diabollo
28.03.07, 21:46
...czyli tym razem panim Szczuka.
Okazuje się, że tylko kilka kobiet ma w Polsce jaja i nie robią w gacie przed
katolicką kołtunerią i ma odwagę jasno i wyraźnie powiedzieć to co myśli
pewnie wielu.
Chciałoby się powiedzieć - niech katolicy umoralniają sami siebie, a nie
innych, zaprzągając jeszcze do tego instytucje państwa.
Kłaniam się nisko.
************************************************
Niech państwo nie kontroluje sumień
Między "obrońcami życia" a zwolennikami wolnego wyboru nie istnieje żadna
symetria. Symetryczne wobec zakazu aborcji byłoby jej wymuszanie na mocy
państwowych dekretów.
W roku 1929 w jednym z felietonów słynnego cyklu „Piekło kobiet” Tadeusz
Boy-Żeleński tak argumentował za usunięciem antyaborcyjnego paragrafu z
przygotowywanego wówczas kodeksu karnego: „Zdaje się, paraliżuje Komisję
Kodyfikacyjną oglądanie się na mityczną »Europę «: żadne państwo
(podpowiadają) nie zniosło kar za przerywanie ciąży. Polska nie może być
pierwsza (...). To zresztą, że paragraf ten będzie prędzej czy później
wszędzie zniesiony, jest tak samo pewne jak to, że zniesiono tortury,
niewolnictwo; wyprzedzić w tym Europę byłoby raczej zaszczytne dla Polski i
godne stanowiska, jakie od chwili odbudowy zajęły w niej kobiety”.
Czas na krucjatę
Prawda, że dziwne wrażenie robi dzisiaj ten cytat? Przewidywać tak słusznie, a
zarazem tak bardzo się mylić! W niemal wszystkich rozwiniętych krajach świata
przerywanie ciąży jest dziś legalne i dostępne w ramach państwowej opieki
medycznej. Na ogół do 12. tygodnia, w niektórych wypadkach nawet później.
Powodem może być zdrowie kobiety, jej sytuacja materialna, psychiczna albo
jakieś inne okoliczności niesprzyjające macierzyństwu. Opiekę i
odpowiedzialność za wolność seksualną kobiet i ich prawa reprodukcyjne
traktuje się dziś jako jeden z ważnych sprawdzianów demokracji. Legalność
aborcji traktowana jest jako punkt wyjścia dla systemowych rozwiązań. Oświata
seksualna, dotowanie antykoncepcji, zapobieganie niechcianym ciążom, przemocy
seksualnej, chorobom przenoszonym droga płciową - to wszystko należy do
obowiązków państw wobec obywatelek i obywateli, podobnie jak pomoc socjalna
kierowana do samotnych matek. Jako pierwsze, już w latach 40. i 50., aborcję
zalegalizowały kraje skandynawskie. Do lat 70. w ślad za nimi poszły niemal
wszystkie pozostałe kraje zachodniej Europy. Niemal, bo wyjątek stanowią
Irlandia i Malta, niewielkie enklawy silnego katolicyzmu.
Inna była sytuacja krajów komunistycznych. W Polsce surowe przepisy epoki
"Piekła kobiet" obowiązywały po wojnie aż do okresu poststalinowskiej odwilży,
zniesiono je w 1957 r. Nie było to, jak na Zachodzie, efektem działań masowego
ruchu społecznego, nie zmieniło świadomości kobiet, nie stworzyło
feministycznej krytyki kultury. Po prostu było. Przez lata trwania realnego
socjalizmu nowoczesna antykoncepcja pozostawała praktycznie niedostępna dla
większości kobiet, liczba zabiegów przeprowadzanych w szpitalach państwowych i
prywatnych gabinetach była więc zatrważająco wysoka.
Kiedy przyszła demokracja, czyli, jak pisała Kinga Dunin, "wolny rynek z panem
Bogiem", znakiem nowych czasów stało się wprowadzenie religii do szkół i
zdelegalizowanie przerywania ciąży w roku 1993. Nie obyło się bez protestów.
Ruch na rzecz powszechnego referendum był największym ruchem społecznym III
RP. Tak zwane komitety Bujaka (i Barbary Labudy!) zebrały grubo ponad milion
podpisów pod społecznym wnioskiem w sprawie referendum. Ruch ten jednak, choć
tak liczny, został całkowicie zignorowany przez władze. Znacznie skuteczniejsi
okazali się przykościelni "obrońcy życia". Dziś "obrońcy życia" mają silną
reprezentację w Sejmie, wspierani są przez siłę oddziaływania mediów księdza
Ryzyka na rząd, premiera i prezydenta. Krótko mówiąc, dla nich to idealny
moment do rozpoczęcia krucjaty.
Asymetria
Trudno polemizować z poglądami i językiem fanatyków. Zarówno słynny film
"Niemy krzyk" (oficjalnie uznany za mistyfikację przez komisję ekspertów
medycznych), porównywanie aborcji do Holocaustu, nazywanie kobiet, które
przerwały ciąże, morderczyniami, jak i bardziej nowoczesny styl propagandy
antyaborcyjnej, gdzie mowa o kobietach - ofiarach syndromu postaborcyjnego i
dzieciach - ocaleńcach aborcyjnych - wszystko to zapewne ma prawo istnieć w
publicznej debacie. Chrzczenie i grzebanie ludzkich płodów w trumnach może być
- i jest - praktykowane w Polsce przez grupy ludzi odczuwających potrzebę i
chęć takich działań. Decyzję głęboko wierzącej katoliczki o urodzeniu dziecka
ciężko upośledzonego lub donoszeniu ciąży kosztem własnego życia można
traktować jak nakaz heroicznego sumienia, podobnie jak odmowę przeprowadzania
transfuzji krwi praktykowaną przez świadków Jehowy. Problem jednak w tym, że
między "obrońcami życia" a zwolennikami wolnego wyboru nie istnieje żadna
symetria. Ci pierwsi dążą do tego, aby wszystkie kobiety w państwie - bez
względu na własne sumienie, wyznanie, rozum, sytuację życiową, stan zdrowia i
poczucie odpowiedzialności - podporządkowane zostały ustawodawstwu
odzwierciedlającemu surowe wymagania nauki Kościoła katolickiego. Ci drudzy -
do których się zaliczam - chcieliby, aby prawo pozostawało w tych kwestiach
neutralne, dając kobietom możliwość decydowania o własnym losie, za który one
i tylko one ponoszą odpowiedzialność. Nie potrzebujemy kurateli państwa nad
naszymi sumieniami. Symetryczne wobec zakazu aborcji byłoby jej nakazywanie,
wymuszanie na mocy państwowych dekretów. Pomiędzy tymi skrajnościami stoi
kobieta i jej prawo do samostanowienia.
Pozorny kompromis
Od lat stanowczo i bezskutecznie protestujemy, kiedy nas, feministki, określa
się jako "zwolenniczki aborcji". W idealnym świecie feministek kobiety nie
musiałyby w ogóle stawać przed takimi trudnymi decyzjami, bo nie zdarzałyby
się niechciane ciąże. Ale idealny świat nie istnieje. W tym, który mamy, w
państwie, w którym żyjemy, zmuszanie kobiet do niechcianego macierzyństwa
uważamy za przejaw głębokiej hipokryzji i rzecz wyjątkowo niemoralną -
wybieranie cierpienia dla innych i za innych.
"Kompromisowe" przepisy antyaborcyjne od samego początku okrutnie mszczą się
na kobietach. Lekarze w państwowych szpitalach odmawiają przeprowadzania
legalnych zabiegów. Niekiedy są naprawdę wierzący, częściej liczą na dochód w
prywatnym gabinecie lub po prostu obawiają się prokuratury. Według oficjalnych
rządowych danych w Polsce przeprowadza się rocznie średnio 100-150 zabiegów
przerywania ciąży. Raport Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny mówi
o 80, 120 a nawet 200 tysiącach rocznie.
Rośnie liczba nastolatek w ciąży - sięga 8 proc. ogólnej liczby porodów. W
roku 1998 Sejm zniósł obowiązek edukacji seksualnej w szkołach i zlikwidował
dopłaty do środków antykoncepcyjnych. W 2004 r. zlikwidowano państwowy Fundusz
Alimentacyjny. Złe prawo zabija: co najmniej kilka udokumentowanych przypadków
śmierci kobiet i kilkanaście ciężkich powikłań zdrowotnych odnotowały media
donoszące też mniej więcej raz na pół roku o przypadkach dzieciobójstwa. Tyle
historii wyszło na jaw, resztę przemilczano albo ukryto.
Ale pozorność kompromisu widoczna jest w czymś innym jeszcze. Prawa kobiet,
szacunek do nich, postrzeganie nas jako pełnoprawnych obywatelek, istot
wyposażonych w rozum, wolną wolę, sumienie i poczucie odpowiedzialności,
skutecznie wyparte zostały przez pogardę. Reaktywujemy dziewiętnastowieczne
wyobrażenie o "kobiecie upadłej" - niechciana ciąża wypycha kobietę poza
społeczność, czyni ją istotą wyjętą spod prawa. Wpadła - niech rodzi. Poza tym
nie jest dla nikogo interesująca.
Cała wstecz
"Obrońcy życia" zadowalają się zwycięstwem symbolicznym. Ceny zabiegów w
podziemiu ich nie interesują, bo wygodnie uznają podziemie za wymysł
feministek. Wierzą w wychowawczą misję prawa, w to, że legalizacja aborcji
zachęca do lekkomyślnego uprawiania seks