Doradzać może każdy

30.10.07, 21:47
Doradca inwestycyjny, doradca finansowy? Przeciętny Kowalski nie widzi
różnicy. Jednak ten pierwszy musi zdać trzyetapowy egzamin państwowy i wydać
minimum 1500 zł (po 500 zł za dopuszczenie do każdego etapu). A ten
drugi… wystarczy, że uzna się za znawcę i już może doradzać. Niemal jak
w piosence Jerzego Stuhra "Śpiewać każdy może". Co ciekawe, zarobki obu mogą
być porównywalne.

By uniknąć przejęcia całych zespołów lub najcenniejszych ludzi przez
konkurencję, domy maklerskie i TFI windują wynagrodzenia i zakładają
pracownikom złote smycze, np. poprzez wypłatę bonusów pod koniec roku czy
przyznawanie opcji na akcje firmy (taką dodatkową motywację miał np. Robert
Nejman zarządzający portfelami w IDMSA). Mimo to coraz więcej maklerów, a
zwłaszcza doradców inwestycyjnych, wybiera pracę na swoim. Ubytków kadrowych
nie ma kim uzupełniać, na czym korzystają nowicjusze z licencjami. Otwiera się
przed nimi szybka ścieżka kariery.
- Jest zapotrzebowanie na maklerów, zarówno tych z doświadczeniem, jak i tych
świeżo upieczonych, choć różnice w ich wynagrodzeniach są ogromne - mówi
Grzegorz Leszczyński, prezes IDMSA.
Mimo że zarobki początkujących wynoszą 2-3 tys. zł brutto, każdy przepracowany
rok jest inwestycją w przyszłość. Wartość maklera z doświadczeniem rośnie
skokowo. Z reguły dostaje kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie. Jeżeli
oprócz wklepywania zleceń potrafi jeszcze pozyskać lub przyprowadzić ze sobą
zamożnych klientów, awansuje do najwyższej kasty. - U mnie tacy ludzie
zarabiają po kilkadziesiąt tysięcy, przypuszczam, że w dużych bankach grubo
powyżej 100 tys. - mówi Leszczyński. Również Jacek Lewandowski, prezes Ipopema
Securities, przyznaje, że wynagrodzenia maklerów są już naprawdę wysokie, choć
zastrzega, że to bardzo zróżnicowane środowisko - są w nim gwiazdy i
przeciętniacy.
- Najlepsi dostają 10-15 tys. euro, sprawni, choć nie wybitni, jakieś 20-30
tys. zł miesięcznie - ocenia szef jednego z bankowych biur. Jednak
największymi beneficjentami hossy są analitycy. - To najbardziej zaskakująca
zmiana, bo jeszcze pięć lat temu ta grupa zawodowa nie cieszyła się zbyt
wielkim uznaniem - mówi Lewandowski. Teraz ich brakuje. Wielu sensownie
piszących przeszło do funduszy lub korporacji. A spółek na giełdzie przybywa w
szybkim tempie. W efekcie nastąpił ogromny skok wynagrodzeń, a stawki płacone
najlepszym zaczynają dorównywać londyńskim. Szefowie biur maklerskich
oceniają, że pensje gwiazdorów (z bonusami) dochodzą do ćwierć miliona euro
rocznie.

Jednak największy rynek pracy otwiera się przed doradcami finansowymi, choć
pewnie bardziej adekwatną nazwą tej profesji byłby sprzedawca, agent lub
konsultant finansowy. - Pośrednicy finansowi jak Xelion, Open Finance,
Expander i ich mniejsi konkurenci zatrudniają ok. 1500-2000 doradców - ocenia
Krzysztof Barembruch, wiceprezes firmy A-Z Finanse. Przypuszcza, że w ciągu
najbliższych pięciu lat ta liczba wzrośnie do 10 tysięcy. Zarobki najlepszych
dochodzą do kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Oferta jest kusząca,
a do zawodu - przynajmniej teoretycznie - można wejść wprost z ulicy. Nie ma
egzaminów, certyfikatów ani licencji. Wystarczą odrobina wiedzy, tupet i
predyspozycje sprzedażowe, czyli kwalifikacje typowego akwizytora. Krzysztof
Barembruch przyznaje, że być może nazwa "planista finansowy" - stosowana na
Zachodzie - byłaby bardziej adekwatna dla tej profesji. Większość z nich to
ludzie młodzi, grubo przed trzydziestką, zarabiający ponad 20 tys. złotych.
Niektórzy wynajmują nawet podwykonawców do papierkowej roboty. KNF z
niepokojem przygląda się ekspansji nowego zawodu. Chce wprowadzenia
certyfikatów lub licencji. Co na to sami zainteresowani? Nie mają nic
przeciwko. Mówią wprost: jeśli nie my, to kto miałby dostać te certyfikaty. Są
pewni siebie, wiedzą, że istnieje realne i rosnące zapotrzebowanie na ich
usługi, a rzeczywistość dawno już rozsadziła gorset prawa. Zgodnie z nim
doradzać odpłatnie może tylko posiadacz licencji doradcy inwestycyjnego (257
osób w kraju) oraz od niedawna tzw. makler rekomendujący. Uprawnienia takie
mają wszyscy nowo zdający, pozostali maklerzy powin ni zaliczyć egzamin
uzupełniający.Szefowie domów maklerskich robią wielkie oczy.
- Makler, gwiazda z dziesięcioletnim stażem musi coś jeszcze zdawać? Naprawdę
jest taki przepis? - pytają wyraźnie zdziwieni. A 2 tys. doradców finansowych
doradza Kowalskim bez licencji i zgodnie z prawem. Wszak nie pobierają
wynagrodzenia za doradztwo, a jedynie prowizję od sprzedaży, i rekomendują
produkty finansowe, a nie papiery wartościowe będące w publicznym obrocie.
Dopóki klienci są zadowoleni, problemu nie ma. Pojawi się, gdy rekomendowane
inwestycje zaczną przynosić straty.

STAWKI JAK W LONDYNIE
20 tys. EUR tyle wynoszą miesięczne pobory najlepszych analityków piszących
rekomendacje

www.forbes.pl/forbes/2007/10/25/144_doradzac_kazdy_moze.html

Pełna wersja