mocpytan
15.12.07, 01:48
dziewczyny, zebrałam w jeden wątek i mam nadzieję, że ten kawał
pracy uda mi się urodzić szybko i bezproblemowo w domu
zachęcam do 'doklejania' relacji innych mam a pozostałe proszę o
powstrzymanie się od komentowania w tym wątku
h_o_s_h_i 16.10.07, 19:51 Odpowiedz
W poniedziałek 8.10. urodziło się nasze szczęście - Hania.
Poród oczywiście miał byc domowy, niestety na końcówkę trafiliśmy do
szpitala. Ale po kolei...
Juz od soboty wieczorem miałam skurcze co ok. 6 minut, ale były
całkowicie bezbolesne. Niemniej jednak uznaliśmy że "coś się święci"
i zaczęło się niecierpliwe oczekiwanie. Kiedy w niedzielę po
południu nadal nic się nie działo, postanowiliśmy skorzystac jeszcze
z zaproszenia naszych znajomych i wybraliśmy się do nich z wizytą.
Wracając do domu postanowiłam pomóc Hani w podjęciu decyzji i
wdrapałam się na nasze 14 piętro na piechotę (byłam na tyle
zdeterminowna, że zrobiłam to szybciej niż zdarzało mi się przed
ciążą

. Nie wiem czy to faktycznie zadziałało, czy też Hania miała
już po prostu dość siedzenia w brzuchu mamy, w każdym razie ok. 7
rano obudziły mnie skurcze. Na początku były bardzo łagodne. Nasza
położna - Maria, przez telefon poradziła mi wejść na przynajmniej
godzinę do wanny, co też z radością uczyniłam. Wyszłam z wanny,
zjadłam śniadanie, pochodziłam po domu, umyłam okna w pokoju...
Ok. 12 skurcze były już na tyle silne, że z Mirkiem zaczęliśmy
testować masaż w celu złagodzenia bólu - wcześniej oczywiście nie
znaleźliśmy czasu żeby go przećwiczyć, ale na szczęście mój mąż
okazał się urodzonym talentem

Miałam też przygotowane gorące
okłady z lawendą - po pierwszym okazało się, że zapach lawendy jest
ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę - okład został czym prędzej
usunięty z zasięgu węchu.
Wiedziałam, że muszę radzić sobie bez położnej do ok. 14-15, bo
Maria, która miała przyjmować poród, była po całonocnym dyżurze i
musiała się chociaż trochę przespać. Druga z położnych była akurat w
szpitalu i też nie mogła przyjechać.
Kiedy wreszcie Maria dotarła, okazało się że mam już 8 cm rozwarcia
i zaczynają mi się bóle parte - ja sama nie rozpoznałam ich - to był
mój pierwszy poród. I pomyśleć, że cały czas bałam sie że usłyszę od
niej, że mam małe rozwarcie... Nie wiem czy wytrzymałabym wtedy w
domu, bo powoli zaczynałam dochodzić do wniosku, że znieczulenie
jest jednak genialnym wynalazkiem

Po dwudziestu minutach było
pełne rozwarcie i wtedy zaczeły się problemy. Bo wody które odeszły
były zielone. Ponieważ główka dziecka była jeszcze wysoko i widać
było, że mała nieprędko się urodzi, zdecydowaliśmy, że pojedziemy do
szpitala.Mirek jechał jak pirat drogowy, łamiąc przepisy drogowe raz
za razem, również mijając posterunek policji na Żytniej

A ja,
oparta o tylną półkę w samochodzie, malowniczo krzywiłam się z bólu
do kierowców jadących za nami

Dojechaliśmy na Żelazną w 15 minut,
pomimo popołudniowych korków - normalnie zajęło by to nam co
najmniej pół godziny.
Ponieważ Maria już wcześniej uprzedziła, że jedzie z pacjentką z
porodu domowego, ominęliśmy izbę przyjęć, a sala już na nas czekała.
Oprócz nas i położnej na sali była lekarka - i tu muszę przyznać, że
zachowywała się bardzo dyskretnie - siedziała z boku i absolutnie
ingerowała w to, co się działo. Czasem tylko sprawdzała tętno
dziecka.
W końcu Hania pokazała główkę - ze wzgłędu na zielone wody została
natychmiast odśluzowana - a pochwili cała córeczkawylądowała na moim
brzuchu. Była śliczna - od razu się w niej zakochaliśmy. Popłakała
trochę, a potem leżała cichutko i rozglądała się ciekawie
dookoła. Później została wzięta do zważenia i zmierzenia. Nie
ominęły jej szpitalne "atrakcje" w postaci np. zastrzyku z wit.K,
ale cały czas był przy niej Mirek,a poza tym szybko dostałam ją z
powrotem do karmienia.
Po zszyciu krocza (miałam małe pęknięcie), jak tylko dopełniliśmy
wszystkich papierkowych formalności, które pominęliśmy wcześniej,
wypisaliśmy się do domu na własne życzenie. I uważam, że był to
doskonały pomysł - dużo lepiej poczułam się we własnym łóżku, a poza
tym mój mąż mógł być cały czas z nami. W szpitalu nie byłoby o tym
mowy, chyba że wykupilibyśmy indywidualną salę poporodową - a to
rozwiązanie było zdecydowanie zbyt kosztowne.
Maria przyjechała z nami do domu, posiedziała jeszcze jakieś dwie
godziny i pojechała do siebie. A my zostaliśmy we trójkę i mogliśmy
się sobą spokojnie nacieszyć.
Chociaż nie udało mi się urodzić Hani w domu, i tak bardzo cieszę
się, że do szpitala trafiliśmy dopiero na sam koniec. Tym bardziej,
że jechaliśmy do szpitala mimo wszystko "na spokojnie" - nie była to
sytuacja, gdzie decydowały minuty. A szpital też zrobił na mnie
dobre wrażenie - co nie zmienia faktu, że kolejne dziecko będę
chciała urodzić w domu