net.555
25.04.15, 21:24
Chciałbym poznać Waszą opinię o sytuacji, która wymyka sie mojej logice i sporej, wydawałoby się, znajomości ludzkich zachowan. Od mężczyzn, poza opinia, chciałbym sie dowiedziec, czy w takim układzie byliby w stanie wytrwać, od pań - czy rozumieją postepowanie bohaterki (i jak je sobie tlumaczyć). Sprawa tak mnie męczy, ze komus, kto mnie przekona (wytlumaczy) gotow bylbym ufundowac jakąs drobna nagrodę...smile A w czym rzecz... . Od połtora roku jestem w przedziwnym układzie z wieloletnia kolezanką z pracy (wolna od kilkunastu lat, ja wolny od 8). Spotykamy się 2-3 razy w tygodniu, rozmawiamy, pieścimy się, kochamy. Słysze od niej (i widze), że lubi te spotkania, uwielbia moje pieszczoty (jej slowa), potrafimy godziny przegadac i w pracy, i w trakcie tych spotkań (podkreślam to, zeby zaakcentowac, ze nie chodzi tylko o sex). Nie kryję, że zadurzyłem się w niej i powiedziałem jej to. Rzecz w tym, że ona ...jest z kimś. Nie, nie jest to typowy układ partner i kochanek. Ona z nim nie sypia, nie pieści się bo... No właśnie, bo... Facet jest w separacji, zona od niego uciekła z innym, ma z nim dziecko, ale nie dała rozwodu. Mało - facetowi odbiło na tle religii - taki neofita - "świętszy od papieża". No i nie spią ze sobą, bo on uważa, że to bylby grzech i "dopuszcza" sex po uniewaznieniu małżenstwa przed sądem kościelnym. Swojego i mojej znajomej. Ona żadnego unieważnienia nie chce, bo ma zdrowy pogląd na religie, smieje się z jego "zakazów" a w dodatku, twierdzi, ze do seksu z nim jej nie ciagnie, bo wydaje jej sie aseksualny. W zwiazku z tym ich spotkania to w zasadzie tylko rozmowy przy soku (on nie pije - tez ze wzgledu na "grzech", ona sie przystosowuje, choć ze mną bardzo chetnie pije drinki). Ale...z nim spotyka się pare razy w tygodniu, on jest tym "pierwszym", ktory o mnie nie ma prawa wiedzieć, a - choc mowi, ze nasze spotkania są znacznie fajniejsze, a z nim - nudnawe, predzej zrezygnuje ze spotkania ze mną niż z nim. Od razu wyjasniam - facet zupelnie przecietny (ja - po prawdzie - też), zaden intelektualista (raczej klapki na oczach i Biblia w ustach - co jej sie absolutnie nie podoba), szału nie ma jesli chodzi o zamożnośc. O tym, ze jest w "ukladzie" (wzbrania sie przed nazwaniem tego zwiazkiem) uczciwie mnie poinformowala na wstepie naszej "specyficznej" znajomosci, ale uznałem, ze taki "układ" mi nie przeszkadza (gdyby z nim sypiala - dalbym spokój) i bylem przekonany, ze predzej czy pozniej (ale w sensownej perspektywie czasowej) - peknie. Tymczasem sytuacja ciagnie się od poltora roku. Cholernie mnie to denerwuje (kto by chcial byc tym drugim), wielokrotnie zrywalem, buntowalem się, dopytywalem po co tkwi w takim zwiazku (godzinami komentujemy jego religijne odchyly, zartujemy z nich i z niego) - ale nic sensownego nie uslyszalem. Albo - nie wiem, ale "szalu nie ma, ale moze byc. Nie pali sie), albo jakies dziwaczne tlumaczenia, ze poznali sie na wczasach (czyli w jej ocenie "normalnie, a nie na jakims portalu) gdy ona wcale faceta nie szukała, albo, ze chce zobaczyc co z tego wyniknie. Jestem zadurzony, chciałbym miec z niej normalna partnerke, perspektywiczny zwiazek - ale ... nie da sie. Nie chce zmieniac nic w tym ukladzie, sklonna jest rozstac sie ze mna, a z nim nie. Jednoczesnie wie i czesto to przyznaje, ze nie widzi szans na normalny zwiazek z nim, bo on się "nie zlamie" co do seksu, a ona nigdy nie uniewazni kościelnie swojego byłego malzenstwa (bo nie widzi szans i nie ma ochoty na cudactwa). Ja nie daje rady; w soboty sie kochamy, rozmawiamy pol nocy - w niedziele, srodę i piatek widze ja z nim w lokalu...). Szlag mnie trafia takze dlatego, ze kompletnie tego nie rozumiem. Zrozumialbym, ze kobieta nie moze byc z facetem mimo wspanialej więzi intelektualnej, bo ja fizycznie odpycha. Ale która wybiera faceta, z ktorym nawet na wczasy czy weekend sama nie wyjedzie (musi byc przyzwoitka, bo on nie chce ryzykowac grzechu), uwaza go za aseksualnego - mając porównywalnego faceta; wolnego (tamten jest wciaz tylko w separacji), z którym uwielbia się kochać, rozmawiac godzinami o wszystkim. Najprosciej byloby sobie wytlumaczyc, ze traktuje mnie instrumentalnie, ze chodzi tylko o seks ze mną - bo z nim nie moze. Ale jednoczesnie wie, ze z nim praktycznie nigdy nie będzie mogla, bo malzenstwa nie unieważni. No i, jak wspomnialem, nie widze w tych naszych spotkaniach tylko seksu. Wiele razy spotykalismy sie tylko na rozmowy przy drinku, w knajpce. Rozmawiamy o nim, czesto wspolnie smiejemy sie z jego dziwactw. Uwaza go za egoistę i egocentryka, a jednoczesnie ...wciaz z nim "jest", wiedząc, ze ja juz tego nie jestem w stanie udzwignąc, ze to psuje nasze relacje, ze wybucham, jestem zazdrosny, robie jej wymówki. Mozecie mi powiedziec, czy jej zachowanie jest normalne? Zrozumiale? Logiczne? No i panowie - wy byscie taka sytuacje zaakceptowali? wiedzac, ze moze to trwac latami? Trwalibyście z nia tylko dla seksu (nie az tak wspanialego, chocby ze wzgledu na towarzyszace mu mysli o "tamtym", o swojej "drugosci". Bardzo prosze - napiszcie, co o tym myslicie