Dodaj do ulubionych

Zangazowanie w internetowa dyskusje

27.09.05, 10:37
Naleze do ludzi ktorzy czesto olewaja internetowe dyskusje nawet jesli
wczesniej byli w nie barzdzo zaangazowani. Nie tyle z braku mocnej czy nowej
argumentacji lub jej braku, ale odczucia znuzenia takowa. W pewnym momencie
mam dosc i moja energie wole spozytkowac w inny sposob, niz zazarta dyskusja
na laczach. Poprostu uciekam i nie interesuje mnie jak potoczy sie dalej
rozmowa i co mysla o mnie moi rozmowcy. Nie musze stawiac tej przyslowiowej
kropki nad "i".
Czesto, juz po czasie, chetnie czytam taki stary temat i juz bez emocji
rozwazam wypowiedzi dyskutantow.
Obserwuj wątek
    • jottka nieno 27.09.05, 11:32
      dyskusje netowe są męczące, ponieważ paluszki zaczynają boleć:) a w rozmowach
      bardziej zasadniczych już samo wyjasnienie sobie wzajem pojęć podstawowych
      zajmuje strasznie dużo czasu, a potem jeszcze przeczytać trzeba, co rozmówca nam
      odpowiedział, no a potem skorygować te trzy zdania, w których niewłasciwie
      streścił nasz punkt widzenia

      no jednak nie masz to jak miłe smol-toki:)
    • agni_me Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 13:30
      Nigdy forumowa dyskusja nie podniosła mi cieśnienia ani nie wzruszyła, ale
      kilka razy skłoniła do rozmów na temat poza forum z "prawdziwymi ludźmi".
      Ogromnie cenię sposób w jaki rozmawiają beatanu i staua. Same argumenty i
      szacunek dla współwątkowiczów, bez złośliwostek, i choć szalenie osobisty
      sposób wypowiedzi, to nigdy nie krępujący czytacza. Co nie znaczy, że nie
      doceniam innych, zwłaszcza, że jednolitość bywa nudna.
      Jak to niedawno powiedziała jen - przestaję wątek czytać, kiedy zaczyna on
      przypominać słowną masturbację. Poza tym często zdarza mi się o wątku jakimś
      zapomnieć nawet jeśli brałam czynny udział w dyskusji.
      • braineater Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 14:05
        Również na cisnienie internetowe debaty mi nie wpływają dodatnio/ujemnie. Ot po
        prostu rozrywka o wiele ciekawsza niz rozwiązywanie krzyżówek, a przy tym mozna
        się paru ciekawych rzeczy dowiedzieć.
        Natomiast zapominanie gdzie to ja ostatnio pisałem, jest nagminne i męczacym
        potem bywa przypominanie sobie wszystkich argumentów jakich się już użyło:)
        Stąd retardacje i repetycje az do kompletnego zapetlenia i zapóźnienia:)
        Ale w kategorii niezobowiązujących rozrywek yntelektualnych, pisanina na forum
        rulezzzz!:P

        Pozdrowienia:)
    • jenny_s Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 18:23
      Muszę wyznać, że od dłuższego czasu napawacie mnie szczerym podziwem
      ilością "produkowanych" (przepraszam za słowo) wypowiedzi. Dyskusje, nowe
      tematy, wspomnienia, bolączki, ledwie nadążam z czytaniem wybranych (czasem,
      prawda, na chybił trafił) wątków, a już żadną miarą nie znalazłabym czasu na
      uczestniczenie, nie mówiąc o pełnym zaangażowaniu. Gratuluję inwencji
      uczestnikom TWA (muszę przyznać, że jednak zdecydowanie wolałam starą nazwę
      tego forum) i naprawdę miło wiedzieć, że jest takie miejsce w sieci, w które
      można zajrzeć bez obawy, że 90% wypowiedzi to najzwyklejsze bicie piany.

      A może znacie jakiś miły i niedrogi sposób na rozciąganie doby?


      Serdeczności

      • braineater Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 20:24
        Jenny - u mnie akurat to jest sposób wypełniania czasu w pracy, gdy nikt sie
        nie dzieje, to po pierwsze, po drugie zaś, coraz bardziej się przekonuję, że
        pisanie jest dla mnie naturalniejszym sposbem wypowiedzi, o wiele
        wygodniejszym, i pozwalającym na więcej niż mówienie. No i kurce, klasyczna
        grafomańska przypadłość: ja po prostu lubie pisać, dopoki nikt mi za to nie
        płaci, lub nie każę sam sobie tego robić - wtedy jest to czynnośc najbardziej
        znienawidzona.
        A legalnych sposobów na rozciągnięcie doby chyba nie ma:)
        Natomiast, co do nazwy, zawsze, jak zresztą i każdy możesz podac pod rozwagę i
        g...wanie (Wyraz zakazany - patrz TEMATY TABU:) nową.

