gumpel
08.10.08, 16:54
Przeczytałem wczoraj artykuł, który idzie w zgodzie z niektórymi moimi
przemyśleniami, jakie mam po wyjazdach zagranicznych:
Paulina Wilk (z artykułu wynika, że urodzona w latach 80-tych)
Koniec polskiego wstydu
(obszerne fragmenty):
Ostatnio każda podróż do Europy leczy mnie z kompleksów. Z wyuczonego poczucia
niższości i wiary w mit Zachodu. Miasta, które dziesięć lat temu wprawiały
mnie w zachwyt, teraz rozczarowują
Rzym jest brudniejszy niż Warszawa. Wieczorami w centrum Amsterdamu koczuje
więcej narkomanów niż na Dworcu Centralnym. Paryż, kolebka równości i
braterstwa, przypomina miasto porżnięte na etniczne sektory. Przez Edynburg w
nocy przewalają się hordy pijanych nastolatków. A w Londynie coraz trudniej
czuć się bezpiecznie.
Europa jest nie tylko wspaniała. Ma się czego wstydzić. Ale za wszystkich (i w
nadmiarze) wstydzimy się my. Wciąż wyrzucamy sobie zaściankowość,
konserwatyzm, zacofanie. Od czterech lat jesteśmy w Unii Europejskiej, ale
sami podcinamy sobie skrzydła, powtarzając, że ekonomicznie ciągniemy się
dwie, trzy dekady w tyle. A za powód do dumy uważamy to, że rzesze naszych
młodych emigrantów doskonale sobie tam, u nich, Europejczyków, radzą. Lubimy
myśleć, że nie kładą już papy, siedzą w bankach i agencjach reklamowych,
jadają w dobrych restauracjach. Oni podobno nie są już ubogimi krewnymi,
półbarbarzyńcami. My tutaj jeszcze tak.
(...)
[tu wyciąłem fragment o tym jak postrzegaliśmy Zachód w czasach jaruzelszczyzzny)
całość tutaj: www.rp.pl/artykul/61991,199888_Koniec__polskiego__wstydu.html
Szczęśliwe rozwiązanie nadeszło, gdy byliśmy rok po studiach. Świętowałam z
przyjaciółmi skromnie i z niedowierzaniem, oglądając wiwatujące tłumy w
telewizji. Ojciec koleżanki wdrapał się na drabinę w ogrodzie i przybił do
drzewa unijną flagę. Popijaliśmy szampana, kryjąc łzy wzruszenia.Już nie
musimy jeździć do Londynu do roboty na czarno i drżeć na granicy o to, czy nas
wpuszczą. Już nie trzeba wyskrobywać zaskórniaków, żeby wejść do Tate Modern –
młodzi obywatele UE mają zniżki w muzeach. Możemy mieszkać w Szkocji i latać
do domu kilka razy w roku. Godzinami rozmawiać z rodzicami przez Skype’a. I
zapomnieć o scenie kończącej „300 mil do nieba”, gdy ojciec krzyczy
kilkuletniemu synowi w słuchawkę: „Nie wracajcie, słyszysz?”.
Dopiero teraz możemy odczarować Europę, spojrzeć na nią trzeźwo. A wcale nie
jest to łatwe, bo hasłu „Zachód” wciąż przyporządkowane są wyłącznie
komplementy. Gdy mówię o nim krytycznie, widzę unoszące się brwi. Nauczyliśmy
się myśleć o sobie negatywnie, a wszystkich mieszkających na zachód od Odry
odruchowo wrzucamy do wspólnego worka ogłady, wysokiej kultury, lepszych
rozwiązań.
– Widziałaś już zarzygane chodniki? – zapytał na powitanie znajomy. – Nie? To
nie widziałaś Edynburga.
Myślałam, że żartuje. Przecież Edynburg to perła Szkocji, gospodarz
znakomitego festiwalu teatralnego. Ale o północy, gdy – zgodnie z rytmem
tamtejszych weekendów – opuściłam pub, żeby przenieść się do nocnego klubu,
zrozumiałam. Na ulicach były tłumy zalanych nastolatków, dziewczyny chwiały
się półprzytomne i półnagie.
Policjanci są przyzwyczajeni, nie interweniowali. Widziałam, jak uprzejmie
wskazują drogę do nocnego autobusu chłopakowi, który ledwo bełkotał. W
autobusie jakiś mężczyzna groził kierowcy, waląc pięściami w kuloodporną szybę
dzielącą go od pasażerów. Kierowca bezskutecznie wzywał policję. Wreszcie
dwóch zirytowanych panów wyrzuciło awanturującego się na chodnik, a kierowcy
nakazało: – Jedź!
Polscy przyjaciele, u których byłam w gościnie, zapewniali, że zwykle takie
historie się nie zdarzają. Ale dzień wcześniej byliśmy w modnym klubie, w
którym stoły i sofy były zalane piwem, a w toalecie wybijał klozet. Kelner
poproszony o posprzątanie dla nas stołu, wręczył nam papierowe ręczniki.
Pijany chłopak uderzył mojego kolegę w głowę, wybuchła bójka, ale ochroniarze
zareagowali, gdy było po wszystkim. Za to gdy ktoś zapalił zapałkę,
natychmiast zjawił się menedżer i upomniał nas, że obowiązuje zakaz palenia.
Tak ustawione granice bezpieczeństwa i komfortu bulwersowały nie tylko mnie. –
To ostatnie miejsce na ziemi, w którym chciałabyś wychowywać dzieci –
oznajmiły jednogłośnie Kanadyjka i Polka, które przyjechały do Edynburga na
stypendium. O brytyjskich dzieciach biorących narkotyki na szkolnych przerwach
rozpisuje się światowa prasa, ja widziałam co innego. Dwóch pięciolatków
samych na ulicy o 23, terroryzujących pełen ludzi autobus niewybrednymi
żartami. Ode mnie chcieli pieniędzy, a kiedy odmówiłam, jeden z nich przyjął
pozę gangstera z hiphopowych teledysków i krzyknął: – Na kolana, skurwysynu!
Ranking bab w okienku
W autobusie w Rzymie nie było niebezpiecznie, ale boleśnie brakowało zdrowego
rozsądku i troski o ludzi. Był późny wieczór, trasa wiodła wąskimi uliczkami,
na jednym z zakrętów kierowca zatrzymał się między źle zaparkowanymi
samochodami. Mógł wycofać i pojechać inną drogą. Zamiast tego wyłączył silnik
i zadzwonił po policję, by wypisała właścicielowi wozu mandat. W ciągu 45
minut radiowóz się nie zjawił, za to nadjechały dwa autobusy tej samej linii.
Żaden z kierowców nie przejął pasażerów, nie skorzystał z objazdu. Spośród
kilkudziesięciu osób tylko jedna Włoszka uznała sytuację za idiotyczną i – tak
jak ja – poszła na pobliską stację kolejową. Reszta została, oczekując, aż
problem rozwiąże się sam. U nas taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca –
kierowca coś by poradził. Jeśli nie sam, to przymuszony przez pasażerów.
Dzień później stałam pod rzymskim stadionem olimpijskim, czekając na koncert
Madonny – kilkutysięczny tłum od rana tkwił w silnym słońcu, coraz bardziej
wściekły. Po południu było nas już kilkadziesiąt tysięcy, a naprzeciwko –
kilkunastu bezradnych carabinieri. Gdy wreszcie otworzyli bramy stadionu (dwie
z kilkunastu), było blisko katastrofy. Gdyby w Polsce jakąkolwiek imprezę
masową zorganizowano w ten sposób, następnego dnia gazety nie zostawiłyby na
organizatorach suchej nitki. Włosi pisali tylko o tym, że Madonna znów
obraziła papieża.
Narzekamy na nasze postawy obywatelskie, jakość usług komunikacyjnych,
nieudolność policjantów. Oczekujemy od siebie więcej, przekonani, że na
Zachodzie wszystko wygląda lepiej. Może to wyobrażenie działa mobilizująco,
ale jest zdezaktualizowane i zwyczajnie nieprawdziwe. Dużo mówimy o „fatalnej
kondycji” i „zapaści” polskiej służby zdrowia. Ale to z Wysp Brytyjskich
docierają najkoszmarniejsze i groteskowe opowieści o opiece medycznej, a
raczej jej braku. Moja ciężarna znajoma trafiła do lekarza z zapaleniem
oskrzeli, a ten zalecił inhalacje z gorącej wody. Ginekolog nie widział
potrzeby skierowania jej na badanie USG. Gdy kolega, zatrudniony na czarno w
Londynie, zjawił się w Warszawie bez kilku zębów, tłumaczył: wyrwać było
taniej, niż leczyć. Ale i teraz, gdy jest ubezpieczony, woli przylatywać do
przychodni w Warszawie.Także polskie historie o nieuczynnych „babach w
okienku” wypadłyby w europejskim rankingu blado. Przyjaciółka przysłała mi z
Tuluzy wieloodcinkową epopeję o tym, jak próbowała we francuskim banku dokonać
wpłaty na konto. Zajęło to kilka dni i wtedy zrozumiała, dlaczego Francuzi
mają tak długie urlopy – połowę wykorzystują na wizyty w urzędach. Resztę – na
studiowanie aktualizowanego co miesiąc przewodnika po zasiłkach, subwencjach i
dotacjach. – A najgorsze, że za każdym razem, kiedy ktoś próbuje tu coś
zmienić, organizują strajk i wszystko staje! – zakończyła.
Poza tym Europa cierpi z powodu dolegliwości, które nas nie dotyczą. Podczas
niedawnego spaceru po Paryżu obserwowałam wieloetniczne tłumy. Afrykańscy
imigranci