axel40
19.11.07, 09:22
Nie panikuj, tylko dywersyfikuj
Pożytki z letniej przeceny. Solidna korekta na światowych giełdach jest okazją
do zwrócenia uwagi na inne niż akcje możliwości inwestycji.
Stukający nerwowo w laptopa lub rozmawiający przez komórkę inwestor giełdowy
stanowił (w czasie ostatnich wakacji) widok często spotykany. I to bez względu
na miejsce - korekta przetoczyła się przez giełdy po obu stronach Atlantyku.
Niepokoje na amerykańskim rynku nieruchomości sprawiły, że w lipcu i sierpniu
indeksy giełdowe w różnych krajach straciły nawet po kilkanaście procent.
Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, dla wielu przecena stała się okazją do
zakupów. Spróbujmy raczej przyjrzeć się alternatywnym inwestycjom, które
pozwoliłyby uniknąć strat, a nawet przynieść zyski. Zwłaszcza że analitycy nie
są zgodni co do tego, czy to już aby na pewno koniec spadków. Może się więc
okazać, że wakacyjna lekcja przyda się bardzo szybko. To, że jest tanio, nie
znaczy przecież, iż nie może być jeszcze taniej. Słowem-kluczem w inwestowaniu
jest dywersyfikacja. Pozwala ona zmniejszyć ryzyko i zabezpieczyć się na
wypadek porażki na jednym albo kilku z rynków. Lecz warto różnicować swoje
zakupy nie tylko geograficznie, ale i pod względem klas aktywów oraz dostawców
produktów.
czytaj dalej
- Dywersyfikować nie należy jednak za wszelką cenę, to prowadzi do sytuacji,
gdy w najlepszym wypadku... wyjdziemy na zero - zauważa Przemysław Jóźwiak,
doradca inwestycyjny firmy Xelion. Doradcy Finansowi.
Ważną przy tym zasadą jest mieć na inwestowanie pomysł i trzymać się go.
- W ramach własnego planu należy sobie ustalić akceptowaną stratę, przy której
wyjdzie się z nieudanego zakupu - radzi Grzegorz Zalewski, ekspert Domu
Maklerskiego BOŚ.
- Klasycznie sugeruje się poziom 15 - 25 proc., tyle że tak naprawdę zależy to
od indywidualnych preferencji.
O zasadach inwestowania można pisać elaboraty, pora przejść do sedna, czyli
tego, w co teraz - jeśli nie w akcje - lokować nadwyżki kapitału. Zawirowania
na rynku nieruchomości i na giełdach nie pozostały bez wpływu na waluty. W
okresie, kiedy indeks największych spółek warszawskiego parkietu WIG20
odnotował kilkunastoprocentowy spadek (od połowy lipca do połowy sierpnia -
około 13 proc.), kursy najważniejszych walut wzrosły o kilka procent (dolar
nawet o ponad 4,7 procent). W połączeniu z lokatą walutową można więc było
osiągnąć bardzo przyzwoity wynik.
- Rynek foreksu bywa jednak niebezpieczny dla osób mniej doświadczonych -
przestrzega Marek Rogalski, główny analityk spółki First International Traders
Dom Maklerski, specjalizującej się w usłudze zarządzania aktywami na rynku walut.
Podobnie jak na rynku akcji czy obligacji, kluczem do sukcesu jest odpowiedni
timing, czyli trafienie z chwilą otwarcia i zamknięcia pozycji. Rynek walutowy
jest najbardziej globalną formą inwestycji. Co wynika z tego, że jego łączne
obroty są większe niż na rynkach akcji, z kolei handel jest zdecentralizowany
i odbywa się 24 godziny na dobę, pięć dni w tygodniu. To sprawia, że każda
pojawiająca się informacja ma swoją cenę, nieraz wysoką.
- Fakt, że powodzenie zależy tu od tak wielu czynników, wymaga od inwestora
niezwykle szczegółowego monitorowania sytuacji na rynkach całego świata -
przypomina Marek Rogalski.
Wpływ na zmiany kursów mają czynniki tak gospodarcze, jak i od nich zupełnie
niezależne - polityka czy zdarzenia losowe. Ruch na rynkach walut trwa
nieprzerwanie przez całą dobę. Aktywne lokowanie w waluty na własną rękę to
niewątpliwie wyższa szkoła jazdy. Poza tym duża część zysku i tak zostanie
skonsumowana przez prowizje. Odkładanie pieniędzy na lokacie walutowej przy
oczekiwaniach zmian kursowych ma za to sens, gdy dotyczy osób otrzymujących w
danej walucie wynagrodzenie, bowiem nie ma wówczas w ogóle mowy o prowizjach.
W razie spadków na giełdach, źródłem całkiem sporych zysków może się stać tzw.
krótka sprzedaż.
- Polega ona na pożyczeniu (zwykle od biura maklerskiego) akcji, sprzedaniu
ich, a następnie odkupieniu (oczywiście po niższej cenie, dlatego że tylko
wtedy się to opłaca) i oddaniu z powrotem - wyjaśnia Grzegorz Zalewski.
Lecz krótka sprzedaż, podobnie jak gra na kontraktach terminowych, niesie
ryzyko błędnej oceny rynku.
- Jeżeli kurs akcji wzrośnie, a liczyliśmy na spadek, trzeba będzie je odkupić
po wyższej cenie, a co za tym idzie - inwestycja zakończy się niepowodzeniem -
ostrzega ekspert Domu Maklerskiego BOŚ.
Klienci detaliczni mają coraz większy wybór produktów, które umożliwiają
zarabianie także w czasach gorszej koniunktury. Dla każdego dostępne są (a
jednocześnie ich poziom skomplikowania nie jest aż tak wysoki) kontrakty
terminowe, ale to instrument mogący w krótkim okresie przynosić zarówno
krociowe zyski, jak i ogromne straty.
Dla konserwatywnych osób przeznaczono produkty strukturyzowane. To
zaawansowane wehikuły dla tych, którzy oczekując bezpieczeństwa (produkty te
mają gwarancję kapitału), chcą również całkiem sporo zarobić. Cokolwiek by się
działo, inwestor wie, że po zakończeniu zakładanego z góry okresu przynajmniej
odzyska ulokowaną kwotę. A to pozwala spać spokojnie nawet w czasie rynkowego
sztormu. Jeszcze kilka lat temu mało kto w Polsce wiedział, czym jest
"struktura", teraz ten rynek rozwija się bardzo prężnie. Produkty takie
oferują zarówno duże banki (BRE Bank ma od września lokatę inwestycyjną
powiązaną ze spółkami branży motoryzacyjnej), jak i małe butiki inwestycyjne
(NWAI, Wealth Solutions promujące swoją Białą Lokomotywę).
W sukurs klientom idą towarzystwa funduszy inwestycyjnych. Większość z nich
wprowadziła już do swojego "menu" fundusze parasolowe, umożliwiające szybką
konwersję środków między różnymi subfunduszami. Poza możliwością reakcji na
wydarzenia rynkowe, parasol chroni przed zbyt szybką koniecznością zapłacenia
19-proc. podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki). Okazja
wprowadzania parasoli pojawiła się w 2004 r., lecz istniały wątpliwości prawne
(czy konwersja na pewno jest zwolniona z podatku) i dopiero niedawno je
rozwiano. Na koniec lata na rynku dostępnych było co najmniej 16 parasoli, z
czego pięć powstało w tym roku. Dwa lata temu było ich tylko cztery.
Coraz mocniej na rynku rozpychają się towarzystwa alternatywne. Rynkowy udział
Opera TFI wynosi już 1,21 proc., a Investors TFI 0,54 procent. Inwestor FIZ w
dwa lata dał zarobić ponad 150 proc., a co ważne, w trakcie lipcowych
zawirowań także był na plusie. Inwestors TFI idzie za ciosem i jesienią
wprowadza na rynek kolejny produkt - Inwestor LBO FIZ. Fundusz ten ma lokować
pieniądze przede wszystkim w udziały spółek niepublicznych, które potem
sprzedawane są inwestorom branżowym lub wprowadzane na giełdę. Investors TFI
liczy na niedoszacowanie tego segmentu.
Rozwój sytuacji zależy również od klientów funduszy. Gdyby zdecydowali się na
masowe umorzenia jednostek uczestnictwa, TFI musiałyby wyprzedawać się z
akcji, a to prowadziłoby do dalszej przeceny. Nic dziwnego, że TFI w
komunikatach do swych klientów oraz prasy jak jeden mąż radziły zachować
spokój i przypominały, że lokowanie w fundusze należy traktować
długoterminowo, akceptując wahania wyceny jednostki między początkiem a końcem
okresu inwestycji.
Na szczęście inwestorzy posłuchali tych rad i nie wpadli w panikę. Znamienne,
że w lipcu wartość aktywów zarządzanych przez TFI w Polsce - mimo korekty na
giełdzie - wzrosła o 2,2 mld złotych. Czyli klienci dokupywali jednostki
uczestnictwa. W sierpniu wartość aktywów spadła o 3,57 mld zł, lecz według
szacunków firmy Analizy Online, wynik zarządzania wyniósł minus 3,9 mld zł, co
oznacza, że saldo wpłat oraz umorzeń było dodatnie i wyniosło około 350 mln zł
- część klientów wykorzystała spadki do zwiększenia zaangażowania w fundusze.
Źródło:Manager Magazin
<a href="biznes.interia.pl/gi