        Pozdrowienia:)
      • dr.krisk To jest problem.... 27.09.05, 22:27
        jenny_s napisała:

        > A może znacie jakiś miły i niedrogi sposób na rozciąganie doby?
        No wlasnie - tu czlowiek chcialby sie wypowiedziec, intelektem blysnac,
        erudycja sie nienachalnie popisac... a rzeczywistosc skrzeczy, czasu i starunku
        wymaga! I jak juz zalatwimy czasem owe sprawy niecierpiace zwloki, to z nas
        samych zostaja (prawie) zwloki, intelekt paruje, i jedyne na co mnie stac to
        przyswojenie wieczorem wiadomej szklaneczki. Mam stale poczucie braku czasu,
        spoznienia, niedomkniecia, niezalatwienia. I na to chyba juz nie ma rady...
          • dr.krisk Karpie diem.... 27.09.05, 22:47
            braineater napisał:

            > Nie planować
            > nie myśleć na przód
            > nie zastanawiać się co będzie jutro
            > carpe diem itdp
            > Horacy miał rację:)
            >
            > No i nie mieć 'spraw':P
            >
            > Pozdrówka wszystkim zagonionym:)
            Nie da rady. Mam prusko-pomorski charakter, gdzie wszystko musi byc na swoim
            miejscu, kartka z kalendarza codziennie solennie zerwana a skarpety pocerowane.
            Niebo gwiazdziste nademna a podloga wyszorowana.
            Ale..... Nigdy nie przepadalem za latynoskim "zyciem chwila", uwazalem to za
            przejaw slabosci charakteru. W zeszly likend siedzialem w malej kawiarni nad
            Zatoka Meksykanska i nic nie robilem. Kawiarnia byla wlasnacia jakiejs
            meksykanskiej rodziny, ktorej to dorodne potomstwo plci zenskiej obslugiwalo
            gosci (tez Latynosow glownie). Jako podklad muzyczny byly jakies gardelowskie
            tanga (choc to Argentyna raczej). Przyjemnie sie siedzialo bez myslenia o
            jutrze, przegladajac podarty album z reprodukcjami Fridy Kahlo..... Manana!
              • dr.krisk Wlasnie tak! 28.09.05, 16:09
                Jakos godze w sobie owe, zdawaloby sie wykluczajace, cechy charakteru. A moze
                mnie jest dwoch? Na razie nie moge sie rozpisywac, bo musze naostrzyc moje
                wszystkie olowki: idealnie pod tym samym katem, poukladac je rowno na biurku....
                • beatanu Technika ostrzenia ołówków 28.09.05, 20:01
                  Właśnie - jaką stosujesz technikę ostrzenia ołówków?

                  Btw -czy istnieją jeszcze takie śmieszne temperówki z żyletką w środku? Toż to
                  była zabawa, gdy trzeba było zaostrzyć dwanaście kredek, które łamały się w
                  zastraszającym temie... No ale to było baaaardzo dawno temu.

                  B, którą napadły wspomnienia z przedszkolnych lat.
                  • daria13 Re: Technika ostrzenia ołówków 28.09.05, 21:00
                    Pamiętam te nieszczęsne temperówki! Ło matko, ale to była jazda! Dam sobie
                    niemal wszystko uciąć, że takich już nie robią, bo i żyletki jakoś zupełnie
                    wyszły z użycia. Strasznie żałuję, że nie zachowałam takiego ustrojstwa na
                    pamiątkę, żeby teraz pokazać dzieciom. Właśnie teraz myślę, ile tego typu
                    przedmiotów odeszło w niebyt, hmmm...
                    Kto w Torbie pamięta temperówki z żyletką, ręka do góry! Dla najmłodszego
                    uczestnika, który miał toto w ręce - oklaski.
                    Pozdrawiam:)
                      • beatanu temperówka z żyletką 28.09.05, 21:22
                        Dla ułatwienia podrzucam obrazek :)

