klp78
03.08.07, 22:17
Aby zrozumieć przebieg mojego porodu, muszę opisać co robiłam zanim on
nastąpił.
Była sobota 30.06.07, trzy dni po terminie, brzuch wysoko itd... Umyłam dwa
okna, wyprasowałam górę prania, 3 godziny buszowałam po łódzkiej Galerii, jak
zwykle w sobotę przepłynęłam 1200 m. na basenie i wykończona, w dobrym
humorze wróciłam do domu. Marzyłam tylko o tym, aby wyciągnąć nogi. Była
22:00 i ...... się zaczęło. Bóle jak przed miesiączką co 5-6-7 min, częste
wizyty w toalecie i przeświadczenie, że to na pewno wyczekiwane przeze mnie
bóle przygotowujące. Trochę się dziwiłam, że nie dają się wygłuszyć przy
zmianie pozycji, ale stwierdziłam, że to tylko fałszywy alarm, bo za częste
itd...
Po dwóch godzinach, już trochę podekscytowana postanowiłam podzielic się z
mężem tą wiadomością, a On na to, że to na pewno nie to, bo jak to określił-
nie wyglądam na kobietę, która rodzi. Jednak na moje pytanie jak wg niego mam
w tym dniu wyglądać nie udzielił zadowalającej mnie odpowiedzi. Stwierdził
tylko, że owszem najwyższy czas zrobić W TYM TYGODNIU

zdjęcia brzuszka.
Pomimo to był łaskaw na moje prośby poznosić na dół przygotowane przeze mnie
torby do szpitala, oraz zestaw na poród domowy, poczym zasnął przed
telewizorem!!!!!
Ja w tym czasie przestałam myśleć głową,tylko wiedziona instynktami usiadłam
na piłce ze stoperem i kartką w ręku i zapisywałam. Gdyby ktoś mi powiedział,
że na miejsce dużej części porodu wybiore kuchnię(przy koszu na śmieci i
misce z psią karmą), wysmiałabym...
Skurcze już nie były tak przyjemne, ja potwornie zmęczona, cały czas przy
nadziei, że mi przejdzie i będe mogła zasnąć, podskakiwałam na piłce i
zastanawiałam się jak to możliwe, że tyle pożytecznych rzeczy podczas porodu
inne forumowiczki mogły zrobić. Starałam się w krótkich przerwach pomiędzy
skurczami oderwac sie od piłki, ale sie nie udawało. Kiedy wybiła godzina
03:00 postanowiłam zadzwonić do położnej i skruszona, że muszę ją obudzić
wykonałam tel. Dorota(czyt.Anioł)powiedziała, że jeśli sytuacja się przez
godzinę się nie zmieni lub odejdą wody mam dzwonić. W tym czasie bóle się
zaostrzały,a chrapanie męża spowodowało, że postanowiłam Go opuścić i
wychować dziecko sama

Od tego momentu wstąpiły we mnie nowe siły i w
przerwach umyłam okno, wstawiłam pranie, nakryłam obrus i posprzatałam
mieszkanie na przyjazd położnej. Kiedy wybiła godzina 4:00 mój małzonek był
łaskaw się obudzić i przyznam, że warto było w samotności powalczyc przez ten
czas, aby zobaczyc jego minę, kiedy rzucił okiem na mnie i na długą listę z
odliczanymi skurczami

Od tego momentu był mój!!!
Kiedy pojechał po położną, postanowiłam zadbać o siebie

Przebrałam się,
przypudrowałam nosek (wariatka). Byłam tak zmęczona i marzyłam tylko o tym,
żeby na chwilę zasnąć. Bóle już rzucały mnie na kolana, dodam ,że były
krzyżowe, piłka już tak nie pomagała i myślałam tylko o tym jakie jest
rozwarcie? Kiedy przybyła Dorota, zbadała mnie i orzekła, że rozwarcie na dwa
palce, byłam załamana. Byłam juz skrajnie wykończona po 6 i pół godzinach
walki, przerw juz prawie wcale nie było, a ja zasypiałam na piłce.
Zdecydowalam sie jeszcze na lewatywę i przyznam, że było to nawet przyjemne.
Czas do godziny 08:20 upłynął mi na postękiwaniach, obiecywaniu sobie, że juz
nigdy rodzić nie będę itd. Wanna ulgi mi nie przyniosła i przyznam się bez
bicia, że gdybym była wtedy w szpitalu brałabym wszystkie znieczulenia
świata

Nie jestem w stanie opisać szczegółowo co się wtedy ze mna działo,
bo poprostu nie pamiętam. Jedynie spokój Doroty i jej słowa po kolejnym
pomiarze bicia serca dziecka cyt." Jak w szwajcarskim zegarku"
Kiedy wreszcie rozwarcie było pełne, zadowolona przeszłam do działania, bo
przecież pamiętałam z opowiadań, że 2-3 skurcze i po robocie. Po godzinie
parcia poczułam się oszukana

Siły juz nie miałam wcale, a dziecko się nie
przesuwało. Posłusznie na polecenie zmieniałam pozycje( raz na stojąco przy
szafce, to w kucka i polecam - na kibelku). Z braku siły, skurcze sie
osłabiły i występowały co pięć minut. Po kibelku przyszedł czas na finał. Mąż
przyszykował mi w sypialni dwa stanowiska, na łóżku i na podłodze. Bez
wahania wybrałam to drugie. Niestety byłam tak wykończona, że jedyną pozycją
jaka wchodziła w grę była klasyczna. Nogi mi się trzęsły jak galareta. Mąż z
tyłu podtrzymywał moją głowę a Dorota dyrygowała z przodu. Ile ta kobieta
włożyła pracy, aby mnie nie uszkodzić. Polewała krocze rycyną, naciągała
koronę i motywowała do parcia, nawet jak nie było skurczy. Główka się
pojawiała i chowała, pojawiała i chowała. Przyznam się, że tą główkę
obwiniałam za mój stan i nawet nie chciałam jej oglądać( wyrodna matka).
O godzinie 10:20 mój TymJanek ( Tymon Jan) wyśliznął się ze mnie nie
uszkadzając mnie ani trochę. Było to przecudowne uczucie. Był różowy,
śliczny, ku mojemu zdziwieniu czyściutki, lekko zapłakał i po krótkim
odpoczynku zassał się jak na ssaka przystało. Po jakimś czasie przeszliśmy do
łóżka i tam odbyło się mierzenie i ważenie (54 cm i 3100 g). Zastanawiam się
czy jeszcze kiedyś szczęście będzie tak uchwytne

Dodam tylko, że jak Bozia da, to urodzimy w domu jeszcze nie jedno!!!
Przepraszam za tak obszerne i nudnawe sprawozdanie, ale wysyłam póki się nie
rozmyślę..............
Kasia, mama Tymianka.