shemreolin
13.09.07, 23:26
Hej... w sumie rzadko piszę, a więcej czytam, ale odczułam potrzebę by napisać
coś od siebie. Otóż w moim związku jest coraz gorzej. Zaczęło sie już w sumie
jak byłam w ciąży. Wszystko rozchodzi sie o to, że ja jestem w domu i wedle
mojego faceta powinnam w tym domu wszystko robić. Ja kompletnie nie jestem
typem "perfekcyjnej pani domu", która musi mieć wszystko tip top. Gdy pod
koniec ciąży byłam w domu to tez oczywiście sie czepiał, ze nie ma obiadku, że
pranie nie zrobione itd.
Ja w zasadzie sama opiekuje sie dzieckiem i teraz jest juz w miare ok, bo
Oskar jest bardzo pogodnym i kochanym dzieckiem. W nocy już normalnie śpi ale
wczesniej budził sie ze dwa razy i byłam tym wykończona. W dzień ciagle spałam
albo dochodziłąm do siebie po cesarce. Mój Nie-Mąż coraz bardziej i cześciej
sie mnie czepiał. Oczywiście sam prędzej by zdechł niżby miał sobie pralke
włączyc. Woli poswiecic energie na wypominanie mi, że nie ma czystych gaci.
Nie mam od niego za grosz wsparcia. Na dodatek potrafi mi wyjechać z tekstem,
że nie dbam dobrze o naszego syna. Siedzę z nim sama cały dzień, karmie,
przewijam, często kąpię sama, bo tatuś gdzieś wywala z domu do kolegów albo
szanownej rodzicielki. Ja oczywiscie tez wychodze z domu, np. chodze raz w
tygodniu na konie, ale on o wiele cześciej niż ja jest poza domem.
Gdy coś robie w domu to nawet tego nie zauważy, gdy zrobię obiad to nie
podziękuje tylko wrzuci talerz do zlewu. Zdarza mu sie, ze cos zrobi w domu,
ale potem przy okazji kłótni mi to wypomni, że on niby ciagle sprzata, a ja
nic cały dzień nie robię. Szczytem było jakmi powiedział, że zmarnował na mnie
swój urlop, bo siedział ze mna w domu po cesarce i mi pomagał przy dziecku.
SŁABO???!!! Szczeke zbierałam z podłogi! Wiem, ze mówił to w złosci, ale nawet
mnie potem nie przeprosił za to.
Obecnie po tych wszystkich awanturach nie chce mi sie z nim gadac. Musze
panować mocno nad nerwami, bo gdy Oskar marudzi to momentami mam ochotę nim
potrząsnac a czasami sie na niego wydrę żeby sie zamknął. Dzisiaj waliłam
rękami o ścianę z wsciekłości, bo juz nie wiedziałam co zrobic ze soba po
kolejnej akcji.
Wszystko co robie, robie xle i nie tak jak trzeba. Na dodatek Nie-Teściowa
codziennie wydzwania z pytaniem jak się ma jej dziubdziuś (Oskar). Jak mały
płacze akurat to jest 100 pytań w stylu "może ma kolkę? może jest chory?".
Oskar płacze tylko gdy jest głodny. Jak każde dziecko musi kiedys kurde
popłakać! Ciagle słyszę od tej cholernej rodzinki pytania w stylu "a na
spacerku byłaś? a nakarmiłaś? a byłaś u lekarza?" Synek i mamusia w tandemie
mnie wypytują jakbym do cholery była jakaś niepełnosprawna.
Dzisiaj szlag mnie trafił, bo miałam pojechać po Pesel dziecka i nie
wiedziałam dokładnie gdzie. Zadzwoniłam wiec tu i tam i dowiedziałam sie gdzie
mam jechać. Za chwilę dzwoni Nie-Teściowa z informacja, że ona sie dowiedziała
gdzie mam jechać (wiedziała, że bedę dzwonić by sie dowiedziec). Za godzine
dzwoni z pracy Nie-Maż żeby mi powiedziec to samo. Jakbym kurde nie umiała
sobie sama poradzić. Wkurza mnie to, że nie moge nic zrobic sama, bez żadnej
kontroli, bez wiszących mord nade mną.
W obecnej chwli jestem doprowadzona do takiego stanu, ze wrzeszcze na Nie-Męża
by sie odpierdolił, spierdalał, spieprzał i wyzywam go od najgorszych. Jak on
nadaje to mam ochotę zatkać uszy i śpiewać. Dzisiaj nawet posprzeczalismy się
kto komu zabierze dziecko.
Wszystko wymyka sie spod kontroli... a na poczatku próbowałam normalnie z nim
rozmawiać, ale juz nie mam siły. Mam ochotę by zamknał ten ryj i polazł do
matuli, która na pewno mu wypierze skarpety i poda obiad do stołu.
Sorki, ze tak sie wyflaczyłam, ale normalnie nie mogę... Mam ochotę gdzieś
zwiać i wydaje mi sie, ze to koniec naszego wspólnego życia. Juz od dawna
żyjemy obok siebie a nie ze sobą. Dosć mam tego...
:(