Ojciec jest czasem jak tyran, czasem jak osoba za którą dałabym
      wszystko - skrajności totalne. Mama oddana rodzinie ale wiecznie
      nieszczesliwa, z listą pretensji do losu za nieudane jej zdaniem
      zycie. az sie dziwie ze wytrzymali razem prawie 27 lat. ja bym chyba
      dawno skapitulowała..
      jak czytałam Twoją "Historię" to jedna rzecz mnie przeraziła
      troszkę - wprowadzanie kontroli pt. "oddaj mi kluczyki od
      samochodu". daleka jestem od generalizowania, ale ja zaczełabym sie
      bać, bo nie wyobrażam sobie żeby mój mąż kontrolował to, co ja
      robię - albo jesteśmy partnerami i każdy ma prawo do wolności, albo
      się roztajemy. moim zdaniem też nie ma co liczyć na poprawe - z
      autopsji wiem, że im głębiej w las tym więcej drzew, aczkolwiek nie
      wiem czy odeszłabym tak szybko będąc na twoim miejscu. ale na pewno
      myślałabym o tym nieustannie.
      a może jest tak, że brakuje dialogu? piszesz że z jednej strony nic
      nie robi a ma ciągłe pretensje, jednak o ile zrozumiałam dobrze,
      kąpie dzidzię i potrafi "coś" przy dziecku zrobić - a moze zamiast
      mówić że za mało robi, podziękować, że pomaga, bo każda pomoc jest
      dla Ciebie bardzo potrzebna?
      ja ze swojej strony dodam jeszcze że mam naturę uparciucha i
      obrażalskiej i raczej zamknęłabym się w sobie i nie gadała z mężem,
      więc jest mi łatwo pisać.. ciężko byłoby o dialog, bo pewnie też bym
      się darła jeśłi już odzywała. i psychicznie wysiadała, bo mam słabą
      psychikę. i ryczała dzień i noc. i momentami miała dość dziecka. bo
      takie chwile zdarzają się i mie, chociaż na męża generalnie nie mogę
      narzekać - idelany nie jest, ale pomaga jak umie..
      trzymaj sie jak mozesz i pomyśl też o sobie - sszczęśliwe dziecko
      musi mieć rodziców którzy się szanują - piszę z perspektywy dziecka,
      którego rodzice się nie szanują bardzo często, a zwłaszcza ojciec
      matki - moja Mama wychowała sobie "dziecko", któremu wiecznie
      usługuje.. mój ojciec tyra jak wół, żeby mam mogła chwalić się
      firankami - ale to juz inna historia..
      heh..
      • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 15.09.07, 18:40
        No właśnie... problem w ty, że on ma jakieś takie fazy. Jak urodził sie Oskar to
        zakochałam się w swoim facecie po raz drugi. Został ze mna jedna noc w szpitalu
        by mi pomagać, potem miał dwa tygodnie urlopu i też zajmował sie dzieckiem jak
        dochodziłam do siebie. Wiem, że kocha Oskara i umie sie nim zająć, ale nie umie
        robic tego czego wymaga ode mnie. Tzn. nie umie myśleć o wszystkim, wszystkiego
        dopilnować i zrobić w domu. Wymaga tego jedynie ode mnie... Był czas, gdy
        chodziłam z głową w chmurach, ale potem robiło sie coraz gorzej. On wrcił do
        pracy, ja byłam naprawdę wykończona. Operacja była dla mnie koszmarem, a raczej
        dochodzenie do siebie po tej operacji. Piersi mnie bolały tak że z bólu
        płakałam. Oskar mnie pogryzł, miałam straszny nawał i od tamtej pory mam uraz do
        karmienia piersia. Po prostu nie chce karmic i koniec. To był dla mnie cieżki
        czas. Oczywiście nie zajmowałam sie wtedy domem, a Nie-Mąż obrastał w pretensje.
        Potem w ciagu jednej awantury wypomniał mi wszystko co dla mnie zrobił.
        Dosłownie. Powiedział, że zmarnował swój urlop na mnie, że nawet sobie nie
        wyobrażam jaki był zmęczony, gdy musiał ze mną zostać w szpitalu na noc (a to ze
        ja leżałam wtedy po operacji z masakrycznym bólem głowy podpięta do kroplówek to
        w zasadzie był pikus, prawda?), wypomniał mi że nie zrobiłąm prania, że leżą
        pieluszki do wyprasowania, że nie je obiadów. A gy prosiłam go o pomoc i
        tłumaczyłam, że jestem strasznie zmęczona to mnie odtracił i powiedział, że sie
        muszę lepiej zorganizować, bo inne matki sobie radzą. Dla mnie to był straszny
        szok. Najpierw on taki kochany, miły i pomocny, a potem "radź sobie sama". I za
        kazdym razem jak proszę go o pomoc to robi to niechętnie, albo na mnie
        wrzeszczy, że jak siedzę w domu to sama mam sobie radzić. Dla mnie to jest szok.
        Byłam mu bardzo wdzieczna za to, że tak mi pomagał. Jeździł i załatwial
        wszystko. Chwaliłam go przed jego rodzicami i moją rodziną, czułam się
        bezpieczna i szczęśliwa. A potem on mi to wszystko wypomniał i wszystko runęło.

        Wyobraź sobie, że dzisiaj pojechał z małym do swojej mamy na obiad. A ja nie
        zostałam zaproszona. Miałam ogromną ochotę powiedzieć, że ma nie brać Oskara do
        swojej matki, bo skoro ona robi mi taki afront, to mojego dzieka ogladać też nie
        bedzie. Powstrzymałam sie jednak, bo wiem jakie to straszne być dzieckiem w
        środku konfliktu... To w końcu babcia Oskara, więc ok. Jak Nie-Mąz wychodził z
        domu to zapytałam go czy jego mamusia mnie bojkotuje, a on powiedział "domyśl
        się jk taka mądra jestes. W końcu sama wkurzałaś sie, z ecie inwigiluje to teraz
        masz". Jak mniemam musiał jej powiedzieć o tym, że mnie denerwują tejej ciagłe
        telefony. Co jest najciekawsze... ja go prosiłam wczesniej o to by z nia w tej
        sprawie porozmawiał uprzejmie, bo mi niezrecznie. Nie zrobił tego oczywiście.
        Ale teraz, gdy chce mi dosrać to pewnie nie czuł skrupułów by jej powiedzieć na
        mój temat kilka spraw oczywiscie w jak najbardziej dosadny sposób. Teraz widze
        jaki sie piękny front robi... On i mamusia. Jak wyszedł to poryczałam sie
        koszmarnie, teraz mam tone makijażu na gębie żeby nie zobaczył, że płakałam. I
        tak pewnie to widzi.

