Dodaj do ulubionych

Raport całkiem krótki

09.12.10, 00:54
08.12.10 g. 19.16
* CŻD 4170g/57 cm/10 pkt APGAR
Hbd 42+3d (wg OM), 43+1d (wg USG)
Irena zdążyła na łożysko. Małą przyjęła Mariola - dzięki Bogu za nią!
Obserwuj wątek
    • lesperjo Re: Raport całkiem krótki 09.12.10, 07:19
      Gratulacje!!!
      I dziewusia do tego - cudnie!
      Ale takim raportem się nie wykpisz ;>wink
      Ciekawam, czy jak wczoraj pisałam, ze pewnie się wykluwa, to właśnie zaczynała?
      Pozdrawiam goraco i mamusię i córusię
    • kropkaa Re: Raport całkiem krótki 09.12.10, 12:40
      No, jest!!!
      Tyle osób na malutką czekałosmile
      Serdeczne gratulacje i wszelkiej pomyślności dla noworodka i wielce cierpliwej Mamysmile
      Też mi się skojarzyło, jakkolwiek głupio to brzmi (wybacz): jeszcze jedna i będzie po równowink
    • deigratia Re: Raport całkiem krótki 10.12.10, 21:29
      Piękna datasmile Może Maria będzie? wink
      Oczywiście i ode mnie wielkie gratulacje! Ja nie czytałam jeszcze wątku z IP, ale już się domyślam, co tam jest. Cieszę się, że nerwy Ci nie puściły, bo to chyba jakiś kolejny rekord trwania ciąży smile))
      A, i wcale nie musi być po równo! Pisałaś kiedyś, że nie planujecie płci, więc naprawdę super, że starsza będzie miała siostrę.
    • kaakaa Raport bardziej szczegółowy dla żądnych wrażeń ;-) 16.12.10, 16:28
      Nie jest łatwo się zebrać do napisania czegoś obszerniej, bo różna zaległa robota mnie przywala a najmłodsza moja latorośl wcale nie chce się z tym liczyć i domaga się mamy na wyłączność przez jakieś 20 godzin na dobę. Pozostałe 4 muszą mi wystarczyć do obdzielenia reszty dzieciaków i chorego męża, który też czuje się niedopieszczony i w ramach protestu choruje już drugi tydzień wink Ale, dość tych utyskiwań – przejdźmy do rzeczy.
      Nie chciałam się publicznie chwalić jaki mi doktory wyliczyli termin porodu (z resztą, sama też sobie tak samo wyliczyłam, bo regułkę matematyczną znam…wink, bo wiem, że moje dzieci lubią pomieszkać sobie u mnie dłużej i im więcej osób wie, kiedy one niby mają wyjść, tym bardziej dla mnie te ostatnie tygodnie są trudne, bo każdy pyta, czy już i kiedy w końcu i czy się nie martwię, że jeszcze nie itd... Tym razem według magicznej reguły Naegelego (wg OM) dziecię urodzić się powinno 21 listopada a według pierwszego USG (robionego w 13. tc) nawet i wcześniej - 16 listopada (ten termin trzymałam w tajemnicy nawet przed lekarzami z IP, bo po co ich jeszcze bardziej niepokoić?). Jak już wiecie, moja córeczka miała całkiem inny pomysł i postanowiła poczekać na jakieś ważne święto a nie tak "bez okazji" się urodzić wink Ostatnie dni były dla mnie trudne, bo od ukończenia 41 tygodni ciąży (przyjęłam za oficjalną datę bardziej optymistyczną a tę z USG postanowiłam „zapomnieć”wink, czyli od 29 listopada biegałam ciągle do szpitala na kontrolne zapisy KTG tudzież inne badania upewniające mnie, że z moim dziecięciem nic złego się nie dzieje (smaczki z tych wizyt w wątku „Dialogi… z izby przyjęć” – wbrew pozorom, to była IP w bardzo dobrym szpitalu i większość z tych wizyt przebiegała całkiem przyzwoicie; w zasadzie tylko jedna wyprowadziła mnie z równowagi na cały dzień; kto chce, może zgadywać która wink ). Mnie wyniki badań uspokajały ale lekarzy nie koniecznie. Poza tym, że wychodziło, że maluch ma się świetnie i na świat się nie szykuje za prędko, to udało się też lekarzom stwierdzić, że dziecko jest duże (4200 g +/- 15% - cóż za dokładność, czyż nie? Gdyby ktoś potrzebował, to jestem w stanie polecić świetnego specjalistę o d położniczego USG wink ) i przy tym ma obwód brzucha o ponad 4 cm większy niż obwód głowy (co się w zasadzie prawie potwierdziło w pomiarach poporodowych; w każdym razie, obwód brzucha rano w dniu porodu mierzony w USG zgadzał się co do cm z tym co wyszło wieczorem po porodzie „na żywca”wink. Dla mnie, to świadczy o tym, że łożysko mimo III stopnia dojrzałości, złogów i "przeterminowania" działa doskonale i dziecię rośnie sobie w najlepsze. Niestety, dla lekarzy oznaczało to przede wszystkim, że trudno będzie je urodzić i, ani chybi, po urodzeniu się główki (małej) reszta (duża) utknie - i co wtedy? Znaczy się, dystocją barkową mnie straszyli – jak ktoś potrzebuje szczegółów, to polecam wątek „Czym się straszy…” Nic takich lekarzy nie obchodzi, że rodziłam już większe dzieci oraz że wszystkie moje dzieci rodziły się z takimi proporcjami - klatka piersiowa większa w obwodzie od głowy. No, lekko mi nie było. A nawet było z każdym dniem coraz ciężej... I to wcale nie dlatego, że maluch tak mi ciążył…
      Jak zwykle, w ostatnich tygodniach męczyły mnie skurcze przepowiadające (wcale nie bezbolesne!) powodując, że żyłam w poczuciu, że nie znam dnia ani godziny, kiedy z przepowiadających w krótkim czasie zrobią się parte. Na wszelki wypadek miałam w łazience naszykowane wszystko, co potrzebne do porodu (włącznie z narzędziami do odpępnienia i z miską na łożysko) a w sypialni także zestaw do pobrania materiałów do badań (jestem Rh -, a z pewnych względów chciałam też maluchowi zrobić posiew z ucha). Przez ostatnie trzy noce skurcze wyglądały nawet dość obiecująco ale… do rana wszystko rozchodziło się po kościach. W nocy z 7. na 8. między 1:00 a 2:00 były nawet co 3-4 minuty. Z nadzieją wlazłam do wanny z ciepłą wodą i… skurcze skończyły się, jak nożem uciął sad Pożytek z tego taki, że do rana udało mi się jeszcze trochę pospać.
      8. grudnia rano byłam znów na kontroli w szpitalu. Poprzednie razy woził mnie szwagier a tym razem „coś mu wypadło” i musiałam sama wsiąść za kierownicę. Po nocnej akcji ze skurczami miałam pewne obawy – tym bardziej, że od rana pojawiły się nowe, pojedyncze i nieregularne ale dość upierdliwe. Spięta byłam na tyle, że nawet śniadania nie zjadłam, co było głupie, bo potem martwiłam się, czy KTG nie wyjdzie za mało reaktywne. Na szczęście wyszło idealnie – nawet się w samym środku dorodny skurcz zapisał. Trafiłam na panią doktor, która zazwyczaj reaguje bardzo panicznie. To ta sama, która „wystraszyła” mojego przeterminowanego trzeciaka na tyle skutecznie („Ależ tu już się poród zaczyna! Podstymuluję panią oksytocyną i do rana pani urodzi!”wink, że po konsultacji u niej postanowił się w końcu urodzić sam wink Jednak ta konsultacja była znacznie bardziej sympatyczna niżbym się mogła spodziewać - pani doktor, nie omieszkała, oczywiście, podzielić się ze mną swoimi lękami, ale wykazała jak na siebie niebywałą powściągliwość i bardzo życzliwie zareagowała na moją sugestię, że może moje dziecię zechce pojawić się na świecie w tak szczególnym dniu jak dzisiejsze święto.
      • kaakaa Re: Raport bardziej szczegółowy - c.d. 16.12.10, 16:31
        Jakoś dojechałam do domu, choć całą drogę towarzyszył mi dziwny niepokój. Kurczyło mnie ale słabo i nieregularnie.
        Na 12.00 potoczyłam się jeszcze do mojego kościoła parafialnego, gdzie między 12.00 a 13.00 była modlitwa różańcowa z okazji Godziny Łaski.
        Skurcze zdechły tymczasem zupełnie.
        Po powrocie do domu wyprawiłam męża do szkoły, by zawiózł naszemu pierworodnemu prowianty na jego małe urodzinowe przyjęcie dla szkolnych kolegów - dzień wcześniej miał urodziny a tego dnia wyprawiał małą imprezkę w szkole. Tatuś miał nadzorować przebieg uroczystości.
        A teraz zacznie się „raport szczegółowy” wink
        15:41 – skurcz, o bardzo obiecującej mocy i czasie trwania. Ale po nim nic… i nic… i nic… Więc położyłam się zdrzemnąć przez chwilkę, korzystając z okazji, że chwilowo jestem sama w domu i nikt mi nie przeszkadza.
        15: 55 – przez sen rejestruję kolejny skurcz – gdyby takie były co 3 minuty, to bym chyba uwierzyła, że to już…
        16:08 – kolejny skurcz zarejestrowany przez sen
        16:24 – znów. Muszę się zwlec, bo niania z Irenką wróciły już ze spaceru. Pewnie skurcze się rozejdą po kościach i klops…
        16: 40 – jednak jest następny, ale jakiś taki… no nie bardzo…
        16:58 – o, jeszcze jeden. Wszystko by było pięknie, gdyby one chciały być częściej, bo ze skurczami co 15-20 minut, to się chyba urodzić nie da sad Ok. 17.00 wypuściłam do domu nianię, która od rana dostarczała rozrywki mojej najmłodszej. Nie zorientowała się ani trochę, że mam jakieś skurcze, więc to nie może być jeszcze poród…
        17:08 – następny skurcz
        17:19 – i jeszcze jeden
        17:37, 17:41, 17:44 – kolejne skurcze. Robi się obiecująco. Wlazłabym do wanny, żeby zalec w ciepłej wodzie i sprawdzić, czy te skurcze to prawdziwe, czy tylko kolejna podpucha. Niestety, nie mogę sobie na to pozwolić przez wzgląd na pewną dwuletnia osobę krążącą po mieszkaniu jako ten lew na puszczy i szukającą, gdzie by tu szkody narobić. Czekam z niecierpliwością na powrót moich chłopaków. Zameldowali telefonicznie, że będą ok. 18:00. Może jakoś wytrzymamy…
        17:49, 17:55 – kolejne skurcze. Decyduję się zadzwonić do M., która ma być położną wspierającą. Było ustalone z Ireną Ch., że do M. mam dzwonić w pierwszej kolejności, bo ona ma bliżej. Swoją drogą, Irenie szkoda mi zawracać głowę, bo wcale nie mam jeszcze pewności, że to już to. M. łapię w kościele, czekającą na rozpoczęcie jakiejś szczególnie uroczystej mszy o 18:00. Trochę mi głupio… Proponuję, żeby może przyjechała po mszy. Jednak ona stwierdza rozsądnie, że tylko zajrzy do domu po narzędzia i jedzie do mnie.
        18:01 – kolejny skurcz a chłopaków nie ma… Wsadzam małą potworę do wysokiego krzesełka, przypinam pasami i daję jej miskę płatków kukurydzianych – niech się czymś zajmie. Sama, tymczasem, puszczam już wodę do wanny,
        18:08 – znów skurcz. Dzwonię do męża zapytać, gdzie przepadli. Okazuje się, że już parkują. Melduję im, że na miejscu znajdą młodą przypiętą w krzesełku i konsumującą płatki a ja idę do wanny. I tak też robię. I co? I nic. Leże w ciepłej wodzie i czekam. I wydaje mi się, że wieczność już mija i kolejnego skurczu nie ma. No to… pupa… M. jedzie niepotrzebnie… Ale wtopa – piąty poród i nie potrafię poznać, czy się zaczął… No, porażka… Tymczasem…
        18:14 – jednak jest! Dzwonię do Ireny, że chyba już, nareszcie się zaczęło. Informuję ją, że M. już jedzie. Irena stwierdza, że też będzie się zaraz zbierać.
        18:20 – kolejny skurcz. Chłopaki już są w domu. Mąż zagląda mi do łazienki. Melduje, że zaraz przyjedzie szwagier, żeby zabrać dzieciaki. Sugeruję, żeby ich nigdzie nie zabierał, tylko, żeby obejrzał z nimi jakiś film u nich w pokoju. I tak ma być. Mąż pyta, czy może mi jakoś pomóc. Proszę, żeby mnie zostawił samą. Widzę, że to dla niego trudne ale nie protestuje.
        18:24, 18:29, 18:32, 18:35, 18:40, 18:44, 18:46, 18:48, 18:50, 18:55 – kolejne skurcze, mocne, długie, już nie mam cienia wątpliwości, że lada moment poznam moje dzieciątko, co tak długo kazało na siebie czekać. Jestem prawie pewna, że rodzi się chłopak - tyle dni po terminie, takie lenistwo - to musi być facet! wink Zjawia się M. Wita się. Siada na podłodze w łazience i zaczyna mówić. Czuję, że jest zdenerwowana. Chyba chce „zagadać” mój poród aż do przyjazdu Ireny. Oj, chyba nic z tego nie będzie wink Wytrzymuję to gadanie do kolejnego skurczu. Na czas skurczu M. milknie. Po nim decyduję się na asertywny komunikat – „Sorry, M., nie pogadamy sobie teraz.” M. proponuje, żebyśmy posłuchały serca malucha. Na szczęście ma UDTkę z wodoszczelną głowicą, więc nie muszę wyłazić z wody. FHR 150 – nie można chcieć lepiej! Kolejny skurcz. Na jego szczycie czuję jakby delikatne pyknięcie gdzieś wewnątrz. Powoli mija. „M., chyba pękł pęcherz. Nie wiem, bo nie czuję, czy płyną wody…” Na kolejnym skurczu zaczyna mnie popierać. Klękam i opieram się rękoma i czołem o baterię (jakie szczęście, że jest taka duża i płaska z góry…wink. Pierwszy raz drugi okres porodu nie wygania mnie z wody. M. chce, żebyśmy po skurczu posłuchały serduszka. Skurcz lekko odpuszcza ale zanim udaje nam się namierzyć maluch, wraca ze zdwojoną siłą. Na skurczu nie ma mowy o żadnym słuchaniu – nie dam radu! M. prosi: „Nie przyj, oddychaj.” Ja nie prę! To mnie tak samo! Zieję jak pies a i tak prze się samo! M. proponuje, żeby przyszedł mój mąż, że może usiądę i oprę się o niego. NIE! W tej pozycji jest mi wygodnie ale nie chcę, żeby mąż mnie taką oglądał – klęczę z wypiętym tyłkiem i wiem aż za dobrze (sama widziałam wielokroć), jak to wygląda z perspektywy obserwatora. Dzięki Ci Michelu Odent, za to, że uświadomiłeś mi, że mam prawo nie chcieć, by mąż widział mnie w tym momencie!!! M. próbuje narzucić mi wolniejsze tempo oddychania – Nie! Muszę po swojemu! Nie dam rady inaczej. Nie naciska. Udaje się chwycić króciutką przerwę w skurczu i posłuchać serduszka – słyszę, że jest OK. ale nawet nie spoglądam ile. Skurcz zaraz wraca. Jest okropny i trawa w nieskończoność! Czy ja kiedykolwiek deklarowałam, że chcę mieć jeszcze dzieci? Że chcę jeszcze rodzić? Że poród to cudowne przeżycie? Chyba mi się coś w głowie pomieszało! Żadnych więcej dzieci! Z resztą, i tak nie przeżyję tego porodu! M. coś mówi ale nie bardzo rozumiem co. Pyta, czy chcę dotknąć główki – Nie chcę! Ja w ogóle nic nie chcę, tylko niech to już się skończy! Dociera do mnie jakieś „Nie przyj, tylko tyle ile samo…” No, toć nie prę, tylko zieję! Ooooooooooj! Chyba się główka wysmykła! Uffff, niejaka ulga… Ale jeszcze przede mną ten monstrualny brzuszek… Słyszę pytanie M.: „Po której stronie maluszek miał plecki?” „Po lewej.” – odpowiadam bez wahania. „A twoja lewa to ta?” pyta M. dotykając mojego prawego biodra. „NIE! Ta od strony łazienki! Odwróci się buzią do ściany!” krzyczę machając rozpaczliwie lewą ręką. Przed oczyma mam już wizję mojego dziecka utkniętego barkami i obracanego na siłę w nieodpowiednią stronę. Horror! Na szczęście, przy lekkim parciu z mojej strony rodzą się i te barki, co miały utknąć i ten gruby brzuszek i cała reszta małego człowieczka. Nic nie widzę, bo wszystko rozgrywa się za moimi plecami. Gdy maluch jest już na zewnątrz, robie piękny zwrot połączony ze zgrabnym przełożeniem nogi nad pępowiną (długie skubaństwo tym razem – ile możliwości straszenia…cryingpatrz stosowny wątek) ale nikt o tym nie wiedział, więc nie straszyli wink ). I już łapię moje maleństwo, choć jest jeszcze pod wodą. M. pozwala mi samej wyciągnąć malucha na powierzchnię (jak dla mnie piękna symbolika – urodzenie i wyjęcie z wody – są tak blisko siebie… polecam wszystkim historię Mojżesza, którego wyjęła z wody córka faraona…wink Proszę by M. zawo
        • kaakaa Re: Raport bardziej szczegółowy - c.d. 16.12.10, 16:35
          M. wypuszcza wodę z wanny. Wraz z moim mężem pomagają mi wydostać się na suchy ląd i usadzić wygodnie a bezpiecznie na stołeczku (dzięki Ci, o szwedzka firmo meblarska, za tak zmyślne sprzęty wink będące zawsze pod ręką) oraz okryć nieco siebie i malutką. Robimy pierwsze fotki. Tu:https://lh6.ggpht.com/_EBVp893Oszk/TQPf5JbmOUI/AAAAAAAAEfg/0xyKIhNM1mY/s576/2010-12-08%2019-26-23.JPG można zobaczyć kilkuminutową panienkę. Zapraszamy starsze dzieci. Pierwsza przylatuje Irenka – zachwyca się dzidzią – przeprowadza inwentaryzację pokazując i nazywając kolejno różne części ciała siostrzyczki. Rozczula M. stwierdzając: „Tu dzidzia ma łape”. Potem przychodzą też i chłopcy. Wcale nie tak ochoczo, jak bym się spodziewała – film ich wciągnął smile Cieszą się, że siostra tak, jak chcieli. Oglądają nieśmiało. W którymś momencie M. melduje, że Irenka Ch. jest już na Marszałkowskiej. No, jest szansa, że i tym razem załapie się na łożysko smile Załapała się bez problemu. Jeszcze poczekać zdążyła, bo łożysko urodziło się dopiero w jakąś godzinę po malutkiej. Nikt go nie popędzał – podobnie jak i jego właścicielka, urodziło się jak samo uznało, ze jego pora. Wyjątkowo było paskudne – pokryte jakimiś skrzepami, kształt miało przedziwny – najpierw wyglądało na sercowate, potem wyszło nam, że bardziej przypomina gruszkę. W każdym razie, nie było takie, jakie być powinno porządne łożysko i jeszcze do tego przyczep pępowiny był na samym brzegu a nawet troszkę na błoniasty wyglądał… No, gdyby to tylko doktory wiedzieli, to mieliby tematów do straszenia pod dostatkiem. Tu:https://lh4.ggpht.com/_EBVp893Oszk/TQPgAA5MytI/AAAAAAAAEfg/OfqqxUmbHdM/s912/2010-12-08%2021-48-06.JPG można zobaczyć jak moje dzieci wraz z Irenką Ch. oglądają łożysko. Osoby wrażliwe (np. mój szwagier wink ) niech nie zaglądają.
          Potem działy się jeszcze różne rzeczy. W tym cerowanie mojego minimalnego pęknięcia (2 szwy), co do którego nadal nie mam pewności, czy to pęknięcie I stopnia, czy tylko otarcie… Jako siła fachowa, sama sobie dziecię zważyłam (4170 g) i zmierzyłam (dł. 57 cm, obwód głowy 34,5 cm, obwód klatki piersiowej 36 cm, obwód brzucha 38 cm). Irena wypisała dokumentację. Szwagier do spółki z mężem i M. uśpili starsze dzieci (nawet nie wiem kiedy). Położne opuściły nas grubo po północy.
          Ustaliliśmy, że maleńka na drugie imię będzie mieć Maria – po babci a do tego urodzona przy takim święcie… Nie mogło być inaczej. Nad pierwszym jeszcze myślimy… To taka nasza tradycja rodzinna wink
          Kolejnej nocy była jeszcze strrraszna przygoda, była izba przyjęć, ja wcale nie byłam dzielna, za to nasze położne, jak zawsze były wspaniałe. Rano był w moim wykonaniu hymn pochwalny na cześć współczesnej farmakologii i wspaniałych lekarzy… Ale to już materiał na całkiem inny raport… i chyba na jakieś inne forum, więc pozwolę sobie nie wnikać w szczegóły… wink
          Tym, co doszli tutaj, gratuluję wytrwałości i zazdroszczę tego, że mają dużo wolnego czasu wink

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka