axel40
07.07.07, 23:31
"175 proc. w trzy lata" czyli pięć minut strach
Fundusze inwestycyjne. Wytrawni giełdowi gracze mawiają: drzewa nie rosną do
nieba. A może jednak? Jeżeli nie minie nam fascynacja funduszami - a na razie
nic na to nie wskazuje - silny popyt na akcje może nas uchronić przed głębszą
korektą.
Struktura funduszy inwestycyjnych**
Marzec miał być na rynku funduszy inwestycyjnych miesiącem prawdy. Drugim już
po ubiegłorocznym majowym tąpnięciu, gdy indeks WIG w skali miesiąca stracił
blisko jedną czwartą swojej wartości. Ex post łatwo mówić, że ucieczka z
funduszy akcyjnych była wtedy błędem (indeksy wkrótce ruszyły w górę i szybko
nadrobiły straty; pod koniec kwietnia 2007 r. indeks WIG był na poziomie o 60
proc. wyższym niż w tamtych feralnych dniach).
czytaj dalej
Początek marca 2007 r. - scenariusz bardzo podobny. Impulsem było tąpnięcie w
Chinach i Alan Greenspan w roli Kasandry, wieszczącej widmo korekty w Stanach
Zjednoczonych. Efekt ? Ostre spadki także w Warszawie i histeryczne nagłówki w
prasie: "w ciągu tygodnia z polskiej giełdy wyparowało 42 mld złotych". Strach
tym razem ulotnił się jeszcze szybciej. Infolinie TFI wprawdzie rozgrzane były
do czerwoności, ale masowych umorzeń nie odnotowano. Po tygodniu spadków na
rynek wrócił optymizm, a marzec okazał się rekordowy pod względem wzrostów
aktywów. Można szacować, że z ponad 8 mld zł przyrostu 30 - 40 proc. stanowiły
nowe nabycia, potwierdzające, że inwestorzy wykorzystali korektę do tanich,
ich zdaniem, zakupów. Aktywa funduszy przekroczyły już 120 mld zł, czyli
poziom, który mieliśmy osiągnąć dopiero pod koniec roku.
Coraz bardziej nurtuje więc pytanie, co się musi wydarzyć, by Polacy - świeżo
rozkochani w funduszach (inwestuje w nie ponad 2 mln osób) - zrozumieli, że
nie są one maszynką do robienia pieniędzy. By zaczęli czytać dopisek drobnym
drukiem, że historyczne wyniki nie są gwarancją wyników w przyszłości. I -
wreszcie - zdawać sobie sprawę, że średnioroczny zysk na poziomie 15 proc.
(czyli podwojenie majątku w pięć lat!) to marzenie inwestorów na całym świecie.
- Na razie przeciętny inwestor raczej myśli o tym, na co wyda 30 proc. zysku,
niż zastanawia się, jak zareaguje, gdy jego portfel skurczy się o jedną piątą
- zauważa Tomasz Jędrzejczak, prezes Legg Mason TFI.
Tymczasem co najmniej od dwóch lat mówi się, że nasz rynek czeka porządna
korekta, bo wiele sektorów i spółek jest już absurdalnie przewartościowanych.
- Duże spadki wymagałyby wyjścia zagranicznych inwestorów i jednoczesnego
odpływu środków z funduszy akcyjnych - zauważa Tomasz Bogutyn, prezes PKO CS TFI.
Warto jednak zastanowić się, co by było, gdyby inwestorzy nie tylko nie
wycofywali środków z funduszy, ale wyrobili w sobie nawyk regularnego
inwestowania. Za zatrzymaniem środków w funduszach przemawia brak atrakcyjnych
alternatyw inwestycyjnych (nisko oprocentowane lokaty, drogie nieruchomości).
Zdaniem wielu ekspertów to poważny argument za tym, że masowe umorzenia
jednostek, a więc i korekty na miarę tych, które targały rynkiem w ubiegłej
dekadzie, mogą już się nie powtórzyć.
Czy w takiej sytuacji fundusze, w połączeniu ze stabilnym popytem OFE (dziś
lokują w akcjach około 45 mld zł; pierwsze "poważne" emerytury będą wypłacane
dopiero za pięć lat) mogłyby nas uchronić przed korektą wywołaną czynnikami
zewnętrznymi albo przynajmniej istotnie złagodzić jej przebieg?
Wartość akcji w portfelach TFI to teraz ok. 40 mld zł, czyli jedna piąta
papierów w wolnym obrocie. Bogutyn szacuje, że aby krajowe TFI mogły się stać
takim "bezpiecznikiem", musiałyby dysponować dwukrotnie większą siłą rażenia,
a najlepiej 30 mld euro aktywów ulokowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych.
- Rodzimy kapitał długo jeszcze nie będzie miał dość siły, by samodzielnie
kształtować koniunkturę na GPW; karty wciąż rozdaje zagranica, z blisko 80 mld
zł w akcjach - mówi prezes PKO TFI.
- Gdyby zagraniczne banki zarządziły odwrót z rynków takich jak Polska,
rzuconych przez nich do sprzedaży akcji nie miałby kto kupić.
Jego zdaniem, taki właśnie scenariusz zrealizował się między innymi podczas
ubiegłorocznej, majowej korekty.
- Źle byłoby, gdyby kondycja giełdy zależała wyłącznie od popytu krajowych
instytucji, zmuszonych do inwestowania w polskie spółki (czy to ustawowo, czy
pod presją klientów, domagających się np. otwierania kolejnych funduszy małych
i średnich spółek) - zauważa Krzysztof Samotij, prezes TFI Arka.
To oznaczałoby, że pieniądze nie są inwestowane efektywnie. Tomasz Bogutyn
przypomina, że jest taka giełda na świecie, której indeks wzrósł w minionym
roku o 4 tys. procent. To Zimbabwe, gdzie handel odbywa się w niewymienialnej
walucie, więc tamtejsze instytucje kiszą się we własnym sosie. Trudno uznać to
za oznakę dojrzałości rynku.
Profesor Waldemar Frąckowiak, kierownik Katedry Inwestycji i Rynków
Kapitałowych poznańskiej Akademii Ekonomicznej, potwierdza, że w istocie mamy
do czynienia z głęboką nierównowagą między popytem a podażą akcji. Jego
studentom nie trzeba mówić, czym to skutkuje - nieuniknionym wzrostem cen,
prawdopodobnie jeszcze przez wiele lat. Przy czym tylko część tego wzrostu da
się wytłumaczyć fundamentami mikro i makro.
Podaż to nowe emisje i prywatyzacje; i z jednym, i z drugim, niestety, nie
jest różowo. Prywatyzacja leży, a liczba debiutów plasuje nas w czołówce
rynków pierwotnych Europy, tyle że w większości są to emisje tak małe, że
zupełnie nieatrakcyjne dla dużych inwestorów instytucjonalnych.
Z drugiej jednak strony mamy popyt - duży, stabilny i w najbliższych latach
przewidywalnie rosnący.
- To zasługa inwestorów instytucjonalnych, ale także pośrednio rosnącej
świadomości społeczeństwa, która to doprowadziła do spektakularnego transferu
środków z lokat do produktów inwestycyjnych, z mniejszym lub większym
elementem inwestycji w akcje - tłumaczy zjawisko profesor Frąckowiak.
- A wizja Euro 2012 zapewne sprowadzi do Polski kolejną falę inwestycji
kapitałowych.
Źródło informacji: Manager Magazin