        Najbardziej mnie boli to, że prosiłam go pomoc, mówiłam, że nie daje sobie rady,
        a on mi nie pomógł, tylko na mnie jeszcze nakrzyczał. Nie ma dla mnie za grosz
        cieplego uczucia. I tak naprawdę to myślę, że on mnie już nie kocha. Miał swoją
        wizję, że bedzie miał typowy domek jak u mamusi, która nie ma własnego życia, bo
        wszystkich obsługuje (a jej mąż siedzi na kanapie i tylko stwarza kolejne
        problemy). Ja nie jestem takim typem i widocznie gorzko sie rozczarował. Syna
        kocha, ale dla mnie juz zabrakło mu uczuć i zrozumienia. A ja zawsze pragnęłam
        mieć kochającą rodzinę jakiej sama nie miałam.

        No za przeproszeniem... chuj bombki strzelał.
        • wyczyny Re: Kryzys małżeński... 15.09.07, 19:00
          najgorzej jak facet nie ma odcietej pepowiny i jest maminsynkiem-nie potrafi pojac, ze "zona"to nie mama, ktora wszystko za niego zrobi;
          ale w tej calej sytuacji plusem jest to, ze nie jestescie malzenstwem, skoro nie odpowiada Ci taki typ "meza" to daj sobie z nim spokoj, dzieki temo Twoj Oskar nie wyrosnie na podobnego faceta...
      • lipcowa_mama_2007 Re: Kryzys małżeński... 15.09.07, 21:54
        Z ust mi to wyjęłaś, a może raczej z dłoni ;-) bo właśnie to
        chciałam napisać. Jak to czytam to widzę mojego ojca - tyrana i
        samolubnego egoistę, prostaka i chama. Chciałabym doradzić coś
        optymistycznego, może wizytę u terapeuty który zajmuje się
        problemami w związkach, ale jak pomyślę o moim ojcu to pewnie ten
        Twój się nie zgodzi na to. Mogę ci jedynie powiedzieć, ze ten typ
        jest bohaterem póki kobieta jest zależna od niego i uległa. Gdybyś
        go zostawiła umarłby ze strachu i paniki. No chyba, że ma kogoś na
        boku bo zachowuje się tragicznie.
    • kamamama2 Re: Kryzys małżeński... 16.09.07, 12:54
      spróbujcie porozmawiać, spokojnie bez krzyku i wyzwisk, to
      niepotrzebne, a tylko rani, boli i utrudnia porozumienie. Spróbuj
      wyciągnąć rękę, warto
      trzymaj się
      • iwaolej Re: Kryzys małżeński... 16.09.07, 13:37
        Dziewczyny może na mnie naskoczycie ale ja uważam że przede wszystkim
        najwazniejsza jest szczęśliwa rodzina. A na szczęście pracują dwie osoby. Może
        oboje w tym wszystkim się pogubiliście i tak jak ty piszesz o kluczykach do auta
        to on może opowiadać o innych sytuacjach, które mają miejsce gdy oboje jesteście
        zdenerwowani. Np. ja śpię a ona mnie w d..ę kopie żebym do dziecka wstał.
        Uważam że jeśli go kochasz to robienie sobie na zlość nie pomoże. Porozmawiaj na
        spokojnie. Wytłumacz czego oczekujesz - nie stawiaj ultimatum tylko wyjaśnij jak
        się czujesz że potrzebujesz pomocy. Sama piszesz że mąż potrafi się zając
        synkiem. Nie chodzi mi o to że masz na siłę być z psychopatą tylko żebyś
        potrafiła odpowiedziec sobie czy może są jakieś powody, które można zniwelować,
        usunąć, złagodzić. najłatwiej jest zamknąc za sobą drzwi.
        Jednocześnie podkreślam iż nie chodzi mi o to że masz być z nim za wszelką cenę.
        Ale może warto zastanowić się czy oby chwilowe zagubienie, depresja, nawał
        obowiązków, nowa sytuacja nie przyczyniły się do tego że oboje się troszkę
        pogubiliście. Może to kryzys który da się przetrwać? Może warto poświęcić sobie
        trochę czasu i znależć odpowiedź na pyatnie dlaczego tak się dzieje, czy sie
        jeszcze kochacie i czy będąc razem wyrządzicie sobie i synkowi więcej szkody czy
        pożytku. jeśli rzeczywiście jest tyranem i nie da się tego zmienić zatem odejdź
        bowiem życie z takim człowiekiem będzie dla Ciebie i dziecka koszmarem :(

        Pozdrawiam i życzę szczęście,

        Ewa
        • gdynianka_11 Re: Kryzys małżeński... 16.09.07, 21:57
          Iwa, właśnie to samo chciałam napisać. Chciałabym się jeszcze
          zapytać, jak było między wami, kiedy nie było jeszcze Oskara? Może
          twój facet czuje się odrzucony, wiadomo, że teraz cały swój czas i
          wszystkie siły poświęcasz synkowi, może on jest trochę zazdrosny.
          Wiadomo żaden facet się do tego nie przyzna, a jeszcze jeśli chodzi
          o dziecko, to pewnie mu przed samym sobą głupio i się wyrzywa na
          tobie, a ty też jesteś przemęczona i wkurzona i wyładowujesz się na
          nim. Może udałoby wam się wyjść gdzieś tylko we dwoje, przypomnieć
          sobie jak było wcześniej. I jeszcze jedno, sprzedam ci sposób jaki
          zastosowałam do mojego faceta, żeby mi więcej pomagał - chwaliłam,
          chwaliłam i jeszcze raz chwaliłam. On puchł z dumy, że taki dobry z
          niego mąz i na dodatek doceniony, a ja miałam dużą pomoc. Pozdrawiam
          i życzę porozumienia i szczęścia.
          • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 11:14
            Między nami układało się różnie. U nas jest tak, że długo potrafimy żyć w
            zgodzie az w pewnym momencie cos wybucha i jest awantura na sto fajerek. Jakoś
            dochodzimy do porozumienia, ale pokaleczeni mocno i niestety on nie umie mnie
            przeprosić. Ja potrafię jakoś przełamać sie i wyciągnac do niego rękę,
            przepraszam, rozmawiamy i niby jest ok, ale on mnie nie przeprosi. Mam o to do
            niego duży żal. Teraz sie zbiesiłam permanentnie i nie bedę z nim rzmawiac
            dopóki nie przeprosi mnie sam z siebie. Tzn. nie będę go prosic o to by mnie
            przeprosił (a to się zdarzało).

            W tej chwili jest tak, że nie odzywamy sie do siebie, a raczej ja nie odzywam
            sie do niego, chyba, że w sprawie Oskara. Zauwazyłam, że on chyba sie łamie, bo
            pozmywał, poprasował ubranka dla dziecka i pojechał po zakupy. Ja jednak nie mam
            zamiaru z nim rozmawiac dopóki mnie nie przeprosi.

            Zreszta tu chodzi tez o jakis szacunek dla mnie jako matki Oskara. Mam wrazenie,
            że zarówno on jak i jego matka uważaja mnie za nieodpowiednia osobę do opieki
            nad dzieckiem. Nie słuchają co mam do powiedzenia. W sobote wieczorem po całej
            akcji z nie zaproszeniem mnie na obiad, mama Nie-Męża zadzwoniła do mnie i
            rozmawiałysmy długo przez telefon. Okazało się, że to nie było tak, ze to ona
            mnie nie zaprosiła tylko Łukasz powiedział jej, ze sam z Oskarem przyjedzie, a
            mi przekazał to w taki sposób, że wyszło, że nie jestem zaproszona przez nią.
            Zaprosiła mnie na obiad nastepnego dnia, czyli w niedziele, ale powiedziałam, ze
            nie chce, bo sie chyba udławie przy obiedzie jak będę miała jeść w takim
            klimacie. Ona chciała tez żebysmy rozmawiali w trójkę i ona będzie mediatorem. W
            zyciu!!!! Powiedziałam, że w niedzielę jade do moich dziadków z Oskarem.

            Następnego dnia Nie-Mąż mówi do mnie "zbieraj sie, jedziemy do mojej mamy". Ja
            na to "ja nie jadę...". Był bardzo zdziwiony nie wiedzieć czemu... Pojechał do
            mamy samochodem a ja czekałam żeby on wrócił, bo chciałam pojechac do moich
            dziadków. Ok. 16 zadzwonił do mnie na komórkę, że za godzine przyjeda z mamą i
            zabieraja Oskara na spacer. Ja akurat nakarmiłam małego i sama miałam z nim
            wyjsć. Wsciekłąm sie tym telefonem, bo po pierwsze... teściowa wiedziała, że ja
            chce pojechać do dziadków (mówiłam jej o tym dzień wcześniej), a po drugie co to
            w ogóle znaczy, że on dzwoni i mi oznajmia coś, a nie pyta. Czy ja nie mam nic
            do powiedzenia w kwestii własnego dziecka? Nie lepiej by było gdyby zadzwonił i
            spytał, czy byłam z dzieckiem na spacerze i czy on ze swoja mamą mogliby
            przyjechać i wziąć małego? To taki typowy przykład tego, że oni zupełnie sie nie
            liczą z tym co ja robie, co chcę itd. Tesciowa mówi po prostu "to w sobote macie
            byc razem na obiedzie", a nigdy nie spyta czy ja np. nie chciałabym pojechać do
            mojej rodziny.

            W tej chwili stwierdziłam, że nie będe robiła żadnych awantur, nie będę sie
            wyprowadzać czy coś w tym guście, ale muszę nauczyc ich tego żeby mnie szanowali
            i słuchali tego co mam do powiedzenia w kwestii swojego dziecka. Będę
            konsekwentna, nie bedę owijać w bawełne żeby wszystkim było miło. Długo liczyłam
            na to, że Nie-Mąż sam odetnie pepowinę, ale on nie potrafi tego zrobić, także
            teraz ja będę egzekwować swój własny spokój i ja będę sobie ustalać co robie i
            gdzie jadę. Nikt z góry nie będzie mi mówił co będę robić.

            Może jak sie nauczą, że nie jestem tylko inkubatorem od dziecka i gosposią od
            wszystkiego to zaczną mnie respektować.
            • hermenegilda000 Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 13:45
              Myslę, ze trochę się sama zapętliłaś w swojej zlości i w tej chwili
              już nie do końca chodzi o to, zeby było dobrze miedzy Wami, ale
              żebyś mogła postawić na swoim. Poprasował? Pozmywał? Pojechał po
              zakupy? Doceń to!
              I nie wykorzystuj dziecka do rozgrywek między Wami - on Ciebie nie
              pyta, czy może iść z dzieckiem na spacer? A Ty jego pytasz? To tak
              samo "Twoje" dziecko, jak i "jego"...
              I w ogóle, nie wykorzystuj roli matki, nie należy Ci się z tego
              powodu żaden respekt, żadna taryfa ulgowa - ciągle piszesz o
              porodzie, cesarce, bólu głowy, kroplówkach, opiece nad dzieckiem,
              siedzeniu w domu itp. I co z tego?! Nie Ty jedna masz dziecko! Nie
              licz na pomnik Matki-Polki! Bycie mamą to ciężka praca.
              Ja mam trójkę, jedno w szkole, dwójka (bliźniaki) w domu i jakoś
              sobie radzę. I jako młoda niedoświadczona mama też sobie radziłam.
              Mąż pomaga, jak umie, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby
              rozliczać mojego męża, z tego co ja, a co on zrobił – bo nie na tym
              polega związek; robi się to, co akurat jest potrzebne, a nie to, co
              wynika z „równego podziału ról”... Wiele dziewczyn pisze, że
              siedzenie w domu to też praca, owszem, tylko komu jest prościej
              nastawić jakąś zupę, czy kluski (nie mówię, że codziennie masz
              podawać obiad z przystawką i deserem!) – Tobie, jak jesteś w domu
              (może zamaiast wstukania kolejnej wiadomości na tymn forum, hę?),
              czy jemu (z pracy?)? Czy wrzucenie ciuchów do pralki to faktycznie
              taka sztuka, że nie można tego zrobić, jak dziecko śpi? A już pomysł
              z jego urlopem na jazdę po pesel, to jakaś paranoja! Sama piszesz,
              że samochód miał być głownie po to, żebyś mogła się „łatwo z
              dzieckiem przemieszczać”, to niby za każdym razem on też ma jechać?!
              bez sensu!
              Poza tym, nie wierzę, że to wszystko tak się zmieniło akurat po
              porodzie. Szczerze, to podejrzewam, że zawsze byłaś leniuchem, przed
              ciążą jeszcze jakoś czulaś się w obowiązku, a teraz usprawiedliwiasz
              wszystko opieką nad dzieckiem... A Twój mąż – wraca do domu po pracy
              zmęczony i głodny, dostaje dzieciaka, wkoło sajgon – ja mu się nie
              dziwię (jeśli opieka nad dzieckiem to teraz Twoja „praca”, to
              niańczenie dziecka wieczorami, to jego „nadgodziny” by były...).
              I pomyśl dobrze, czego chcesz, pisząc o pomocy – z jednej strony
              podobno sobie nie radzisz, a z drugiej wszelkie pomocne gesty
              teściowej odrzucasz (wyszukanie numeru, zabranie dziecka na spacer
              itp.)...
              A, jak to nazywasz, szantaż finansowy? I to, ze nie możesz od niego
              odejść, bo nie utrzymasz siebie i dziecka? Cóż, odpowiedzialne
              macierzyństwo się kłania. O takich sprawach należy myśleć PRZED
              zrobieniem sobie dzidziusia... Poza tym, nie bardzo widzę problem z
              pieniędzmi– na dziecko dostaniesz alimenty, a Ty sama jakoś się
              chyba utrzymywałaś, kiedy nie byliście razem? No, chyba, że to
              o „sponsora” chodzi...
              Brakuje w Twoich wypowiedziach uczucia do męża, do dziecka (niemowlę
              płacze w nocy, a mamunia dla zasady, żeby dowalić tatusiowi, nie
              wstanie?! Nie wyobrażam sobie.), przeważa „ja”, „moje”... Twoja
              ciężka sytuacja rodzinna, Twoje cierpienia poporodowe, Twoja ciężka
              opieka nad dzieckiem, Twoje zmęczenie, Twoje pasje, Twoje prawa,
              nawet samochód jest Twój...
              Ech, przykre to. Sorry, pewnie nie takich odpowiedzi tu oczekujesz,
              ale ja tak właśnie to widzę.
              • narttu Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 14:23
                moze zbyt ostro powiedziane (pierwszy raz chyba taki post na tym
                forum) ale faktycznie duzo w ostatnim poscie racji. Jedyne co dodam
                to na temat podzialu obowiazkow: skoro dziewczyna jest na
                macierzynskim to znaczy i dostaje kase za to to w moim rozumieniu
                opieka nad dzieckiem nalezy do niej- takze popoludniu i w nocy. Zeby
                sie nie zajechac warto wiec w czasie jak maz jest w pracy zrobic
                kilka rzeczy w domu z tych obowiazkow ktore wczesniej (ciaza, przed
                ciaza ) nalezaly do meza wtedy maz bedzie mial czas na zabawe z
                dzieckiem a zona na odpoczynek. Taki uklad wydaje mi sie fair i tak
                u nas dziala. Faktem jest ze nie ma sie co w zwiazku rozliczac z
                tego co kto robi ale po pewnym czasie moze sie okazac ze podzial
                jest na tyle nierowny ze ktoras ze stron jest notorycznie zmeczona i
                zfrustrowana. Te podzialy sa wiec po to zeby tego uniknac..

                U mnie dziala to tak ze ja gotuje, sprzatam, piore, kopie w ogrodku
                i zajmuje sie Ida do czasu gdy maz wraca z pracy. Maz ma odkurzanie
                i placenie rachunkow + wozenie (bo ja leber nie umiem jezdzic mimo
                ze prawko mam od 12lat). Jak wroci robie mu kawe, pogadamy troche,
                potem ma czas na odstresowanie (komp najczesciej :P) a potem dopiero
                moze zajac sie Ida. Co wiecej robie mu tez sniadanie o 6.30 i to bez
                wzgledu na to ile spalam w nocy - po prostu zawsze lubilam jak sie
                dzien przed wyjsciem do pracy dobrze zaczynal wiec staram sie
                zapewnic mu to samo :). Wrzucanie mu dziecka w ramiona zaraz po
                pracy nie dzialalo i rodzilo duzo frustracji (uciekal do ubikacji
                tak samo jak boazeria :P. Kazdy potrzebuje chwili odpoczynku. Maz z
                obowiazkow przy dziecku dostal tylko kapiel i rozmowy wieczorne po
                finsku (bo ja mowie do niej po polsku) i w zamian za kapiel wzielam
                prasowanie jego koszul z jego listy obowiazkow ;)
              • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 14:43
                Niewątpliwie masz racje, bo tak to wyglada z jego strony właśnie. Problem
                wyglada tak, ze to jest sytuacja do dogadania, ale mój Nie-Maz nie umie
                rozmawiać. Nie umie poruszyc jakiegos tematu bez podnoszenia głosu, na spokojnie
                i w sposób przyjacielski. Ja mam z kolei tak, że potrafie rozmawiac na
                spokojnie, ale jesli dochodzi do takiej sytuacji jak teraz to po prostu tracę
                kontrolę nad soba, nad swoimi emocjami. Czesto zapętlam sie w swoim gniewie i
                reaguje skrajnym egoizmem.

                Problem leży też w tym, że ja pochodzę z rodziny, gdzie byłam wolnym ptakiem,
                nikt mnie nie kontrolował, nie rozliczał. Pracuje od matury, mieszkałam sama,
                podczas gdy Nie-Mąż przeszedł od razu z domu do mnie. Ja jestem w szoku i bronie
                sie przed wszelkimi próbami kontroli. To jest fakt.

                Myślę, ze jednak odczytujesz to co napisałam w troche krzywy sposób. To sytuacja
                dosć delikatna i cieżko czasami wyczuć o co chodzi. Np. ja jestem mamie Nie-Meża
                bardzo wdzieczna za pomoc i wielokrotnie o tym mówiłam i jej i Nie-Meżowi, który
                nota bene do swojej matki potrafi sie również odezwać tak, że mi włosy dęba
                stają. Chodzi o to, że w mojej rodiznie jest tak, ze jesli potrzebujesz pomocy
                to o nia prosisz i zawsze ją uzyskasz. Nie ma natomiast tak, ze ktos ci pomaga
                nawet jak go o to nie prosisz. Nie ma też tak, że ciagle do siebie dzwonimy i
                wypytujemy o szczegóły. Przecież moja mama też została babcią, ale nie wydzwania
                codziennie tylko za każdym razem jak ja odwiedzam to mówi, że jeśli tylko będę
                potrzebowała pomocy to mam dzwonić i ona przyjdzie itd. Nie chcę jej jednak
                wykrzystywać, bo uważam, że w domu powinniśmy radzic sobie sami wspólną pracą.

                Sytuacja ze spacerem... to troche skomplikowane, ale widzisz, nie chodziło o sam
                spacer tylko o sposób w jaki mój Nie-Mąż sie ze mna komunikuje. On nie pyta mnie
                tylko oznajmia. Oznajmia, że idziemy do jego matki, oznajmia, że bierze dziecko
                na spacer, oznajmia, że przyjeżdza do nas z mamusią. Gdyby zadzwonił i
                powiedział "byłaś na spacerze z dzieckiem? Bo moglibysmy wpasć z mamą i zabrać
                go na spacer to bys miała czas na cos innego". Brzmi lepiej niż sucha
                informacja. Szczególnie, że nawet nie wpadło mu do głowy, że ja mogłam z
                dzieckiem już wyjść, albo mam inne plany. I tak... ja go pytam jesli mam zamiar
                gdzies sie wybrac z dzieckiem, albo wyjść z domu. Nie wyobrażam sobie gdyby moja
                mama miała do mnie zadzwonić, że będzie za godzine i zabiera dziecko na spacer.
                Dla mnie to jakaś dziwna sytuacja. Poza tym miedzy nami źle sie układa ostatnio
                i powiem szczerze, że nie bardzo miałam ochotę na jakieś wizyty, szczególnie, że
                wiem, iż jego mama koniecznie chciała byśmy rozmawiali o całej tej sytuacji w
                trójkę i uznałam, że to może byc pretekst do spotkania i wymuszenia takiej
                rozmowy. Moim zdaniem powinniśmy o tym rozmawiac sami.

                Nie karałam dzieckiem ojca tylko chciałam by sie przekonał jak to jest, gdy
                trzeba wstawac do dziecka w nocy. Mój Nie-Mąż jest starsznym śpiochem. Potrafi
                spać przez cały dzień i potem jeszcze jest zmęczony. Wydawało mi sie, że
                powinien rozumiec jak to jest byc aż tak niewyspanym, że nie jest się w stanie
                robic wszystkeigo wokół. Oczywiście uprzedziłam go otym, że do dziecka nie bede
                wstawać. Był weekend i on nie szedł do pracy. Mógł potem odespac ta noc. A on
                usiłował na mnie zwalic ten obowiazek.

