zuzinka-kruszynka
27.06.08, 03:01
Moj historia w skrócie, ale nie krótka:
pierwszy poród w szpitalu wspominam niemiło. Drugi poród wymarzyłam
sobie w domu. Niestety radość z porodu odebrały mi dwa zaniedbania
położnej.
1.
Umówiłam się z położną i wypytałam o wszystko co wydawało mi się
ważne, dla mnie zwłaszcza sprawa podania immunoglobuliny po porodzie
(ja rh-, pierwsze dziecko rh+).
Położna uspokoiła mnie, że z tym nie ma problemu, bo współpracuje z
lekarką wspierającą porody domowe i ta wypisze mi receptę i mogę
wykupić iG w aptece lub odebrać w krwiodawstwie.
Po porodzie okazało się, że lekarka odmówiła wypisania
zapotrzebowania do krwiodawstwa, a na receptę tego wykupić nie
można. Mój lekarz prowadzący (nota bene przeciwny porodowi w domu)
miał już wyłączony telefon (weekend). Następnego dnia odbyłam
wycieczkę po szpitalach (dzień po porodzie z dzidziusiem). Okazało
się, że nie mam szans na uzyskanie tego leku poza systemem
szpitalnym. Nie będę tutaj przytaczać nieuprzejmości jaki mnie
spotkały, gdy mówiłam, że urodziłam w domu.
Chciało mi się płakać, ale nie mogłam się poddać. W końcu udało mi
się przekonać panią w krwiodawstwie, do zrobienia tego poza systemem
szpitalnym, ale potrzebowałam próbkę krwi swojej i dziecka. Oraz
zapotrzebowania podbitego przez lekarza.
W żadnym ze szpitali nie zgodzono się pobrać krwi od dziecka, jako,
ze nie byłam pacjentką szpitala. Podobno absolutnym zaniedbaniem ze
strony położnej było niepobranie krwi pępowinowej w przypadku
zagrożenia konfliktem serologicznym.
Tu pytanie do p. Kasi: czy położna nie powinna zadbać o pobranie
krwi z pępowiny? Kiedy jej zwróciłam na to uwagę zupełnie się tym
nie przejęła zwlając winę na brak woli w szpitalu (to akurat inna
sprawa). Ostatecznie udało mi się wyprosić pobranie krwi w jednym ze
szpitali po interwencji pani z krwiodawstwa, a po kłótni z położna
(która uznała, że poinformowała mnie jak sprawa wygląda, a dalej
muszę sobie radzić sama), znaleźć lekarza, który podbił
zaświadczenie, ale kosztowało mnie to mnóstwo nerwów. W dzień po
porodzie.
2.
Poród był spokojny. Trwał 7 godzin, w tym tylko ostatnie 2,5 z
położną. Główkę urodziłam bez pęknięć, choć czułam otarcia. Jednak
podczas parcia przy rodzeniu barku pękło mi się, na co położna
zresztą zwróciła uwagę z niezadowoloną miną. Po porodzie wzięłam
prysznic, a położna dokonała oględzin i stwiedziła, że nie ma
potrzeby zakładania szwów. Czułam, że coś jest nie tak, więc kazałam
dobrze obejrzeć, bo czułam wyraźny ból, ale położna oceniła, ze jest
to drobna rana i się wygoi. Kiedy po paru godzinach prosiłam o
ponowną kontrolę, obejrzała i stwierdziła, ze ładnie się goi, tyle
że minę miała nietęgą. To było jeszcze przed sprawą z
immunoglobuliną jednak traciłam do niej zaufanie, bo wszystkie moje
uwagi zupełnie bagatelizowała.
Kiedy dzień później nadal czułam wyraźny ból, a pęknięcie było
wyraźnie dla mnie wyczuwalne poszłam do lekarza (po maratonie
szpitalnym opisanym powyżej) sparwdzić krocze. Okazało się, że
pęknięcie jest niemałe (poszło przy cięciu z pierwszego porodu),
jednak jest już za późno, by to zaszyć. Dwa dni później miałam
zabieg z "odświeżaniem rany" i szyciem. Niemało mnie kosztował, a
rezultat jest marny. Rana nie zrosła się dobrze, wyziarninowała i
boli mnie.
Teraz czeka mnie kolejne "odświeżanie" i szycie w znieczuleniu
ogólnym. Oczywiście pociąga to za sobą dalsze koszty. Czy położna
nie ponosi żadnej odpowiedzialności za swoje decyzje? Skoro sama
stwierdziła pęknięcie a nie chciała/nie umiała go zaszyć dlaczego
nie zaleciła mi wizyty w szpitalu lub u lekarza tego samego dnia?
Pani Kasiu: czy ma Pani jakiś pomysł dlaczego położna postąpiła w
ten sposób? Ze zbagatelizowała spore pęknięcie? Teraz czeka mnie
kolejne "odświeżanie" i szycie w znieczuleniu ogólnym. Oczywiście
pociąga to za sobą dalsze koszty. Czy położna nie ponosi żadnej
odpowiedzialności za swoje decyzje? Skoro sama stwierdziła pęknięcie
a nie chciała/nie umiała go zaszyć dlaczego nie zaleciła mi wizyty w
szpitalu lub u lekarza tego samego dnia?
Czy powinna była pobrać krew pępowinową? Byłam przy pobraniu krwi z
główki - ciężki widok). Od czasu kłótni (o immunoglobulinę) położna
mnie wyraźnie unika.
Dodam, że jest to położna, której numer telefonu przwija się również
na tym forum. Nie twierdzę, że jest złą położną, ale wszystkim
dziewczynom rodzącym w domu polecam jednak zasadę ograniczonego
zaufania. Ja pluję sobie w brodę, że nie zgłosiłam się na zaszycie w
dniu porodu. W porównaniu do cięcia szpitalnego rana nie jest
wielka, lecz niestety, nie chce się wygoić.
W końcu położna za poród w domu liczy sobie sporo pieniędzy, a mam
wrażenie że zupełnie nie poczuwała się do odpowiedzialności za swoje
decyzje.
Mam w sobie żal, że piękny poród został przesłonięty przez niemiłe
wspomnienia. Mąż nie wyobraża sobie po tym wszystkim w ogóle
kolejnego porodu. Przeżył to bardziej ode mnie. Wiem, że załamała go
jego bezsilność, że nie mógł mi w niczym pomóc. Ja mówię, że teraz
przynajmniej wiem, co zrobić następnym razem, żeby było dobrze, ale
on w ogóle nie wierzy w następny raz.