                        polskaludowa.com/codzienne/jpg/temperowka_2.jpg
                        B (ze wszystkimi paluszkami u rąk mimo systematycznego używania temperówki z
                        żyletką w latach 60-tych i 70-tych)
                          • stella25b Re: temperówka z żyletką 29.09.05, 08:59
                            Ile ja sie nameczylam zeby naostrzyc taka temperowka kredki. Pamietam, ze
                            podziwialam moja mame, ze jej to tak pieknie wychodzi. Podnosze wiec 2 rece do
                            gory, ze znam, uzywalam i jestem to pokolenie.
                              • nienietoperz Re: temperówka z żyletką 29.09.05, 11:41
                                Zglaszam sie chwilowa (dopoki mlodziez nie wyprzedzi) po nagrode!
                                Moja Mama uzywala takiej temperowki jeszcze jakies 5-6 lat temu, a z dziecinstwa
                                swietnie pamietam, kiedy zolta temperowka ze srebrna zyletka lezala w czerwonym
                                plastikowym pojemniczku na rzeczy rozne. Nota bene pojemniczki w postaci
                                plastikowych miniwalcow roznej wielkosci polaczonych ze soba i umozliwiajacych
                                przechowywanie dlugopisow, olowkow (te wyzsze) gumek i temperowek (te nizsze)
                                tez chyba pamietacie?
                                Nigdy nie umialem sobie z zyletkowa temperowka radzic. Podobnie zreszta jak z
                                niczym innym co wymagalo elementarnej sprawnosci manualnej.
                                Ech.

                                Wasz
                                nntpz
                  • dr.krisk Dr KrisK i temperowki - czyli o dorastaniu...... 29.09.05, 15:39
                    Tklyscie czulej struny w mej pamieci zmaconej, wspomnienia rzewne powrocili i
                    lzy mnie poplyneli na wspomnienie mlodosci niewinnej w Szkole Podstawowej Nr. 4
                    imienia Konopnickiej przetrawionej, wsrod zapachu lizolu pomieszanego ze
                    smrodem niedomytych dzieciatek....
                    Pamietam, ba - nawet posiadam! - taka temperowke.... Jako dziecko grubawe,
                    niewinne i dobrze wychowane, przekonany bylem ze oto zyje na najlepszym z
                    mozliwych swiatow! Przekonanie moje, podsycane umiejetnie przez oficjalna
                    propagande, nauczycielstwo indoktrynujace z obowiazku, a takze przez wrodzony
                    wowoczas optymizn, wystawiane bylo na ciezka probe przy usilowaniu zaostrzenia
                    olowka, badz kredki.
                    Otoz wspomniana temperowka wykonana zajczesciej byla z dosc wiotkiego plastyku,
                    i gibala sie w rekach. Umieszczona w srodku zyletka byla zwykla zyletka do
                    golenia - tez wiotka i tracaca ostrosc po kilku struzynach (Rawy Lux byly jakby
                    trwalsze, Polsilver zupenie sie nie nadawal...). Natomiast olowki i kredki
                    wykonane byly z zylastego drewna swierkowego, co skutecznie uniemozliwialo w
                    praktyce ich zaostrzenie. Teraz to wiem, ale wowczas przekonany bylem ze to
                    wina mojej niezdarnosci, i z zapalem zasypywalem swiat dokola wiorkami z
                    nieszczesnych wyrobow Panstwowej Fabryki Olowkow w Pruszkowie (Kredki Szkolne
                    Nr. 3 - na przyklad). Co gorsza, wiekszosc olowkow i kredek wyposazona byla od
                    poczatku w polamany grafit, tak wiec niejednokrotnie mozna bylo sie dostrugac
                    do samego konca, uzyskujac jedynie zalosna kupke wiorkow i polamanego
                    grafitu....
                    Dla mnie byl to dowod, ze musze jedynie udoskonalic technike strugania,
                    delikatnie zbierac cieniutkie jak muslin struzyny, muskac ostrzem zyletki
                    grafit wrazliwy jak nitrogliceryna, zastepujac niedostatki materialu wlasna
                    gorliwoscia i pasja strugacza. Nic z tego.
                    Na szczescie pojawily sie z czasem zolte automatyczne olowki marki Kohinoor,
                    produkowane w nieistniejacym obecnie, a bratnim wowczas kraju o nazwie
                    Czechoslovakia.
                    Z tej calej przygody pozostaly mi dwie rzeczy:
                    a) trwajace do dzis swiete przekonanie, ze jezeli cos nie idzie tak jak isc
                    powinno, to jest to wylacznie moja wina: najwyrazniej za slabo sie staram...
                    b) milosc do ladnych drewnianych olowkow. Ostrze je elektryczna temperowka i
                    lubie obserwowac jak w trakcie pisania sciera sie grafit, litery z finezyjnie
                    cienkich staja sie zamaszyscie grube - sygnal, ze trzeba odlozyc pisanie i
                    znowu naostrzyc! W ogole mam slabosc do przyborow biurowych: ladny olowek,
                    pioro, pisak, gumka, papier..... potrafie godzinami grzebac w eleganckich
                    sklepach papierniczych.
                    Ale to juz temat na inna historie!
                    KrisK
                    • daria13 Re: Temperówki z żyletką:) 29.09.05, 16:02
                      Jako, że juz chyba nikt z młodszego odłamu Torby się nie wypowie w kwestii
                      temperówek z żyletką, ogłaszam zwycięstwo Nienietoperza i zgodnie z obietnicą
                      biję brawo na stojąco!!!! Skądinąd ciekawe, że Braieater niby to samo
                      pokolenie, a temperówki nie zna.
                      Wspomnienia temperówkowe Kriska za to jak zwykle dostarczają ogromnej dawki
                      radości. Jak to dobrze, że jesteś dottore, bo u nas już pochmurno i coraz
                      ciemniej, a twoje posty wspominkowe wnoszą tyle uśmiechu w tę naszą szarość
                      polską i jesienną:) Dziękuję za uśmiech:)
                      Pozdrawiam z wdzięcznością:)
                      • dr.krisk Moje wspomnienia.... 29.09.05, 16:12
                        daria13 napisała:

                        >> Wspomnienia temperówkowe Kriska za to jak zwykle dostarczają ogromnej dawki
                        > radości.
                        Ha! A jeszcze w kolejce czeka Straszliwa Opowiesc o Worku z Kapciami, Bolesnej
                        Tarczy Szkolnej.... o pisaniu stalowka, kalamarzu, plastelinie oraz
                        wyrafinowanych potrzebach Pana od Prac Recznych nie wspomne (skad do cholery
                        wziac bylo w PRL-u sklejke 5 mm!).....
                        Ale to przy okazji!
                        Tez pozdrawiam serdecznie, zazdroszczac niskich temperatur, pochmurnego nieba i
                        dzdzu jesiennego. Ostatnia noc spedzilem przywiazany do ryczacego
                        klimatyzatora - oddalenie sie dalej niz metr grozilo udarem cieplnym...
                        KrisK z Temperowka
                    • beatanu Re: Dr KrisK i temperowki - czyli o dorastaniu... 29.09.05, 16:05
                      dr.krisk napisał:
                      >W ogole mam slabosc do przyborow biurowych: ladny olowek,
                      > pioro, pisak, gumka, papier..... potrafie godzinami grzebac w eleganckich
                      > sklepach papierniczych.
                      > Ale to juz temat na inna historie!

                      Toż to temat pasujący jak nic do "szajb naszych kochanych"... No i jeszcze raz
                      przyznaję, że ten rodzaj słabości podzielam z zacytowanym wyżej panem :)

                      ZAWSZE będąc w księgarni zbaczam po jakimś czasie do oddziału materiałów
                      piśmienniczych i usiłuję sobie przypomnieć czy na pewno aby ktoś w rodzinie nie
                      potrzebuje nowego ołówka/długopisu/gumki itp itd. Uwielbiam brać do ręki te
                      kolorowe cacka i wypróbowywać je na wyłożonych obok karteluszkach. Choć do tej
                      pory największym sentymentem darzę i najbardziej lubię "normale" drewniane
                      ołówki. Tutaj jestem jednak bardzo wybredna (nauczona przykrym doświadczeniem
                      kredek w PRL-u?) - stawiam na jakość i ołówki (dawniej kredki dla dziewczyn) są
                      zazwyczaj niemieckie. (Kiedyś udało mi się kupić całe dziesięć mniej lub
                      bardziej zaczarowanych ołówków z Czech. Jakość świetna!)

                      Ale też bez bicia przyznaję się, że w podróży posługuję się takim bardziej
                      nowoczesnym wariantem wspomnanego przez Ciebie Krisku automatu Kohinoor.
                      Ostatnio w przepięknym wrzosowym kolorze. No jak ktoś ma fioła, to ma... i już!

