Dodaj do ulubionych

Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybranych

16.02.10, 23:59
Dobrze, moje Drogie, może mi to wybaczycie, bo to nie jest forum do narzekania. Tu się raduje wyborem porodu w domu, a nie porażkami. Ale trudno. Znosić mnie będziecie musiały jeszcze chwilę, bo opiszę Wam, jak wygląda sytuacja takiej przyszłej matki, jak ja. W pięknym mieście Wrocław.. Usiądźcie wygodnie. Was to nie dotyczy. To jak film. Rozegra się i zakończy..

--
Oszczędzę Wam tylko słowa wstępu - odnośnie wszystkich dzisiejszych perturbacji, stresów i wydatków jakie ponieśliśmy z powodu.. tak.. życia.. Przejdę do meritum - od momentu otrzymania dziś skierowania na cesarkę..
--
Jedziemy wieczorem do wojewódzkiego szpitala. Ze świeżym skierowaniem. Lekarz (polecony przez klinikę) czeka na nas w korytarzu i po chwili zaprasza do gabinetu USG. Chce wykonać badanie urządzeniem, ale brakuje ręczników papierowych, więc bada ręcznie. Potwierdza ułożenie pośladkowe. Bierze skierowanie do ręki. Analizuje kartę ciąży. Kiwa głową. Po czym krzyżuje ręce, rozsiadając się na krześle.

- Macie państwo 3 opcje, zależnie od tego, czego państwo będziecie ode mnie oczekiwali. Pierwszą opcją jest moja obecność przy zabiegu. Ja już prawie tu nie pracuję, bywam tu rzadko, więc moja obecność i praca byłaby odpłatna rzecz jasna.
- Ile? - pytam.
- O! - swoje zdziwienie doktor kieruje w kierunku Męża. - Widzę, że żona takie sprawy załatwia? - nie komentujemy. Nie analizujemy emocji, jakie w nas wzbudza. One pojawią się po wyjściu ze szpitala. Zaleją nas falą. Wielką lawiną. Teraz tylko rzeczowa rozmowa.
- Tak, ja. - odpowiadam z uśmiechem i grzecznie. - To ile pan doktor sobie życzy?
- Z rabatem dla znanej kliniki.. - zawiesza głos - Tysiąc siedemset złotych. - szczęki z hukiem opadają nam na dół. Przypomnę: to nie jest cesarka na życzenie. To nie jest moje widzi-mi-się. To nie jest wynik moich kobiecych, niedojrzałych lęków czy obaw. To jedyna możliwość urodzenia mojego dziecka! Z zaleceniem WHO i Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego! Ale dobra, słuchamy doktora dalej.
- A pozostałe dwie opcje? - dopytuję.
- Ja to się w ogóle dziś zdziwiłem - zaczyna wstępem. - Że pani z takim stoickim spokojem do mnie dzwoni na 4 dni przed terminem porodu i próbuje ustalić termin na cesarskie cięcie..
- ???
- ???
- Bo jeszcze 3 tygodnie temu nie byłoby w tym może nic dziwnego, ale ordynator zmienił zarządzenie i zamiast trzech zabiegów planowych cesarskich cięć w ciągu dnia, ma być tylko jedna dziennie, oprócz oczywiście tych koniecznych, które wydarzają się nagle podczas porodu siłami natury.
- ???
- ???
- I terminarz to dopiero za 10 dni przypada. Gdyby pani wcześniej zadzwoniła..
- Ale ja skierowanie dostałam dopiero dziś! - przerywam. - Więc jak miałam wcześniej dzwonić? - doktor kiwa głową. Niby rozumie, ale czuję że człek strasznie interesowny. Zaczyna wzbudzać obawy.
- Powiem tak: może to różnie się w pani przypadku skończyć. 10 dni to długo, a jak poród się zacznie, i to jest ta trzecia opcja, to wtedy nie mamy pewności, że cesarka będzie mogła się odbyć na czas.
- ???
- Bo w tym samym czasie może być cięta inna pacjentka, a w pani przypadku dziecko zejdzie już tak nisko w kanał rodny, że na zabieg może być już za późno i trzeba będzie rodzić siłami natury, a wtedy ryzyko komplikacji wzrasta..
- ...
Zapada cisza. Zbieram myśli. Mąż zagubiony. Ja też. Pragnę być teraz bogata. Ale nie jestem. Czuję się jak w imadle. Podejmuję jednak próbę podjazdu na jego ludzkie uczucia, może empatię.
- Ja powiem prosto z mostu, żeby pan doktor wiedział, choć pewnie nie musi to pana w ogóle interesować, my nie mamy tych pieniędzy, mieliśmy teraz zbyt wiele problemów finansowych z autem i..
- Ja też mogę to samo powiedzieć, bo piec się nam rozwalił i muszę nowy kupić. - empatia na poziomie betonu. Odpuszczam.
- Oczekuje pan od nas natychmiastowej decyzji?
- Nie. Jedźcie sobie państwo do domu, zastanówcie się i za 2 godziny zadzwońcie. Ja się nie obrażę, jeśli zadecydujecie o wpisaniu was na listę za 10 dni.

Żegnamy się.
Wychodzimy z gabinetu, i chwilę po tym, ze szpitala.

Potem niech opadnie kurtyna - ona zasłoni batalię naszych słów, przekleństw, nerwów, nawałnicy telefonów, gorącej linii wszelkich rad i gróźb.

Uprzejmie więc proszę o prostą odpowiedź: skoro już nie mogę urodzić naturalnie, skoro nasz dzieć jest taki uparty i nie ma ochoty/możliwości fiknąć koziołka, skoro nie mogę urodzić go w pełnych godności warunkach, w domu, wśród naszej miłości, skupienia, wyciszenia, akceptacji, szacunku - i skoro mam rodzić za pomocą wyszarpnięcia synka z mojego ponacinanego brzucha - to dlaczego, do... (łagodniej)...do jasnej cholery, nie mogę nawet do tego przygotować się w skupieniu, spokoju i poczuciu bezpieczeństwa? Dlaczego dane jest mi tracić nerwy, narażać nimi nienarodzone jeszcze dziecko?! Dlaczego służba zdrowia traktuje mnie jak chodzącą jednostkę bankową, która i tak zapłaci za wszystko, bo tego oczekują od podziemnych, cicho-szeptem-pod-stołem-w-kopercie standardów tzw. bezpłatnej opieki zdrowotnej?

To tylko pytania retoryczne..

Jutro będziemy dzwonić po wszystkich szpitalach na Dolnym Śląsku. Nie wiem jaki będzie tego rezultat. Ale uprzedzam - trzymajcie swoje nienarodzone jeszcze dzieci z dala od tego pięknego skądinąd miasta..
Obserwuj wątek
    • sugarxxx Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 03:56
      Kawoszko, bardzo współczuję i dokładnie rozumiem Twoje rozgoryczenie i gniew sad
      I coraz bardziej mam przekonanie, że na takie rozmowy trzeba przychodzić z
      dyktafonem. Cynizm? Tak, ale inaczej się nic w służbie zdrowia nie zmieni.

      Trzymam kciuki za Was i Wasze dziecko. Oby Wam się udał znaleźć jakiegoś
      ludzkiego lekarza...

      A swoją drogą: przeczytaj relację z porodu we Wrocławiu pośladkowej córeczki
      w_oparach_absurdu. I będziesz wiedziała, jak szybko załatwić sobie we Wrocławiu
      cesarkę: wjeżdzasz do szpitala z rozpoczętą akcją porodową i krzyczysz, że
      absolutnie chcesz rodzić siłami natury! Wtedy powiedzą, że jesteś wariatka i
      koniecznie trzeba Cię ciąć dla dobra dziecka. Taka chyba natura personelu
      położnicznego: robić wszystko na przekór rodzącej.
      • bonga_dax1 Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 07:10
        Nie sądziłam, że w dobie powszechnej nagonki na łapówkarstwo może się zdarzyć
        tak obrzydliwe i bezczelne żerowanie na cudzym nieszczęściu. Ja bym chyba
        pojechała jeszcze raz i nagrała pan doktora, po czym szybko po porodzie podała
        do prokuratury. To jedyny sposób na takich s..synów. Może odstraszy to innych.
        Choć potrafię zrozumieć, że może nie to Wam teraz w głowie. Nie chcę mi się
        wierzyć, żeby w przypadku rozpoczętej akcji porodowej nie wzięli Cię na cesarkę.
        Sądzę, że to był raczej chwyt poniżej pasa tego palanta, żeby skłonić Was do
        wyłożenia kasy.
    • 987ania Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 07:40
      Ja bym się nie zdecydowała na poród w tym szpitalu. Pojechałabym do innego
      szpitala i nie zgłaszała się jako znajoma lekarza itp. tylko normalnie poszła na
      IP i zapytała co mam zrobić ze skierowaniem itp. No i po trzecie poszukałabym
      szpitala pod Wrocławiem, bo słyszałam że gdzieś w okolicy jest jakiś normalny i
      miły.
      • kawo-szka Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 07:51
        987ania napisała:

        > No i po trzecie poszukałabym
        > szpitala pod Wrocławiem, bo słyszałam że gdzieś w okolicy jest
        jakiś normalny i
        > miły.

        Tak, wiem. W Trzebnicy jest takowy. Dziś będziemy tam dzwonić. I
        zrobimy dokładnie jak napisałaś - bez opowieści, krótko, sucho i na
        temat.. Ciekawa jestem rezultatu..
        • edytadk Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 09:19

          > Tak, wiem. W Trzebnicy jest takowy. Dziś będziemy tam dzwonić. I
          > zrobimy dokładnie jak napisałaś - bez opowieści, krótko, sucho i na
          > temat.. Ciekawa jestem rezultatu..
          >

          Trzymam kciuki za powodzenie i pozytywny koniec tej farsy i związanych z nią stresów. W razie czego, szpital w Strzelinie też ma o dziwo dobre opinie na tle wrocławskich kwiatkówwink.

          A tak poza tym to jeszcze jestem w szoku po tym opisiesad. Rozumiem, że chcecie mieć jasny ogląd sytuacji już w tej chwili i nie pozostawiać takich rzeczy zrządzeniu losu, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to całe kretyńskie, niedopuszczalne i nieetyczne zachowanie lekarza miało na celu tylko i wyłącznie skłonienie Was do potrząśnięcia portfelem. I że mimo tego, wszystko wyglądałoby inaczej, gdybyście się tam po prostu zjawili z akcją porodową, nie pozostawiając im żadnego wyboru. Nie sądzę, żeby podjęli się przyjmowania takiego porodu, na głowie staną, ale cesarkę zrobią... Niemniej to pewnie taka moja naiwna wizja, bo też i to, co Was właśnie spotkało, w życiu nie przyszłoby mi do głowy. Strasznie mi przykro, że nie dość, że marzenie o pięknym i spokojnym porodzie w domu legło w gruzach, to jeszcze takie niewyobrażalne rzeczy stają się Waszym udziałem na samej końcówcesad.
    • kaakaa Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 13:09
      kawo-szka - tak mi przykro, że musisz przez to przechodzić sad
      A tak przy okazji - nie daj się zastraszyć, że jak przyjedziesz z akcją
      skurczową, to może być za późno na cc, bo będzie sala zajęta, czy inne bzdury.
      To jakieś głodne kawałki dla przedszkolaków confused Tak na logikę - przecież zdarza
      się niejednokrotnie, że kobiety zaczynają rodzić przed terminem planowej
      cesarki. Jasne, że to komplikuje trochę pracę lekarzom ale nikt im z tego powodu
      nie każe rodzić na siłę naturalnie (jeśli były planowe wskazanie do cc) dlatego,
      że ośmieliły się zacząć rodzić przed wyznaczonym terminem. No, bzdura jakaś...
      Na to w szpitalu jest kilka sal operacyjnych, żeby w takich przypadkach nie było
      szczególnego problemu.
      Ależ taki cyniczny burak potrafi człowiekowi napsuć krwi... confused
    • kropkaa Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 14:23
      O matko... Ceni się pambuk doktór.
      Nawet za darmo nie chciałabym, by mnie ciął.
      Przecież poród nie trwa 5 min., a i zakres terminu jest dość
      szeroki - jeśli po pierwszych sygnałach pojedziesz do szpitala, to
      na pewni nie będzie za późno. Zresztą i tak lepiej mieć cc jak się
      akcja już rozpocznie niż na zimno.
      A na takiego s...s... powinno się gdzieś donieść.
    • kawo-szka Doniesienia z pola bitwy 17.02.10, 16:07
      Powiem Wam szczerze, że nie spodziewałam się tego, iż tak będą wyglądały moje ostatnie dni przed rozwiązaniem. Naprawdę. Żeby tyle nerwów wymagała ta cała logistyczna ekwilibrystyka..

      Dodam tylko jedną ważną rzecz, której nie napisałam wczoraj - otóż mój lekarz prowadzący zdecydowanie postawił na tzw. zimną cesarkę - z jakiego powodu? Ano z powodu obecnego obłożenia oddziałów gin.-poł. (w dodatku zbliża się pełnia 28/02, a wtedy, może tego nie wiecie, ale kobiety rodzą w największej ilości - było mnóstwo z resztą takich badań potwierdzających wpływ księżyca na porody) i większego spokoju dla matki, która nie będzie się stresować oczekiwaniem na jej kolejkę do cięcia (a przecież wiadomo, że podczas psn takie rzeczy zdarzają się coraz częściej). W sumie, przyznałam mu rację, a i mój Mąż zdecydowanie był za tą opcją. Mniej nerwów, a i tak jestem na przełomie 39/40 tc., skurcze macicy są b.częste, więc i Maluszek uszykowany się do drogi - może nie tak jak podczas akcji porodowej, ale jednak..

      Jak jednak sprawa wygląda z naszej perspektywy? Ano tak:

      1. potwierdziłam to chore zarządzenie ordynatora w wojewódzkim szpitalu - czyli tylko 1 planowa cesarka w ciągu dnia (pomijając pozostałe, tzw. awaryjne)
      2. potwierdziłam także wpisanie mnie na listę tzw. zimnej cc na 25/02 na 8:00 w tymże szpitalu (bo jakby mnie kutafon jeden nie wpisał, to chyba bym rozwaliła pół miasta, przysięgam)
      3. obdzwoniliśmy też kilka szpitali:
      - Trzebnica - nie wykonują planowych cesarek, tylko jak jest akcja porodowa;
      - Oława - łóżka na patologii (bo mój przypadek to patologia, jakbyście nie wiedziały uncertain) - obłożone do końca tygodnia - nie ma szansy na planową cesarkę w obecnym czasie;
      - Wrocław, Chałubińskiego - j/w
      - Wrocław, Dyrekcyjna - j/w
      4. mój lekarz prowadzący, gdy przekazałam mu newsa - zbierał szczękę z podłogi w wielkim szoku że ktoś mógł nas tak potraktować. Niestety, sam pracuje w szpitalu pod granicą z Niemcami (Zgorzelec), we Wrocławiu bywa tylko w tej klinice, poradził nam Brochów (ale ten szpital, jak i ten na Dyrekcyjnej - nie cieszą się dobrą opinią wśród pacjentek, więc odpuściliśmy sobie te dwa miejsca).
      5. zadzwoniłam do p.Grażynki (która nie tylko zbierała szczękę na wieść o tym co przeżyliśmy wczoraj, ale i z ledwością powstrzymywała się od przekleństw i wulgaryzmów) i podała mi numer do zaufanej położnej z Chałubińskiego - gdy do tej z kolei zadzwoniłam - uspokajała mnie przede wszystkim (złorzecząc na lekarza, który w tak okrutny sposób nastraszył mnie i męża), i umówiła się ze mną na piątkowy (19/02) wieczór w tym szpitalu, kiedy będzie miała zmianę nocną - będzie próbować mi pomóc i być może, jak wszystko się pozytywnie poukłada, położy mnie już w szpitalu..

      Teraz próbujemy dojść do siebie.. Oboje z mężem mocno to przeżyliśmy, nasze rodziny, ba, nawet między nami pojawiły się spięcia - na szczęście zapanowaliśmy nad nimi.. Uspokajam się, bo przecież Synuś cierpi na tym prze-okrutnie.. tak więc - czuję się obecnie mega zmęczona, słaba i najchętniej zasnęłabym do dnia samego porodu, naprawdę.. nic mi się nie chce..

      Trzymajcie więc kciuki, co by Młodemu nie zachciało się wyskakiwać przed piątkowym wieczorem. Będę starać się Was na bieżąco informować, a jakby co - to tutaj jest stale mój Mąż, który odezwie się w stosownej chwili smile

      Dziękuję Wam za ciepłe słowa wsparcia i poparcia.
      A sprawą niewykluczone, że się zajmę.. ale nie teraz..
      • sugarxxx Re: Doniesienia z pola bitwy 17.02.10, 16:55
        Kawoszko, ciągle trzymam kciuki za Was.
        A co do cesarki na zimno, to przypomina mi się to, co powiedziała mi kiedyś
        kaka. Z punktu widzenia planów urodzenia następnego dziecka psn, lepiej żeby
        cesarka nie była na zimno.
        Ja w żaden sposób do niczego nie namawiam, to jest Wasza decyzja, jednak ja na
        przykład po fakcie byłam na siebie zła że wszystkiego się nie dowiedziałam tak
        jak powinnam.
        • juleg Re: Doniesienia z pola bitwy 17.02.10, 19:09
          Przykre... ale jednak trafiłaś na kilku pozytywnych ludzi, zawsze to coś, ta
          położna jest nadzieją, mam nadzieję, że Wam pomoże i będzie naprawdę dobrze.
          Myślę i trzymam kciuki mocnosmile
        • soldie Re: Doniesienia z pola bitwy 17.02.10, 22:00
          podpisuję się pod wypowiedzią sugarxxx, sama po cc przed sn, byłam w dobrym
          położeniu bo doszłam do dużego rozwarcia i położna to samo mi powiedziała.
          Osobiście w takiej sytuacji bym czekała do akcji(mając nadzieję do końca, że się
          obróci- ciężko mi tracić nadzieję mimo wszystko, nawet w twoim przypadku jeszcze
          się łudzę, że może te komplikacje po coś są... życzę mądrych decyzji i o wiele
          szczęśliwszych chwil niż to co przechodziliście teraz.
        • bonga_dax1 Re: Doniesienia z pola bitwy 18.02.10, 07:26
          Co do cesarki na zimno - wasza decyzja, ale dla mnie to najgorsza opcja. Ja
          miałam i tak i tak i uwierz mi - to czysta biologia, jak nie ma hormonów
          uwalnianych w trakcie porodu, to duużo wolniej przychodzą uczucia macierzyńskie
          na takim najbardziej pierwotnym, prymitywnym poziomie. A i jeśli chodzi o
          perspektywy następnych porodów, to warto, żeby coś się zadziało. Poza tym wtedy
          już nie ma gadania - przyjmą cię, czy cię nie przyjmą, jesteś "nagłym
          przypadkiem" i koniec.
    • gos85 Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 17.02.10, 19:55
      kawoszka..no zatkało mnie i jedyne co mi przychodzi do głowy to NAPRAWDE brzydkie słowa..

      wdech..wydech...

      to jest jakiś koszmar..jak tak można..no jak????

      Kochana trzymam kciuki żeby wszystko się dobrze skończyło, żeby zaprzyjaźniona położna faktycznie pomogła i żebyś już niczym się nie musiała martwić, całusy!
      • ankawt Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 18.02.10, 06:56
        Jeszcze raz ja, bom po CC.

        Otóż ja rodziłam w Sosnowcu- Zagórzu. Niestety/ stety nie ma juz tego oddziału,
        ale...

        leżałam w szpitalu długo, pod pompa z fenoterolem, to sie naoglądałam i
        nasłuchałam tongue_out
        dziewczyny przychodziły na planowe cc "z miasta", bez umawiania sie, poprostu
        kilka dni przed terminem, ale na zimno. Były przyjmowane na oddział i na
        pierwszym badaniu przez p. ordynator był ustalany dzień cięcia.

        Było ustalane po 2-3 cc na dzieć planowe, choc sala do cesarek była tylko jedna,
        piętro wyżej co prawda chirurgia, ale to chyba nie ma związku, bo ja np. byłam
        cieta jako druga tego dnia, nie planowo, tylko znienacka, bo mi sie akcja
        rozpoczęła jak mi tylko leki odstawili. I położna poganiała lekarzy, żeby się
        uwijali z tą poprzednią, bo ja urodzę sn, zanim zdążą mnie pokroić.

        A po mnie było jeszcze jedno cięcie, dziewczyny co miała wskazania do cc od
        okulisty, a przyszła rano o 9 i mówi, że ją brzuch boli- 39tc uncertain ciepali się
        lekarze, ale co mieli robić


        i jeszcze jedna kwestia, której nie rozumiem, ale może się coś zmieniło. Otóż
        opinia była taka, że p. ordynator przyjmuje wszystkie cc z miasta, bo NFZ płaci
        za nie kilkukrotnie wiecej niż za poród sn.
        a chyba szpitalom powinno zależeć na kasie, nie?
      • lilabe1 Do Kawo-szki 19.02.10, 12:29
        Jak tam przygotowania do cc ? Czy już oswoiłaś się z tą myślą , że
        odbędzie się wszystko w szpitalu ? Pewnie wybierasz sie tam już na
        dniach a może nawet dzisiaj ...Napisz co i jak smile Życzę przede
        wszystkim duuuuużo zdrowia.
        • kawo-szka Re: Do Kawo-szki 19.02.10, 15:11
          lilabe1 napisała:

          > Jak tam przygotowania do cc ? Czy już oswoiłaś się z tą myślą , że
          > odbędzie się wszystko w szpitalu ?

          Wiesz, nie wiem czy można się do tego tak w pełni przygotować. Wciąż w
          świadomości kołacze mi myśl, że to jest jednak zabieg operacyjny i będzie
          czynnością wyrwania Malca w dość niespodziewanym dla niego momencie.. Już lepiej
          psychicznie to znoszę, ale.. nadal się boję..

          > Pewnie wybierasz sie tam już na
          > dniach a może nawet dzisiaj ...Napisz co i jak smile Życzę przede
          > wszystkim duuuuużo zdrowia.

          Tak jak pisałam - dziś spotykamy się z tą umówioną położną, a ona oceni sytuację
          i postara się pomóc. Zobaczymy.

          Trzymajcie mocno kciuki - za powodzenie akcji i za zdrowie - Synka i moje!

          Z góry - dziękuję Wam smile
          A o efektach końcowych - to pewnie mąż coś skrobnie tutaj..
    • biedronka.z.sobotki Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 18.02.10, 09:24

      zKawo-szka współczuje sad
      Wiem jak jest Wam cieżko bo przez podobna drogę przeszłam .
      Szpital na Chałbińskiego mimo nie wyremontowania do końca całego
      odziały porodowego/patologicznego jest w miare ok .
      Miałam wrażenie że położne w nim mają serce .
      Zaskoczyło mnie to że po moim cięciu synka podali mi do piersi od razu
      po zszzyciu mnie . Mógł być przy piersi ile chciałam . Mimo że byłam
      unieruchomiona.
      Mąż mógł być ze mną caly czas po cięciu do poznyh godzin wieczornych .
      Nie było to w domowym zaciszu tak jak chcielismy...ale bylismy razem ,
      nikt nam nie przeszkadzał , nikt nie wypraszał męża ,nikt nie
      poganiał .
      Nie dawałam łapówek nikomu .

      Jesli masz możliwość dostania się na Chałbińskiego i cc musi być
      pzreprowadzona to zdecyduj się na ten szpital bo wydaje mi sie że tam
      najbardziej po ludzku Was potraktują .

      trzymam kciuki żeby wasza droga do przyjęcia maluszka była ciepła i
      intymna ...mimo że nie będzie to dom .
    • kaczkastrofa Re: Pośladkowo we Wrocławiu, cc tylko dla wybrany 18.02.10, 19:48
      no tak mi przykro, że ta twoja ciąża się tak kończy. W sensie
      nerwów. Wiem co to znaczy.
      Lekarza bym ......., ehhhh co ja bym mu zrobiła, za jego zachowanie
      to już niech zostanie moją słodką tajemnicą.
      Nie będę się tu mądrzyć bo to Ci nie potrzebne. Trzymam tylko kciuki
      za szybkie i sprawne rozwiązanie sytuacji i ciąży. Wysyłam mnóstwo
      pozytywnej energii i przytulamkiss
    • kawo-szka Po powrocie - w końcu :) 27.02.10, 18:35
      Kochane, dopiero dziś wróciliśmy z Olusiem do domu - powód: żółtaczka
      fizjologiczna (od poziomu 15,89 -> 14,89 -> i dziś 10,28, gdzie przypomnę -
      norma wynosi 12).

      Jestem szczęśliwa, ale i zmęczona - szpital ma bardzo specyficzną atmosferę,
      ale.. o dziwo, i wiele dzięki niemu skorzystałam. Opowiem Wam wszystko, jak
      tylko troszkę okrzepniemy.

      Póki co - Oluś zdrowy. Ja tylko niedomagam - i to nie z powodu rany po szyciu,
      ale coś mnie od wczoraj straszliwie kręgosłup boli w części krzyżowej po lewej
      stronie - nie ma pojęcia, czy to nie aby wpływ znieczulenia zewnątrz-oponowego..
      No nic.. Idę teraz troszkę odpocząć po tym wszystkim.

      Wszystkim bardzo dziękuję za ciepłe myśli i gratulacje smile
      • gos85 Re: Po powrocie - w końcu :) 27.02.10, 18:46
        Kawoszka więc ogromne gratulacje raz jeszcze, odpoczywaj, dzielna jesteś Dziewczyna!

        ja po moim cc sie czułam długo jakby mnie pobili..niestety takie różne przykre bóle są następstwem operacjisad ale to szybko mija, zapomina się o tym i już tylko Maluch jest ważny, wszystko będzie dobrze, trzymam kciuki i całuje!!
    • kawo-szka I część mojej porodowej (?) opowieści 07.03.10, 21:22
      1. "Chcesz dziś urodzić?"

      Jadąc do szpitala wciąż odczuwałam dziwny rodzaj niepokoju. Jakby coś się zmieniało w formie doznań ze strony Małego. Może się szykował do wyjścia? Torby spakowane leżały w bagażniku, lecz ja jechałam z przekonaniem, że odbędziemy tylko krótką rozmowę, bo pewnie okaże się, że lekarze fatalni będą na zmianie i wrócimy do domu.

      Gdy uścisnęliśmy dłoń umówionej położonej (niezwykle czuła i sympatyczna kobieta), poczuliśmy do niej zaufanie. Lecz gdy zadała mi TO pytanie - zamarłam ze strachu: "Chcesz dziś urodzić?". Spojrzałam przerażona na męża - "Co robić?!" - nadawałam morsem, mąż odpowiadał wzrokiem: "Nie mam pojęcia!". Usłyszałam wtedy nad uchem głos położnej: "I chcesz tak do końca świata pozostać w ciąży?". No, nie. Pewnie, że nie chciałam. Ale gdy stawia się człowieka przed taką decyzją, tak nagle, to zaczyna się włączać tryb ucieczki. Jednak gdy myślałam o cesarce w tamtym szpitalu, po tej aferze korupcyjnej, to wiedziałam że nie chcę tam się w ogóle znaleźć. I lepiej być pod jej czułymi skrzydłami i lekarzami którzy o niczym nie wiedzą, niż znaleźć się tam i być narażoną na wielką niewiadomą z ogromnym ryzykiem..

      2. "Ok, zróbmy to"

      Gdy zapadła moja decyzja, położna wzięła mnie do gabinetu. "Nie lubię tego robić i jestem takim praktykom przeciwna, ale chcę ci pomóc, spróbuję więc przebić pęcherz, ok? Nie bój się.. będę cały czas przy tobie". Gdy położyłam się na krześle, poczułam duży, napierający ból. "Pęcherza ci nie przebiłam, jest zbyt twardy, ale rozruszałam ci szyjkę". Faktycznie. Zaczęłam nagle odczuwać skurcze. Z ciekawością analizowałam ich siłę. Wręcz z radością przyjęłam sam fakt ich pojawienia się - nie będzie to więc cesarka na zimno. Lecz tryb paniki i przerażenia włączył mi się na dobre. Przyszedł lekarz, sprawdził, zbadał, wziął na USG. Potem na Izbę Przyjęć. Przyjęto mnie z akcją porodową. Na pytanie czy odeszły mi wody, stwierdzałam zgodnie z cichą umową jaką zawarłam z położną, że: "Chyba tak, choć już teraz sama nie jestem niczego pewna". Mój lęk i te słowa brzmiały aż wybitnie przekonująco.

      3. Procedury

      Na Izbie Przyjęć wpadłam w wir tego, czego nie chciałam: golenie łona, czy lewatywa. Poddałam się jednak tym procedurom bez słowa - w końcu miałam mieć operację, a nie poród naturalny. Ubrana w tę potworną koszulę szpitalną czułam się jak pajac. Mąż ganiał razem z nami korytarzami, ściskając moją torebkę w jednej ręce, a torbę z moimi rzeczami w drugiej. Gdy wszystko potwierdzono, zabrano mnie na taśmociąg. Tak nazwałam to miejsce - były to łóżka pooddzielane cienkimi ściankami, gdzie kobietom "montowano" KTG. Leżałam z nim i ja, a nasza położna czuwała i uspokajała. Gładziła mnie po włosach i czule przemawiając zapewniała, że już dziś zobaczę nasze dziecko i wszystko będzie w porządku. Wenflon szybko znalazł się w mojej żyle, a ja uważnie kontrolowałam każdą kroplówkę. Pierwsza z nim to była sól fizjologiczna.

      A za zasłonką właśnie rozgrywała się cesarka dziewczyny o podobnym imieniu do mojego. Miała nadciśnienie tętnicze i właśnie miała urodzić wcześniaka po odejściu wód płodowych. Obok zaś z silnymi skurczami męczyła się inna dziewczyna. Moje współczucie dla niej było ogromne. Sama czułam się źle - jakbym zajmowała niepotrzebnie czyjeś miejsce.. W pewnym momencie z sali operacyjnej wniesiono maleństwo tej dziewczyny od nadciśnienia tętniczego. Maleństwo płakało straszliwie, a ja razem z nim. Czułam jego ból, zagubienie, przerażenie.. Długo nie mogłam się uspokoić..

      Tymczasem na KTG siła moich skurczy wzrastała. Czułam ich siłę. Posyłałam więc Małemu dobre myśli - by się szykował, że to już pora, że w końcu się zobaczymy.

      W pewnym momencie zza zasłonki wynurzyła się twarz z rudymi włosami. Kobieta przedstawiła mi się (była anestezjologiem i pediatrą), opowiedziała o procedurze i podkreśliła ze szczególnym naciskiem: "Pamiętaj, wbicie igły jest niczym ugryzienie komara, ale tobie nie będzie można pod żadnym pozorem się oglądać na to, co ja robię, żadnego unoszenia głowy - rozumiesz?". Przytaknęłam. "Nie bój się, będę przy tobie także po to, by do takich sytuacji nie dopuścić, jednak i tak musisz o tych zasadach pamiętać, dobrze?". Dostałam papiery z wywiadem medycznym, jeden podpis, drugi, trzeci. Aż nadeszła godzina zero.
    • kawo-szka II część mojej porodowej (?) opowieści 07.03.10, 21:24
      4. "Teraz pani kolej!"

      Gdy zasłonka została odsłonięta, zamarłam ze strachu. "Teraz pani kolej,
      zapraszamy na salę". Na zegarze właśnie mijała godzina 22:15. Ze współczuciem
      myślałam o mężu, który od 19:00 spędzał ten czas na szpitalnych, znienawidzonych
      korytarzach. Jednak jak się później okazało "nasza" położna cały czas chodziła
      do niego i informowała o postępach. Co i tak nie umniejszyło jego stresu, gdy
      zobaczył mnie przechodzącą do sali operacyjnej.

      Sala zielona. Dwójka lekarzy - ona i on. Jakaś inna położna (ta "nasza" była od
      porodów naturalnych) i pielęgniarka. Wenflon z kroplówką i widniejącą na niej
      napisem "NaCl", który szybko został przekreślony i moim oczom ukazała się
      "Oxytocyna". Do lewego ramienia zamontowany został ciśnieniomierz, który sam się
      włączał co kilka minut. Jednak pani anestezjolog z rudymi włosami wciąż nie
      było. "Została wezwana pilnie na inną salę operacyjną, zaraz przyjdzie". Potem
      były próby zagadania mnie, żartowanie. Ale ja nie miałam na nic już ochoty. Na
      zegarze moja ulubiona godzina: 22:22. Lecz pani anestezjolog jak nie było, tak
      nie ma.

      W końcu gdy się pojawiła, nogi zaczęły mi drżeć z nerwów. Raz jeszcze wyjaśniła
      całą procedurę. Kazała usiąść na tzw. rozluźnionego szympansa i jeździła
      paznokciami po kręgosłupie. Aż zapowiedziała, że będzie się wkłuwać.
      Automatycznie, gdy to nastąpiło, delikatnie i minimalnie, ale jednak, moje ciało
      wystrzeliło do przodu, a potem poraził je prąd. Ułożono mnie delikatnie - nogi
      szeroko, ręce jak na krzyżu. Zasłonięto parawanem. Mój wzrok utkwił w lampie -
      która wewnątrz miała ciekawy wzór fioletowego kwiatu. Koncentrowałam się właśnie
      na nim, z radością i ulgą przyjmując fakt, że nie widzę swojego ciała w odbiciu.

      5. No i stało się!

      Na początku były pytania o psikaną na moje nagie nogi wodę: "Zimna, czy mokra?".
      Ze zdumieniem musiałam się dłuższą chwilę zastanawiać, jakie jest to, co czuję.
      Mokre? Zimne? Rany! Jak odróżnić jedno od drugiego? Co za absurd? Odpowiadałam
      więc po dłuższym namyśle. Po dwóch takich próbach lekarze zatarli ręce:
      "Zaczynamy". Rudowłosa, stojąca nad moją głową pani anestezjolog tłumaczyła
      każdą czynność - że nastąpiło już pierwsze cięcie, że zaraz wyciągną mojego
      synka. Gdy zaczęli szarpać moje ciało próbując wyciągnąć Synka - modliłam się w
      duszy, by nic Malutkiemu nie zrobili, by pomogli mu bezpiecznie pojawić się po
      tej stronie brzucha. Gdy w końcu usłyszałam jego krzyk - wbrew wcześniejszym
      odczuciom - poczułam ulgę i radość. "Ma pani ślicznego syna!". Te właśnie słowa
      rozdzieliły mój czas grubą kreską - na to co Przed i na to, co Po.

      Potem było zszywanie - tu modliłam się by wszystko dobrze wykonali. Położenie
      Olusia przy moim lewym oku ("Nie wolno ci przekręcać głowy, pamiętaj o tym!"),
      skąd widziałam tylko łypiące na mnie oczka i jego ciepłe ciałko w białej mazi.
      Potem zaniesiono Go do męża, a mnie aż 5 osób przenosiło na łóżko (okropne
      wrażenie nie swojego ciała i obcości). Zawieziono na salę, gdzie siedział
      wzruszony Mężuś z Olusiem na rękach. Krótka wymiana z nim zdań. Po czym jakaś
      dziwna i humorzasta położna położyła mi dziecko na piersi, gdy nagle odezwał się
      palący i wściekły ból z prawej strony (skąd wyciągnięto Synka). Łzy w oczach,
      maleństwo płakało, a ja nie mogłam nic zrobić. Mało tego - modliłam się, by Go
      zabrano, bo przez ból nie widziałam, nie słyszałam nic i nikogo. Przybiegła
      anastezjolog i ze zdziwieniem przyjęła moją informację zgrzytaną zębami - w
      końcu byłam znieczulona.. Potem dwa pakunki - ja na łóżku - trafiłam korytarzem
      w lewo na salę pooperacyjną, a nasz płaczący Synuś - korytarzem w prawo do sali
      noworodkowej.

      "Byłaś taka dzielna, kochanie, jestem z ciebie dumny" - szeptał mąż, a ja cała
      trzęsłam się - z zimna i potwornego bólu. Ręce dygotały mi jak u podłączonej do
      prądu, zęby stukały, a z ust nie mogłam zbyt wiele wydobyć. W końcu mąż zniknął,
      pojechał do domu, a ja zostałam. Dygocząca, obolała z czterema innymi
      cesarzowymi kobietami..

      CDN.
          • kawo-szka Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 18.03.10, 21:19
            Cześć dziewczyny! smile

            Kurczę, nie sądziłam, że ktoś to w ogóle przeczytał i chce ciągu dalszego, tym
            bardziej, że tutaj nie poruszamy tematu "cesarzowego", a domowego..

            Postaram się skończyć to w końcu, choć muszę się Wam przyznać, że mam kilka
            problemów, oprócz Małego oseska, który wczoraj, czy dziś mało pije mi z cyca, a
            głównie ciamka i potem się wkurza i płacze.. poważnym też problemem są moje
            bolące plecy (pomaga mi rehabilitantka) i dziś zaobserwowane śmierdzące odchody
            połogowe (wybaczcie że o tym wspominam). Poza tym środowiskowa położna straszy
            mnie znowu szpitalem, bo Oluś jest wg niej za żółty uncertain Wg niej powinnam pójść i
            pobrać krew na poziom bilirubiny, oraz dać mocz na posiew. Kurde, czy one
            naprawdę wszystkie takie durne są? Przecież ja nie czuję niepokoju względem
            własnego dziecka, poza tym Oluś nie jest ani odrobinę apatyczny. A z moczem - to
            nie wiem - czy coś może się dziać i jakich objawów powinnam wtedy szukać? Ech..
            • fizula Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 18.03.10, 23:18
              Z tymi odchodami połogowymi, to bym się wybrała do lekarza- nie powinny być
              śmierdzące, według tego, co tam wiem.

              oprócz Małego oseska, który wczoraj, czy dziś mało pije mi z cyca, a
              > głównie ciamka i potem się wkurza i płacze..

              A jak jego waga? Podnosisz go do odbicia?- to niezwykle uspokaja dziecko. Czasem
              nawet kilkakrotnie trzeba w czasie jednego karmienia. Czy to wkurzanie podczas
              karmienia nie jest przed odbiciem albo przed kupką- niemowlę (nie mówiąc już
              noworodek) ma prawo się tym denerwować.
              Maluch często siusia i robi kupki? Ile razy?
              • marianna0077 Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 19.03.10, 10:22
                Wyszło piekne słonce, więc jesli rzeczywiscie jest żólty naswietlaj go
                kładąc przy oknie tak, żeby tylko w oczka nie świeciło. Na przykład przy
                przewijaniu daj mu tak leżeć na golasa w pełnym słońcu, na brzuszku też. Z
                młodszym tak robiłam, starszy żółty jak chińczyk był przez miesiąc.
                Pozdrawiam serdecznie smile
            • iw1978 Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 19.03.10, 14:17
              Problem odchodów skonsultowałabym z lekarzem. Kolor skóry dziecka odpuść - ostatnio z dwóch całkiem sensownych źródeł usłyszałam, że u dziecka karmionego piersią, lekkie zażółcenie czy raczej pseudo opalenizna może występować nawet 5-6 tygodni. I jeśli nie ma innych niepokojących objawów, to można to zwyczajnie przeczekać. Z karmieniem dziewczyny dobrze radzą - odbijać. Możesz też sprawdzić czy nie ma pleśniawek, u mojego pojawienie się pleśniawek oznaczało częste fochy w czasie karmienia.
              • kawo-szka Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 19.03.10, 18:29
                Wielkie dzięki dziewczyny za troskę! smile Kochane jesteście..

                iw1978 napisała:

                > Problem odchodów skonsultowałabym z lekarzem.

                I tak tez zrobię, w poniedziałek mam umówioną wizytę.

                > Kolor skóry dziecka odpuść - ost
                > atnio z dwóch całkiem sensownych źródeł usłyszałam, że u dziecka karmionego pie
                > rsią, lekkie zażółcenie czy raczej pseudo opalenizna może występować nawet 5-6
                > tygodni. I jeśli nie ma innych niepokojących objawów, to można to zwyczajnie pr
                > zeczekać.

                Ba, nawet i ja sięgnęłam po książkę dr Preeti Agrawal, która napisała, że w
                związku z karmieniem piersią żółtaczka, czy może bardziej zażółcenie skóry i
                wyższy poziom bilirubiny, jest czymś naturalnym i może utrzymywać się nawet i do
                kilku miesięcy!

                Poza tym ja naprawdę nie widzę niepokojących objawów, a Oluś nawet do ospałych
                nie należy - ba - ostatnio urządza nam jazdy bez trzymanki wink

                No, ale.. zadzwoniłam do naszej pediatry i powiedziała, by lepiej we wtorek
                kontrolnie zbadać poziom bilirubiny. No i będą kłuć mi dziecko sad Znowu..

                > Z karmieniem dziewczyny dobrze radzą - odbijać. Możesz też sprawdzić
                > czy nie ma pleśniawek, u mojego pojawienie się pleśniawek oznaczało częste foch
                > y w czasie karmienia.

                Odbijać - odbijamy, a przynajmniej w większości przypadków tak robimy (czasem
                wyjątek robię w nocy - bo Mały szybko mi przy piersi zasypia i ładnie potem
                śpi). Pleśniawek nie ma. Zaglądam mu często do buzi. Ale tak się zastanawiam,
                czy te aby marudzenie a dziś krzyki i płacz z łezkami jak grochy, to aby nie
                objaw zbliżającego się skoku rozwojowego? W końcu to jakby ten czas smile
                • edytadk Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 19.03.10, 20:39

                  > Ale tak się zastanawiam,
                  > czy te aby marudzenie a dziś krzyki i płacz z łezkami jak grochy, to aby nie
                  > objaw zbliżającego się skoku rozwojowego? W końcu to jakby ten czas smile
                  >

                  To jeden możliwy powód. Inni "podejrzani" to brzusio (kolki czy kolk-podobne objawy lubią się ujawniać w tym mniej więcej okresie) czy posmoczkowe reakcje. Te ostatnie objawiają się ponoć często z "opóźnionym zapłonem". Ja dla pewności pozbyłabym się wszelkich butelek a ewentualne dokarmianie (np. własnym pokarmem) odpracowywałabym "niesmoczkowymi" metodami.

                  uściskismile
                • lilabe1 Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 21.03.10, 16:19
                  kawo-szka napisała:
                  No, ale.. zadzwoniłam do naszej pediatry i powiedziała, by lepiej
                  we wtorek kontrolnie zbadać poziom bilirubiny. No i będą kłuć mi
                  dziecko sad

                  No i jednak masz wątpliwości bo jakbyś ich nie miała to byś nie
                  planowała jechać z dzieckiem na pobranie krwi.
                  A skoro ty je masz to czemu wyzywasz od durnych położną , która ma
                  takie same wątpliwości czy stan zażółcenia mieści się w granicach
                  bezpiecznych. Nie zawsze jest tak , że dziecko bardzo żółte jest
                  apatyczne. Przyjrzyj się śluzówkom w jamie ustnej dziecka ( np
                  dziąsłom ) i białkówkom oczu czy mają choćby odcień zażółcenia .
                  Zrób to przy dziennym świetle , przy oknie. Jeśli są zażółcone to
                  lepiej ten poziom zbadać .
                  Nawet żółtaczka pokarmu kobiecego może czasami wywoływać poziomy
                  bilirubiny , które podlegają leczeniu. Myślę , że ocenę i leczenie
                  należy zostawić fachowcom choć zawsze można się na to nie zgodzić
                  podpisując taką decyzję w dokumentacji. Nie ma przymusu leczenia .
                  Życzę dobrego poziomu nie wymagającego żadnych interwencji smile
                  • kawo-szka Re: Nie sądziłam, że kogoś to interesuje :) 23.03.10, 22:18
                    lilabe1 napisała:
                    > No i jednak masz wątpliwości bo jakbyś ich nie miała to byś nie
                    > planowała jechać z dzieckiem na pobranie krwi.

                    To nie są wątpliwości. Ja ich nie mam i nie miałam (patrz-powyżej). Z moim dzieckiem jest wszystko w porządku, tak przynajmniej podpowiada mi moja matczyna intuicja. A badanie zrobiłam dla świętego spokoju - gdyby ta intuicja okazała się jednak wadliwa, poza tym lubię naszą panią doktor i nie chciałabym jej zawieść. Jednak jak pisałam wcześniej - wg dziewczyn, najnowszych badań, czy dr Preeti Agrawal - takie zażółcenie jest normalne i chciałabym by właśnie tak było to traktowane.

                    > A skoro ty je masz to czemu wyzywasz od durnych położną , która ma
                    > takie same wątpliwości czy stan zażółcenia mieści się w granicach
                    > bezpiecznych.

                    Ok, nie powinnam była pisać, że położne są durne (ocena osoby - nie mam do tego prawa). Mój błąd. Powinnam napisać: moja położna zachowuje się durnie (ocena zachowania - do tego mam prawo).

                    A oto przykłady dlaczego tak uważam.

                    1. Pyta się mnie, jak mały się zachowuje, a że marudny i płaczliwy i ciągle przy cycu, to mówię jej, że pewnie pierwszy okres rozwojowy przechodzi. A ta na to: "A skąd pani te idiotyzmy wzięła?! Okresy rozwojowe? Pewnie w internecie się pani tych bzdur naczytała!"
                    [Bez komentarza]

                    2. Pyta się mnie, jak ja się czuję. Opowiadam więc o moich plecach i trudnościach w poruszaniu się, ale że przychodzi do mnie rehabilitantka, to masuje i jest lepiej.. Położna na to: "Ach, to od znieczulenia.". Ja na to: "Zdaniem rehabilitantki to kwestia samego cc, przecięcia powłok brzusznych, które spowodowało, że mięśnie straciły pełną elastyczność i poblokowały łączenia z mięśniami pleców..", a ona przerwała i na to: "Co za głupia rehabilitantka!"
                    [Nie skomentowałam, choć aż chciało się odbić piłeczkę pytaniem, czy ukończyła fizjoterapię, skoro taka mądralińska]

                    3. A co do żółtaczki fizjologicznej - stwierdziła, że na zachodzie się tym nie przejmują aż do 6 tygodnia życia dziecka, ale ona (uwaga) musi mnie postraszyć, bo jesteśmy w Polsce i tutaj się tym, owszem, przejmują.
                    [Ręce mi opadły.. do samej ziemi]

                    > Nie zawsze jest tak , że dziecko bardzo żółte jest
                    > apatyczne. Przyjrzyj się śluzówkom w jamie ustnej dziecka ( np
                    > dziąsłom ) i białkówkom oczu czy mają choćby odcień zażółcenia .
                    > Zrób to przy dziennym świetle , przy oknie. Jeśli są zażółcone to
                    > lepiej ten poziom zbadać .

                    Na ten temat pisała już Kaakaa dokładnie klasyfikując stan żółtaczki fizjologicznej.

                    > Życzę dobrego poziomu nie wymagającego żadnych interwencji smile

                    A nie będziemy jeszcze dziękować, by nie zapeszyć wink
    • kawo-szka III część mojej porodowej (?) opowieści 28.03.10, 23:39
      6. Bezsenna noc

      Cewnik, dren i wenflon z lekami przeciwbólowymi - trzej muszkieterowie stojący na straży mojego dochodzenia do siebie. Noc, mogłabym rzec, na pełnym haju. Z pomarańczowymi światłami latarni wpadającymi do sali pooperacyjnej. Jedyne czego brakowało - to snu. Z wielką, wprost trudną do opisania ulgą zaczęłam poruszać zmrowiałymi palcami stóp, a potem delikatnie przekręcać kostki. Ufff.. To oznaczało, że nie nastąpiło żadne uszkodzenie kręgosłupa.

      Obok mnie leżała moja prawie imienniczka (ta od przedwczesnego porodu) - z którą rozpoczęłam rozmowę - dzięki temu przetrwałyśmy najtrudniejsze godziny. Lecz do dziś nie jestem już w stanie przypomnieć sobie o czym to rozmawiałyśmy (podobnie jak i z trudem przychodzi mi odtworzenie wszystkich wydarzeń, które miały miejsce po moim przebudzeniu).

      Ranek bardzo powoli wkraczał na scenę, a ja równie powoli traciłam siły do czuwania. Powieki coraz cięższe opadały z wielkim hukiem, lecz nie dane mi było na dobre zasnąć. Wciąż trwały zmiany opatrunków, podkładów, potem wizytacja lekarzy, rudej pani anestezjolog, czy znajomej położnej. Leżałam wciąż na płasko, bojąc się ruszyć głowę w którymkolwiek kierunku. Wciąż kołatało mi się w głowie ostrzeżenie o silnych bólach głowy, jakie mogą mnie czekać w wypadku takiego ruchu.

      W końcu, po 12 godzinach od zabiegu zaczęto nas pionować. Najpierw głowa. Lewo. Prawo. Góra. Dół. Potem nogi. Skręty ciała na łóżku. Aż do momentu gdy padła komenda: "No, drogie panie, czas usiąść i przejść się na pierwszy spacerek!".

      7. Mount Everest

      Jeśli ktokolwiek sądził, że cesarskie cięcie to pestka, bułka z masłem i czysta przyjemność - to "polecam" przeżycie na własnej skórze momentu powrotu do cywilizacyjnego pionu. Gdy ciało skwiercząc z bólu próbuje osiągnąć stan sprzed kilku godzin, wzrok przy każdym ruchu zapełnia się ciemnością, zaś w płucach szybko zaczyna brakować tlenu. Tego nie da się dobrze opisać. Czynność, tak bardzo wydać by się mogło oczywistą , naturalną i łatwą, staje się istną wspinaczką na najwyższy szczyt świata - z tą różnicą, że do tego przedsięwzięcia nie dało się po prostu przygotować.

      Patrzyłam na omdlewające dziewczyny i sama traciłam pion, czując się jak na rollercoasterze. W głowie istna wirówka. Nie potrafiłam porządnie usiąść - więc wolniutko opadałam z powrotem na łóżko, czując bolesne ciągnięcie świeżo zszytej rany. Dwóm dziewczynom szybko udała się ta ekwilibrystyka. Jedna poddała się płacząc. Zaś ja i moja prawie-imienniczka - na pół gwizdka próbowałyśmy pokonać naszą słabość i nasz ból. A trochę to trwało.

      Dziękowałam bogu, że mamy cewniki pozakładane, bo nie wyobrażałam sobie udać się teraz przez całą salę, przejść korytarz, dotrzeć do toalety i cokolwiek przy sobie załatwić.

      A godziny mijały..

      8. Najdłuższa rozłąka

      Zszywanie mojego ciała zakończono gdzieś w okolicach piątkowej godziny 23:30. Od tamtej pory - ja i mój Synuś - byliśmy w dwóch różnych miejscach. W moim sercu trwało zaś dziwne podniecenie, rodzaj świadomości przebijającej się do moich myśli - "Mam dziecko!". Niestety. Nie mogłam go nawet zobaczyć. Dotknąć. Pocałować. Utulić. Bo nie potrafiłam wciąż osiągnąć pionu, o chodzie wręcz nie wspominając.

      Leżąc więc patrzyłam tylko zazdrośnie na sprawne, śmigające jak perszingi po korytarzu kobiety, które pchając przezroczyste rynienki-wanienki ze swoimi dziećmi, śmiały się do nich, lub czule przemawiały. My zaś musiałyśmy z bólem i nieprawdopodobną tęsknotą czekać na swoich mężów.

      W końcu, gdy nadeszła długo oczekiwana godzina odwiedzin (13:00), na salę wkroczyła moja Połowica, którą ze łzami wielkiej tęsknoty w oczach, poprosiłam o przywiezienie Synka. Po trwających całą wieczność minutach - w końcu na salę wjechała rynienka-wanienka z naszym Skarbem. Odseparowanym ode mnie na całe trzynaście przeszło godzin!

      Starałam się nie myśleć i nie analizować tego, co przeżywało nasze Maleństwo same, gdzieś w obcym miejscu, z dala ode mnie, znajomego zapachu czy głosu.. Patrzyłam na jego śpiące ciałko, ciasno zakutane kocykiem i zakochiwałam się w Nim na dobre..
    • kawo-szka IV część mojej porodowej (?) opowieści 28.03.10, 23:40
      9. Rzeczywistość szpitalna

      Pomijając opisywanie każdego dnia spędzonego w szpitalu - których i tak nie jestem w stanie dobrze odtworzyć - opowiem tylko jak wyglądała rzeczywistość szpitalna.

      To w większości (bo było kilka niechlubnych wyjątków) sympatyczne pielęgniarki i położne. Dwie doradczynie laktacyjne, które nauczyły mnie karmić Synka (bo wbrew pozorom - to wcale nie jest łatwe!), czy przesympatyczna fizjoterapeutka dziecięca mająca zawsze pełne garście cudownych rad. Ta rzeczywistość moich 9 szpitalnych dni, to także obskurna, przedpotopowa i śmierdząca toaleta. To także jakieś nieodpowiedzialne położnice nieprzestrzegające jakże oczywistego zakazu palenia papierosów w tejże właśnie toalecie, powodując tym samym iż cały tytoniowy dym wpadał bezpośrednio na.. tak, tak.. wprost na salę pooperacyjną! A żeby było śmieszniej, to pomieszczeń (sali pooperacyjnej czy poporodowej) nie dało się porządnie wywietrzyć w związku z ogrzewaniem - nieregulowanym, za to żarem buchającym.

      Rzeczywistość szpitalna, to także sprzątaczki - w większości (z jednym li tylko wyjątkiem) hałasujące i niesympatyczne babsztyle, które wpadały do pomieszczeń niczym wiedźmy na zlot łysogórski, o godzinie 7:00 rano i z dziką satysfakcją kopały wszystkie metalowe kubły na odpadki, powodując że każdy, nawet głęboko śpiący człek, musiał się na ten dźwięk obudzić na dobre. To śniadania, obiady czy kolacje - których porcje, kaloryczność oraz smak pozostawiały wiele do życzenia. Bez dodatkowego wydatkowania pieniędzy i zakupów czynionych przez osoby najbliższe - ciężko byłoby tam wyżyć. Oraz mnóstwo innych drobnostek, takich choćby jak za wysokie i niewygodne łóżka, podarta pościel, czy przepełniony oddział..

      10. Podsumowanie

      Nie chcę pisać o wszystkim, bo tworzy się z tego niekończąca się opowieść, a nie o to tutaj przecież chodzi. Generalnie dochodzenie do siebie trwało wyjątkowo długo, a tam, w szpitalu, było jeszcze bardziej niekomfortowe niż we własnym domu - bo a to zajęty prysznic, a to przeraźliwy chłód w ubikacji, a to krzyki innych niemowląt, a to obchody burzące jakikolwiek porządek dnia, a to humorki którejś z pielęgniarek, a to nadmiar gości wizytujących jedną z dziewczyn w pokoju, itd., itd. Miłe elementy starałam się jednak stale pielęgnować, bo podtrzymywały we mnie dobry nastrój. Docierałam się z Synkiem, upajałam się każdą chwilą wyrwaną temu bezdusznemu leczeniu lampami, uczyłam się Go i.. kochałam do szaleństwa.

      Sam szpital pozostawił we mnie mieszaninę emocji - lecz dla mnie, gorącej zwolenniczki i marzycielki o porodzie bez przemocy, we własnym domu - głównie przeorał je tymi kiepskimi - jak choćby sponiewieranie systemem, ból fizyczny i psychiczny (ten drugi powodowany rozłąką z Synkiem podczas długiej, trwającej nawet i 14 godzin fototerapii, czy bolesne dla niego pobieranie krwi do badania kontrolnego), czy długość samego pobytu (9 dni)..

      Wiem jedno: jeśli któregoś dnia ponownie zajdę w ciążę i będzie ona przebiegać prawidłowo pod każdym możliwym względem - to rodzić będę tylko i wyłącznie w domu, gdzie Miłość będzie mogła kiełkować już od pierwszej sekundy.

      KONIEC.
    • kawo-szka Nasz Synuś - Aleksander :) 09.05.10, 22:26
      Od samego początku wszyscy zachodzili w głowę, do kogo ten nasz Synuś podobny. Zdania dzieliły się po połowie na część małżowina, a część na mnie. Teraz jednak, gdy odnalazłam w archiwum swoje zdjęcie z okresu gdy miałam 3 m-ce, wszystko stało się jasne, prawda? smile

      https://i457.photobucket.com/albums/qq295/Adrianowro/28-04-11.jpg
        • kawo-szka Re: Nasz Synuś - Aleksander :) 17.05.10, 21:44
          kropkaa napisała:

          > Ale super to zrobiłaś!

          Szczerze? Totalnie wielkim przypadkiem to wyszło smile Małemu pstrykam fotki i
          któregoś dnia sięgnęłam do archiwum, odgrzebałam swoje stare zdjęcie i wtedy
          przypomniało mi się, że przecież strzeliłam bardzo podobne ujęcie Olusiowi smile)
          Skleiłam te zdjęcia ze sobą i tak już zostało smile

          > Oluś cudny!!!

          Dziękujemy ślicznie smile

          > Opis i piękny i smutny...

          Ech, jestem od tamtej pory chodzącą antyreklamą porodu przez cc.
          I nadal tęsknię za domowym.. bardzo, ale to bardzo mi żal tamtej drogi jaką
          wybrało moje serce, a którą pokrzyżowało ułożenie synka.. widać jednak miało tak
          po prostu być i tyle.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka