Tobie też grozi zaraza PM!, czyli...

22.10.08, 20:48
...kolejny interesujący tekst pana Orlińskiego.

*********************

wyborcza.pl/1,75480,5826681,Tobie_tez_grozi_zaraza_PM_.html
    • diabollo Re: Tobie też grozi zaraza PM!, czyli... 23.10.08, 18:28
      Ponieważ nie lubicie linków, a to interesujący tekst, pozwolę sobie zacytować go
      w całości.

      **********************
      Tobie też grozi zaraza PM!
      Wojciech Orliński 2008-10-21, ostatnia aktualizacja 2008-10-19 13:14:19.0

      Łatwo ją złapać - wystarczy przeczytać w gazecie tytuł taki jak powyżej

      Stanley Cohen opisał to po raz pierwszy . Zaczyna się od - dajmy na to -
      niewielkiej bijatyki kibiców piłkarskich. Zdarzenie to w gruncie rzeczy nie ma
      znaczenia dla rzeczywistego stanu bezpieczeństwa publicznego. Ale media mają
      skłonność do kreowania urojonych zagrożeń przez wyolbrzymianie incydentów,
      których rzeczywiste znaczenie jest marginalne. Zwłaszcza wtedy, gdy nie ma
      akurat ciekawszych tematów. A z bijatyki można ukręcić naciągany nagłówek typu
      "ZNÓW BIJATYKA POD STADIONEM - POLICJA ZATRZYMAŁA 34 OSOBY". Gdy wszystkie
      gazety przemówią jednogłośnie, wytwarza to w opinii publicznej uczucie urojonego
      zagrożenia.

      Politycy - którzy muszą się liczyć z opinią publiczną - zaczynają się wtedy
      prześcigać w urojonych pomysłach na zapobieżenie urojonym problemom. Opozycja
      zarzuca rządowi bezczynność wobec narastającego zagrożenia. "Przygotowaliśmy
      radykalne ustawy" - ogłasza rząd. "My mamy jeszcze radykalniejsze" - zawoła
      opozycja.

      Przez kilka tygodni, czasem miesięcy, prasa, parlament i politycy będą żyć
      problemem przemocy na stadionach - a potem o nim zapomną, gdy już gazety znajdą
      sobie nowy nośny temat. Ten właśnie cykl Stanley Cohen w swojej książce "Folk
      Devils and Moral Panic" nazwał paniką moralną.

      Zagrożenie przyjedzie skuterem Lambretta

      Cohen przeanalizował to na przykładzie przesadnej uwagi, którą brytyjskie
      tabloidy poświęciły wojnom między młodzieżowymi subkulturami modsów i rockerów.
      Modsi nosili kurtki typu Anorak, słuchali czarnej muzyki (ska, soul, r'n'b) i
      jeździli skuterami Lambretta.

      Rockersi nosili skóry, jeździli motocyklami Triumph i słuchali białego rock and
      rolla.

      Pierwszą grupę tworzyli głównie studenci, drugą głównie młodzi robotnicy. Nie
      oznacza to jednak, że "inteligenccy" modsi byli mniej agresywni. Przeciwnie,
      ponieważ wciąż żyli w strachu przed napaścią rockersów, wyjątkowo dużo radości
      sprawiało im wystąpienie w roli napastnika.

      Podczas majowego długiego weekendu w 1964 roku modsi i rockersi wybrali się do
      sennego nadmorskiego miasteczka Clacton. Wyniknęła z tego uliczna bijatyka. W
      ruch poszły pięści i zaimprowizowane pałki z plażowych leżaków.

      Następnego dnia wszystkie gazety (poza szacownym "Timesem") pisały o tym
      zdarzeniu na pierwszych stronach pod nagłówkami takimi jak: "Dzień terroru grup
      skuterowych" ("Daily Telegraph"), "Miasto podbite przez młodzież -97 skórzanych
      kurtek w areszcie" ("Daily Express") czy "Inwazja dzikich na wybrzeże"

      ("Daily Mirror").

      We wtorek gazety dalej nie miały ciekawszych tematów, więc podgrzewały to, co
      miały - cytując się nawzajem oraz fabrykując ewidentnie zmyślone rozmowy z
      rzekomymi rockersami o fantazyjnych przydomkach typu "Dziki

      Mick". Stanley Cohen - wówczas młody socjolog, który temu zagadnieniu w końcu
      poświęci doktorat w London School of Economics - pojechał na miejsce zdarzeń i
      rozmawiał z naocznymi świadkami, którzy wyśmiali relację prasową.

      Emeryci spotkani przez Cohena w Clacton mówili, że nie czuli się zagrożeni tą
      bijatyką, i wspominali, że dzisiejsze gangi młodzieżowe to już nie to, co w
      latach 20., kiedy uliczna bójka bez ofiar śmiertelnych była uważana za niezaliczoną.

      Prasa tymczasem dalej nakręcała poczucie zagrożenia, doprowadzając w końcu do
      tego, że konserwatywny poseł Harold Gurden oskarżył laburzystowski rząd o
      bezczynność. Oskarżenie było o tyle słuszne, że rząd Harolda Wilsona
      rzeczywiście konsekwentnie bagatelizował zagrożenie, co z dzisiejszej
      perspektywy można mu zapisać na plus.

      Prasa musi mieć otwarcie

      Rząd Wilsona działał jednak w innej rzeczywistości - akurat przełom lat 60. i
      70. wiązał się z zaskakującym dla obserwatorów wzrostem znaczenia prasy
      tabloidowej. Szacowny "The Times" należał wtedy jeszcze do rodziny Astorów i
      przeżywał właśnie ostatnie chwile swojej szacowności.

      Jej ostatnim elementem było konsekwentne unikanie drukowania aktualnych
      wiadomości na pierwszej stronie. Gazeta typu "tabloid" (format papieru, na
      którym ukazuje się także "Gazeta Wyborcza") przez samą swoją graficzną makietę
      potrzebuje na pierwszej stronie tzw. otwarcia - czyli tekstu zatytułowanego
      mniej więcej "Wczoraj Coś Się Wydarzyło".

      Staroświeckie gazety typu "broadsheet" (format, którego używała w Polsce
      "Rzeczpospolita" do 11 października 2007 roku, obecnie na wymarciu) miały
      tymczasem makiety przystosowane do takiej sytuacji, w której poprzedniego dnia
      po prostu nie wydarzyło się nic ciekawego. "Times" manifestacyjnie na pierwszej
      stronie miał zwykle ogłoszenia.

      Nowy właściciel zmienił makietę i od 1966 roku także "Times" musiał już
      poszukiwać sensacji na pierwszą stronę. Od tego czasu w brytyjskiej prasie
      praktycznie nie istniały już mechanizmy mogące powstrzymać spiralę związaną z
      paniką moralną.

      Struktura spirali

      Charakterystyczne etapy owej spirali wyglądają tak:

      1. Zaniepokojenie: w prasie pojawiają się pierwsze artykuły ostrzegające przed
      nowym zagrożeniem. Ich prawdziwym źródłem może być po prostu brak ciekawszych
      tematów na pierwszą stronę, ale na początku najczęściej jest jakiś rzeczywisty
      incydent - spektakularna bójka subkultur albo samobójstwo nastolatki
      prześladowanej przez rówieśników.

      2. Osiągnięcie konsensusu: grupa społeczna związana z tym zagrożeniem zostaje
      uznana za (według słów Cohena) "ludowych diabłów". Pojawia się bardzo ostry
      podział: my - zdrowy trzon społeczeństwa i oni - zagrażający nam zwyrodnialcy.
      Nikt się nie odważa już posługiwać zdrowym rozsądkiem, by nie usłyszeć: "Pan
      należy do frontu obrony przestępców!".

      3. Media coraz bardziej desperacko poszukują tego, że największym zagrożeniem
      bezpieczeństwa są właśnie modsi (rockersi, sataniści, narkomani, skorumpowani
      lekarze, pijani kierowcy niesprawnych autokarów etc.). W mediach pojawiają się
      artykuły, które w normalnych warunkach nigdy by nie trafiły do druku, np.
      "kolejna próba samobójstwa nastolatka".

      4. Sprawa z gazet przenosi się do rządu i parlamentu. Premier zapowiada zmiany.
      Opozycja ogłasza, że są niewystarczające. Partie rządzące i opozycyjne
      prześcigają się w tym, kto skuteczniej rozwiąże problem. W parlamencie miażdżącą
      większością głosów przechodzi napisana na kolanie ustawa, czytając którą,
      prawnicy będą sobie rwać włosy z głowy, ale dura lex, sed lex.

      5. Sprawa wychodzi z mody. Na kolegiach redakcyjnych wszyscy dochodzą do
      wniosku, że teksty o satanistach (modsach, rockersach itd.) się już czytelnikom
      przejadły. Wszyscy nagle zapominają o zjawisku, które jeszcze niedawno budziło
      powszechne przerażenie, chociaż w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło -
      nastolatki dalej podejmują i będą podejmować próby samobójcze. Ale gazety o tym
      nie piszą, bo to już jest passé...

      Centralne Biuro Antytaneczne

      Typowe przykłady paniki moralnej na Zachodzie dotyczyły strachu przed
      narkomanią, której skutkiem były przyjęte w latach 60. bardzo surowe akty
      prawne, które do dziś budzą wątpliwości -dlaczego właściwie lekarzowi wolno mieć
      w apteczce środki tak groźne jak morfina czy strychnina, a posiadanie odrobiny
      relatywnie nieszkodliwej marihuany czyni go przestępcą?

      Innym znanym i dość dokładnie przebadanym przykładem była panika moralna, jaką w
      latach 90. wzbudzały imprezy typu rave. Z dzisiejszej perspektywy trudno
      właściwie zrozumieć, co komu przeszkadzało w tym, że młodzi ludzie wynajmą sobie
      opuszczoną halę fabryczną czy farmę po to, by w oddaleniu od zabudowań poskakać
      sobie do taktu hałaśliwej muzyki.

      cdn...
      • diabollo Re: Tobie też grozi zaraza PM!, czyli... 23.10.08, 18:29
        A jednak w latach 80. brytyjska policja powołała specjalną jednostkę o nazwie
        Party Unit przeznaczoną wyłącznie do tropienia i rozbijania takich imprez przy
        użyciu dowolnie naciąganych pretekstów prawnych. W 1994 roku konserwatyści
        przeforsowali nawet poprawki do kodeksu karnego przewidujące karę za...
        puszczanie na imprezie muzyki techno (zdefiniowanej jako "emisji sukcesji
        powtarzających się bitów").

        Choć wszystko to brzmi absurdalnie, to jednak mało kto się odważał wyrażać
        głośno wątpliwości - bo nikt nie chciał być uznany za członka frontu obrony
        młodzieżowych zwyrodnialców. Do tak absurdalnych skutków prowadziło zdominowanie
        publicznej debaty przez język tabloidów, wiecznie poszukujących czegoś, co by
        się nadawało na nagłówek na pierwszej stronie.

        Inwazja tabloidów

        W Polsce z tym zjawiskiem na dobrą sprawę mamy do czynienia dopiero od roku 2003

        - przed rynkowym debiutem "Faktu" mieliśmy na rynku właściwie tylko "Super
        Express", w tamtych czasach nieporównanie grzeczniejszy, oraz efemeryczne
        dwutygodniki zakładane przez Aleksandra Minkowskiego, z cyklu "Skandale", "Nowe
        Skandale" czy "Bez pardonu".

        Chociaż w latach 90. nie brakowało głośnych afer kryminalnych, a także
        subkulturowych bijatyk i kibolskich ekscesów, generalnie udawało się nie
        dopuścić do typowej spirali eskalacji, której owocem byłyby prawnicze potworki.

        Pierwszą klasyczną panikę moralną w Polsce sprowokowało samobójstwo
        gimnazjalistki z października 2006 roku. Tabloidy znalazły sprawców i wydały
        wyrok natychmiast. "Zwyrodnialcy doprowadzili koleżankę do śmierci" - pisał
        "Super Express", "Fakt" zaś pisał o "bydlakach" i "bestiach".

        Kolegów z klasy, którzy doprowadzili koleżankę do tragedii, natychmiast
        aresztowano. Prokuratura postawiła im bardzo poważne zarzuty. Głosy
        powątpiewające w sens tak radykalnych zarzutów tłumiono, bo nikt nie chciał być
        uważany za obrońcę bydlaków i bestii, nie mówiąc już o zwyrodnialcach.

        Politycy byli aż nadto chętni, żeby odegrać swoją rolę w spirali paniki
        moralnej. Premier Giertych ogłosił program "Zero tolerancji". Dyskutowano o
        likwidacji gimnazjów i klas koedukacyjnych. Wprowadzono środki zaradcze, które
        miały zapobiegać podobnym tragediom - tak zwane trójki Giertycha i system
        monitoringu.

        Przez parę miesięcy media podsycały zainteresowanie tematem przemocy w
        gimnazjach. Dowolna wiadomość luźno związana z tym tematem trafiała na czołówki,
        np. jakaś próba samobójcza nastolatka.

        Jeśli dziś już nie słyszymy o "kolejnych próbach samobójstwa", to nie dlatego,
        że ich nie ma - tylko dlatego, że latem 2007 roku media znalazły sobie nowy
        temat do paniki moralnej. Wypadek autokaru z polskimi pielgrzymami pokazał nam,
        że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa nie są już zwyrodnialcy w
        gimnazjach, tylko pijani kierowcy niesprawnych autobusów, którzy byli głównymi
        bohaterami medialnej paniki aż do zastąpienia ich najnowszym krzykiem mody
        -pedofilami.

        To wszystko byłoby tylko ciekawostką dla medioznawców, gdyby nie to, że panika
        moralna zwykle przynosi ofiary. Dla dziennikarzy i czytelników "przemoc w
        gimnazjach" to odgrzewany kotlet. Piątka gimnazjalistów, których zatrzymano po
        śmierci Ani, wciąż pozostaje osadzona w schroniskach dla nieletnich.

        Jak zwróciła niedawno uwagę Elżbieta Sampławska w reportażu "Coraz mniej winni"
        w "Polityce", ich status prawny jest dziwaczny. Sąd rodzinny wycofał się z
        wcześniejszych kwalifikacji prawnych, nie zarzuca już chłopcom zbiorowego
        gwałtu, bo ten zarzut od samego początku miał bardzo słabe podstawy prawne i
        sformułowano go ewidentnie pod wpływem paniki moralnej. W tej chwili chłopcom
        zarzuca się już tylko "ogólną demoralizację", ale to dziwny powód do
        przetrzymywania ich w schronisku.

        Nikt jednak nie ma ochoty na etykietę obrońcy zwyrodnialców - gdy terapeuci z
        gdańskiego Centrum Interwencji Kryzysowych wystosowali apel do sądu, by wobec
        chłopców "konsekwencje dostosowane były do czynu, a asortyment oddziaływań
        wychowawczych, korekcyjnych i edukacyjnych uwzględniał wiek, profil
        psychologiczny, przebieg dotychczasowej kariery szkolnej i pozaszkolnej
        chłopców, ich wiedzę i świadomość czynów, a nade wszystko, żeby był skuteczny",
        posypały się na nich gromy za stawanie po stronie nastoletnich zbrodniarzy.

        Pan traci, pani traci...

        Ofiarami paniki moralnej padają nie tylko ci, których akurat tabloidy uznają za
        zwyrodnialców. Sztandarowy projekt ministra Ziobry, czyli "sądy 24-godzinne",
        powstał pod koniec 2005 roku w reakcji na ówczesną panikę moralną związaną z
        ekscesami kibiców stadionowych.

        Praktyka działania tej instytucji pokazała, że zajmuje się ona głównie karaniem
        pijanych rowerzystów. Tylko 1 procent to sprawy o charakterze chuligańskim, dla
        których teoretycznie tę instytucję powołano.

        Nikt nie przeczy temu, że pijani rowerzyści stanowią zagrożenie dla porządku
        publicznego. Tak jak nikt nie przeczy temu, że bijatyki subkultur i kibiców są
        pewną uciążliwością, a gimnazjaliści napastujący Anię byli zdemoralizowani. Ale
        czy rzeczywiście właśnie te sprawy sądy i policja powinny traktować priorytetowo?

        Przecież policjant polujący na pijanego rowerzystę to zarazem policjant, którego
        zabraknie w ciemnej uliczce, w której ktoś w bardzo banalnym, bardzo
        niemedialnym stylu po prostu będzie chciał ci odebrać portfel lub radio samochodowe.

        W ten sposób na samym końcu ofiarą paniki moralnej pada właśnie ten szary
        obywatel, którego zaraza PM dotknęła parę miesięcy wcześniej krzykliwymi
        nagłówkami - by uspokoić jego poczucie zagrożenia, wysiłek policji skierowano do
        zwalczania modsów, rozbijania imprez techno, tropienia internetowych zboczeńców
        i rozbrykanych gimnazjalistów. W efekcie policjanta zabraknie przy nim, gdy
        będzie go potrzebował. A najsmutniejsze jest to, że on sam tego chciał.

        Pracę Stanleya Cohena powszechnie uważa się za jedno z najbardziej wpływowych
        dzieł z zakresu kryminologii i medioznawstwa - a z pewnością najbardziej
        wpływowe, jakie się kiedykolwiek pojawiło na styku tych dwóch dziedzin. W
        świecie anglojęzycznym był to pierwszy głos rozsądku sugerujący, że warto jednak
        stawiać jakąś tamę medialnym panikom. My chyba na taki głos musimy jeszcze poczekać.

        Wojciech Orliński

        ************************
        • grzespelc Świetny tekst 23.10.08, 21:10
          Dodam jeszcze tak od siebie, że wiosną odbywałem praktyki w wydziale rodzinnym
          sądu rejonowego, a tam jest du żo spraw właśnie o "demoralizację", na podstawie
          ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich z lat 80-ch. Na ogół te postepowania
          wszczyna się wobec dzieci, które biją rówieśników, piją alkohol albo używaja
          inne środki odurzające (ostatni krzyk mody to syrop "Akodin" :)) i wagarują. Ale
          w gimnazjum 2 ulice oden mnie (pani sędzia akurat miała moją dzielnicę) chyba
          własnie wprowadzono politykę "zero tolerancji" i w jej ramach kiedyś był
          przesłuchiwany chłopak, który nie chciał się przesiąść za gadanie na lekcji, a
          kiedy pani go wyrzuciła z klasy, powiedział "ta szkoła jest jak więzienie" i
          pani dyrektor wezwała Policję.... Na szczęście sędzia była rozsądna.

          A z tym ściganiem techno to jestem po prostu w szoku, tym bardziej, że kiedyś
          uwielbiałem techno i rave. No ale tak wygląda świat rządzony przez konserwatystów...
    • maria421 Re: Tobie też grozi zaraza PM!, czyli... 23.10.08, 22:01
      No to teraz wiem, ze Omat piszacy ciagle o ksiezach pedofilach cierpi po prostu
      na PM....
      • grzespelc Belka, Mario! (bt.) 23.10.08, 22:51
        • omat_koboska moje PM jest niczym wobec Maryjnego :) n/t 24.10.08, 19:09

    • diabollo Prokuraturze brakuje pieniędzy na ściganie... 28.10.08, 18:18
      gwałcicieli...

      wyborcza.pl/1,75248,5855413,Prokuraturze_brakuje_pieniedzy_na_sciganie_gwalcicieli.html
      czyżby efekt PM?
      Prokuratura ma pieniądze na zajmowanie się duperelnym PZPN, stanem wojennym,
      nowym śledztwem w sprawie zabójstwa pana ś.p.ks.Popiełuszki, a nawet na śledztwo
      kto zabił generała Sikorskiego: Ruskie czy Angole?

      Kłaniam się nisko.
Pełna wersja