Gość: resol
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
25.05.03, 00:55
Cóż znaczy anonimowość Internetu! Gdybym miał opowiedzieć osobom, które
wytrwają, by przeczytać to do końca (wszystkim razem i każdemu z osobna) choć
połowę z tego, co tu napisałem, to z całą pewnością bym się na to nie
zdecydował... A przecież i tak połowę ze spraw, które nie dają mi spać
pominę milczeniem... Po co więc w ogóle zdecydowałem się napisać? Dlatego,
że już nie mogę wytrzymać, dlatego, że jeśli nie zajdzie jakaś zmiana, to
może dojść do czegoś złego, dlatego, że nie wiem do kogo mam się zwrócić i
nie wiem jak sobie pomóc.
Zapewne – jeśli znajdą się ludzie, którzy tego bardzo długiego posta
przeczytają do samego końca – będą wśród nich tacy, którzy opatrzą go
odpowiednim komentarzem, ironią, złośliwością, żartem, fałszywym współczuciem
itp. Tym mogę powiedzieć tylko tyle: nie śmiejcie się z cudzego przypadku i
nieszczęścia. Nie macie bowiem pojęcia, jak wiele macie szczęścia, że Wasze
życie uczuciowe oraz seksualne jest ułożone, że czujecie się spełnieni i z
mej frustracji, smutku i depresji możecie jedynie się wyśmiewać.
Właściwie nie powinienem się nad sobą rozczulać: z niejednych kobiecych ust
słyszałem już, iż (podobno?) jestem przystojny, z niejednych – że
inteligentny. O co więc kruszyć kopie? Przecież mam powodzenie...
Właściwie nie powinienem się użalać i nie robię tego – ja po prostu
stwierdzam fakty... Powinienem się już przestać dziwić, martwić, frustrować,
stresować, smucić i popadać w depresję, że każda moja próba nawiązania
kontaktu z kobietą – nieważne, czy mogłaby zakończyć się miłością lub jedynie
seksem, albo po prostu niczym – musi spalić na panewce, nie wyjść, zakończyć
się zanim się na dobre zaczęła. Powinienem przestać się tym przejmować, bo
to przecież mój – można by rzec – chleb powszedni. Zastanawiam się tylko: co
jest nie tak, czy te wszystkie kobiety, które mówiły coś o mojej fizjonomii i
inteligencji kłamały albo miały klapki na oczach? Czy też trzeba czegoś
dużo, dużo więcej, by zainteresować sobą kobietę, niż tylko warunki fizyczne –
z roku na rok coraz gorsze – i inteligencja? Może nie rozmyślałbym o tym
dzień i noc, może nie byłoby tego meila, gdyby nie to, że nie mam już 18, 20,
ani nawet 30 lat, a sytuacja się nie zmienia. Patrzę w lustro i widzę
zmęczonego życiem i sobą i zniechęconego niepowodzeniem u kobiet 35-letniego
faceta, który naiwnie wciąż wierzy, iż uda mu się wejść do cudownego i
baśniowego świata seksu oraz prawdziwej, spełnionej, romantycznej, gorącej i
całkowicie odwzajemnionej miłości, w której szacunek, troska, myślenie o
drugiej osobie, rozmowy, dzielenie smutków i radości będzie równie ważne i
silne jak to, by się wzajemnie chcieć, pragnąć, pożądać. A potem budzę się z
tych marzeń i "rzeczywistość skrzeczy"! – ani seksu, ani miłości. No bo i
czegóż znowu wymagać? Kobiety "odpowiednie" wiekowo (czyli takie 28-34 lata)
są w 99% już dawno mężatkami z dziećmi. Te młodsze – nie zwrócą przecież na
mnie uwagi – na takiego "starego dziada"? A poza tym też w większości mają
już swojego chłopaka, narzeczonego, męża. Jakże więc marzyć? Odarty jestem
ze złudzeń, że nadrobię kiedyś stracony czas młodości i poflirtuję, pokocham
się, uspokoję wzburzone hormony, które pomimo 35 lat są wciąż pobudzone jak u
nastolatka. Poza tym nie wierzę w to, bym mógł podobać się kobietom – już
nie teraz, kiedy siedzący tryb pracy i życia, stres oraz ogólne zmęczenie
życiem i wynikające stąd lenistwo i bezruch sprawiły, że tracę sylwetkę i
dawno już nie widzę sensu i nie mam ochoty tego zmieniać. Bo i po co, dla
kogo? Dawno straciłem już wiarę i nadzieję na to, że spotkam partnerkę – na
całe życie, albo tylko na niezobowiązujący seks.
Myślę, że wszystkiemu winna jest moja beznadziejna, chorobliwa wręcz
nieśmiałość, która w przypadku kobiet, które wyjątkowo silnie na mnie
działały i mnie podniecały – zamieniała się po prostu w strach. Strach nie
przed samą kobietą, ale przed wyjściem na durnia, byciem odrzuconym. Ta
cholerna nieśmiałość, którą niektórzy brali być może za zarozumialstwo i
która sprawiała, że każda następna porażka była dla mnie coraz dotkliwsza,
coraz trudniejsza do przeżycia, a każdy kolejny kontakt, każdy "podryw" coraz
mniej możliwy!!
Tak, staję przed lustrem i myślę: "35-letni, śmieszny facecie, czy wiesz co
straciłeś przez te wszystkie lata, czego nie da się już przywrócić?" I
zaczynam sobie przypominać. Tę dziewczynę z liceum, dla której dałbym się
zabić, ale bojąc się odrzucenia stałem się obleśnym żulem chlejącym alkohol,
palącym 40 papierosów dziennie i rzucającym mięsem – byleby tylko
usprawiedliwić odrzucenie, móc je znieść. Tę inną, niewiarygodnie śliczną
blondynkę z mego osiedla, która tak pięknie się do mnie uśmiechała, a potem –
na przystanku – stała jeszcze chwilę w otwartych drzwiach odjeżdżającego
autobusu, jakby zachęcając mnie do wejścia – a ja stałem tylko jak kołek,
sparaliżowany jej pięknem! I inną dziewczynę, znacznie później, wychodzącą z
siłowni (tak, wtedy jeszcze dbałem o formę i linię), za którą się obejrzałem
i – jak się okazało – ona obejrzała się za mną, posyłając mi najsłodszy
uśmiech, a ja stałem tam jak wryty – onieśmielony! I jeszcze inną
dziewczynę – uczennicę szkoły, w której uczyłem, która mi się bardzo podobała
i której tak bardzo pożądałem, a widziałem, że i ja nie jestem jej całkiem
obojętny – ale nie byłem w stanie "poderwać" jej żadnym słowem, czynem,
gestem, bo byłem zbyt nieśmiały, a poza tym jak by to wyglądało – nauczyciel
i uczennica! I jeszcze inną dziewczynę, która – na dwa tygodnie przed swym
ślubem – zaprosiła mnie do siebie, a nago wyglądała tak ślicznie, lecz mnie
zabrakło odwagi, żeby "kontynuować dzieło"!!
I jeszcze wiele innych dziewczyn, w szkole, na studiach, w pracy, na ulicy, w
tramwaju czy autobusie, w sklepie, w kinie, na imprezie itp., itd. –
dziewczyn znanych mi z imienia i nazwiska, albo tylko z imienia, albo tych
zupełnie bezimiennych. Dziewczyn, które mi się podobały lub których
pożądałem... Lecz scenariusz był zawsze ten sam: albo byłem zbyt nieśmiały,
chorobliwie wręcz nieśmiały, by podejść i porozmawiać na najbardziej nawet
zwykłe, błahe tematy, albo też – równie często – owa dziewczyna miała już
faceta. Najczęściej i jedno, i drugie.
Coś jest strasznie nie tak i nie wiem co. Czemu jedna z najśliczniejszych,
najsympatyczniejszych i najinteligentniejszych dziewcząt tej planety, do
której – z tak wielkim trudem, pokrywając swój strach udawaną nonszalancją –
udało mi się odezwać, czemu ona właśnie, tak młodziutka, miała narzeczonego,
wkrótce – męża? Czemu co nie spróbuję, to każda jest zajęta? Tak było
zawsze, odkąd skończyłem 16-17 lat i zacząłem interesować się kobietami.
I dlaczego czasem kobiety są tak okrutne? Tu już nie chodzi o nieśmiałość.
Dlaczego bardzo ładna dziewczyna, którą ośmieliłem się poderwać, gdy jednym
autobusem wracaliśmy z kina, najpierw umawia się ze mną na trzy czy cztery
randki, a potem nagle przestaje się odzywać, a gdy dzwonię do niej z
życzeniami świątecznymi, to – choćby ze zwykłej grzeczności – nawet nie
składa mi życzeń? Dlaczego inna, prześliczna dziewczyna poznana na studiach
czaruje mnie, kokietuje, umawia się ze mną na randki, mówi, że jej się
podobam, że lubi mnie najbardziej ze wszystkich i wszystkiego, posyła mi
czarujące uśmiechy, a potem nagle przedstawia mi faceta, który okazuje się
być jej narzeczonym, z którym się pokłóciła, ale następnie pogodziła? Ile
ciosów w serce, ile bólu, może wytrzymać facet? Czemu do głowy przychodzą mi
wspomnienia tych wszystkich kobiet? I tych, w których byłem po uszy
zakochany, i tych, których do