emsalla
25.10.09, 16:33
Witam. Od roku mam ogromny problem z moją dwunastoletnią córka. Nie
chce lub nie potrafi zaakceptować nowej sytuacji w jakiej się
znalazła. Sprawa dotyczy głównie mojego obecnego partnera. W chwili
obecnej wygląda to tak, że właściwie powinnam się spakować, zabrać
córkę i wyjechać. Moja córka weszła w okres buntu, nie muszę pisać na
czym polega takie zachowanie. Nie potrafi zrozumieć, że mieszkając w
nowym domu musi przyjąć panujące tam zasady. Swoim krnąbrnym
zachowaniem doprowadza do awantur a te bardzo negatywnie wpływają na
całą atmosferę w domu.
Piszę bardzo ogólnie, trudno pozbierać mi myśli, czuję że jestem
bliska załamania.
Może od początku. Po rozwodzie w zasadzie zostałam bez dachu nad
głową z niewielkimi oszczędnościami. Siłą rzeczy córka została ze
swoim ojcem, ustaliliśmy że ma być z nim do momentu gdy moja sytuacja
ustabilizuje się. Wyjechałam za granicę tam poznałam mojego obecnego
partnera, jest Polakiem. Jego związek rozpadł się po wielu latach.
Bardzo to przeżył. Pod jego opieką została dwójka również
nastoletnich dzieci. Kiedy zamieszkałam z nimi mogłam na co dzień
widzieć jak funkcjonują i podjąć ostateczną decyzję o przyjeździe
mojej córki.
Z moją córą nie widziałam się parę miesięcy, kiedy dzwoniłam mówiła
że wszystko jest dobrze. Między czasie jej ojciec poznał i zamieszkał
z inną kobietą. Podobno akceptowały się nawzajem jednak po pewnym
czasie córka zrobiła się o nią zazdrosna, twierdziła że ojciec
poświęca nowej partnerce więcej czasu. Trochę zaczęło między nimi
zgrzytać. Nie mogłam od razu zabrać córki do siebie, ponieważ
chciałam aby ukończyła rok szkolny. Aby dokładnie poznać sytuację
zorganizowałam jej przylot na dziesięć dni do mnie. Były akurat
ferie. Była to również okazja aby mój partner i jego dzieci poznały
córkę. Po jej wizycie zapadła decyzja o przyjeździe na stałe, kiedy
tylko rozpoczną się wakacje.
Gdy córka po powrocie do ojca oznajmiła mu że zamieszka ze mną,
trafił go szlak. Dla mnie sprawa była jasna bo tak się umawialiśmy.
Nie wiem co się stało. Może jednak miał nadzieję że będzie miał córke
przy sobie. Teraz jestem pewna że przede wszystkim chodziło o
płacenie alimentów, to obrzydliwy sknera ale to inny temat, jeden z
wielu powodów naszego rozwodu.
Od tego momentu stał się dla córki chłodny i po prostu odpuścił sobie
jej wychowywanie, w zasadzie miała wolna rękę. Czując się odrzucona
robiła co chciała, opuściła się w nauce, wracała do domu kiedy
chciała. Dobrze, że nieopodal mieszkała babcia która przejęła opiekę.
Ja tylko liczyłam dni, kiedy znowu będę miała ją przy sobie. Tak się
też stało. Po jej przyjeździe widziłam że się zmieniła, zrobiła się
pyskata, zbyt pewna siebie. Myślałam że uda mi się to wyprostować.
Wiedziałam, że przede mną trudny okres. Liczyłam na wsparcie mojego
partnera. On początkowo tylko nas obserwował, również widział problem
ale zbytnio nie ingerował. Do pewnego momentu.
Któregoś dnia moja córka wyskoczyła do jego syna z tekstem „debilu”.
Od tej chwili się zaczęło. Każda wpadka córki typu trzaskanie
drzwiami, zbyt długa kąpiel, szuranie kapciami, nie umycie naczyń
etc. kończyło się krzykiem. Zmieniły się na gorsze relacje między
naszymi dziećmi. Któregoś dnia mój partner również posunął się do
groźby, że jak się jej nie podoba to won z powrotem do ojca. Własnym
oczom i uszom nie wierzyłam, patrząc na to wszystko. Od tamtej pory
trwa stan napięcia, minął rok od jej przyjazdu. Próbuję do niej
dotrzeć ale ...no właśnie nie wiem co robię nie tak. Staram się
oceniać to wszystko obiektywnie, choć bardzo trudno komuś, kto stanął
między młotem a kowadłem. Kocham moją córkę ale kocham też mojego
partnera, mam rozdarte serce, czuję że coś się zaczyna sypać. Nie
wiem czy to wytrzymam, czy jest jeszcze nadzieja, że wszystko się
ułoży. Staram się być twarda i konsekwentna. Nie wyobrażam sobie
rozpadu, czuję że się nie podniosę.