hab_ek
25.11.08, 00:07
Czytałam sobie właśnie wspomnienia fizuli i pomyślałam, że też napiszę kilka słów.
Konrad ma już prawie 3 miesiące, rośnie w oczach i już prawie nie przypomina tego malutkiego szkrabka z 1 września. Uważnie patrzy, macha rączkami, chce łapać zabawki i uśmiecha się czarująco. Prawie jak jego Tata... och, będzie z niego istny serco-łamacz

Byłam już taka niecierpliwa. Termin na 27/28.08, Julka dwa tygodnie przed a tu nic. Pierwsze oznaki porodu były 6 sierpnia (położna powiedziała - daj sobie na wstrzymanie i poczekaj chociaż do jutra!), a 31 sierpnia cisza. A ja i podłogi umyłam w całym domu (na kolanach), i trawę kosiłam, i w lotki grałam ponad godzinę...
Poszłam spać jak zwykle około północy i zasnęłam całkiem spokojnie. Obudziłam się około 2 i poczułam, że odchodzą mi wody. I taki spokój na mnie spłynął. Pamiętam, że pogłaskałam brzuszek i powiedziałam "hej maluszku, już na Ciebie czas". I nie mogłam spać. Wstałam i... zrobiłam sobie kanapki, gorącą herbatę, wzięłam książkę (acha, zadzwoniłam do położnej, która stwierdziła, że ma dyżur do 7:00, a potem w samochód i do Poznania jedzie) i usiadłam przy lampce na kanapie, czułam bóle ale miałam taki cudowny spokój. Nie potrzebowałam niczyjej obecności. Nie chciałam. Jak teraz o tym myślę, to kręcą mi się łzy w oczach. Czytałam książkę, jadłam kanapki, piłam herbatkę i... cały czas głaskałam brzuszek i rozmawiałam ze swoim skarbem. Czułam, że On wie, że już bardzo na niego czekam.
Lekko się zdenerwowałam około szóstej - wszystko się zatrzymało. Odczekałam troszkę i postanowiłam porozmawiać ze spokojnie śpiącym mężem. Poszłam do sypialni i... się zaczęło

Na dobre. Mąż, jak mnie zobaczył to nawet nie pytał się o co chodzi tylko wysłał do łazienki do wanny, zadzwonił do położnej żeby zdać relację z akcji i zapakował Julię do samochodu. Jeszcze zdążyłam ją przytulić mocno i powiedzieć, że bardzo ją kocham i już... byłam sama. Wyjechali przed siódmą rano. Poczułam dodatkowy przypływ energii (po prysznicowy

i jeszcze pochodziłam po mieszkaniu, posprzątałam troszkę, poukładałam jakieś rzeczy, sprawdziłam czy wszystko gotowe dla maluszka, powiesiłam pieluszki na kaloryferze (jak mnie bolało i myślałam żeby sobie usiąść to humorystycznie przypominałam sobie opis porodu silje kiedy pisała ile to Ona jeszcze zdążyła - niemal "na partych" zrobić. Ja weteranka domowych - w końcu to już drugie - nie mogłam być gorsza

))
Tak na poważnie to ta krzątanina, obejście całego mieszkania, były mi bardzo potrzebne. A potem już telefon do Męża "gdzie jesteś", "już jadę"... i uczucie takiego wspaniałego spokoju kiedy wpadł do mieszkania i mnie mocno przytulił. Pomyślałam wtedy "hej ciupek, Tata już jest, teraz tylko położna... ale jakbyś bardzo chciał to spoko"

Potem telefony do położnej, gdzie jest, którędy jedzie i jej pytania; co czujesz, jak czujesz... i rady; "jak będzie rodzić to przełącz na głośnomówiący - powiem Ci co robić" oraz "jakby co to trzymaj ją nisko nad podłogą"... Pamiętam to jak przez mgłę. Wiem, że nie było tak jak za pierwszym razem. Było szybciej i mocniej. Ostrzej (nie wiem czy to dobre słowo, ale tak to dzisiaj odbieram). Nie sądzę, żeby mocniej bolało. Nie pamiętam tego bólu. Pamiętam, że w pewnym momencie pomyślałam "zaraz urodzę" i chyba powiedziałam to na głos bo Misie powiedział "dobrze kochanie, pomogę Ci".
I było dobrze. Położna wpadła przed dziewiątą, zbadała mnie i mówi "6cm, z 2-3 godziny jeszcze". Pomyślałam, że zastrzelę. Położyłam się na lewym boku, przypięła KTG. Kazała się uspokoić bo "skończymy w szpitalu". Dobra, ale po zapisie idę do wanny. W czasie zapisu coś mruczała, Mąż masował plecki i około wpół do dziesiątej zaczęła odpinać urządzenie, ja się usiłuję podnieść, a ona "rodzimy". Pamiętam, że popatrzyłam na nią zdziwiona i wtedy poczułam że faktycznie maciupek już idzie. Błyskawicznie ustaliliśmy pozycję, oparłam się i... dla mnie to była chwila, wg książeczki 5 minut - i szkrabek był w moich rękach. Cudownie malutki, śliczny. Miał długie paluszki, jasne włoski i mocno zaciśnięte oczy. Pomyślałam "ojej, on nie wygląda jak Julia

"
Nie. Wyglądał jak Konrad. Niespodzianka dla ukochanego męża.