                      Pozdrawiam sentymentalnie-ołówkowo-papierniczo,
                      B
                      P.S. Zazdroszczę posiadania temperówki z żyletką...
                      • dr.krisk Re: Dr KrisK i temperowki - czyli o dorastaniu... 29.09.05, 16:17
                        Ja natomiast lubie olowki holenderskie... oraz wloskie (to wyrafinowanie!)
                        przyrzady do pisania. Niestety - w USA kroluje w tym wzgledzie calkowite
                        bezguscie typu BIC i PaperMate...
                        A temperowke na zyletke mam, ale dosc solidna i zyletka juz fachowa, gruba i
                        ostra. Ale wole moja elektryczna.
                        Aha - czy obgryzaliscie w latach szkolnych olowki? Ja nigdy - brzydzilem sie
                        sladami siekaczy i oslinionymi koncami kredek.... Ale moje kolezenstwo
                        najwyrazniej musialo scierac sobie przednie uzebienie, bo na takiej matematyce
                        to jakby stado wiewiorek siedzialo!
                    • aaneta Re: Dr KrisK i temperowki - czyli o dorastaniu... 29.09.05, 16:25
                      O, tak, ja też uwielbiam sklepy papiernicze! Ile tam skarbów!
                      A z ostrzeniem ołówków i kredek nigdy nie miałam problemów, bo robił to mój
                      tata, nie uznający absolutnie żadnych temperówek. Używał zawsze scyzoryka albo
                      jakiegoś małego noża, i ja robię podobnie. Oczywiście moja technika jest o niebo
                      słabsza od tej, którą stosował mój tata, on to robił bardzo sprawnie i
                      precyzyjnie, ale tak rzadko używam ołówka, że ujdzie.
                      • nienietoperz Re: Dr KrisK i temperowki - czyli o dorastaniu... 29.09.05, 17:10
                        Po pierwsze dzieki za Dariowe brawa.
                        Po drugie temperowki + Aanecie wspomnienie Taty ostrzacego takowe przypomnialo
                        mi magiczne miejsce w domu z okresu dzieciectwa wczesnego, a mianowicie
                        sekretarzyk rodzicow. Spelnial wszystkie czarodziejskie warunki: byl zamykany na
                        kluczyk, nie byl dzieciom zazwyczaj dostepny, mial wewnatrz mase blizej
                        niezidentyfikowanych obiektow papieropodobnych (prace Mamy, ksiazki Taty,
                        taejmnicze notatniki, stare listy) i papierozwiazanych (np. stare gumki,
                        przyciski do papieru, lampka). Zdecydowanie ulubiona zawartoscia byly pocztowki.
                        Srednio raz na rok mozna bylo wszystkie wyjac, przegladac, pytac sie kolejny raz
                        kim byli Gienia z Wojtkiem i gdzie jest Iwonicz-Zdroj. Cos pieknego.

                        Po trzecie mimo kilkunastu lat roznicy doswiadczenie zapachu lizolu w SP imienia
                        Konopnickiej z Kriskiem mamy wspolne.

