Egzotyczne rynki mogą ukąsić

30.06.07, 15:02


Inwestycje: Egzotyczne rynki mogą ukąsić

Poprzez fundusze i certyfikaty drobni inwestorzy lokują pieniądze w
najodleglejszych zakątkach świata. Jakie mogą być tego następstwa? O tym nie
myślą. Czytaj analizę dziennika "Die Zeit".

Niemiecki indeks DAX wzrósł od początku roku o 17 procent, a WIG o około 20
procent. Spoglądając na giełdy w innych krajach, wywołuje to tylko uśmiech na
twarzy.

Wzrosty są gdzie indziej

W tym samym czasie giełda w Lagos odnotowała 48-procentową zwyżkę, kursy w
chorwackim Zagrzebiu wzrosły o 58 procent, w Belgradzie wartość 15
największych firm notowanych na giełdzie wzrosła w pewnym okresie dwukrotnie.
Barometr akcji w chińskim Szanghaju i Szenzen bije co i rusz rekordy. I w
każdym przypadku sprzedawcy funduszy i certyfikatów oferują inwestorom z mniej
dynamicznych krajów odpowiednie produkty.

"Wszystko, co brzmi egzotycznie, cieszy się ogromnym powodzeniem", mówi Dirk
Heß, specjalista od certyfikatów w Goldman Sachs. "Produkty na rynkach
wschodzących sprzedają się praktycznie same", mówi Holger Bosse z x-markets,
działu certyfikatów w Deutsche Bank. W ubiegłym roku niemieccy inwestorzy
wpompowali ponad 800 milionów euro w fundusze emerging markets.

Nie ma darmowych obiadów

Fascynacja egzotyką wiąże się z ryzykiem. To często bardzo małe rynki, których
łączna kapitalizacja jest równie mała, co liczba akcji będących w obrocie.

Kupno nawet niewielkiej ilości akcji może mieć wpływ na kursy a stosunkowo
niewielkie ruchy kapitałowe mogą mieć poważne skutki na rozwój całego rynku.

Kto inwestuje w takich krajach, stawia na pozytywny trend, do którego po
części sam się przyczynia. Rosnące kursy kuszą coraz większą liczbę
inwestorów, co stwarza zagrożenie powstania bańki, która może niespodziewanie
pęknąć.

Przestroga z Wietnamu? Raczej zachęta

Jak działa taki cykl, widać wyraźnie na przykładzie Wietnamu. Do października
2006 prawie nikt z graczy giełdowych nie znał tamtejszego indeksu Ho-Chi-Minh.
Wtedy to Landesbank Berlin (LBB) wylansował pierwsze odnoszące się do indeksu
certyfikaty.

Kiedy pieniądze zaczęły płynąć, kursy akcji w Wietnamie zaczęły piąć się w
górę. Przyciągnęło to jeszcze większą liczbę inwestorów a notowania zaczęły
rosnąć jeszcze szybciej. Pojawili się kolejni emitenci i w ciągu czterech
miesięcy indeks wzrósł o ponad 100 procent.

Według szacunków branży, trzy instytucje oferujące wietnamskie certyfikaty
skupiają obecnie 60 procent całej kapitalizacji Ho Chi Minh Stock Exchange.
"Oczywiście z taką ilością kapitału sami kierujemy kursami", potwierdza
anonimowy bankier.

Jest to kusząca sytuacja. "Jeżeli ma się taki wpływ na rynek, jak chociażby
fundusze oferujące certyfikaty wietnamskie, można podjąć działania giełdowe,
które zachęcają inwestorów do swojego produktu", twierdzi jeden z ekspertów.
Oczywiście oficjalnie wszyscy oferenci certyfikatów zdecydowanie odcinają się
od takich praktyk.

Na wschód! Tam muszą być wzrosty

Jak dotąd w Wietnamie wciąż się zarabia. Więc karawana idzie dalej. Giełda
chorwacka po emisji przez austriacki Erste Bank pierwszego certyfikatu zyskała
w ciągu kilku tygodni 50 procent.

Subskrypcję na certyfikat Ostbasket, przeznaczony na Ukrainę i Kazachstan,
Raiffeisen Centro Bank (RCB) zamknął już po dwóch dniach - papier był
praktycznie wyprzedany na kilka tygodni przed wejściem na giełdę. Teoretycznie
byłoby możliwe zwiększenie wolumenu. Żaden emitent tego jednak nie robi.

Europa Wschodnia, kraje arabskie czy Wietnam – cała armada banków i funduszy
stymuluje tam pozytywne trendy i dobrze zarabiaja na prowizjach.

Magiczny BRIC

W roku 2003 Jima O'Neill, główny ekonomista banku inwestycyjnego Goldman
Sachs, napisał analizę wszechczasów - Global Economic Paper Nr. 99.
Przewidział w nim obraz nieprzerwanej hossy w Brazylii, Rosji, Indiach i
Chinach, czyli w grupie krajów, którą nazwał skrótem "BRIC". Pod koniec 2004
roku duński fundusz Sydinvest wypuścił na rynek fundusz BRIC. Wiele dużych
instytucji finansowych również zainteresowało tym tematem.

"Dziwie się, że z tak marnym pomysłem można zebrać tyle pieniędzy", mówi
menadżer zarządzający funduszami. Obecnie w dziesięciu funduszach BRIC, które
są dostępne dla inwestorów niemieckich, zebrano osiem miliardów euro.

Ponieważ żaden trend nie trwa wiecznie a rynek domaga się nowości, branża
zdążyła się już przygotować. Twórcy innego certyfikatu - DWS Go - uważają, że
11 innych państw jest w stanie pójść śladem BRIC. Między innymi Wietnam,
Bangladesz, Iran czy Egipt.

Ponieważ fundusze były już przygotowane do wypuszczenia nowego produktu, zaraz
po publikacji analizy na poszczególnych giełdach pojawiły się certyfikaty pod
nazwą "N11". Sukces był ogromny: Holger Bosse z x-markets szacuje, że w
wszystkich rynkach niszowych zainwestowano obecnie około 1,2 miliarda euro
pochodzących tylko od niemieckich inwestorów.

Zarobią czy stracą?

Podczas gdy przemysł nabiera właśnie rozpędu, liczba sceptyków rośnie.
Wprawdzie akcje z krajów rozwijających się oferują długoterminowo duże zyski,
coraz więcej ekspertów giełdowych bije na alarm, że oczekiwania rozmijają się
z rzeczywistością.

Notowania giełdowe gwałtownie rosną: kursy akcji spółek w Chinach wynoszą
średnio 45-krotność oczekiwanych zysków, w Wietnamie, według oceny
Międzynarodowego Funduszu Walutowego - 70-krotność.

"Obecnie za kursami 30 proc. akcji w krajach rozwijających się stoją
spekulanci", mówi ekspert od rynków azjatyckich Marc Faber. Także Joachim
Goldberg z firmy doradczej Cognitrend jest sceptycznie nastawiony do małych
egzotycznych rynków.

Tymczasem sami oferenci nie mówią chętnie o perspektywach na przyszłość. "Tam
gdzie inwestorzy wykazują zainteresowanie, musimy być obecni. Inaczej
pomylilibyśmy się z wyborem zawodu", mówi Bosse z x-markets.

Oryginał artykułu opublikowano na stronach ZEIT online


tłum. Robert Susło

Pełna wersja