grimma
12.06.07, 09:34
wiem ze bylo ale jakos nie daje mi to spokoju.
otoz moje dziecko (6,5 miesiaca) niejaki WOjciszek bojkotuje wozek. tzn
laskawie czasem w nim polezy ale zasadniczo (poniewaz jeszcze nie siedzi
pewnie) wozek nadaje sie do plakania, chyba ze uda mi sie idealnie wyjsc tak
zeby usnal wtedy pospi troszke a obudziwszy sie wybierze rece (tj chuste)
i ok
w porzadku. rozumiem, akceptuje, pogodzilam sie. poza problemem ze sloncem nie
widze innego
no ale ide sobie wczoraj (z wojciszkiem w chuscie po nieudanej probie wozkowej
wozek zostal w domu) placem lelewela w warszawie i wchodzac na niego slysze
jak placze dziecko.. no placze to placze, dzieci czasem placza na spacerach.
ide i mijam matke dosc mloda dosc mlodej malej (pewnie okolo 4 miesiecznej
dziewczynki)czerwonej od placzu lkajacej prawie tak jak wojtus ma pobraniu
krwi. a matka majta lozkiem i mowi: nie nie nie nie nie nie bede Cie nosic,
nie bedziesz tu rzadzic...
dziecko mi usypialo a poza tym nie mam sily przebicia do wtracania sie wiec
poszlam dalej... jak wychodzilam z drugiej strony owego placu dziewczynka
nadal plakala....
i kurcze nie wiem. z jednej strony jestem przekonana ze dobrze robie noszac
malego buntownika. a z drugiej... wlasciwie jakie sa racje takiego
przetrzymywania w wozku? i skoro jest to dosc powszechne to moze jest w tym
jakas logika?