                        Wasz
                        nntpz
                        • eva.68 Re: O lizolu :-) 29.09.05, 17:31
                          A ja znam szkołę, w której owego środka używało się jeszcze całkiem niedawno.
                          Bo był tani a dyr. oszczędny, ku utrapieniu pań sprzątaczek, które z owym
                          lizolem zmuszone były znajomość dość bliską zawrzeć. Ale przestali to
                          produkować albo... dyr. w końcu się ucywilizował. :-)
                          A moje osobiste, najbardziej przykre, wspomnienie dotyczące obecności lizolu w
                          szkolnej toalecie sięga czasów mojego debiutu szkolnego (wtedy to jeszcze nie
                          była "zerówka" ale ponieważ przedszkole do którego uczęszczałam nie mieściło
                          wszystkich chętnych uczęszczajacych, ostatnią grupę zainstalowano w pobliskiej
                          podstawówce). Pewnego dnia strasznego ów lizol właśnie wyżarł piękny czerwony
                          kolor z moich wyjściowych wełnianych spodni, które opadły mi ciut za nisko
                          podczas wykonywania pewnych toaletowych czynności. A posadzka była świeżo
                          odświeżona... Co ja wtedy przeżyłam!!! Do końca dnia w przedszkolu musiałam
                          paradować w samych rajtuzach. Co za wstyd! (czy ktoś z Was to rozumie?) No i
                          oberwało mi się w domu. Za zniszczenie najlepszych spodni.
                          Pozdrawiam :-)
                          • dr.krisk Straszne.... 29.09.05, 17:48
                            Straszna opowiesc - prawie taka jak moja o Spodniach Ciagle Pekajacych na
                            Tylku: mialem takie, tatus przywiozl z NRD, wykonane (czyba odlane..) z
                            jakiegos potwornego bistoru przecierajacego wszelkie nici na szwach. Co pewien
                            czas pekaly mi w najmniej odpowiednich momentach, pobudzajac gawiedz szkolna do
                            paroksyzmow radosci...
                            Co do lizolu, to mam z nim porachunki osobiste tez - moja mama uznala go za
                            najlepszy sposob na zapewnienie czystosci w domu, i szorowala z zapalem
                            wszelkie zakamarki w ktorych mogla sie jakas bakteria uchowac. Nic wiec
                            dziwnego ze z luboscia pozeralem niemyte owoce, obsciskiwalem sie z obcymi
                            psami i kotami, o kolezankach nie wspomne!
                            Straszne to byly czasy!
                            KrisK
                          • beatanu Re: O lizolu :-) 29.09.05, 19:53
                            eva.68 napisała:
                            >Co ja wtedy przeżyłam!!! Do końca dnia w przedszkolu musiałam
                            > paradować w samych rajtuzach. Co za wstyd! (czy ktoś z Was to rozumie?) No i
                            > oberwało mi się w domu. Za zniszczenie najlepszych spodni.

                            Rozumiem Twój wstyd jak najbardziej, sama kiedyć paradowałam w samych
                            rajtuzach, żenada okrutna.
                            I współczuję Ci - zwłaszcza za to oberwanie w domu... jakby to była Twoja wina,
                            że takiego świństwa używano do zmywania podłóg w toaletach. Jakby dzieci za
                            cokolwiek musiały obrywać...

                            A tak już trochę bardziej a propos słonia - czy to nie wspaniałe, że tak
                            sprawnie przechodzimy od zaangażowania w internetowe dyskusje, poprzez
                            temperówki, do środków odkażających w zamierzchłych (choć nie do końca
                            zamierzchłych, jak wynika z raportów Twaczów) czasów? Uwielbiam takie
                            prześlizgnięcia w temacie wątku!!!

                            Beata adorująca TWA i TWA-czy, cobyśmy nie zapomnieli skąd ten piękny skrót się
                            wziął :)
                            • dr.krisk Bardzo wspaniale! 29.09.05, 20:07
                              beatanu napisała:

                              > A tak już trochę bardziej a propos słonia - czy to nie wspaniałe, że tak
                              > sprawnie przechodzimy od zaangażowania w internetowe dyskusje, poprzez
                              > temperówki, do środków odkażających w zamierzchłych (choć nie do końca
                              > zamierzchłych, jak wynika z raportów Twaczów) czasów? Uwielbiam takie
                              > prześlizgnięcia w temacie wątku!!!
                              Bo to przeciez wszystko interesujace nad wyraz! I nawet przy okazji takich
                              smiesznych tematow niejedna calkiem powazna mysl sie ujawni, pytani ejakies
                              wazkie a i odpowiedz sie czasem znajdzie....
                              Pozdrawiam - KrisK
                              • braineater Re: Bardzo wspaniale! 29.09.05, 20:20
                                dr.krisk napisał:

                                I nawet przy okazji takich
                                > smiesznych tematow niejedna calkiem powazna mysl sie ujawni, pytani ejakies
                                > wazkie a i odpowiedz sie czasem znajdzie...

                                No właśnie - powiedzcie mi, o rado Starszych forum onego, czemuż, ach czemuż
                                całe dziecięctwo w latach 80 pędzone, musiałem, ja, facet, paradować w
                                fioletowych rajstópkach, popod równie fioletowe gabardynowe spodnie? Czemu łeb
                                mój zdobiony był koafiurą na pazia? Czemu rękawiczki występowały, wszystkie 10
                                par co roku gubionych, ze sznurkiem, ale za to bez palcy?
                                No i pytanie najważniejsze - gdzie się podziały srebrne RELAX'y?

