Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie...

01.11.07, 15:37

czesc kobitki smile

a ja juz urodzilam smile

opis pierwszy i bardzo krotki ale jeszcze musze do siebie dojsc po tych
emocjach... nie do konca w domu ale co, jak i dlaczego opowiem w najblizszym
czasie...

urodzilam jako pazdziernikowa mama - termin mialam na 7.11... a w poniedzialek
29.10 o godzinie 12:00 zostalam mama malej Malgorzaty Anny
waga 3250 dlugosc 54cm, caly porod trwal okolo 2,5 godziny (wszystkie etapy
gdyby ktos pytal) a coreczka rodzila sie kiedy wyjezdzalam z windy na sale
porodowa urodzilabym w karetce ale gonili ponad 100 na godzine ze strachu ze
naprawde im to zrobie wiec nawet zdazylam "na sygnale" przeleciec na noszach z
karetki przez izbe przyjec i juz w windzie czulam jak maluszek "wyjezdza" na
swiat - wiec ja wyjechalam z windy a corcia ze mnie ... bylo jak na filmie smile
pozdrawiam was wszystkie goraco...

ps: a we wtorek juz bylysmy w domu smile
    • nuit4 Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 01.11.07, 16:37
      haha super opis-to się nazywa szybka akcja wink
      Wielkie Gratulacje!!

      jestem bardzo ciekawa całej opowieści smile
      • eps Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 03.11.07, 20:38
        gratulacje!!!
        • nashle Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 04.11.07, 14:38
          gratuluje i po tym obiecujacym wstepnym opisie, czekam na szczegoly!
    • w_oparach_absurdu Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 04.11.07, 17:38
      smile
      no to teraz troche szczegolow smile
      tytulem wstepu przypomne ze pierwsza coreczke rodzilam przez cc...
      zaczne od niedzieli...
      absolutnie nic nie zapowiadalo tego ze nastepnego dnia rano bede juz szczesliwa
      mama, ale pomimo bardzo poznej pory (maz wrocil z pracy po 22) postanowilam sie
      jeszcze wykapac bo stwierdzilam ze w poniedzialek rano moze byc troche trudno,
      bede sama z Ela w domu (ma rok i 4 miesiace) a poza tym samotny prysznic w
      koncowce ciazy jakos mnie nie przekonywal. W duchu myslalam sobie tylko ze bylo
      by fajnie urodzic w tym tygodniu ze wzgledu na rozklad zajec u meza w pracy,
      jak sie okazalo maz mial takie samo ciche marzenie smile bo w teatrze nieczesto
      zdaza sie miec wolne od piatku do niedzieli a tu jeszcze czwartek wolny...
      w poniedzialek mial nas odwiedzic moj kuzyn wiec rano zabralam sie za male
      porzadki,bylo po 9. Pozbieralysmy zabawki i ... poczulam pierwszy skurcz - lekki
      - taki z gatunku przepowiadajacych wiec nie zwrocilam na niego specjalnej uwagi,
      zaczelam odkurzac, kolejne skurcze pojawily sie co jakies 15-20 minut,
      usmiechnelam sie do siebie zastanawiajac sie czy to znowu falszywy alarm jak
      pare dni wczesniej czy tez...?
      zadzwonilam do meza smiejac sie ze zdziwie sie jak dzisiaj nie urodze bo kolejne
      dwa skurcze byly duzo wyrazniejsze i dluzsze i do poloznej poniewaz powiedziala
      ze jak beda co 15 minut mam ja poinformowac bo po cesarce trzeba bardziej
      uwazac. I nagle o 10 zaczely sie skurcze co 5 minut po okolo30-40 sekund. W
      pierwszej chwili myslalam ze sa co 10 minut a to po srodku to dlatego ze sie
      zmeczylam zmiana poscieli... na wszelki wypadek wzielam zagarek i zaczelam
      notowac, oddychalysmy sobie z Ela gleboko i tanczylysmy zeby malenstwo dobrze
      wstawilo sie w kanal rodny, powolutku zaczelo do mnie docierac ze to juz...
      Wytlumaczylam zaniepokojonej coreczce ze mamusie brzuszek boli wiec otrzymalam
      serie cmokow, glaskan i przytulancow na moj wielki brzuch...
      Zadzwonilam do poloznej ze skurcze sa co 5 minut ale ustalilysmy ze mam
      obserwowac i notowac bo to niemozliwe zebym juz miala tak czeste i jesli sie nie
      wycisza to mam zqadzwonic jeszcze raz. Kolejny telefon do meza ze chyba powinien
      wracac bo mam wrazenie ze sie zaczyna niestety troche mi sie nie udal bo
      zrobilam to zbyt "delikatnie" zeby go nie stresowac i zeby spokojnie dojechal do
      domu wiec powiedzial ze idzie jeszcze poinformowac szefa i zadzwoni jak bedzie
      wyjezdzal. To byl podstawowy blad - trzeba bylo mu powiedziec ze ma 10 minut na
      powrot bo innaczej urodze sama... Jeszcze informacja dla chrzestnej Eli zeby
      przyjechala sie nia zajac i... zaczely sie skurcze parte!!! potezne co 3 minuty
      po okolo 90 sekund!!! to nie pozostawialo zadnych watpliwosci. Zdazylam zlapac
      recznik i rzucic go na koc na srodku pokoju, poczulam jakby mocne uklucie i na
      reczniku pojawila sie odrobina krwi i czop sluzowy, skurcze nasilaly sie,
      oddychalam gleboko starajac sie maksymalnie rozluznic i uspokoic, niestety Eli
      udzielil sie moj niepokoj, kiedy siegnelam reka do krocza i poczulam cos
      twardego i okraglego to prawie krzyknelam ze strachu. Na szczescie byl to tylko
      pecherz plodowy, wisial podemna taki balonik pelen wody, ja probowala zobaczyc
      czy sa przejrzyste, a przerazona coreczka wisiala mi na szyi i plakala razem ze
      mna przy kazdym skurczu... Trzesacymi sie z bolu i nerwow rekami probowalam
      wykrecic numer do poloznej, kiedy odebrala akurat przyszedl skurcz i tak wylysmy
      obie z Ela do sluchawki probujac tlumaczyc ze rodze i zeby przyjechala jak
      najszybciej moze. Przerazona polozna powiedzialami ze nie ma szansy zeby zdazyla
      do mie dojechac, a poza tym jak mi pozniej wytlumaczyla, nie przypuszczala ze
      juz sa skurcze parte co 3 minuty wiec uznala ze skoro tak strasznie mnie boli to
      znaczy ze cos niedobrego dzieje sie z blizna i kazala mi natychmiast dzwonic po
      pogotowie. Poniewaz przerazona Ela wisiala mi na szyi i plakala prosto do
      sluchawki to ani ja poloznej ani ona mnie dobrze nie slyszala. Poprosilam moja
      coreczke zeby przyniosla mi recznik lezacy obok i moja mala dzielna polozna po
      trzeciej prosbie sprawdzajac czy aby na pewno moze zostawic na chwile placzaca
      mame poszla po niego i znowu przytulila sie do mnie z placzem. Po krotkiej walce
      z telefonem wezwalam pogotowie... i tylko modlilam sie zeby maz przyjechal
      pierwszy zeby nam nikt drzwi nie wywazal i chrzestna zeby bylo komu zajac sie
      mala... i przyjechali - maz , po 2 minutach chrzestna i po kolejnych 2 minutach
      ekipa pogotowia byla juz w domu..
      dalszy ciag pozniej ...
      bo wlasnie mnie moje panny wolaja...
    • pacsirta Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 04.11.07, 20:30
      gratulacje!
      o kurczę, ale historia!
    • silije.amj Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 05.11.07, 15:29
      Gratulacje mamo dwóch córek!

      No nie można tego nazwać spokojnym porodem smile
      Czekam na końcówkę.
      • wytuli Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 05.11.07, 18:08
        gratulacje, niezle! smile))
    • w_oparach_absurdu Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 06.11.07, 11:52
      no to teraz ciag dalszy...
      i coz zobaczylam?? trzech mlodych facetow ktorzy na moj widok o malo nie dostali
      zawalu... ich pierwsze pytanie "co sie dzieje?" ... mowie ze nic - rodze... no
      to oni "a co ile sa skurcze?" - nie wiem bo troche trudno kontrolowac czas z
      zdieckiem na szyi... ale sadzac z czestotliwosci co 3 minuty...
      i pierwsza propozycja to zebym sie polozyla, bo trzeba mnie zbadac... no to
      tlumacze ze nie bo idzie skurcz... maz mowi ze polozna powinna juz jechac a oni
      na to "to my jedziemy..." no to tlumacze ze ja zaraz urodze a polozna nie zdazy
      i zostaniemy sami, wiec pada druga propozycja zebym usiadla na fotelik z
      karetki, idzie skurcz wiec mowie ze za chwile a ekipa ze szybko bo czasu nie
      ma, mowie ze nie dam rady w trakcie skurczu i slysze pytanie "to co rodzimy
      tutaj?" ja na to ze jak najbardziej, a sanitariusze "nie nie to my pania
      posadzimy sami..." hihihi... wiec mnie na krzeselko (a wlasciwie to bardziej maz
      bo oni nie wiedzieli jak sie do tego zabrac), przykryli zeby mnie nikt za bardzo
      nie ogladal bo bylam tylko w koszulce nocnej i to takiej raczej krotszej niz
      dluzszej tongue_out i biegiem po schodach (kamienica, drugie pietro wiec przynajmniej
      schody wygodne i szerokie) do karetki, w karetce kazali mi sie na nosze
      przesiasc akurat jak sie kolejny skurcz zaczynal wiec znowu tlumacze zeby
      poczekali, to uslyszalam ze musimy jechac JUZ, wiec im powiedzialam ze najwyzej
      tutaj urodze... jak sie przesiadlam to pognali 100 na godzine jedna z
      najbardziej krzywych ulic mojego pieknego miasta, jakis geniusz zajechal nam
      droge wiec prawie im zjechalam z tego fajnego lozka, w karetce uslyszalam
      jeszcze dwiegenialne rzeczy - pierwsza ze mam nogi zlozyc (ciekawe jak skoro
      mala byla prawie na wierzchu), druga ze moze mi OKSYTOCYNE !!! podac... to mowie
      ze absolutnie nie bo nie ma takiej potrzeby przy regularnych skurczach partych i
      pieknie postepujacym porodzie, a poza tym jestem po cesarce... na szczescie i
      tak nie mieli (dla niewtajemniczonych podpowiem ze w tej sytuacji podanie oksy
      groziloby peknieciem macicy badz tzw. skurczem tezcowym a w rezultacie
      uduszeniem dziecka...) maz potem skomentowal ze pewnie bylo to jedyne co sobie
      przypomnieli - ze w trakcie porodu podaje sie oksy - tylko po co i w jakiej
      sytuacji to juz chyba nie bardzo wiedzieli... w karetce zdazylam dostac tylko
      dwa skurcze a to znaczy ze trase na ktora normalnie potrzeba okolo 15-20 minut
      pokonalismy mniej wiecej w 7... szpital, rajd przez korytarz i pedem przez izbe
      przyjec do windy, jakby nie mogli juz na izbie przyjac malej. lekarka z izby
      jeszcze reka "przyblokowala" Gosie i tylko jak dojezdzalismy na gore poczulam
      ostatni potezny skurcz, odsunelam jej reke i ... wyjechalam z windy a corcia ze
      mnie, zlapalam ja i polozylam sobie na brzuchu... i uslyszalam nerwowe "ktora
      godzina, ktora godzina??" - bieglo ze mna co najmniej 6 osob - to im mowie
      spokojnie ze 12:00... poniewaz nie krzyczala tylko spokojnie lezala i byla
      leciutko zasiniona (skutek "przetrzymania" jej przez lekarke) zamiast daj jej
      sie spokojnie odpepnic i przestawic na normalne oddychanie odcieli ja i
      stwierdzili ze trzeba na dwie godziny pod namiot tlenowy wsadzic... nic nie
      pomoglo tlumaczenie zeby chwile poczekac bo tylko uslyszalam "przeciez dziecko
      nie krzyczalo..." rece opadaja... przyszedl jeszcze jeden "genialny" lekarz
      ktory probowal wycisnac ze mnie lozysko, to go uszczypnelam i pogonilam ale i
      tak troche za pozno bo mi je troche "oberwal" i chociaz po 15 minutach samo sie
      odkleilo to przez jego pospiech musieli mnie wyczyscic wrrrr.... okazalo sie ze
      juz po 20 minutach maz dostal mala na rece... a wystarczylo chwile poczekac z ta
      pepowina i zaden namiot tlenowy nie bylby potrzebny. mialam dwa male pekniecia
      po zszyciu ktorych dostalam coreczke do piersi, zawieziono nas na sale gdzie
      troche musialam z poloznymi zawalczyc bo znowu sie okazalo ze - prawdopodobnie -
      nie umiem sie zajac dzieckiem i chce mu krzywde zrobic...
      we wtorek rano po wszystkich potrzebnych i niepotrzebnych badaniach wypisalismy
      sie do domu... patrzyli na nas jak na nieodpowiedzialnych wariatow i chociaz
      tryskalam energia i radoscia mimo nieprzespanej nocy - emocje oraz troche nerwy
      z powodu szpitalnej koncowki daly sie we znaki - musialam jeszcze wysluchac
      jakie to niemadre itd itp i cos tam jeszcze...
      jak dobrze bylo znalezc sie w domku smile
      nastepnego dnia przyszla nasza polozna i pediatra do Malgosi.
      Wiem jedno - gdyby tylko troche wczesniej ktokolwiek zdazyl do nas dojechac i
      zajac sie Elunia - spokojnie urodzilabym w domu nawet sama bez poloznej, bo
      jedyne czego mi brakowalo to swiadomosci ze moja starsza coreczka sie nie
      denerwuje...

      i tak to wlasnie wygladalo o ile da sie slowami opisac wszystkie emocje...

      pozdrawiam i zycze "mniejszych" wrazen tongue_out

      ps: swoja droga ciekawe jak szybko bedzie sie rodzic moje nastepne malenstwo hihihi
      bo kto wie co to bedzie za dwa-trzy latasmile
      • nuit4 Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 06.11.07, 12:12
        no to masz wspomnienia smile

        troche mna zatrzeslo jak opisywalas koncowke szpitalna uncertain
        ale wiesz co,bardzo mi dodałaś odwagi-ja tez jestem po cc i mam w planie urodzic
        nastepne w domu smile
        tylko na wszelki wypadek juz nie w Pl..
      • kropkaa Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 07.11.07, 20:43
        Gdyby to był film, to powiedziałabym, że scenarzysta ma wielką
        fantazję... A to życie tylkosmile
        Gratulacje dla dzielnej Mamy!
        Córka pewnie będzie szła przez życie jak burza, skoro tak przyszła
        na świat!
      • aktra Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 12.11.07, 11:28
        Jestem przerażona Twoim opisem. Rodzi się w domu chyba po to by uniknąć dla siebie i rodzącego sie dziecka właśnie tego czego Ty doświadczyłaś (tego co przeżyła Twoja starsza córka nawet sobie nie wyobrażam). Nie przypuszczałam że położna domowa może tak potraktować rodzącą! Współczuję i gratuluję że wszystko dobrze sie skończyło!
    • silije.amj Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 06.11.07, 13:08
      Ta końcówka poczynając od porażającej genialności panów z pogotowia to naprawdę
      toczyła się w oparach absurdu.
      Aż się denerwowałam czytając i naprawdę odetchnęłam z ulgą razem z wami jak
      przeczytałam o wypisie do domku.
      Szkoda że nie miałaś komfortu psychicznego, ale za to twoja córcia jeszcze swoim
      wnukom będzie opowiadała jakie miała przygodowe przyjście na świat smile.
      • w_oparach_absurdu Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 08.11.07, 12:15
        Wiesz co - najzabawniejsze w tej calej sytuacji jest to ze ja w sumie czulam sie
        bardzo komfortowo jesli chodzi o samo rodzenie... czulam w sobie taka radosc ze
        mala sie rodzi... czulam tez swoja sile (choc pod koniec bolalo okrutnie...) i
        wbrew pozorom spokoj!!! wiedzialam ze rodze moje malenstwo i bylam bardzo
        szczesliwa ze to sie dzieje w domu... nawet ta szalencza jazda do szpitala nie
        byla w stanie tego popsuc tongue_out tak naprawde to chyba jedyne co troche zmacilo
        sielanke to dopiero te 24 h w szpitalu, ale przyznaje ze zostalam tam przez to
        ze poddusili Gosie troszke . Innaczej zaraz po zacerowaniu zwialabym do domu smile
        moim jedynym zmartwieniem byl strach Eluni ale to bylo tak jakby zupelnie obok
        mnie. Jakbym byla ja rodzaca-szczesliwa i skupiona - i ja mama Eli -pocieszajaca
        placzaca coreczke... trudno to opisac slowami...
        a "wspomnienia" to beda mialy obie dziewczynki smile i ta co przyjmowala siostre na
        swiat i ta co sie wlasnie rodzila smile
    • juleg Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 07.11.07, 09:49

      --no i płaczęsmile)) ze szczęściA i wkurzenia na szpitalny absurd!
      Trzecie tylko w domu, jestes do tego stworzonabig_grin
      Gratuluję serdecznie!
    • kasiaimichael Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 12.11.07, 18:58
      gratulacjesmile
      Rozsmieszyl mnie ten fragment o facetach z ambulansu.
      Z blizna wszystko OK?
      • w_oparach_absurdu Re: Urodzilam - czyli jak sie rodzi w windzie... 16.11.07, 12:56
        gdybym nie wiedziala ze pierwsze dziecko urodzilam przez cc to bym sie nawet nie
        zorientowala ze mam jakas blizne i ze musze na nia uwazac smile wogole jej nie
        czulam, zadnego dyskomfortu...
Inne wątki na temat:
Pełna wersja