konwalka
18.12.06, 10:26
Mam paskudna sytuacje.
Nierozwiazywalna.
Sluchajcie, ja swojej t. po prostu nie cierpie.
Pomijajac fakt, ze jest najbardziej toksyczna osoba, jaka znam - po prostu
jstem na nia uczulona.
Koszmarne jest to, ze mieszkamy razem, tzn. ona u nas. Masakra.
Przebywanie z nia w jednym pomieszczeniu przez 10 minut - to wysypka.
Poza tym jest maksymalnie roszczeniowa wobec syna - pod wzgledem emocjonalnym
i materialnym.
Odkad pamietam, wzywala go na rozkaz, kazala sie wozic, pomagac, wyreczala sie
nim. Nie tylko ja widzialam cos, co mnie przerazalo, ale nie odstarszylo
(niestety? na szczescie?)- ona traktuje go jak partnera, meza, swojego faceta.
Teraz doszla kwestia finansowa - musi ja utzrymywac.
Jestesmy malzensyewem, mamy dzieci, a sytuacja jest chora wciaz - mamusia z
trudem akceptuje fakt, ze jest jeszze jakas zona. Tak ja to widze. Staram sie
traktowac ja tyle, ile po prostu musze - chlodne dzien dobry, obiad, to -tamto.
Wtedy sa gorzkie zale do syna.
Jezu. a wiecie, kiedy jest najgorzej? kiedy probuje si na sile ze mna
zaprzyjazniac. "kocham cie" - mowi do mnie, a ja mam ochote puscic pawia.jest
egzaltowana w taki odpychajacy sposob, po prostu - toksyna. to nie jest tylko
moje zdanie akurat, wiec nie mowy o uprzedzeniach. moj tesc, jej byly maz,
spytal mnie ostatnio, jak mi sie z nia zyje i czy juz zrozumiala, ze zachowuje
sie nienomalnie (dodam, ze odeszlo od niej dwoch mezow).
heh... wygadalam sie troche. cieszcie si, ze mieszkacie osobno - mowie Wam.
pzdrawiam cieplo