                                Poratujcie dziecine, dobrzy ludkowie, odpowiedzcie....
                                • beatanu Re: Bardzo wspaniale! 29.09.05, 20:39
                                  braineater napisał:
                                  > No właśnie - powiedzcie mi, o rado Starszych forum onego, czemuż, ach czemuż
                                  > całe dziecięctwo w latach 80 pędzone, musiałem, ja, facet, paradować w
                                  > fioletowych rajstópkach, popod równie fioletowe gabardynowe spodnie? Czemu
                                  łeb
                                  > mój zdobiony był koafiurą na pazia? Czemu rękawiczki występowały, wszystkie 10
                                  >
                                  > par co roku gubionych, ze sznurkiem, ale za to bez palcy?
                                  > No i pytanie najważniejsze - gdzie się podziały srebrne RELAX'y?

                                  Oj ciężko będzie, ciężko z odpowiedzią - a to m. in. dlatego, że odpowiedź
                                  zahaczyłaby niebezpiecznie o jeden z tematów tabu, i nie chodzi mi o "wyrażanie
                                  niepochlebnych opinii o ojcu-założycielu" ,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,0 -
                                  - tutaj dopisał się kot-niecnota i siedzi teraz na półce nade mną, szczerzy
                                  kły i nie chce powiedzieć o co mu chodziło :(

                                  A może taka była wtedy moda? Unisex?

                                  I przyznam, że musiałam na googlach sprawdzić co kryje się (kryło się?) pod
                                  nazwą RELAXY. Teraz kojarzę jak przez mgłę, ale w latach 8o-tych byłam już za
                                  dużą dziewczynką, żeby pozwolić sobie włożyć na nogi TAKIE BUTY. Ale może były
                                  wygodne i ciepłe? Co ja tam wiem...
                                  B
                                  • eva.68 O rajstópkach i innych takich :-) 29.09.05, 22:05
                                    W latach 80 to ja już Bardzo Dorosła byłam i z zasady nie nosiłam podspodnio
                                    żadnych rajtópek, nie tylko fioletowych. ;-) Ale myślę, że Braineaterowa mama
                                    tak z troski o zdrowie dziecięcia i z braku innych podspodnich "materiałów",
                                    które by zastąpić owe rajstópki mogły. Czasy wtedy takie były, że często trzeba
                                    było lubić, co się miało. ;-)
                                    Sznurek w rękawiczkach służyć miał właśnie temu, żeby ich zgubne tendencje [;-)]
                                    ukrócać. Moja mama dorabiała mi takie sznurki, kiedy nie było w komplecie. Ale
                                    bezpalczasych zupełnie rękawiczek nie pamiętam ze swojego dzieciństwa. Z bardzo
                                    wczesnego dzieciństwa własnego dziecka (jakieś 4 lata do tyłu) i owszem. I
                                    miało to chyba ułatwić nadziewanie na taką małą łapkę, co nie potrafi się
                                    rozcapierzyć. ;-) Dość wygodne i czas zoszczędzające. Ale przez dziecię
                                    nielubiane, nawet takie niewielkie (dziecię).
                                    Relaxów nie posiadałam i pewnie ubolewałam skrycie. Nie była to chyba jednak
                                    Rozpacz Ogromna, bo nie zachowałam w bolesnej pamięci. ;-)

                                    Beacie Bardzo Dziękuję za zrozumienie i współczucie. Zupełnie serio.
                                    Pozdrawiam
                                    • daria13 Re: O rajstópkach i innych takich :-) 30.09.05, 08:42
                                      A ja mogę podac dokładny przedział czasowy, do którego królowały fioletowe
                                      fajstópki. Otóż dla Julki, lat obecnie 14, nigdy nie udało mi sie kupić owych w
                                      kolorze przyjemnym dla oka, np. granatowy. Były wyłacznie fioletowe, trupio
                                      zielone (lubie zieleń, ale tamta była naprawdę jakaś obrzydliwa;) ewentualnie
                                      chabrowym (taki wściekły odcień czegoś pomiędzy ciemnym niebieskim a
                                      fioletowym).Ohyda. Ale już dla Kuby udawało się znależć kalsycznie granatowe,
                                      który to kolor pozostał jego ulubionym po dziś dzień. Kuba wkrótce kończy 11
                                      lat:)A od dwóch lat odmawia noszenia rajstop, ale znaleźliśmy kompromis i
                                      nosimy wełniane kalesonki, czyli rajstopy bez stóp za to z rozporeczkiem,
                                      urocze:))))
                                      Za to między innymi nie znoszę zimy; za konieczność noszenia w mrozy rajstop
                                      pod spodnie. Na samą myśl o tym, już mi sie odechciewa zimy, brrrr...
                                      Pozdrawiam wszystkich serdecznie:)
                                      • beatanu Dario! 30.09.05, 09:28
                                        > Za to między innymi nie znoszę zimy; za konieczność noszenia w mrozy rajstop
                                        > pod spodnie. Na samą myśl o tym, już mi sie odechciewa zimy, brrrr...
                                        > Pozdrawiam wszystkich serdecznie:)

