axel40
27.12.06, 23:58
Kapitanowie opuszczają swoje statki.
2006-12-15 10:08
Rekordowe poziomy indeksu Dow Jones stanowią nie lada zagadkę, jeśli
skonfrontować je z wyraźnie słabnącą dynamiką amerykańskiego PKB. Równolegle
po obu stronach Atlantyku inwestorzy indywidualni najsilniej od wiosny 2000 r.
poczuli nieodpartą chęć posiadania akcji i szturmują biura maklerskie.
Tymczasem pośród gwałtownie rosnącego powszechnego optymizmu szefowie
największych spółek sprzedają akcje z intensywnością nie notowaną od czasów
poprzedzających krach 1987 roku.
Parkiet giełdowy w USA, zazwyczaj wyprzedzający realne procesy gospodarcze o
2–3 kwartały, stracił synchronizację z cyklem koniunkturalnym. Co bardziej
groźne i znamienne, odpowiedzialnej za ten stan rzeczy globalnej nadpłynności
nie zlikwidowała ani seria 17 podwyżek dolarowych stóp procentowych, ani
konsekwentne zacieśnianie polityki monetarnej przez Bank Anglii oraz w strefie
euro, tudzież ostrożne podwyżki stóp w Japonii. Dynamika PKB Stanów
Zjednoczonych po III kwartale br. wyniosła 2,2 proc. wobec 5,6 proc. jeszcze
dwa kwartały wcześniej. Długie dni natomiast celebrowano radość z rewizji w
górę najnowszego odczytu z pierwotnych 1,6 proc.
Niedawno światło dzienne ujrzała odosobniona prognoza zerowej dynamiki
amerykańskiego produktu brutto w ostatnim kwartale 2007. Autorem tej prognozy
jest ekonomista z nowojorskiego uniwersytetu Nouriel Rubini. Argumentacja
wspierająca pesymistyczny scenariusz wygląda przekonująco: spowolnienie
gospodarcze w USA okazuje się dotkliwsze niż przewidywano. Początek recesji na
rynku nieruchomości rozprzestrzenia się na pozostałe sektory gospodarcze,
słabną zamówienia na dobra trwałe, zaczynają spadać wskaźniki zaufania
konsumentów. Jako ostatnia ale nadejdzie dekoniunktura w sektorze detalicznym
i będzie ona najbardziej medialna, gdyż amerykańscy konsumenci odpowiadają za
ponad 60 proc. tamtejszego PKB!
Powyższe tendencje stoją w rażącej sprzeczności do wydarzeń na amerykańskich
rynkach akcji (zatem i na europejskich z racji dużej korelacji). Giełdy w USA
stały się zakładnikami wpływowych zaklinaczy trywializujących spowolnienie
gospodarcze i triumfalnie oznajmiających koniec kłopotów na rynku
nieruchomości. Przypomnijmy, że już kilka miesięcy temu były wieloletni szef
FED Alan Greenspan ogłosił, że rynek ten najgorsze ma już za sobą, a podobną
opinię wyrazili niedawno analitycy Citigroup i podnieśli rekomendację dla
akcji całej branży. Mało kto natomiast pamięta, że ten sam A. Greenspan już w
1996 r. przestrzegał przed bańką spekulacyjną na giełdzie amerykańskiej
(artykuł pt. „Irrational exuberance”

. Jak wiemy pośpieszył się o cztery lata,
a w międzyczasie indeksy zdążyły dynamicznie wzrosnąć. Jeśli i tym razem się
pośpieszył, to do prawdziwego dna bessy na rynku nieruchomości jest naprawdę
daleka droga, a zanotowane niedawno pierwsze od wielu lat spadki cen domów w
skali rocznej należy uznać dopiero za pierwszą jaskółkę nowego trendu.
Natomiast kłopoty brytyjskiego rynku nieruchomości dopiero przed nami w całej
swej okazałości. Ceny domów i mieszkań na Wyspach opierają się spadkom mimo
konsekwentnie podnoszonego kosztu kredytu w funtach. Jednak ciężar obsługi
długu hipotecznego coraz bardziej daje się we znaki klientom indywidualnym,
przez co systematycznie pogarsza się jakość portfela kredytowego w brytyjskiej
bankowości. Tymczasem banki zamiast przedsięwziąć środki ostrożności w dalszym
ciągu zwiększają dostępność kredytów, proponując np. kredyt rozłożony na 45
lat czy kredyt opiewający na równowartość 5–letniego przeciętnego wynagrodzenia.
Kolejnym doniosłym znakiem czasów jest rekordowe ożywienie na rynku fuzji i
przejęć po obu stronach Atlantyku. Procesy konsolidacyjne występują obecnie na
skalę większą niż w pamiętnym 2000 r., a mnożące się pogłoski o kolejnych
miliardowych mariażach utrzymują wiele indeksów na niebotycznych poziomach. W
przeszłości rozkwit fuzji i przejęć zwiastował nadejście kłopotów gospodarczych.
Indeks DJIA od kilkunastu tygodni faluje powyżej 12000 punktów, a mało
eksponowane wskaźniki nastroju wskazują na powszechny pęd do posiadania akcji
połączony z bardzo wysokim poziomem optymizmu inwestorów. Szczytu DJIA nie
potwierdza średnia transportowa DJTA, co jest bardzo istotnym sygnałem
ostrzegawczym w klasycznej teorii Dowa. Równie byczo jest w Wielkiej Brytanii,
gdzie indeksowi FTSE100 brakuje kilka procent do rekordów sprzed 6 lat, a
FTSE250 orbituje w okolicy 11000 punktów.
Władze korporacji pozbywają się akcji
Jest jednak coś, co burzy panujący krajobraz giełdowej szczęśliwości. Pośród
rekordowych notowań indeksów nasila się podaż akcji ze strony władz większości
sztandarowych korporacji amerykańskich i brytyjskich. Wiele cennych informacji
w tym zakresie wnosi niedawny raport zamieszczony w piśmie The Telegraph (Tom
Stevenson, 7 grudnia 2006). Źródło to podaje proporcje wartości akcji
sprzedanych przez zarządy największych spółek w USA i Wielkiej Brytanii do
wartości akcji zakupionych (dane dotyczą listopada br.). Oto szczegóły, które
powinny poruszyć wyobraźnię zwłaszcza laików rozpoczynających giełdową karierę
i nie doświadczonych przez bessę.
Władze korporacji wchodzących w skład renomowanego indeksu S&P500 sprzedały w
ubiegłym miesiącu akcje swoich spółek o łącznej wartości 8,4 miliarda dolarów,
podczas gdy zakupy akcji opiewały na jedyne 133 miliony dol. Stosunek podaży
do popytu w grupie zarządów za badany okres przekracza zatem 63, czyli na
każdy tysiąc dolarów przeznaczony na zakup akcji przypada ponad 63 tysiące
dolarów w gotówce, uzyskanych z upłynnienia akcji na parkiecie. Według analiz
agencji Bloomberg jest to najwyższy współczynnik przynajmniej od początku 1987
r. Dużym błędem jest nie pamiętać, co przyniósł tamten rok na giełdzie
amerykańskiej.
W przypadku 350 głównych giełdowych korporacji brytyjskich (tworzących
indeksy FTSE100 i FTSE250) rzecz się ma jeszcze gorzej z punktu widzenia
orędowników dalszej hossy. Podaż wynosząca 625 milionów funtów przytłacza
popyt wart ledwie 8 milionów. Iloraz wartość akcji sprzedanych do kupionych
wynosi za listopad ponad 78.
Spośród najbardziej wpływowych osób pozbywających się akcji należy wymienić
Billa Gatesa, który sprzedał walory „swojego” Microsoftu za 581 mln dolarów.
Szefostwo Google także nie pozostało bierne, inkasując ze sprzedaży akcji
słynnej wyszukiwarki 182 mln dolarów. Nie można pominąć wartej 397 mln funtów
(około 770 mln dolarów) sprzedaży akcji giganta AngloAmerican przez rodzinę
Oppenheimerów.
Ostatnią diagnozą płynącą z analizy tego zestawienia powinna być ta
wyrokująca o dalszych wzrostach indeksów. Historia rynków finansowych
pokazuje, że naiwnością jest ignorowanie zjawiska „insider selling”, zwłaszcza
jeśli przybiera ono rozmiary największe od wielu lat. Nieprzypadkowo na
początku 2000 r. najlepiej poinformowani intensywnie sprzedawali po
niebotycznych cenach akcje tzw. dotcomów, które po kilku miesiącach stały się
przekleństwem mas albo wskutek bankructw, albo tracąc ponad 90 procent
kapitalizacji rynkowej.
Czy można znaleźć lepsze ostrzeżenie przed poważnym spadkiem ceny akcji danej
spółki, niż niewiara szefostwa tej spółki w jej dalsze perspektywy poparta
dystrybucją jej walorów? Czy można znaleźć lepszą zapowiedź głębokiej przeceny
indeksu giełdowego, jeśli sprzedaż akcji przez zarządy dotyczy niemal każdej
spółki wchodzącej w skład tegoż indeksu? I wreszcie, czy można wierzyć w
dalsze wzrosty na bardziej ryzykownych giełdach rynków wschodzących gdy
nadejdzie silna fala spadkowa w USA i Europie Zachodniej?
Rynki wschodzące na beczce prochu
U schyłku roku nie można przemilczeć sytuacji na giełdach emerging markets.
Główne indeksy w Meksyku, Brazylii, Indiach, Rosji, Czechach i Polsce
poszybowały na rekordowe poziomy. Globalny indeks MSCI obliczany dla 26 rynków
wschodzących (na podstaw