                Dzieckiem nie szafuję, bo sama jestem z rozbitej rodziny i wiem jak to jest byc
                dzieckiem w takim chorym układzie. Nie odgrodziłam dziecka od Nie-męża i jego
                rodziny. Zabrał go do swojej mamy w sobotę i mogli się nim nacieszyć. Zreszta
                cała sobotę prawie dziecko z nim było.

                I tak szczerze... uwazam, że jako matce jego dziecka należy mi sie respekt.
                Właśnie za to, ze dziecko nosiłam i urodziłam i sie nacierpiałam. I nie chce by
                mnie całował za to po stopach, ale powinien to chociaż docenić, a nie mówić mi
                że jestem wyrodna matką. Nie obchodzi mnie, że inne kobiety tez rodzą i maja
                dzieci. Ja jestem matką JEGO dziecka. Jego tatuś nie szanuje za bardzo swojej
                żony, potrafi do mnie powiedzieć w jej obecnosci kilka uwag na jej temat.
                Teściwoa zapitala jak głupia wokół wszystkich a mój Nie-mąż potrafi na nia
                nakrzyczeć, bo ona mu w przejsciu stoi. Myslisz, że kto mu dał taki przykład?
                Tatuś, który robi tak samo czy mamusia, która na to pozwalała? Nie mam zamiaru
                pozwolic, by mój Nie-Mąż sie wobec mnie tak zachowywał w obecności dziecka.
                Jeśli mój facet mnie nie szanuje to jak bedzie szanował mnie mój syn?

                I ja go nie rozliczałam z niczego dopóki on nie zaczął robić awantur o to czego
                ja nie zrobiłam. Jesli zabrakło mu czystych gaci to mógł mnie poprosić o to
                żebym je zrobiła a nie od razu robic z tego powodu awanturę i przy okazji
                wywlekać brudy sprzed kilku miesięcy.

                Nie należę do osób, które na stałe są przyczepione do ściery i uważam, że
                ważniejsze dla mnie jest sie wyspać niż zamiatać kurze. Teraz jest o wiele
                lepiej, bo mały już nie jest taki uciążliwy i powoli zaczynam radzic sobie z
                obowiazkami. I akurat jak zaczełam sobie wszystko organizować to wszystko się
                zepsuło.

                On chodzi do pracy i dostaje za to kasę. Ja zostane na wychowawczym, nie będę
                dostawać pieniędzy i nawet nie usłyszę dziękuję. Ciekawa jestem co będzie, gdy
                wrócę do pracy i okaże sie, że oboje jestesmy tak samo zmeczeni wieczorem. Nadal
                będę musiała wszystko robic sama, bo on biedaczek sie nie nauczył? Ja nie
                umiałam gotować, ale sie nauczyłam. nie znosiłam prasować, ale prasuję...

                Jestem mu wdzieczna, że umył naczynia i poprasował, naprawdę. Ale czy nie mógł
                tak robic wczesniej? Dzieki temu dzisiaj mam czas żeby zrobic pranie, poodkurzać
                i umyć kuchenkę. Mam też czas żeby pisać na forum.

                Samochód owszem, sie przydaje, ale nie na długie trasy. Wsiadłabyś z dzieckiem
                do samochodu, z fotelikiem z tyłu i pojechała gdzieś na dwie godziny żeby
                załatwić sprawę w urzędzie? Ja sie tego bym nie podjęła. Nie ze względu na
                lenistwo tylko ze względu na dziecko. Samochód jest super, jeśli muszę jechać do
                lekarza, po zakupy, do rodziny. Wszystko to znajduje się jakieś 5-15 minut jazdy
                autem od mojego domu... na dłuższe wojaże sobie jednak nie pozwalam i uważam, że
                akurat to jest mądre. Zapytałam go czy mógłby sie zwolnic z pracy i pojechać i
                mógł przeciez powiedzieć spokojnie, że nie może i razem bysmy wymyslili jak to
                wszystko zalatwić. On natomiast z kopyta mi zrobił awanturę i powiedział -
                dosłownie - "jak śmiesz mnie o to prosić?". No i jak tu rozmawiać po ludzku?

                Prawda leży po srodku. Ja mogę zajmować sie domem i staram sie jak mogę. Zaczyna
                mi to wychodzić nawet i ostatnio miał obiadki i czysto było. Chce tylko jakiegos
                szacunku dla mnie i tez chce mieć troche czułości w życiu, a nie tylko mam
                zapierdalać i potem usłyszeć, że go wnerwia, że weszłam do kuchni sie czegos
                napić jak sobie robił kanapkę.
                • hermenegilda000 Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 15:30
                  shemreolin napisała:

                  > Niewątpliwie masz racje, bo tak to wyglada z jego strony właśnie.
                  Problem
                  > wyglada tak, ze to jest sytuacja do dogadania, ale mój Nie-Maz nie
                  umie
                  > rozmawiać. Nie umie poruszyc jakiegos tematu bez podnoszenia
                  głosu, na spokojni
                  > e
                  > i w sposób przyjacielski. Ja mam z kolei tak, że potrafie
                  rozmawiac na
                  > spokojnie, ale jesli dochodzi do takiej sytuacji jak teraz to po
                  prostu tracę
                  > kontrolę nad soba, nad swoimi emocjami. Czesto zapętlam sie w
                  swoim gniewie i
                  > reaguje skrajnym egoizmem.

                  Wiesz, to nie jest najlepsze rozumowanie "wiem, że wina leży po
                  mojej stronie, ale to on nie umie się dogadać"...


                  > Problem leży też w tym, że ja pochodzę z rodziny, gdzie byłam
                  wolnym ptakiem,
                  > nikt mnie nie kontrolował, nie rozliczał. Pracuje od matury,
                  mieszkałam sama,
                  > podczas gdy Nie-Mąż przeszedł od razu z domu do mnie. Ja jestem w
                  szoku i broni
                  > e
                  > sie przed wszelkimi próbami kontroli. To jest fakt.

                  I co z tego? Może czas przestać zwalać swoje problemy na
                  traumatyczne dzieciństwo? To nie jest wina Twojego nie-męża, to Ty
                  masz problem ze sobą, nie obwiniaj go o to!


                  > Myślę, ze jednak odczytujesz to co napisałam w troche krzywy
                  sposób. To sytuacj
                  > a
                  > dosć delikatna i cieżko czasami wyczuć o co chodzi. Np. ja jestem
                  mamie Nie-Meż
                  > a
                  > bardzo wdzieczna za pomoc i wielokrotnie o tym mówiłam i jej i Nie-
                  Meżowi, któr
                  > y
                  > nota bene do swojej matki potrafi sie również odezwać tak, że mi
                  włosy dęba
                  > stają. Chodzi o to, że w mojej rodiznie jest tak, ze jesli
                  potrzebujesz pomocy
                  > to o nia prosisz i zawsze ją uzyskasz. Nie ma natomiast tak, ze
                  ktos ci pomaga
                  > nawet jak go o to nie prosisz. Nie ma też tak, że ciagle do siebie
                  dzwonimy i
                  > wypytujemy o szczegóły. Przecież moja mama też została babcią, ale
                  nie wydzwani
                  > a
                  > codziennie tylko za każdym razem jak ja odwiedzam to mówi, że
                  jeśli tylko będę
                  > potrzebowała pomocy to mam dzwonić i ona przyjdzie itd. Nie chcę
                  jej jednak
                  > wykrzystywać, bo uważam, że w domu powinniśmy radzic sobie sami
                  wspólną pracą.


                  Pięknie, ale rodzina Twojego nie-męża, to nie Twoja rodzina(ktorej,
                  nota bene, za wzór bym z tego co piszesz nie stawiała...). Są inni,
                  inaczej reagują i mają do tego pełne prawo. To nie jest tak, że
                  możesz pozwolić mamie Twojego nie-męża być babcią tylko na Twoich
                  zasadach i wtedy, kiedy Tobie to pasuje.

                  Sytuacja ze spacerem - chyba jednak przesadziłaś: teściowa miała na
                  pewno jak najlepsze intencje (wątpię, by zależało jej, żeby jej syn
                  miał zwalone zycie osobiste), może dobrym rozwiązaniem byłoby dać
                  jej wnuka na spacer i w tym czasie spokojnie pogadać? A co do
                  komunikowania nie-męża - od wczoraj się znacie, że tak Ciebie
                  zaskakuje, jak on się komunikuje?

                  > Nie karałam dzieckiem ojca tylko chciałam by sie przekonał jak to
                  jest, gdy
                  > trzeba wstawac do dziecka w nocy.

                  Pięknie, tylko co jest w tym wszystkim ważniejsze- troska o
                  płaczącego malucha, czy chęć wychowania nie-męża?

                  > I tak szczerze... uwazam, że jako matce jego dziecka należy mi sie
                  respekt.
                  > Właśnie za to, ze dziecko nosiłam i urodziłam i sie nacierpiałam.

                  Super, a Ty szanujesz Twojego nie-męża? Bo nie widać... Jemu należy
                  się taki sam szacunek za to , że jest ojcem TWOJEGO dziecka...


                  > On chodzi do pracy i dostaje za to kasę. Ja zostane na
                  wychowawczym, nie będę
                  > dostawać pieniędzy i nawet nie usłyszę dziękuję.

                  A Ty mu podziękujesz, że przynosi kasę do domu tyrając w pracy?


                  Nada
                  > l
                  > będę musiała wszystko robic sama, bo on biedaczek sie nie nauczył?
                  Ja nie
                  > umiałam gotować, ale sie nauczyłam. nie znosiłam prasować, ale
                  prasuję...


                  Może też się nauczy, dlaczego z góry zakładasz, że jest głupszy i
                  mniej zdolny, niż Ty?

                  Co do samochodu - bez przesady! Wiele kobiet radzi sobie nawet bez
                  samochodu - bierze dziecko w wózek, czy chustę i jadą komuną
                  miejską... Zawsze możesz stanąć, zjechać itp.

                  > Zaczyn
                  > a
                  > mi to wychodzić nawet i ostatnio miał obiadki i czysto było.


                  Taaaak? A nie pisałaś czasem, że sobie nie dajesz rady? To jak to
                  jest w końcu? Padasz ze zmęczenia, bo nie dosypiasz i ciągle
                  zajmujesz się dzieckiem, czy mały jest w miarę spokojny i
                  nieuciążliwy?
                  Radziłabym Ci zacząć zmiany od siebie - trochę empatii dla
                  najbliższych, zwykłego serca i uczucia, mniej egoizmu, mniej
                  materialnego podejścia do życia...
                  Przy okazji - tak Ci doskwiera finansowe uzależnienie od nie-męża, a
                  chcesz iść na wychowawczy? Może to jednak zwykłe lenistwo i
                  wygodnictwo? Cóż, sprytnie - mało zarabiam, zajdę w ciążę, to dumny
                  tatuś dziecka będzie musial nas oboje utrzymywać, później pójdę na
                  wychowawczy, bo przecież dziecię trzeba porządnie odchuchać, a
                  zajmowanie się domem - nie, no przecież jest równouprawnienie,
                  siedzę w domu na jego utrzymaniu, ale kurą domową nie będę!
                  • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 16:13
                    Wiesz co.. uwazam, ze jesteś strasznie wredna i podła. Widzisz tylko to co
                    chcesz zobaczyc i na dodatek, mimo iz nic cie nie zrobiłąm to mnie atakujesz i
                    obrazasz.

                    Po pierwsze ciaza nie była zaplanowana tylko była to ordynarna wpadka. Po 6
                    latach razem po prostu zaszłam w ciążę. To sie zdarza.

                    Po drugie. Ja zarabiałam o wiele wcześniej niz on i to ja płaciłąm za wszystkie
                    nasze wyskoki, włacznie z jego mandatami także sorry, ale nie uważam sie za
                    kogos kto tylko ciagnie z cudzego. Na dodatek na macierzyńskim mam kasę.

                    Po trzecie. Podłe i niskie jest to, że uważasz iż chce isć na wychowawczy po to
                    by skubac swojego faceta i samej lezeć do południa w piżamie. Chce isć na
                    wychowawczy bo nie chcę by ominęło mnie dorastanie mojego syna, pierwsze kroki,
                    pierwsze słowo. To jest normalne i chyba każda kobieta tego pragnie. Ty jako
                    matka sama powinnaś mieć wiecej dla mnie empatii a nie oskarżać mnie o jej brak.

                    Te awantury ciagną sie miedzy nami juz od miesiaca, Oskar ma 2 miesiace. Przez
                    pierwszy miesiac było mi cholernie trudno, bolało mnie po operacji, miałam
                    powikłania i cieżko mi było wszystkim sie zająć. Potem powoli Oskar stawał sie
                    spokojniejszy, ja sie nauczyłam jak się nim zajmować i zaczęłam układać sobie
                    plan dnia. Plan ten wisi nad biurkiem i sie go trzymam. Jednego dnia odkurzam,
                    innego prasuję itd. Teraz właśnie zaczęłam mieć wiecej czasu, bo mniejk wiecej
                    od dwóch tygodni Oskar potrafi przespać nawet 8 godzin w nocy i wyspana potrafie
                    zrobic o wiele wiecej. Jednak kłótnie ciagną sie juz od kiedy Nie-Mąż wrócił do
                    pracy i zamiast zauważyć, że cos w domu zrobiłąm, on woli zauważyc, że czegoś
                    nie zrobiłam. I to mnie wkurza.

                    Czy go szanuję? Tak! Starałam sie robic wszystko by mógł sie wyspać w nocy, gdy
                    szedł do pracy, gdy uczył sie do egzaminów poprawkowych, ja wychodziłam z
                    dzieckiem i organizowałam sobie czas by on miał spokój. Gdy został ze mna w
                    szpitalu i potem dwa tygodnie był ze mna w domu to wychwalałam go pod niebiosa
                    przed moja i jego rodziną. Napisałam o tym nawet na moim blogu, że mój meżczyzna
                    to skarb. Doceniłam to wszystko co dla mnie zrobił. Za kasę dziekować mu nie
                    będę, przynajmniej na razie, bo mam swoją z macierzynskiego. Nie czepiałam sie
                    go, nie wypominałam. Gdy byłam w ciaży on wychodził z kolegami, robił wszystko
                    tak jak robiłzanim byłam w ciazy. Ja musiałam zrezygnowac z aerobiku, siłowni,
                    koni. Nie mogłam spotykac się za bardzo ze znajomymi, bo wszyscy palą. Gdy
                    urodził sie Oskar, on również chodził z kolegami i robi tak do tej pory. Nie mam
                    do niego o to żalu, bo ja raz w tygodniu jeżdzę konno i to jest mój czas by
                    odetchnać. Nie chciałam go nigdy ograniczać, zakazywać itd. Uważam, że nie jest
                    ze mnie za Nie-Żona.

                    To on zaczał te awantury nie ja. To on zaczął mi wypominać czego nie zrobiłam.
                    Ja byłam szcześliwa i zadowolona, mimo że w domu nie bylo wszystko tip top.
                    Człowiek sie uczy wszystko ogarnąć i nie jest powiedziane, ze od razu musi mi
                    wszystko wychodzić. Najważniejsze jest to, że sie staram. I on powinien to
                    docenić, a nie mnie krytykować. Im bardziej on mnie krytykuje tym mniej mam siły
                    i ochoty by cos dla niego robić. Owszem, mogę mu wyprac gatki i zrobiłąbym to z
                    wielka checia, gdyby mnie poprosił o to, a nie dlatego, że on mi każe i żąda,
                    jednocześnie dajac mi do zrozumienia, że to mój zasrany obowiązek.

                    Może ty jestes tez taka rozżalona, że masz zapiernicz w domu i musisz się
                    wyzywać na innych dlatego, że bronia sie przed takimi zachowaniami. Moze masz
                    szczescie i twój mąż ci pomaga i wspiera. Jesli tak to gratulacje. Dajesz sobie
                    rade? Super! Ja sie wszystkiego uczę, bo zawsze radziłam sobie tylko sama ze
                    sobą i potrzebuję czasu na to. Mój facet jest po to by mnie wspierać a nie dołować.

                    A co do dziecka... tak poszłam do niego, bo on mnie błagał, że jest taki
                    zmeczony, że nie da rady. On nie mógł przez jedna noc nawet sie dzieckiem
                    zaopiekować bym ja mogła sie wyspać, a ja mam ogarnac wszystko po 7 tygodniach
                    wycia po nocach ze zmęczenia. Czy to jest fair?

                    Zreszta nie mam ochoty sie z Toba kłócić, mimo że ton twojego opstu jest tak
                    obraźliwy i bezczelny, że to szkoda gadać. Mam dosć kłótni i atmosferki w moim
                    domu. A to forum jest po to by się wspierać, a nie po to by sobie dosrywać. I
                    gdybys się odrobinkę postarałą to zauważyłabyś, że nie piszę tutaj wcale dużo, a
                    to jest pierwszy raz, gdy aż tak bardzo sie wyżalam. Lepiej bym wyżyła sie tutaj
                    niż na własnym dziecku. Nie sadzisz?
                    • zorkaa Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 17:23
                      przykro mi, bo pierwszy raz na naszym forum zrobił się kwas. a chyba
                      nie po to ktoś żali się na forum i opisuje trudną dla siebie
                      sytuację, żeby ktoś inny go potem obrażał. smutne to...
                      • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 18.09.07, 08:50
                        To jest w sumie bardzo ciekawe... hermenegilda nie pisała nic na naszym forum,
                        ani na forum gazety w ogóle... Nagle jakoś jej się zebrało żeby napisać w moim
                        wątku i wyjechać z jakimiś chamskimi odzywkami. Nie wiedziec czemu, wydaje mi
                        sie, że znam tą osobę i nie zdziwiłabym sie, gdyby to był mój Nie-mąż. Dokładnie
                        w taki sam sposób on reaguje i w ten sam sposób sie odzywa do mnie. Tylko ta
                        kwiecista mowa mi do niego nie pasuje. Do tego ciekawe, ze panienka pisze akurat
                        w godzinach jego pracy. :> On zna mojego nicka i nie jest cieżko mnie znaleźć
                        tutaj, wiec wszystko możliwe.

                        A jeśli jest to osoba anonimowa i mi nie znana to i tak jej współczuje, bo nie
                        dosć, że nie umie czytac ze zrozumienie, to jeszcze wydobywa sie z niej jakaś
                        straszliwa frustracja i nie jestem pewna kto tutaj ma prawdziwy problem ze sobą.
                        • ania_f1 Re: Kryzys małżeński... 18.09.07, 09:12
                          A wiesz, że ja też tak sobie pomyślałam, że nie zdziwiłabym się
                          jakby to był Twój nie-mąż. Jeśli to przypadkowa osoba to dziwię się
                          skąd tyle jadu i agresji - te same argumenty można było napisac na
                          spokojnie. A tu taka złośc jakby dotyczyło to jej/jego?...
                          • shemreolin Re: Kryzys małżeński... 18.09.07, 09:55
                            No wiec właśnie... ja napisałam na forum, bo byc może niektóre z Was tez
                            przeżywaja jakiś taki kryzys. To nazywa sie chyba "kryzys pierwszego dziecka" i
                            z tego co wyczytałam to często sie zdarza. DOkłądnie występują takie problemy
                            jak u nas, czyli niezrozumienie wysiłku drugiej strony, wzajemne oskarżenia i
                            przerzucanie winy. Myślałam, że może ktos jeszcze przyzna się, że ma lub miał
                            taki problem i poradzi mi co robic dalej. Nie piszę tutaj tylko po to by
                            obsmarować mojego faceta tylko dlatego, że potrzebuję wsparcia i jakiejś rady. W
                            tym co napisała Hermenegilda jest sporo racji, ale jej posty nie wnoszą do
                            dyskusji nic poza nieświeżym powietrzem. Szczególnie, że czepia sie słówek,
                            dopowiada jakieś niestworzone historie i teorie na temat tego co ja chce i
                            myślę. Tak zachowuje sie ktos kto jest nieobiektywny i zaangażowany. Dokładnie
                            takie sama działa wytacza mój facet i stad są nasze kłótnie.

                            Napisałam tego posta w momencie, gdy byłam naprawdę załamana i wściekła i
                            musiałam to z siebie wyrzucić. Nic dziwnego,że nie piszę o moim facecie w sposób
                            milutki, skoro sprawił mi tyle bólu, że zaczęłam sie mocno zastanawiać czy mu w
                            ogóle na mnie jeszcze zależy. Jak ktos ma odrobinę oleju w głowie to weźmie na
                            to poprawkę, a nie sie czepia.

                            Poza tym, nie wiem jaka matka by w ogóle wymyśliła chorą teorie, ze inna kobieta
                            chce iść na wychowawczy tylko po to by żerować na swoim mężu. Jeśli naprawdę by
                            miała dzieci to by sama wiedziała, że to wspaniałe patrzeć jak dorastają. A już
                            szczytem wszystkiego było sugerowanie, ze specjalnie zaszłam w ciażę, by złapać
                            mojego faceta (złapać po 6 latach związku!!! LOL!) i żeby mnie utrzymywał.
                            Trzeba miec naprawde nasrane żeby wpaść na coś takiego. I to tylko dlatego, że
                            napisałam, że chciałabym by mi pomagał w domu i żeby odzywał sie do mnie z
                            większym szacunkiem.

                            No cóż... jesli to on napisał to mam nadzieję, że dobrze sie bawi.
                  • ingapol do hermengildy 17.09.07, 18:07

                    Nie wiem kim jesteś, bo pierwszy raz cię widzę na naszym forum, ale uważam że
                    trochę przegięłaś swoją wypowiedzią
                    Ja miałam troszkę podobnie jak shemreolin.
                    Tzn w nocy nadal tylko ja wstaję do dziecka, większość dnia tylko ja się zajmuję
                    Natalka, bo mąż w pracy. Gdy mała miała dwa tyg to nie miałam przygotowanego
                    drugiego dania. M się wkurzył i mi powiedział że on zupą się po 9 h pracy nie
                    naje. Noi się pokłóciliśmy. Przy najbliższej okazji, tj dwa dni później
                    zostawiłam go z małą, poprosiłam żeby obrał ziemniaki, przygotował kotlety.
                    Zostawiłam mu butlę i poszłam Nie było mnie 3 h, a on nic nie zrobił i wtedy
                    zrozumiał jak ja mam siedząc cały dzień sama z dzieckiem. A moja Natalka należy
                    do tych dzieci, które nie lubią spać w dzień. Kilka razy jej się zdarzyło żeby
                    spała 2-3 h. Spi tylko na spacerach i też nie zawsze. Po tamtej sytuacji nigdy
                    nie usłyszałam że czegoś nie zrobiłam.
                    Teraz też mam już lepiej. Potrafi bawić się sama nawet do 30 min kilka raz
                    dziennie i zawsze cos w tym czasie zrobię. A forum czytam jak karmię małą
                    • shemreolin Re: do hermengildy 17.09.07, 22:26
                      Mój Oskar tez o wiele wiecej czuwa w dzień niz w nocy. Dobrze, że wysypiam sie w
                      miarę to mam w czasie dnia wiecej siły by coś porobić. Zaczyna być mi lżej, ale
                      wszystko popsuła kłótnia z Nie-Mężem. Teraz jest mi po prostu przykro i nic mi
                      sie nie chce robic, bo odnoszę wrazenie, że to juz nie z miłosci a z obowiazku.

                      Właśnie wyszła ode mnie teściowa. Gadałyśmy kilka godzin, bo Nie-Mąż pojechał na
                      kolacje służbową. Okaząło się, że to on przedstawił cała sytuację w takim
                      świetle, że to niby jego mama i co najlepsze... ona go za to opieprzyła. :> Ja
                      powiedziałam od serca wszystko co mi przeszkadzało i ona przyjęła to bardzo
                      dobrze. Poradziła mi, poopowiadała jak to jest między nią a jej meżem i troche
                      mi poradziła co i jak. Zależy jej bardzo na tym byśmy sie dogadali. Wysciskała
                      Oskarka, nakarmiła i popatrzyła na kąpiel. Było naprawdę miło. Okazało się tez,
                      ze jak prosiłam Nie-Męża by jakos taktownie powiedział swojej mamie by tak do
                      mnie nie wydzwaniała to on jej mówił "weź daj jej spokój i nie dzwoń tyle". To
                      cały jego takt i polot... Aż dziwne, ze jego mama na mnie sie nie obraziła, że
                      mu sie skarżę w ten sposób. Ogólnie to z tesciową mam całkiem miły układ i mi
                      ulżyło jak mogłam z nią szczerze porozmawiać. :))))

                      Teraz tylko muszę jakoś sobie poukładać sprawy z Nie-Mężem, a to na pewno nie
                      będzie takie proste. Boję się isć na wychowawczy, bo nie chce by potem były
                      kłótnie o kasę, o to kto siedzi w domu, a kto pracuje itd. Nie chce tez prosić
                      go o pieniadze na kosmetyki czy nowy ciuch. Od matury miałam kasę, która sama
                      zarobiłam i nie chce wracać do czasów gdy byłam dzieckiem i musiałam iść po
                      prosbie do rodziców, by mi dali na nowe buty. Jesli Nie-Mąż nie bedzie potrafił
                      nad sobą panować i nad swoim niewyparzonym ozorem, to pewnie czeka nas niejedna
                      taka awantura. :(

                      Zastanawia mnie kiedy on mnie przeprosi i czy w ogóle to zrobi. Mimo ż epo całej
                      rozmowie z jego mama odzyskałam spokój i równowagę to jednak nadal czekam na
                      przeprosiny. Będę ćwiczyc konsekwencję. ;)
                      • dmgr Re: do hermengildy 17.09.07, 22:38
                        no to już "pierwsze koty za płoty" teraz porozmawiaj szczerze z Nie-Mężem i też
                        się dogadacie. A z kasą zawsze będą niedomówienia. U nas w małżeństwie niby
                        wszystko razem ale ja zarabiam dużo więcej i czasem mężowi to wypominam co
                        bardzo go boli a on nigdy nie wypomniał mi czasów, kiedy ja nie pracowałam i
                        żyliśmy tylko z jego pensji. Ten pomysł z przeczytaniem postu tez jest dobry ale
                        na Twoim miejscu skopiowałabym to co napisałas i trochę zmieniła kierując do
                        niego wszystkie swoje żale nie koniecznie mówiąc mu, że opisywałas to na forum
                        (mógłby się wkurzyc). Bo jak zaczniesz mówic to znowu zaczniecie się kłucic a
                        tak jak napiszesz to on przeczyta i porozmawiacie na spokojnie potem.
    • dmgr Re: Kryzys małżeński... 17.09.07, 22:19
      Oj cieszę się, że mam takiego męża jakiego mam. Przyznam, ze nie doczytałam
      wszystkich postów ale widzę, że cięzko masz Ty i inne dziewczyny też.
      Najważniejsze jest rozmawiac ze sobą i mówic mu o co Ci chodzi nie w kłótni
      tylko na spokojnie. Ja od poczatku mojego związku z mężem trzymałam go krótko i
      w sumie on do dzisiaj nie poszedłby nawet po pracy do sklepu wczesniej się mnie
      nie pytając bo wie, że ja czekam w domu z dziecmi i jest mi ciężko. Podobała mi
      się ta wypowiedź, w której padło, że macierzyński to praca za którą nawet płacą.
      I myślę, że jak męczysz się karmiąc to powinnas sobie odpuscic szczególnie jak
      mały ma alegrię. Pamietaj, że po porodzie do około 6 miesięcy huśtawka
      hormonalna może zawładnąc nami całkowicie. A z tesciową też pewnie można się
      dogadac ale trzeba rozmawiac, rozmawiac. POWODZENIA trzymam kciuki, wszystko się
      ułoży a z odchodzeniem to nie doradzam, zwłaszcza teraz choc nie wiem może Ty
      inaczej czujesz.
Pełna wersja