jola-kropek
14.02.08, 23:25
euforia juz opadla, przezylam juz kryzys dnia trzeciego wie teraz z jakos
takiej perspektywy moge chyba juz opisac moj porod domowy
wieczorkiem 10ego lutego wplaczylismy sobie film, "sztuczna inteligencja"
Adas-moj maz, oczywiscie nie doczekal konca i poszedl spac, ja wczulam sie
oczywsicie w akcje i ogladalam do konca. gdzies kolo godziny jedenastej
wieczorkiem zdecydowalam ze juz chyba pora spac. mialam juz wtedy lekkie
skurcze, takie nawet dosc reguralne, ale ze juz wczesniej cos takiego miewalam
i przechodzily sobie, nie zrobilam wiele z tego i poszlam na gore spac.
gdzie kolo 12:30 obudily mnie juz takie mocniejsze, przez ktore musialam juz
troche posapac, zeby przeszly. jakos nie uwierzylam ze to to i poszlam dalej
spac. jak przez mgle pamietam ze budzily mnie jeszcze kilka razy, zanim
zdecydowalam sie wstac. poszlam na dol, wzielam sobie cos do picia i tak sobie
mysle... czy to juz to? chca sie upewnic, sprawdzilam rozwacie-szyjka byla juz
tuz przy ujsciu, rozwarta moze na jakies 4-5 cm. ciezko mi poweidziec
dokladnie- nie mam linijki w palcach

wiec to jednak to!!!
skurcze byly juz coraz czestsze i intensywniejsze, posiedzialam sobie troche
na pilce, ale jakos mi nie pasowala, postawilam wiec sobie krzselo na srodku
pokoju, kleknelam przed nim i probowalam takiej pozycji, zeby tylko nie
napinac w zaden sposob miesni brzucha... i tak byly niezle napiete przez
skurcze...
gdzies kolo drugiej zdecydowalam ze obudze Adama i dam mu wybor... czy chce
zadzwonic po polozna czy jednak sprobujemy sami.... chyba byl za bardzo
zmeczony bo ... zasnal na nastepne pol godziny... musial jednak jakos przez
sen sie wystraszyc bo o 2:30 zadzwonil do Debbie-naszej poloznej (wspaniala
kobieta)Ta porozmawiala ze mna chwile przez telefon, posluchala mojego
oddychania i powiedziala zeby zadzwonic jakos za godzinke. jednak po kilkunatu
mintach oddzwonila sama i stwierdzial ze przyjezdza... miala do nas jakies 45
minut drogi.
w miedzyczasie obudzil sie Patryczek i zaczal plakac, wzielam go na dol i
polozylam na kanapie. jakoas taka ulge sparwialo mi ze moglam sie do niego
przytulic podczas coraz bardziej bolesnych skurczow...
Debbie przyjechala jakoes za 10 czwarta. ja juz bylam w swoim swiecie, wiec mi
w ogole nie przeszkadzala, zajela sie Adamem, ktory byl jednak troszke
spanikownay... ja pracowlalam sobie nad oddechami. w penycm momencie skurcze
nabraly innego charakteru, byly bardzo dlugie, i czulam jakby mi dziecko mialo
wypasc. poczulam sie jak pierworodka, nie pamietam tego z poprzedniego porodu,
bo na tym etapie bylam juz po epiduralu. pokrzykiwalam sobie przez te skurcze
i pojekiwalam i czulam sie jak uczestnik i obserwator wydarzenia jednoczesnie
i nie moglam uwierzyc ze jak tylko jedne skurcz sie konczy to praktycznie
natychmiasty sie o nim zapomina i nastepuje kompletna faza relaksu... chyba
nawet przysnelam podczas jednej z takich faz...caly czas "prztulalam" sie
praktycznie do krzesla, wiszac na nim, w kleku lub w kucki. jak przez mgle
pamietam ze Adam rozpalil w kominku i ze Patryk obudzil sie na dobre i ze Adam
mu tlumaczy ze zaraz sie jego siostrzyczka urodzi. maly tak sie przejal ze
siedzial cicho i w ogole nie przeszkadzal!!!kochany synus!
ja pokrzykiwala coraz glosniej, ale nie byly to krzyki z bolu, byly to takie
"waleczne" krzyki jakie wydaja zawodnicy podczas walki-tak sobie to jakos
skojarzylam-dodawaly mi one sily.
po raz kolejny skurcze zmienily charakter, na parte, moj glos zmienil barwe na
nizsza a Debbie od razu wiedziala ze mala juz niedlugo zacznie wychodzic.
asekurowala mnie razem z Adamen, smarowala krocze oliwka z oliwek i
przypominala ze nic na sile, ze mala ma czas, zebym nic nie przyspieszala.
gdzies w miedzyczasie odeszly mi wody. najbardziej groteskowy dla mnie-tak na
wpol swiadomie- byl moment, kiedy glowka malej wyszla do polowy ... a skurcz
sie skonczyl i tak tam tkwila przez ladnych pare chwil... pamietam tylko glos
debbie, ze to dobrze, ze wszytsko sie ladnie rozciaga, zeby nie przec... i
glowka "wskoczyla" z powrotem do srodka. przy nastepnym skurczu wyszla juz
jednak na zewnatrz, a przy nastepnym czulam jak cialko malej wyslizguje sie ze
mnie, ramionka, brzuszek i nozki na samum koncu, wysliznela sie ze mnie
lagodnie wprost na dlonie swojego taty i Debbie. jak ja zobaczylam w swietle
ognia, wydawala mi sie taka malenka! nie plakala, pepowina byla jeszcze
nieprzecieta, wiec mala miala spokojne czas na przestawienie sie ze starego
sposobu oddychania na nowy. nie zostala odsluzowana, nikt jej w niczym nie
poganial.... wspaniale... przytulilam ja do mojego brzucha i wtedy zaczela
wydawac z siebie takie kocie male dzwieki

okazalo sie ze pepowina jest
troche krotka i ze nie przystawie ja do piersi z lozyskiem ciagle we mnie,
wiec po chwili jak pepowina juz przestala pulsowac powiedzialam Debbie, zeby
zalozyla klipsy i Adas przecial pepowine. po kilkunastu minutach urodzilo sie
lozysko ...
jak dla mnie, to jeden z najbardziej emocjonujacych przezyc w zyciu, czulam
sie jak pijana ze szcescia

i tak zaskoczona i z takim niedowierzeniem to
wszytsko wspominam...
to oczywiscie dopeiro poczatek naszej wspolnej drogi- mojej i mojej malej i
naszej rodziny... teraz mi tylko smutno, ze mojemu synkowi ze moglam dac
takiego startu... jakos nie wiedzialam wtedy ze jest inna mozliwosc niz porod
w szpitalu...
pozdrawiam i zycze wiary w kobiecosc i jej sile

Jola z malutka Scarlett.
ps:
wcale nie taka malutka

mala wazyla ponad 3 i pol kilo