                                        A słyszałaś o legginsach z dzianiny jedwabnej? REWELACJA! Nie szczypią, nie
                                        gryzą, lekkie i niegrube a ciepełko w zimie trzymają, że hej! I nie pocisz się
                                        jak mysz nosząc je w pod spodniami w ciepłym pomieszczeniu. Jeżeli jesteś
                                        zainteresowana, to podaj swój rozmiar na priva - mogę Ci przywieźć i podarować
                                        w prezencie jesienno-TWA-iczowsko-warszawsko-gwiazdkowo-urodzinowym :)
                                        B
    • beatanu Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 18:31
      Hmmm. Dużo zależy od nastroju, tematu dyskusji, tego, co mam (albo czego nie
      mam) do powiedzenia i... dostępu do kompa (dzielę go z dwoma czatującymi sporo
      nastolatkami :) Najpierw odkryłam forum "wydawnictwa i ich obyczaje" - ale jako
      początkująca tłumaczka traktowałam je tylko i wyłącznie jako źródło wiedzy na
      tematy okołotranslatorskie. Pod koniec zimy stałam się namiętną czytaczką FK,
      ale dopiero na TWA zaczęłam systematycznie pisać. Jestem więc niezaprawioną w
      bojach dyskutantką w sieci i trudno mi wysnuwać jakieś ogólne wnioski...

      Agni_me - dzięki! Poczułam się mile połechtana Twoimi słowami...
      B
    • staua Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 27.09.05, 20:53
      Rowniez dziekuje Agni za komplement, niezbyt zasluzony, bo jednak do precyzji mi daleko (widze to
      po dosc czestych nieporozumieniach).
      Przestalam sie emocjonlnie angazowac w dyskusje na forum (GW to jedyny portal, ktorego jestem
      uczestniczka) trzy lata temu, kiedy to na forum Uroda (tak!) rozgorzala dyskusja miedzy wegetarianami
      i obroncami praw zwierzat a ich przeciwnikami. Byla to dyskusja, ktora spedzala mi sen z powiek przez
      kilka dobrych nocy, po czym zorientowalam sie, ze nie moge normalnie funkcjonowac dlatego, ze
      mysle o forum. Udalo mi sie jakos pojac, ze to absurd i od tej pory sie nie angazuje. No, najwyzej
      minimalnie.
      Czasem dzialaja mi na nerwy konkretne osoby, ale tez kiedy sie zorientuje, ze tak jest, staram sie po
      prostu ich unikac (zaznaczam na szaro i juz).
      • blue.berry Re: Zangazowanie w internetowa dyskusje 29.09.05, 09:14
        ja tez mam za soba pare(parenascie?, paredziesiat?) takich dyskusji ktore
        powodowaly ze sprawdzalam forum 500 razy dziennie, ze po zmianie biura na dom
        rzucalam sie od wejscia do komputera, ze o iczym innym nie myslalam, ze na
        spacerze ukladalam w glowie odpowiedzi.
        powiedzialam sobie - basta!
        szkoda nerwow
        przeciez nie mam pojecia z kim dyskutuje, wiekszosc z dyskutantow zazwyczaj
        bije piane i podgrzewa atmosfere, no i ma gdzies moje poglady.
        zreszta to staly tekst mojego TZ "daj spokoj, to glaby, komu chcesz znow
        objasniac swiat".
        moze ma racje, moze nikomu juz nie warto.

        mam za soba totalna fascynajcje internetem, wiele godzin spedzonych na chatach,
        forach i innych. doswiadczenie dobre jak kazde inne. co zostalo - jedna
        niewiarygodna fantastyczna przyjazn. warto? warto!
        dzis ograniczam sie do 2, 3 forum - tematy wybieram wybiorczo:) - szukam miejsc
        gdzie kultura jest nade wszystko (i dlatego dobrze mi z tym ze zostalam
        zaproszona tutaj).
        i to tyle.

        pozdrawiam

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka