987ania
27.03.08, 09:59
Domowe porody - za i przeciw
Z kraju; 2008-03-26 ["Życie Warszawy"]
Warszawianki coraz częściej decydują się na poród w domu. - To nie choroba,
więc po co iść do szpitala - mówią. Te, które mają to za sobą, na maj
zaplanowały zjazd Dobrze Urodzonych.
W mieszkaniu pani Renaty pełna mobilizacja. W szafce leżą rzeczy, które mogą
się przydać w czasie porodu. W kącie pokoju stoi spakowana torba - „na wszelki
wypadek, gdyby trzeba było jechać do szpitala”.
Z danych mazowieckiego urzędu statystycznego wynika, że z roku na rok rośnie
liczba porodów poza szpitalem. W 2005 r. na urodzenie dziecka w domu
zdecydowały się 72 panie, ale rok później było ich już 87. Danych z ubiegłego
roku jeszcze nie ma. Ale jak mówią położne przyjmujące porody, w domach w 2007
roku „ miały pełne ręce roboty”.
I dodają, że świadczy o tym m.in. liczba rodzin, które zapisały się na zjazd w
Warszawie. Na liście Dobrze Urodzonych - niezależnej inicjatywy rodziców i
położonych jest już ok. 400 osób. Chętnych było tak wielu, że organizatorzy
zdecydowali się wcześniej zamknąć listę.
Dlaczego warszawianki uciekają z porodówek?
- Nie chciałam leżeć w łóżku, w którym rodziły setki innych ciężarnych. Nie
odpowiada mi atmosfera na oddziałach - to argumenty, jakie najczęściej słyszą
położne. Pani Renata dorzuca jeszcze: - Nie chciałam być anonimową rodzącą.
Pierwszą córkę też urodziła w domu. - Najpierw chodziłam po mieszkaniu i
śpiewałam kolędy. Cały czas byli przy mnie mąż i położna. A rano zapukali do
nas zaniepokojeni nocnymi hałasami sąsiedzi - śmieje się.
Położna pani Renaty to Irena Chołuj. Od razu zastrzega, żeby nie pisać, że
"odbiera" porody. - Ja je przyjmuję i nic nikomu nie odbieram - zaznacza.
Trudno umówić się z nią na rozmowę. Albo ma zajęcia ze studentami, albo jedzie
do porodu, albo właśnie go przyjmuje. W notce na stronie www.dobrzeurodzeni.pl
napisała o sobie "fanka porodów naturalnych". Tych w domach przyjęła 500, w
tym pierwszego wnuka.
Położne zaznaczają, że nie każda kobieta może rodzić w domu. - Odradzam to
tym, które mają problemy z ciążą lub ich poprzednie porody nie należały do
łatwych - wyjaśnia Chołuj.
Każda z położnych spotyka się z przyszłą matką nawet kilkanaście razy. - Muszę
poznać kobietę, którą będę się zajmowała, a ona musi nabrać do mnie zaufania -
wyjaśnia Dorota Fryc, położna z 22 porodami domowymi na koncie. Dodaje, że
czasami odwozi rodzące do szpitala. - Najczęściej te, które bardzo się
denerwują - mówi.
Porody domowe wiążą się z wyższymi niż w lecznicy kosztami. Poród i opieka
położnej kosztują ok. 2 tys. zł.
--------------------------------------------------------------------------------------------
dr n. med. Janusz Siemaszko, dyrektor szpitala położniczo-ginekologicznego
przy ul. Inflanckiej w Warszawie
"Życie Warszawy": Panie doktorze, w Warszawie przybywa kobiet, które decydują
się na poród w domu z asystą położnej. Jak pan to ocenia?
Janusz Siemaszko: Decyzja o porodzie poza szpitalem jest dla mnie
niezrozumiała. Nigdy nie mamy pewności, że w czasie porodu nie wydarzy się coś
złego. Na asystowanie przy takim porodzie nie zdecydowałby się żaden lekarz
położnik. Odpowiedzialność jest zbyt wielka.
Ale przy prawidłowo przebiegającej ciąży ryzyko jest znikome.
Nie ma możliwości przewidzenia wszystkiego. Komplikacje mogą wystąpić nawet u
kobiety, która ma dobre wyniki badań i jej ciąża przebiegała modelowo. Nawet
doświadczony położnik nie przewidzi, że może odkleić się łożysko.
A wtedy potrzebna jest natychmiastowa pomoc lekarza. O życiu pacjentki i
dziecka decydują minuty. Przy obecnych korkach dowiezienie rodzącej w ciągu
pięciu minut do szpitala jest niemożliwe.
Położne twierdzą, że kobieta rodząca w domu czuje się znacznie lepiej niż w
szpitalu.
Rzeczywiście na przebieg porodu ma wpływ samopoczucie rodzącej. Dlatego w
szpitalach wprowadzamy udogodnienia, np. przy porodach mogą asystować ojcowie,
kobiety mogą rodzić w pojedynczych salach. Takie rozwiązania pomagają
ciężarnym w czasie porodu, a jednocześnie gwarantują szybkie udzielenie
pomocy.("Życie Warszawy")